Książki

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
Recenzje
Autor Wiadomość
Beata 
deformacja IU


Posty: 4648
Wysłany: 2008-09-06, 23:39   

Samuel R. Delany - "Babel-17"

Książka została wydana w 1966 roku i uhonorowana Nebulą. Doprawdy, nie jestem w stanie pojąć, dlaczego dopiero teraz trafiła na polski rynek. Ale bardzo dobrze, że w ogóle trafiła...

Fabuła książki jest zwodniczo prosta: podczas kosmicznej wojny dochodzi do sabotażu w ważnych strategicznie miejscach. Tuż przed każdym atakiem rejestrowane są krótkie transmisje w tajemniczym języku, roboczo określanym jako Babel-17. Wojsko zatrudnia Rydrę Wong – słynną poetkę i lingwistkę – do rozszyfrowania transmisji. Rydra kompletuje załogę statku kosmicznego i wyrusza w misję... oczywiście, napotyka na trudności... mają miejsce zamachy na jej życie... a na koniec, oczywiście, odnosi sukces. Niby nic niezwykłego, na pierwszy rzut oka wygląda jak opowieść spod sztancy, pisana według schematu „zabili go i uciekł”.

Nic bardziej błędnego, w tym przypadku pozory mylą. Autor już w pierwszych scenach opisujących kompletowanie przez Rydrę załogi – jakby mimochodem – przemyca barwny obraz społeczeństwa przyszłości – bezcielesnych członków załogi, przechowalnię dla samobójców, których zawsze można zawezwać (o ile „odcieleśnili” się zgodnie z procedurami), pojedynki chirurgicznie zmodyfikowanych zapaśników. Poszczególne sceny opisane są bardzo oszczędnie, wiele wyjaśnień Czytelnik otrzymuje dzięki naturalnie brzmiącym dialogom. Już od początku książki jest jasne, że bohaterka porusza się w konkretnym, przemyślanym i dobrze przedstawionym świecie. Świecie, który ma własną historię. Taka oszczędność opisu okazała się nadprogramową i niezamierzoną przez Autora zaletą – Czytelnik w ogóle nie czuje, że czyta 42-letnią książkę.

Ale nie przygody Rydry i jej załogi są najważniejsze. Głównym bohaterem tej powieści jest język, tytułowy Babel-17. Język tak jednoznaczny i tak skondensowany, że dla opisu skomplikowanej instalacji kosmicznej, zamiast tomów dokumentacji technicznej, wystarczy dziewięć słów. Język, który u użytkownika wywołuje wrażenie spowolnienia czasu (a może to nie tylko wrażenie?). Język, którego używanie może skutkować zmianami psychiki... W latach 60., kiedy powstawała powieść, panowało przekonanie, że stworzenie uniwersalnego języka technicznego jest możliwe i leży niemal w zasięgu ręki – Autor oparł się na przykładzie języków komputerowych. A skoro istnieją takie języki, to dlaczego nie miałby istnieć jeden, uniwersalny język dla wszystkich ludzi? Język oderwany od naleciałości kulturowych, idiomów i związków frazeologicznych tak trudno przyswajalnych przez obcokrajowców. Język zbliżający ludzi, niwelujący różnice. Język tak precyzyjny, że wszelkie niedomówienia byłyby niemożliwe, język bez niuansów i podtekstów, język maksymalizujący wykorzystanie czasu.

Szczerze mówiąc, mnie taka wizja przeraża. Obawiam się, że nie potrafiłabym funkcjonować w społeczeństwie porozumiewającym się takim językiem. Językiem, którego jedynym i nadrzędnym celem jest precyzja i efektywność. Językiem, w którym nie ma miejsca na niuanse, na gry słowne, na metafory. Językiem bez etymologii, kompletnie oderwanym od kultury. Wcale się nie dziwię, że posługiwanie się takim językiem może wywołać zaburzenia psychiczne. Na szczęście to tylko niespełniona wizja. I oby nigdy się nie spełniła...

Książka Delany’ego jest uważana za jeden z kamieni milowych fantastyki. Słusznie.
8,5/10
_________________
Niewiedza nie jest prostym i biernym brakiem wiedzy, ale jest postawą aktywną; jest odmową przyjęcia wiedzy, niechęcią do wejścia w jej posiadanie, jest jej odrzuceniem.
Karl Popper
 
 
Jander 
Nonholik


Posty: 6189
Skąd: Kolabo. miasto Tichy
Wysłany: 2008-09-11, 21:05   

Axis, Robert Charles Wilson
Kontynuacja Spina (Hugo 2006), które uważam za jedną z najlepszych powieści. O fabule nie ma co gadać, bo wszystko byłoby spojlerem dla osób, które poprzedniej części nie czytały
Spodziewałem się właśnie czegoś równie dobrego, niestety autor jest bliżej tylko niezłych Chronolitów. Może za dużo oczekiwałem, ale wszystko w porównaniu ze Spinem wypada blado - postacie nie przekonują, są raczej proste i niespecjalnie ciekawe, po prostu sobie są. Jakiś potencjał mają, ale w większości niewykorzystany. Kobieta poszukująca zaginionego ojca, jej były mąż pracujący w rządzie i mający etyczne wątpliwości, pilot mający problemy finansowe, naukowiec mający obsesję na pewnym punkcie, poza tym chłopiec nie rozumiejący swoich zdolności i jeszcze trzy kobiety, niby istotne, ale jednak poza ogólnikami niewiele o nich wiemy.
Cała akcja dąży do jednego, kulminacyjnego wydarzenia i na nim opiera się cała książka - jednak o ile Spin dawał parę strzałów z Magnum, które rozwijały różne domysły obecne w naszym świecie, tak tutaj mamy jeden celny snajperski strzał, oparty wyłącznie na wydarzeniach z poprzedniej części. Zakończenie mocne, trudne do zapomnienia, ale reszta powieści tylko dobra. Rozumiem, że autor chciał napisać kontynuację inaczej niż Spin, ale nie wyszło mu to tak znakomicie. No i w gruncie rzeczy dowiedziałem się mało o "istocie rzeczy" stworzonego uniwersum, najważniejsze, wyjaśniające akapity nie wyjaśniały tak wiele, aczkolwiek i tak niektóre fragmenty dają nieźle do myślenia.
Książka jest całkiem dobra, ale po poprzedniej spodziewałem się czegoś znacznie lepszego. Za dużo siły powieści autor oparł na zakończeniu, postaciom poskąpił duszy. Czekam na kontynuacje kończącą ten cykl, choć już nie tak bardzo jak po Spinie.
_________________
www.lovage.soup.io
 
 
Beata 
deformacja IU


Posty: 4648
Wysłany: 2008-09-14, 12:47   

Trzynasta noc - Alan Gordon

Czy pamiętacie scenę pożegnania Williama z Violą w zakończeniu filmu „Zakochany Szekspir”, gdy oboje wymyślają fabułę komedii, którą młody Szekspir ma zadebiutować przed Elżbietą I? To właśnie „Wieczór trzech króli” (Twelfth Night, Or What You Will), początek tej historii…

Viola, po katastrofie statku, odzyskuje przytomność na nieznanym wybrzeżu. Jest sama, nigdzie nie może natrafić na ślad brata bliźniaka, Sebastiana. Przekonana, że tylko ona ocalała i niepewna swego losu, postanawia przebrać się za mężczyznę. Rozpoczyna służbę na dworze księcia Orsino, zakochanego w pięknej damie, Oliwii, do której z kolei zaleca się Malwolio, a ten ostatni jest obiektem nieustannych dowcipów i żartów błazna, Feste. Zresztą Malwolio – ze względu na prezentowane cechy charakteru – nie jest lubiany przez nikogo. Oliwia nie kocha Orsina, lecz on – nie tracąc nadziei na pozyskanie jej względów – postanawia użyć rozbitka jako posłańca miłości. Tymczasem Viola zakochuje się w księciu, a Oliwia – nieświadoma maskarady – w przystojnym posłańcu. Znienacka na scenie pojawia się Sebastian, z którym Oliwia potajemnie bierze ślub. W końcu dochodzi do spotkania czwórki głównych bohaterów i całe zamieszanie szczęśliwie się wyjaśnia. Na lodzie pozostaje jedynie odrzucony i ośmieszony Malwolio…

Przyzwyczailiśmy się, że wersja Williama Szekspira jest jedyna. A jednak Alan Gordon – dzięki odnalezieniu pewnego tajemniczego manuskryptu – opowiada, jak było naprawdę. Otóż, przedłużające się i bezowocne zaloty Orsina do Oliwii spowodowały, że książę zaniedbał rządzenie. Miastu groził atak ze strony saraceńskich piratów, Wenecjanie – chciwi rozszerzenia swoich wpływów – intrygowali coraz śmielej, Malwolio wyraźnie miał nieczyste intencje. Jednym słowem – konieczna była interwencja. I tak na dworze Orsino pojawił się wysłannik tajnej gildii – błazen Feste, który – sprowadzając do miasta Violę i Sebastiana – rozwiązał ów węzeł gordyjski. Wydawało się, że wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie… niestety, był jeszcze Malwolio…

Akcja książki „Trzynasta noc” rozpoczyna się piętnaście lat później, gdy do Feste, zażywającego zasłużonego odpoczynku nad kuflem piwa, przybywa posłaniec z informacją, że Orsino nie żyje. Podobno zginął w wypadku. Feste podejrzewa morderstwo i postanawia wyruszyć do Orsino i wyjaśnić wszystkie okoliczności. Jego obecność jest także pożądana z innego powodu – książę osierocił jedenastoletniego syna, a ponieważ regenta jeszcze nie wyznaczono, sytuacja polityczna w mieście powoli staje się niestabilna. Feste ma pewne przeczucia… a nad wszystkim unosi się wspomnienie żądnego zemsty Malwolio…

Przyznaję, że na zapowiedź wydania „kontynuacji opowieści Szekspira” (a tak w zachętach Wydawcy przedstawiano „Trzynastą noc”) zareagowałam w pierwszej chwili z niesmakiem. Jak to? Ktoś śmiał Mistrzowi coś dopisać? Nieco później ów niesmak przerodził się w ciekawość, co prawda bardzo ostrożną. Czas płynął, a maleńkie ziarenko ciekawości rosło. I w końcu – pękło i zakiełkowało – kupiłam książkę. I nie żałuję. Autor wykorzystuje fabułę „Wieczoru trzech króli” z dużym wdziękiem i elegancją – wcale nie próbuje poprawiać Mistrza – dla Czytelnika bardzo szybko staje się jasne, że Szekspir po prostu nie mógł znać prawdziwego, utajnionego przez Gildię Błaznów, biegu wydarzeń.

Przede wszystkim historia Violi i Orsina zostaje jednoznacznie zlokalizowana w czasie i przestrzeni, dzięki czemu Autor może przedstawić zgodne z historią średniowiecza tło kulturowe i polityczne. Tu pragnę uspokoić wszystkich tych Czytelników, którzy do tekstów rymowanych nie czują przesadnie ciepłych uczuć – Alan Gordon posługuje się prozą i nie stylizuje języka. Narracja jest lekka, łatwa w odbiorze, dialogi – naturalne, riposty – celne, akcja nigdzie nie utyka. Błazen Feste, który w tej opowieści relacjonuje wydarzenia, nie unika zgryźliwych i sarkastycznych komentarzy – także pod swoim adresem, nie usiłuje się wykreować na wszechwiedzącego i mającego-zawsze-rację bohatera, który ratuje świat.

Jedynym elementem wzbudzającym moją irytację, była zastosowana w książce pisownia nazwiska Orsino (przez „y” – Orsyno). Uważam, że w książce reklamowanej jako kontynuacja komedii Szekspira powinna być zachowana pisownia oryginalna. Nie wiem, do kogo mieć pretensje – do Autora czy Tłumacza.

Podsumowując – „Trzynastą noc” Alana Gordona czyta się lekko, miło i przyjemnie, od czasu do czasu chichocząc, wątek kryminalny znajduje satysfakcjonujące rozwiązanie, a dobro i miłość zwycięża (choć nie bez ofiar). I już czekam na kontynuację – jestem ciekawa historii kolejnych zakulisowych machinacji Gildii Błaznów, opisanych w tajemniczym manuskrypcie.

PS. Lubię Szekspira i dlatego dla mnie ta opowieść ma dodatkowy urok.

8/10
_________________
Niewiedza nie jest prostym i biernym brakiem wiedzy, ale jest postawą aktywną; jest odmową przyjęcia wiedzy, niechęcią do wejścia w jej posiadanie, jest jej odrzuceniem.
Karl Popper
 
 
Elektra 


Posty: 3523
Skąd: z Gdyni
Wysłany: 2008-09-14, 15:28   

W przeciwieństwie do poprzedników nie potrafię pisać takich rozwiniętych recenzji, więc zamieszczę tylko krótkie podsumowanie.

Przeczytałam ostatnio trylogię pt. Neandertalska paralaksa, autorstwa R. Sawyera. Opowiadającą o spotkaniu współczesnych ludzi z pochodzącymi ze świata równoległego (powiedzmy) neandertalczykami (którzy u siebie stali się gatunkiem najbardziej inteligentnym i rozwinęli cywilizację).
Pierwszy tom, pt. Hominidzi był bardzo interesujący. Zderzenie dwóch inteligentnych gatunków i ich osiągnięć technologicznych, przyprawione sporą dawką nauki, podane w przystępnej formie sprawiło, że książkę czytało się naprawdę dobrze. Niestety w kolejnych tomach nie było już tak pięknie. Autor za bardzo skupiał się na tym, jacy to jesteśmy źli, niszczymy środowisko, wybijamy inne narody, itp. No dobrze, może i ma rację, ale to wszytko jest przedstawione zbyt łopatologicznie. W trzeciej części zaczęła też szwankować psychologia postaci, szczególnie kobiecych (może wcześniej też tak było, ale jakoś nie rzucało się w oczy), niektóre zachowania są opisane tak, jak wyobrażałby sobie to mężczyzna. A na koniec jeszcze fabuła robi się banalna i przewidywalna.

W sumie jest tak, że wątki naukowe bardzo mi się podobały i zachęciły nawet do poszukania dodatkowych wiadomości (np. o przebiegunowaniu magnetycznym Ziemi), a wątki psychologiczne i religijne wydały mi się niedopracowane.

Mimo wszystko polecam, przynajmniej pierwszy tom, a resztę, to jak kto chce.
_________________
Nie mów kobiecie, że jest piękna. Powiedz jej, że nie ma takiej drugiej jak ona, a otworzą ci się wszystkie drzwi.
Jules Renard
 
 
coorchuc 

Posty: 10
Wysłany: 2008-09-17, 15:22   

Ja ostatnio przeczytalem Czarujące obiekty latające. doceniłbym ją na 8 w proponowanej skali.

Muszę przyznać, że nie lubię książek kompilacyjnych. Odbieram to często, jako swoistą bajaderkę – kucharz nie miał ochoty upichcić nic nowego, więc wrzucił dania poprzednie i podgrzał.

Za zbiorem “Czarujące obiekty latające” przemawiał tylko jeden argument – otwierające opowiadania autorstwa Terrego Pratchetta. Jak się okazało – miałem już kiedyś przyjemność czytać je po angielsku.
Zacząłem lekturę i wtedy wszystko się zmieniło. Podzielona na trzy działy kompilacja wydała mi się wręcz idealnie dobrana pod kątem jednolitości nastroju. Fantazja, horror i fantastyka naukowa - zbiór najróżniejszych autorów z najróżniejszych środowisk, z jakże różnymi stylami – praktycznie pisarska, fantastyczna wieża Babel. Mimo to poczułem się, jakbym siedział z kamratami w tawernie przy drugiej... może trzeciej pincie Guinnessa, wymieniając się opowieściami z ostatnich podróży.
Książka nie pachniała farbą drukarską, tylko drewnem stołu, w które wsiąkły litry podobnych historii oraz dymem fajki palacza siedzącego przy stoliku obok.

Szczególnie kilka opowiadań wartych jest gorętszego polecenia.

Wspominane już otwierające opowiadanie Pratchetta Wirujące kręgi nocy. Nie jes to opowiadanie ze Świata Dysku, ale dość swobodnie zachacza o postaci z tego cyklu. Czyni to z zachowaniem pełni znanego już poczucia humoru i absurdu.

Harrison Bergeron Kurta Vonneguta zaś, to opowieść krótka i raczej przygnębiająca, dająca do myślenia równie mocno jak Rok 1984 Orwella. Nadzieja, na zmiany, na rewolucję jest od początku kontrolowana i tłamszona, gdy tylko próbuje dać znak życia. Poziom prewencji zdecydowanie przekracza tę z Raportu mniejszości Dicka. Mimo to arto przeczytać i pomyśleć.

Zupełnie inne odczucia – czasem nawet niekontrolowany śmiech w autobusie wywołało we mnie opowiadanie Kozetka Roberta Blocha. Krótka i humorystyczna opowieść o lekarzu, pacjentce i sfrustrowanym Incubie. Cięty dowcip, szybkie riposty i oczywista dwuznaczność.
_________________
tak dużo książek...
tak mało czasu...
 
 
Beata 
deformacja IU


Posty: 4648
Wysłany: 2008-09-18, 16:42   

Marcin Przybyłek – „Gamedec. Granica rzeczywistości”

Dobiega końca XXII wiek. Warsaw City jest największym w Europie środkowo-wschodniej centrum rozrywkowym. Część społeczeństwa żyje w realium, inni – w wirtualnym środowisku gier komputerowych. Ale jakich gier! Dzięki pełnej stymulacji sensorycznej wystarczy zażyć preparat spowalniający metabolizm, założyć kask podłączony do komputera i już można przekroczyć wirtualne wrota… można być kimkolwiek – ponętną blondynką, przystojnym brunetem… można smakować wykreowany świat wszystkimi zmysłami – czuć zapach kwiatów, smak potraw, ciepło słońca, ból ran… Oczywiście, w świecie gier pojawiają się od czasu do czasu kłopoty – atak wirusów, dowcip hakera czy niedopracowana wersja gry. I wtedy z pomocą śpieszą gamedecy – detektywi wyspecjalizowani w rozwiązywaniu gierczanych zagadek. Proszę Państwa, oto jeden z nich: Torkil Aymore – wielbiciel kobiet, trenczy i Jacka Danielsa.

Czy postać Torkila nie jest jakby znajoma? Czy to czasem nie Philip Marlowe wychyla się zza pleców Torkila z cynicznym uśmieszkiem na wargach? Nawet jeśli tak, to gratulacje dla Autora – czerpiąc wzory z klasyki, nie kalkował ich bezkrytycznie – Torkil nie jest tak samotny i zgorzkniały, jak jego chandlerowski pierwowzór. Zresztą twórczego czerpania z literackiego dziedzictwa nie sposób uznać za zarzut – w moich oczach to zaleta. Ale to nie jedyny klasyczny akcent – w jednym z opowiadań Torkil zleca przeniesienie zaprojektowanej przez siebie cyfrowej osobowości przyjaciółki do syntetycznego mózgu tak, aby mogła mu towarzyszyć w realium. Czy to czasem nie jest przeniesiona w przyszłość historia profesora Higginsa z „Pigmaliona” G.B. Shawa?

Opowieść o wirtualnych zmaganiach gamedeca składa się z dwunastu opowiadań, tak ściśle ze sobą powiązanych, że sprawiających wrażenie kolejnych rozdziałów powieści. Wrażenie to potęguje się miarę lektury, gdyż opowiadania ułożone są w kolejności chronologicznej, rozstrzygnięcie jednej zagadki jest wykorzystywane przy rozwiązywaniu kolejnego problemu. I z każdym kolejnym rozdziałem pojawia się więcej szczegółów o realiach świata przyszłości – dzięki temu Czytelnik ma szansę na aklimatyzację w świecie Torkila i na oswojenie się z terminologią tego świata (nb. Autorowi należą się specjalne podziękowania za wyjątkowo zręczny neologizm: „gierczany”). To istotne, bo każdy drobiazg jest ważny dla rozwiązania kolejnej zagadki. Mimo, że w dwóch opowiadaniach Autor stanowczo za dużo wyjaśnia („Małpia pułapka” i „Mrok”), „Granica rzeczywistości” to solidna porcja detektywistycznej rozrywki. Ale to nie jedyny walor opowieści o gamedecu.

Premią dla uważnego Czytelnika są delikatnie sygnalizowane problemy świata przyszłości. Około 10% populacji spędza swoje życie w wirtualnym świecie gier. Dzięki postępowi nauki możliwe jest sztuczne podtrzymywanie istnienia samego mózgu i pełny transfer osobowości do wirtualnej rzeczywistości – wielu nieuleczalnie chorych i/lub dysponujących odpowiednim zasobem gotówki ludzi decyduje się na taką sieciową egzystencję. Pojawia się podział na homo realium i homo virtual

Wielkie korporacje bezwzględnie walczą o klientów i to one, a nie politycy, kształtują oblicze świata przyszłości. W pogoni za zyskiem nie cofają się przed niczym – jedna z firm farmaceutycznych, mając wyprodukowany stosowny zapas antybiotyków, wdraża marketingowy plan zakażeń… Akurat ten pomysł zdenerwował mnie wprost wyjątkowo – wszak bakterie wypuszczone „na wolność” bardzo szybko wykształcają oporność na antybiotyki, a ponieważ dawki leku nie można zwiększać w nieskończoność, opanowanie epidemii wcale nie jest pewne. Ponadto każdy kolejny szczep bakterii będzie bardziej zjadliwy i niebezpieczny. W efekcie niemożliwy jest powrót do stanu sprzed zakażenia – akurat w tej dziedzinie nie ma opcji „reset”.

Historia o przygodach gamedeca ma swoją kontynuację – w 2006 r. na rynku księgarskim zagościła część druga pt.: „Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw”, a na 19 września 2008 r. zapowiedziano wydanie trzeciej części pt.: „Gamedec. Zabaweczki. Błyski”. Już dziś – mimo, że miłośnikiem gier komputerowych nie jestem – mogę z czystym sumieniem zadeklarować, że przeczytam.

8/10
_________________
Niewiedza nie jest prostym i biernym brakiem wiedzy, ale jest postawą aktywną; jest odmową przyjęcia wiedzy, niechęcią do wejścia w jej posiadanie, jest jej odrzuceniem.
Karl Popper
 
 
Tigana 
Sandman


Posty: 4427
Skąd: Czerwone Zagłębie
Wysłany: 2008-09-21, 22:47   

Siergiej Łukjanienko "Dzienny patrol"


Gdyby dokładniej się przyjrzeć literaturze fantasy okazałoby się, że w większości z nich dominującym wątkiem jest walka Dobra ze Złem. Z drugiej stronie tylko nieliczni twórcy zdecydowali się na pokazanie tego konflikt z perspektywy „drugiej strony barykady”. Wymieniłbym tutaj pierwszy tom „Czarnej kompanii” Glena Cooka, „Ostatniego powiernika pierścienia” Yeskowa i może jeszcze ze dwie, trzy mniej znane pozycje powieści. Teraz do tej listy można dopisać „Dzienny patrol” Siergieja Łukjanienki i Władimira Wasiljewa.
„Dzienny patrol” to, podobnie jak pozostałe części cyklu, trzy zazębiające się opowieści. W pierwszej, młoda wiedźma Alicja po nieudanej misji w Moskwie wyjeżdża na obóz młodzieżowy do Arteku. Ma tu odpocząć i zregenerować siłę. Nie wie jeszcze jaką rolę przyjdzie jej odegrać w misternej intrydze jej byłego kochanka Zawulona. Później przenosimy się do Moskwy, gdzie śledzimy przebieg wizyty tajemniczego Ciemnego Witalija Rogozy. Wizyty, która będzie miała brzemienne skutki dla obu Patroli. Głównym wątkiem ostatniej opowieści jest magiczny proces w Pradze, gdzie w majestacie Inkwizycji raz jeszcze zetrą się racje Jasnych i Ciemnych.
W świecie wykreowanym przez rosyjskich pisarzy żyjący pośród nas Ciemni (Dzienny Patrol) i Jaśni (Nocny Patrol) prowadzą odwieczną walką o władzę nad światem. W obawie przed całkowitą zagładą obie strony są ograniczone Traktatem, a nad ich poczynaniami dodatkowo czuwa Inkwizycja. W pierwszym tomie serii akcja była pokazana z punktu widzenia sił dobra, teraz nadszedł czas na ich oponentów.
Jaki jest więc świat widziany oczyma Zła? Paradoksalnie nie różni się zbyt od tego widzianego z perspektywy Nocnego Patrolu. Chociaż bycie złym kojarzy się z wszechmocą i łamaniem wszystkich reguł to u Łukjanienki nie jest to takie proste. Tutaj każdy czyn ma swoje konsekwencję i wywołuje reakcję drugiej strony. Największą różnicą jest sposób pozyskiwania mocy oraz samo podejście do życia. O ile Jaśni opierają swą potęgę na dobrych uczynkach i pozytywnych reakcjach (radość, szczęście), ich przeciwnicy bazują na mrocznej stronie naszej natury. Gniew, nienawiść, wściekłość, zwykłe przekleństwo to pożywka dla Ciemnych. Wystarczy zwykła, rzucona w gniewie klątwa, by szala zwycięstwa choćby minimalnie przesunęła się na stronę Zła.
Bycie Ciemnym oznacza również odmienny styl życia. Są indywidualnościami, osobami niezależnymi, wierzą w wolność rozumianą jako rezygnacje z barier krępujących człowieka – norm, zwyczajów, prawa. Uważają, ze Jaśni swoim działaniem starają się tak naprawdę ubezwłasnowolnić ludzi, zniewolić ich umysł. Sami nie uważają się za złych – po prostu mają własny punkt widzenia.
Jednakże pomimo interesujacego punktu wyjścia „Dzienny patrol” nie do końca spełnia pokładane w nim nadzieje. Nie wiem jaki był wkład Wasiljew w całość książki, ale odcisnął na niej swoje piętno. Skąd moje podejrzenia? Wystarczy porównać niesławne „Oblicze Czarnej Palmiry”, a następnie przeczytać kilku stron drugiej części „Patroli” by znaleźć wspólne cechy. Przede wszystkim dużo miejsca zajmują wewnętrzne przemyślenia bohaterów. Owszem to głównie dzięki nim poznajemy prawdziwa naturę Ciemnych, ich sposób myślenia, system wartości. Niestety po pewnym czasie te wewnętrzne monologi stają się męczące. Osobiście uważam, że autorzy powinni skoncentrować się na czynach, które dobitniej świadczą o człowieku niż słowa. W podobnym, nużącym tonie utrzymana jest również część dialogów, które przypominają akademickie dysputy, a nie rozmowy normalnych ludzi.
W książce zabrakło mi także nieco rosyjskich klimatów. Owszem wódka leje się strumieniami, a czar leczący kaca należy do jednych z najczęściej używanych, ale to jednak nie to - gdzieś zabrakło magii „Nocnego patrolu”. Najbardziej „klimatyczne” jest drugie opowiadanie, którego akcja rozgrywa się w stolicy Rosji. Sugestywne opisy autora (nocne lokale, hotele, mroczne ulice) powodują, że czujemy tą metropolię. Nieco gorzej, gdy akcja przenosi się do Arteku i Pragi – oba miejsca, chociaż ciekawe nie mają potencjału Moskwy.
Pomimo wymienionych zastrzeżeń „Dzienny patrol” to wciąż powieść godna polecenia. Na jej kartach powraca fascynujący świat Innych, niejednoznacznych bohaterów, niełatwych odpowiedzi, a ukazany przez Łukjanienkę konflikt Dobra i Zła nie przypomina tego z setek książek fantasy. Miłośników prozy rosyjskiego pisarza nie muszę chyba zachęcać do lektury, resztę gorąco namawiam. Naprawdę warto.

Ocena 7/10
_________________
"Z gustami literackimi jest po trosze jak z miłością: zdumiewa nas, co też to inni wybierają"
Andre Maurois

 
 
Maeg 
Trójkoświr


Posty: 2425
Skąd: 127.0.0.1
Wysłany: 2008-09-22, 18:08   

Oh zaległa recka z Droga do Nidaros, Andrzeja Pilipiuka.

Kto nie zna Andrzeja Pilipiuka? Wśród osób czytających fantastykę, chyba nie znajdziesz takiej osoby. Jest to najpłodniejszy autor Fabryki Słów i jeden z najpoczytniejszych. Nie przekłada się to jednak na powszechne uznanie wśród czytelników. Pilipiuk pisze książki typowo rozrywkowe (seria o Wędrowyczu, „Kuzynki” czy „Operacja Dzień Wskrzeszenia”), więc przeważnie mamy w nich dużo akcji, dzięki czemu podczas lektury zmorzenie snem nam nie grozi. Taka literatura, mimo że poza funkcją rozrywkową nie niesie ze sobą nic więcej, również jest potrzebna. Z takim też założeniem podchodziłem do lektury „Drogi do Nidaros”, pierwszego tomu cyklu „Oko Jelenia”.

Na samym początku moją uwagę zwrócił średniej jakości prolog. Nie wiem dlaczego, ale od razu skojarzył mi się z wprowadzeniem do przygody. Wprowadzeniem tworzonym po raz pierwszy przez osobę, na którą padł ciężar zostania mistrzem gry. Wiadomo, że początki są trudne i takiemu MG można wiele wybaczyć, ale nie pisarzowi. Zaraz też przyszło kolejne skojarzenie, tym razem z „Panem Lodowego Ogrodu”. Sama idea wstępu do właściwej części utworu wygląda podobnie. Zaryzykuje stwierdzenie, że Pilipiuk przyjął ten sam model co Grzędowicz, tylko inaczej go zrealizował. W „PLO” jak i „Drodze…” główny bohater lub bohaterowie zostają wysłani do innego świata, więc mamy podróż międzyplanetarną i podróż w czasie. Oczywiście wiele innych książek zaczyna się podobnie, więc prawdopodobnie jest to tylko przypadkowa zbieżność.

Po przebrnięciu przez szczęśliwie krótki prolog, nadszedł czas na danie główne. Oczekiwałem wartkiej akcji, odpowiedniej dawki humoru i w miarę mile spędzonego czasu z „Drogą do Nidaros”. Nie doczekałem się; co prawda nie męczyłem się, ale na pewno wynudziłem jak nigdy dotąd czytając książkę Pilipiuka. Akcja w pierwszej części cyklu prawie nie występuje, to znaczy wszystko toczy się w ślimaczym tempie. Na początku tylko jeden raz udało się autorowi przykuć moją uwagę na dłużej. Później zaś śledzimy jak bohaterowie radzą sobie z trudami życia codziennego w innej epoce. Humor też gdzieś przepadł lub może gdzieś się przede mną ukrył.

„Droga do Nidaros” nie jest pozbawiona kolejnych wad. Nie lubię moralizatorstwa, a Pilipiuk nie wystrzegł się go. Może nie było takich momentów dużo, jednak wystarczająco wiele, by utkwiły mi w pamięci. Wychodzę z założenia, że osoby posiadające zdolność czytania, to osoby myślące i nie potrzebują wskazywania palcem, co jest be. Autor też próbuje wpędzić w kompleksy swoich czytelników, obdarzając bohaterów nadludzką pamięcią. Ilość zapamiętanych szczegółów dotyczących epoki, w której się znaleźli, jest imponująca. Można by przypuszczać, że Marek Oberech nie studiował informatyki, lecz archeologię. A przecież mógł autor wykorzystać w tym celu postać Łasicy, tak jak to zrobił w przypadku języków obcych. Efekt byłby lepszy, bardziej wiarygodny. Łasica zresztą wydaje mi się nie tylko najciekawszym bohaterem, ale również najciekawszym elementem całej książki. Jest ona kimś na kształt szefa wyprawy, który z powodu pozaziemskiego pochodzenia ma pewne problemy ze zrozumieniem ludzi. Efektem tego są różnego rodzaju nieporozumienia. Zaś w porównaniu z pozostałymi bohaterami została obdarzona najwyrazistszą osobowością – niekiedy jej postępowanie potrafi wzbudzić emocje u czytelnika, czego nie można powiedzieć o reszcie postaci.

Wracając do wad, nie podoba mi się również to, że akcję powieści budują głównie dialogi, opisy zaś są dla nich jedynie marnym tłem. Do tego pojawia się w książce wątek poboczny, który można by spokojnie wyciąć. Główna część fabuły niewiele by na tym straciła, a czytelnikowi oszczędzono by szczególnie dojmującej nudy. Pragnę zauważyć, że czytelnicy narzekający na tę część przygód Niecnych Dżentelmenów Lyncha, która rozgrywała się na morzu, po przeczytaniu opisu przygód Kowalika zmienili by zdanie. Nie jestem przeciwnikiem opisywania polityki, jednak nie w sposób, w jaki robi to autor.

Jeszcze jedna rzecz, choć to już kwestia niezwiązana z treścią, a z wyglądem książki. Nie podoba mi się, jak Fabryka ozdobiła rogi stron. Rozumiem, strona tytułowa, pierwsza strona rozdziału i basta, ale po co każdą stronę? Nie przeszkadzało mi to w czytaniu, choć na początku żywiłem taką obawę. Dla mnie rzecz zupełnie zbędna i nie da się ukryć, że szczegół, który nie przypadł mi do gustu.

„Droga do Nidaros” okazała się nie być powieścią przygodową, chyba że ktoś za przygodę uważa opis pozyskania kamienia do budowy bądź próbę stworzenia mydła. Do mnie to nie trafia. Nie poleciłbym tej pozycji nikomu. Książka jest po prostu słaba, spod pióra Pilipiuka wyszły o wiele lepsze. Muszę zaalarmować, że tym razem biuro podróży Pilipiuk Travel nie spisało się i wyprawa przez nie oferowana okazała się niewypałem.
_________________
"Czytam, bo inaczej kurczy mi się dusza"
— Wit Szostak

Bistro Californium
 
 
Beata 
deformacja IU


Posty: 4648
Wysłany: 2008-09-23, 06:49   

Marcin Przybyłek - "Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw"

Biorąc do ręki kolejny tom przygód gamedeca aż chciałoby się krzyknąć: Torkil Aymore powraca! Ale to nie byłaby prawda – to my powracamy do Warsaw City u schyłku XXII wieku. Torkil nadal tu jest. Żyje, pracuje, spotyka się z przyjaciółmi (i przyjaciółkami, oczywiście) – mówiąc krótko: to Torkil odsłania się przed nami, pozwala nam zajrzeć do swojego życia, towarzyszyć sobie przy rozwiązywaniu kolejnego problemu. A problem przed nim nie lada...

W sieci dochodzi do serii poważnych ataków – tym razem haker-psychopata przekracza niewidzialną, niepisaną granicę... to już nie jest tylko intelektualna łamigłówka – w prywatnym rankingu Torkila sprawa zyskuje status: „osobista”. Ale nie da się prowadzić śledztwa w pojedynkę – konieczne staje się wykorzystanie ostatnich zdobyczy techniki i gamedec musi przyjąć pomoc jednej z konkurujących na rynku firm, a tym samym zaakceptować pewne ograniczenie swojej niezależności. Tymczasem okazuje się, że do, dotychczas międzykorporacyjnej, rozgrywki przystąpili zupełnie nowi uczestnicy...

Drugi tom przygód Torkila zapiera dech w piersi – zwolennicy szybkiego tempa akcji będą usatysfakcjonowani – tym bardziej, że każdy zwrot fabuły jest uzasadniony. Torkil stopniowo zrywa kolejne zasłony tajemnicy (zagadki wewnątrz zagadek w zagadkach) i – choć zdaje sobie sprawę z tego, że jest manipulowany i wykorzystywany przez poszczególnych uczestników rozgrywki – wie, że nie może zrezygnować. Wysokość stawki, o którą toczy się gra, jest tylko jednym z powodów. Gamedec przekracza psychologiczną barierę pt.: co jeszcze możecie mi zrobić gorszego, niż to, co już się stało?

Częsta zmiana miejsca wydarzeń pozwala na spojrzenie z szerszej perspektywy na świat przyszłości. A świat ten wcale nie jest taki piękny... Warsaw City jest bezpieczne, czyste i błyszczące neonami tylko w bogatych dzielnicach i tam, gdzie mają szansę dotrzeć turyści – pozostałe stare kwartały są de facto slumsami zamieszkanymi przez „nieprzystosowanych”, gdzie wśród nagromadzonych przez lata hałd śmieci i odpadków gnieżdżą się hordy szczurów. Ze względu na stopień zanieczyszczenia środowiska, miasta chronione są barierami ABB (Anty Bios Barrier) – każde opuszczenie obszaru chronionego grozi poważnymi konsekwencjami: zapadnięciem na śmiertelną chorobę lub atakiem zmutowanych zwierząt.

Moim zdaniem na szczególną pochwałę zasługuje złamanie ciągu narracji fragmentami newsów medialnych lub tekstami reklam. Dzięki temu zabiegowi czytelnik może skonfrontować rzeczywisty – opowiedziany przez Torkila – przebieg wydarzeń z jakością i poziomem oficjalnych doniesień (jak widać, obecna moda na „dziennikarskie ślizganie się po powierzchni wydarzeń” przetrwała w świecie przyszłości). Zamieszczone przykłady reklam sugerują, że podświadomym dążeniem człowieka jest udział w wyścigu do osiągnięcia najwyższego stopnia konsumpcjonizmu.

Dzięki załączonemu „Słownikowi neologizmów i trudnych terminów” autor nie tylko z wdziękiem wyjaśnił rdzennie polskie korzenie rodu Aymore, ale i leciutko zakpił z najbardziej dociekliwych i żądnych szczegółowych danych czytelników – wszak po wielkim krachu temporalnym każda informacja historyczna jest równie prawdopodobna.

Podsumowując – druga odsłona przygód gamedeca jest historią zmagania się z jedną zagadką, historią opowiedzianą sprawnie, bez dłużyzn i irytujących streszczeń poprzednich przygód. Postępowanie bohaterów jest logiczne, motywacja, którą kierują się poszczególne postaci, nie budzi wątpliwości. A dodatkowo – autor wzbogacił opis świata przyszłości o nowe detale, budując co prawda mało optymistyczną wizję, ale dzięki temu – bardziej skłaniającą do zastanowienia. Mówiąc krótko – „Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw” trzyma poziom.
_________________
Niewiedza nie jest prostym i biernym brakiem wiedzy, ale jest postawą aktywną; jest odmową przyjęcia wiedzy, niechęcią do wejścia w jej posiadanie, jest jej odrzuceniem.
Karl Popper
 
 
Ł 
dziura w niebycie


Posty: 4426
Skąd: fnord
Wysłany: 2008-09-24, 11:50   

Kira Izmajlowa- Wyższa magia

Każdy z nas zna osobę ze szkoły/uczelni/pracy, z którą można porozmawiać tylko na temat szkoły/uczelni/pracy, bo innych tematów po prostu brak. Taką osobę ani się lubi, ani się nie lubi, po prostu akceptuje jej istnienie i czasem zamieni parę słów o jednym jedynym, co nas łączy. To skojarzenie przeszło mi przez myśl czytając pierwsze -dziesiąt stron „Wyższej magii”, gdzie główna bohaterka, szara myszka z rosyjskiego PUM (Państwowy Uniwersytet Magiczny), zwierza się w narracji pierwszoosobowej ze swoich problemów studenckiego życia. Ale od początku…

Książkę zaintrygowała mnie i skłoniła do przeczytania fragmentem blurba: tylko tu dowiesz się, dlaczego nie można wyczarować banknotów, złota i diamentów. Oho, jeśli ktoś się porywa na racjonalizowanie magii (racjonalną motyką na irracjonalne słońce), to niezależnie od efektu powinno być ciekawie. Nie było. Autorka zbywa całą kwestię pomysłem, że zaklęcie materializacji wymyślił ktoś potężny hen hen dawno temu i nałożył mu takie a nie inne ograniczenia. Koniec. Zatem jeśli ktoś chciał się dać nabrać marketingowcom z Fabryki, to może uczyć się na moich błędach. Izmajłowa nie stara się budować niczego zawiłego. W rezultacie świat „Wyższej magii” wygląda bardzo zwyczajnie; cała konstrukcję świata oparto na założeniu, że jest to nasza rzeczywistość tylko ze zrutynizowaną magią, która jest po prostu kolejną dziedziną badań naukowych, tak samo rozwijaną i wykładaną w normalnym trybie jak chemia czy fizyka. Magia ma zresztą poważne ograniczenia, które autorka próbuje czasami wyjaśniać, ale robi to nadzwyczaj mętnie. Natomiast same czary-mary występują w książce okazyjnie. Wydaje się, że „Wyższa magia” była pisana w silnej opozycji do Harrego Pottera i autorka nawet nie stara się o subtelne aluzje – w pewnym momencie główna bohaterka naigrywa się z tej książki, kręcąc nosem na pokryte kabalistycznymi znakami ciuszki tamtejszych czarodziejów. Jestem w stanie to zrozumieć, bo u Izmajłowej używają fartuchów laboratoryjnych, ale tego, że później ta sama autorka opisuje eksperyment z pentagramami na podłodze, już nie bardzo. Widocznie pentagram to tak kultowa rzecz, że zawsze można dorzucić. Podsumowując, konstrukcja świata jest dla mnie nieprzekonująca. Jestem skłonny bardziej uwierzyć pani Rowling w ulice Pokątne i zaczarowane dworce niż Izmajłowej w tę jej szarą magię, która jak gdyby nigdy nic występuje w naszej rzeczywistości, w ogóle jej praktycznie nie modyfikując.

Może jest to efekt zamierzony, który ma pokazać, że nauka magii to nie sama radość, ale po prostu ciężka praca, przynajmniej z perspektywy uczącego się, a nie kogoś, kto widzi czary tylko w momencie ich wykonywania. Główna bohaterka przeżywa troski znane każdemu studentowi – zaliczenia, dziwni wykładowcy, pisanie pracy dyplomowej. Zgaduję, że autorka sama niedawno skończyła studia (ur. 1982 r. dop. red.) – czasem opisy tchną nieco slangiem młodzieżowym, a Nowy Rok kojarzy się jej z oglądaniem „Kevina samego w domu” (skąd my to znamy?). Znowuż chyba efektem zamierzonym jest mała liczba bohaterów drugo- i trzecioplanowych, ich opisów i dialogów z ich udziałem – Naina Czernowa to w końcu przysłowiowa szara myszka, odludek z wyboru, kujon. Na dobrą sprawę panuje tu skrajny minimalizm; widzimy dwójkę bohaterów z pierwszego planu, długo-długo nic, i postacie trzecioplanowe. Z czasem w opowieści zmienia nieco rozłożenie akcentów – pojawia się wątek ciekawskiej studentki i wykładowcy po przejściach, a na końcu nawet zręcznie rozwiązany kryminał. Najsolidniejszą częścią książki są właśnie relacje między postaciami. Konkretnie jedna relacja. Pozostałe postacie są jedynie tłem, nie wspominanymi dłużej, niż być powinny. Niestety na 400 stronach (choć to fabrykanckie 400, czyli można pomnożyć przez 0,7) trochę się to ślimaczy. Choć właśnie takie ślimaczenie jest typowe dla życia. Autorka dystansuje się od hollywoodzkich historii miłosnych, i robi to dużo dyskretniej i zręczniej niż w przypadku polemiki „światotwórczej” z Rowling. W tym wypadku blurb nie kłamał: Najwyższa magia to ludzka chemia – to właśnie uczucia (i ich brak) bohaterów są największą nieprzewidywalną siłą w książce.

Czasami bywa tak, że osoba, z którą prowadzimy rutynową pogadankę „a co na uczelni?”, okazuje się dużo bardziej złożona, niż byśmy byli w stanie wywnioskować z pierwszych dziesięciu minut rozmowy. Tak jest z tą książką. Trzeba dać jej i sobie trochę czasu, wytrzymać trochę nudy i przymknąć oko na toporne formułowanie poglądów na niektóre kwestie techniczne, by jednak poczuć pewną sympatię (ale w żadnym razie nie oczarowanie) i zdekonstruować pierwsze wrażenie. Pytanie – czy masz ten czas i wyrozumiałość cechującą dobrego słuchacza?
 
 
Beata 
deformacja IU


Posty: 4648
Wysłany: 2008-09-25, 19:20   

Margaret Atwood - "Opowieść podręcznej"

Zniewolenie ciała i umysłu

Opowieść podręcznej… czyli właściwie czyja? Słownik języka polskiego definiuje przymiotnik „podręczny” jako: znajdujący się w łatwo dostępnym miejscu, pod ręką; dający się użyć w każdej chwili; np. stolik podręczny, apteczka podręczna, bagaż podręczny. Według słownika jest to przymiotnik używany jako określenie rzeczy, przedmiotu… nie człowieka. Ale tutaj użyto tego wyrazu jako rzeczownika rodzaju żeńskiego. Wpatrywałam się w tytuł i usiłowałam poprawnie odczytać sugestię autorki… czyżbym miała w rękach opowieść kobiety, traktowanej jak przedmiot, znajdującej się zawsze na podorędziu, zawsze gotowej do „użycia”? Zastanawiałam się, jaki koszmar zamknięto pomiędzy okładkami…

Od pierwszych stron powieściowa wizja owładnęła mną z niesamowitą siłą. Znalazłam się w bardzo dziwnym kraju, w którym kobiety nie mają imion, tylko wytatuowane na nadgarstkach numery. W kraju, w którym kolor stroju określa status kobiety – czerwony zarezerwowany jest dla Podręcznych, biały – dla Córek, niebieski – dla Żon, a wszystkie Marty (to nie imię, to nazwa profesji) noszą się na ciemnozielono. W kraju, w którym kobietom nie wolno posiadać żadnej własności, a nawet samotnie wyjść na spacer. W kraju, w którym nie wolno czytać ani pisać pod groźbą utraty ręki. W kraju, w którym na każdym kroku trzeba się legitymować. Witajcie w Republice Gileadzkiej – totalitarnej antyutopii fundamentalistów religijnych.

Podręczne to młode kobiety, których jedynym zadaniem jest rodzenie dzieci. Nie wolno im pracować, nie udzielają się społecznie, w zasadzie nie robią nic – po odpowiednim szkoleniu (a raczej praniu mózgu) są przydzielane odgórnym nakazem do domów zasłużonych ojców rodzin, gdzie służą jako bierne reproduktorki, takie żywe inkubatory. Jeśli urodzą, są przenoszone do innego domu, a jeśli się nie sprawdzą, trafiają do kolonii karnych, jako bezużyteczne niekobiety – ich miejsce zajmują kolejne wyszkolone kandydatki. W Gileadzie nie ma miłości, śmiechu, radości – jest tylko obowiązek, powinność, powaga. I paraliżujący strach. I bezwarunkowe przestrzeganie przepisów, które regulują wszystkie dziedziny życia – łącznie z częstotliwością kąpieli. Podręczna nie decyduje o niczym, nawet o terminie zmiany odzieży zimowej na letnią…

„Opowieść podręcznej” można śmiało porównywać z „Rokiem 1984” George’a Orwella. Jednak obraz społeczeństwa nakreślony przez Margaret Atwood jest o wiele bardziej przerażający – bohaterowie książki Orwella, choć zniewoleni, mają własne mieszkania, pracę, mogą korzystać z telefonu, wysyłać listy, wyjechać na łono natury… Tymczasem gileadzkie kobiety nie mogą nawet poświęcić się żadnemu hobby. Podczas lektury zastanawiałam się, jak to możliwe, że społeczeństwo zaakceptowało taki system? Otóż, społeczeństwa nikt nie pytał; zmiany wprowadzono stopniowo… a zresztą niektóre z nich były wręcz witane z aprobatą – wszak reformowały „społeczeństwo ginące z nadmiaru wyboru”.

Książka napisana jest pięknym, bardzo sugestywnym i pełnym niuansów językiem, tytułowa podręczna snuje swą opowieść powoli, nie unika dygresji i retrospekcji. Takie leniwe tempo narracji nie budzi jednak sprzeciwu – wszak kobieta, której przez cały dzień nie wolno nic robić, celebruje najprostsze nawet czynności, choćby to było tylko jedzenie jajka. „Opowieść podręcznej” ma jednak jeszcze jedną zaletę – nie da się jej skrócić. Niestety, dość często natrafiam na książki, którym wcale „wycinanki” by nie zaszkodziły – jednak w tym przypadku przyznaję, że ta opowieść nie zawiera ani jednego zbędnego słowa. Wręcz przeciwnie – należy ją czytać z najwyższą uwagą, aby z bardzo skąpo dozowanych okruchów informacji próbować odtworzyć obraz wypadków.

Autorka pozostawiła zakończenie otwarte – nie znamy dalszych losów bohaterki. A jednak załączony „komentarz historyczny” z 2195 r. pozostawia nadzieję – skoro naukowcy debatują nad niuansami historii i systemu społecznego Republiki Gileadzkiej, to znaczy, że ta absurdalna próba stworzenia społeczeństwa doskonałego zakończyła się niepowodzeniem. Książka jest ostrzeżeniem przed pokładaniem nadmiernej ufności w słowa tych, którzy – „dla naszego własnego dobra” – oferują łatwe wyjaśnienia i jeszcze łatwiejsze rozwiązania. Gdyż niebo jednych jest piekłem innych.

10/10
_________________
Niewiedza nie jest prostym i biernym brakiem wiedzy, ale jest postawą aktywną; jest odmową przyjęcia wiedzy, niechęcią do wejścia w jej posiadanie, jest jej odrzuceniem.
Karl Popper
 
 
Ł 
dziura w niebycie


Posty: 4426
Skąd: fnord
Wysłany: 2008-09-26, 14:13   

Tarantula- Thierry Jonquet

Jonquet prezentuje w tej krótkiej i wielowątkowej historii różne rodzaje tego, co nasza kultura nazywa tradycyjnie złem. Zło prymitywne, zło dewiacyjne, zło wynikające z rachunku korzyści i strat, zło irracjonalne bez przyczyny, zło jako kaprys i zło jako zemsta. Odstępstwa od norm moralnych, obyczajowych, przełamanie tabu fizyczności i płciowości. Wszystko to charakteryzuje garstkę bohaterów. Napis z okładki głosi, że jest to historia kata i ofiary i jest to prawda o tyle, o ile pojęcia te odrywają się od poszczególnych jednostek i wydają się istnieć same dla siebie. Czasem spotykają się w jednej osobie. Tworzy to sytuacje, kiedy dewiacja nie istnieje już jako indywidualne przeżycie u kogoś pod czaszką, ale wisi w powietrzu, jest przerażająco oczywistą częścią atmosfery – jak tlen. I czytelnik też to czuje.

Książka przez podzielona jest na wątki; poszczególne historie początkowo wydają się całkiem z sobą niepowiązane. Z czasem autor daje wskazówki, poszlaki pozwalające je łączyć, odnajdywać ich wspólny kręgosłup. Zapewne spostrzegawczy czytelnik rozwiąże zagadkę, zanim jeszcze autor podniesie ostatnią kurtynę i poda całą makabrę fabuły na tacy. Mnie się to prawie udało, być może sam jestem sobie winien; książkę czytałem zbyt szybko, w napięciu, bez przerwy. Przypominało to oglądanie dobrego filmu nocą, i całość zamknęła się w czasie typowym dla filmów – niecałe dwie godziny (ok. 120 stron).

Ułatwia to podział książki na trzy części (Pająk, Jad, Ofiara), a te z kolei na przeplatające się fragmenty. Szczególnie historia ofiary Tarantuli robi wrażenie – nie tylko ze względu na najcięższe opisowo sceny, ale również z powodu drugoosobowej narracji („cierpiałeś”, „krzyczałeś”), która wymusza utożsamianie się. Historia związku Richarda i Ewy natomiast od samego początku stanowi wielki znak zapytania – dwoje ludzi jest ze sobą, choć się nienawidzi. To bardziej nienaturalne niż kamień spadający do góry; znak zapytania staje się haczykiem, na który złapałem się, próbując zrozumieć, o co chodzi. Natomiast wątek rzezimieszka trochę odstaje od pozostałych dwóch, nie ma tu takiego ciężaru opisowego i emocjonalnego – i tym bardziej ciekaw byłem jak autor to powiąże. A powiązał i rozwiązał po mistrzowsku, czego kulminacją jest groteskowy „happy end”, najsilniejszy akord całej historii.

Umiejętnie stworzony klimat i utkana fabuła wraz z selektywnością treści sprawiają, że sam Thierry Jonquet jawi się jako tarantula, nie dając wyrwać się czytelnikowi ze świata noir, jaki wykreował. A kreował go wcale nie sięgając po niesamowitości, ale artykuły z codziennych gazet, jak przekazuje książkowa wkładka. Polecam "Tarantulę" każdemu – jest to pozycja w sam raz na jeden wieczór. Inna sprawa, że ten wieczór możecie później długo wspominać.
 
 
Maeg 
Trójkoświr


Posty: 2425
Skąd: 127.0.0.1
Wysłany: 2008-09-26, 20:30   

Patrick Rothfuss - "Imię wiatru"

Recenzowanie debiutanckich powieści wiąże się dla mnie zawsze z pewnym dylematem. Z jednej strony bacznie przyglądam się książce, wyczekując jakiegoś powiewu świeżości. Nie musi być to „rewolucyjne” spojrzenie na fabułę jak u Hala Duncana, ale coś nowego. Z drugiej zaś, jako czytelnik zdaję sobie sprawę, że debiutantowi można więcej wybaczyć niż pisarzowi, który wyrobił sobie już pozycję na rynku. Dodatkowo sytuację może skomplikować fakt zachwytu nad książką. Takiego prawdziwego zachwytu, nie zaś wykreowanego przez wydawnictwo czy agencję reklamową. Tak właśnie jest z powieścią „Imię wiatru” Patricka Rothfussa, którego wymienia się wśród najlepszych debiutantów ostatnich lat. Obok na przykład Scotta Lyncha czy Joe’a Abercombiego.

„Imię wiatru” to klasyczne epickie fantasy stylizowane na opowieść, którą moglibyśmy usłyszeć przy ognisku czy w karczmie. Autorzy niekiedy uciekają się do tego wybiegu na początku ksiązki, aby bez większych przeszkód wprowadzić czytelnika w świat swojej powieści, przeważnie też przypominają sobie ponownie o zastosowanym tricku dopiero na końcu książki. Rothfuss nie zapomina, dzięki interludiom i zmianie narracji z pierwszoosobowej na trzecioosobową udaje mu się wytworzyć i zachować atmosferę przykuwającą czytelnika do książki od pierwszych do ostatnich stron. Gdy zaznajamiamy się z kolejnymi epizodami z życia młodego Kvothe, dzięki pierwszoosobowej narracji możemy lepiej wczuć się w klimat opowiadanej historii. Oczywiście ten sposób przedstawiania historii ma też swoje wady. Poznajemy tylko jedną wersję wydarzeń, nie możemy liczyć na inny punkt widzenia. Odniosłem też wrażenie, że część postaci istnieje tylko jako tło dla Kvothe. Są i tyle. Za kilkanaście stron możemy o nich zapomnieć. Dobrze jednak, że najważniejsi dla książki bohaterowie wyłamują się z tej przypadłości. Choćby piękna i tajemnicza Denna czy Elodin, jeden z mistrzów na Uniwersytecie.

Dobrze, ale o czym jest „Imię wiatru”? Z pozoru mogłoby się wydawać, że to kolejna opowieść o młodym człowieku, dotkniętym okrutnie przez los. Sztuką jest jednak na podstawie tak prostego i starego pomysłu napisać dobrą powieść. Rothfussowi się udaje. Nie nakazał głównemu bohaterowi ratowania świata przed kolejnym wielkim kataklizmem czy walki z potężnymi złymi siłami, których imienia nie wolno wymawiać. Kvothe zajmuje się głównie ratowaniem siebie samego z opresji, w które sam się wpakował. A poza tym stara się mieć co jeść i gdzie spać oraz zdać egzaminy. Oczywiście są też bardziej ambitne i zarazem ciekawsze dla czytelnika sprawy. Jednak autor dopiero je zarysowuje, czas na nie przyjdzie w kolejnych częściach „Kronik królobójcy”.

Częstym grzechem autorów fantastycznych jest przytłoczenie czytelnika już na samym początku ogromem informacji o wykreowanym świecie. „Imię wiatru” jest od tej usterki wolne, Rothfuss dawkuje wiedzę w taki sposób, aby nikt nie poczuł się zagubiony. Przykładem może być magia, której zasady działania poznajemy wraz ze wspinaniem się głównego bohatera na kolejne szczeble wtajemniczenia.

Oczywiście nie wszystko autorowi się udało. Na prawie dziewięciuset stronach zdarzają się co jakiś czas dłużyzny. Akcja się zatrzymuje, a powieść nie oferuje nic, co przykuwałoby czytelniczą uwagę. Jedynym ratunkiem wydaje się wówczas szybki skok do następnego rozdziału. Takich chwil jednak nie jest dużo, więc nie powinny stanowić problemu dla czytelnika.

„Imię wiatru” wśród innych książek fantasy wyróżnia się bardzo dobrym stylem, jakim zostało napisane, pozwalającym zatopić się w lekturze od pierwszych stron. Widać też wyraźnie, że Rothfuss ma pomysł na całą historię, co powinno pozytywnie odbić się na kolejnych tomach cyklu... Zatem jeśli ktoś czuje się spragniony dobrego klasycznego fantasy, nie powielającego jednak Tolkienowskich wzorców, bez zastanowienia może sięgnąć po „Imię wiatru”. Choć nie jest to debiut tak błyskotliwy jak „Kłamstwa Locke’a Lamory”, jako czytelnicy nie powinniśmy narzekać. Dostaliśmy dobrą książkę, która idealnie nadaje się na jesienne wieczory. Spodziewałem się wprawdzie, że będzie to powieść o nieco większym rozmachu, na miarę „Gry o tron” czy „Ogrodów księżyca”. Niemniej wydawać ostateczny werdykt o „Imieniu wiatru” teraz, to jak podsumować film, gdy obejrzało się dopiero jedną trzecią. Bez znajomości kolejnych części, ocena będzie niekompletna i może okazać się niesprawiedliwa.
_________________
"Czytam, bo inaczej kurczy mi się dusza"
— Wit Szostak

Bistro Californium
 
 
Tigana 
Sandman


Posty: 4427
Skąd: Czerwone Zagłębie
Wysłany: 2008-09-29, 21:23   

Neil Gaiman "Księga cmentarna"

Kiedy sięgamy po książkę Neila Gaimana, nigdy nie mamy pewności, co znajdziemy w środku. Współczesną baśń („Gwiezdny pył”), monumentalny fresk („Amerykańscy bogowie”) czy opowiastkę dla dzieci („Koralina”)? Zaczynając przygodę z „Księgą cmentarną”, zastanawiałem się zatem nad jednym: czym tym razem zaskoczy mnie twórca „Sandmana”?

Najprościej byłoby powiedzieć, że najnowsza książka Gaimana to osiem chronologicznie ułożonych i powiązanych ze sobą rozdziałów-opowiadań (plus jedno „Interludium”). Ich wspólnym punktem jest główny bohater, Nikt Owens (częściej nazywany Nikiem), oraz miejsce akcji – stary, opuszczony cmentarz. Każda z opowiadanych historii ma własny niepowtarzalny klimat. Kilka z nich wywołuje uśmiech, inne straszą albo wprowadzają w melancholijny nastrój; wszystkie trzymają równy, wysoki poziom. W moim prywatnym rankingu na pierwszym miejscu stawiam „Danse Macabre”, nostalgiczną opowieść o przemijaniu, ale pozostałe właściwie w niczym jej nie ustępują.

Miejsce ostatniego spoczynku naszych ciał chyba nikomu nie kojarzy się zbyt dobrze. Smutek, cisza, wspomnienia o bliskich, których nie ma. I chociaż u Gaimana nie brakuje tego specyficznego „cmentarnego” klimatu, to przede wszystkim mamy do czynienia z miejscem magicznym. W odróżnieniu od świata Za Murem panuje tu spokój, wszystko jest stabilne, reguły rządzące – niezmienne. Kolejne pokolenia zmarłych „żyją” w harmonii i zgodzie od lat. Ich świat zmienia się z chwilą, kiedy pojawia się Nik. Rodzina chłopca została zamordowana przez mordercę o enigmatycznym imieniu Jack i teraz stara, opuszczona nekropolia staje się jego nowym domem. Zyskuje nowych rodziców (martwych rzecz jasna), przyjaciół (też martwych), ba, nawet nauczycieli (niektórzy żyją), chociaż nauk przez nich udzielanych nie znajdziemy w żadnym szkolnym podręczniku. No i jest jeszcze Sils – tajemniczy opiekun w czerni, którego specyficzny tryb życia nie pozostawia zbyt dużo wątpliwości, co do jego pochodzenia.

Cmentarna tematyka wydawałaby się wskazywać na to, że będziemy mieli do czynienia z horrorem. Nie do końca. Bo chociaż nie zabraknie tu potworów (duchy, nieziemskie ogary) czy scen mrożących krew w żyłach (wyprawa za ghulową bramę), najnowsza książka Neila Gaimana jest, podobnie jak „Koralina”, skierowana raczej do młodszego czytelnika. Co ciekawe, kiedy mocniej wczytamy się w treść książki, znajdziemy w niej sporo nawiązań, np. do „Księgi dżungli”. W kwestii dzieła Kiplinga nie chodzi mi nawet o analogię: dżungla – cmentarz, Mowgli – Nik, czy mieszkańcy cmentarza – stado wilków. Jeśli przyjrzymy się bliżej, znajdziemy identyczne rozwiązania fabularne. Czy podróż z ghulami to nie odpowiednik porwania Mowgliego przez małpy? A przeklęty skarb, który zawsze wraca, i jego strażnik nie przypominają wam czegoś? Nawet Sils za sprawą koloru ubrania przywodzi na myśl czarną panterę Bagherę.

Błędem jednak byłoby stwierdzenie, że mamy do czynienia ze zbiorem niby bajeczek, których głównym wyróżnikiem jest specyficzne miejsce akcji. Gaiman nie byłby sobą, gdyby nie przemycił w swojej książce chociażby garści przemyśleń na temat otaczającego nas świata. Kilkakrotnie powraca w książce pytanie, „czym tak naprawdę różnimy się od zmarłych?” – i nie chodzi tu bynajmniej o bicie serca czy oddychanie. Równie ważnym zagadnieniem jest celowość naszego życia, a także umiejętność pogodzenia się z przemijaniem. W trakcie lektury „Księgi cmentarnej” odniosłem wrażenie, że prawdziwym adresatem kolejnych lekcji nie jest Nikt, ale czytelnik.

„Księga cmentarna” to połączenie makabry z pięknem, śmierci z życiem, strachu ze śmiechem. Książka na wskroś gaimanowska, która powinna zadowolić zarówno jego fanów, jak i osoby, które do tej pory nie miały okazji poznać twórczości pisarza. Rzecz skierowana do dzieci, ale i dorośli nie powinni być rozczarowani. Polecam.


Ocena: 9/10
_________________
"Z gustami literackimi jest po trosze jak z miłością: zdumiewa nas, co też to inni wybierają"
Andre Maurois

 
 
Ł 
dziura w niebycie


Posty: 4426
Skąd: fnord
Wysłany: 2008-09-30, 20:30   

Jędrzej Polak - Życie jest gejem

Jędrzej Polak był mi w zasadzie nieznany, ale z błędu wyprowadził mnie blurb – okazuje się, że czytałem kilka jego przekładów angielskiej prozy – między innymi cykl „Odyseja Kosmiczna” A.C. Clarke’a, a nawet uczyłem się z jego tłumaczenia podręcznika do socjologii. Czyli znamy się nie tylko z widzenia, a debiutant wcale nie całkiem zielony. Tym bardziej, że Polak tłumaczy jednak przede wszystkim literaturę głównego nurtu. Oczywiście należałoby się zastanawiać, na ile tłumaczenie jest sztuką a na ile rzemiosłem – ale to dyskusja na inny dzień. W każdym razie, po tym krótkim wywiadzie, moje oczekiwania co do autorskiej książki wzrosły.

Rzeczywistość, w której egzystuje główny bohater, przypomina groteskowy mariaż „roku 1984” Orwella z radiomaryjną fobią. O ile Orwell jest przenoszony bez większych zmian*), to odniesienia do naszej rzeczywistości stanowią podkreślanie grubej kreski. Na każdym kroku mamy kwiatki typu Polska Zjednoczona Partia Redemptosarmatów czy Uczelnia im. Ojca i Teścia Rektora. Brnięcie przez pierwsze strony takiego przedstawienia i próby szukania w tym sensu były bardzo męczące. Nastawiałem się na rozliczenie autora z jego wizji przyszłości. I odpuściłem. Tak naprawdę książka nie straszy wizją klerototalitaryzmu, nie jest fantastyką, która stara się ująć rzecz naukowo; wręcz odwrotnie – przedstawia celowo rzeczywistość przerysowaną, sprowadzoną do absurdu, fantasmagoryczną. Widać to szczególnie, gdy główny bohater używając urządzenia o nazwie nomen omen iGod, ogląda serial bardziej trzeźwy i rzeczywisty niż wszystko co go otacza. Sam spektakl bardziej przypomina poważną powieść z przełomu wieków XIX i XX niż telenowelę. Uznałem, że właśnie na tym trzeba się skoncentrować, ponieważ to tutaj autor stara się coś tworzyć, a nie na pseudoprowokacyjnych realiach, będących kurtyną, w którą wpatrzeni jak zaczarowani przez całą lekturę pozostaną zarówno skrajni zwolennicy, jak i przeciwnicy Radia Maryja. Czytelnicze sitko.

Dużo, naprawdę dużo zabaw z formą. Sama kompozycja książki nie jest zwyczajowa – brak podziału na rozdziały, części – za to wiele przejść narracyjnych, takich jak ww. serial bądź list czy opowieść ojca (w ramach której ktoś inny zaczyna kolejną opowieść). Niektóre fragmenty – i to niezależnie od tego czy jesteśmy bliżej, czy dalej końca książki – wydają się chaotycznymi wtrąceniami, inne nawiązują bezpośrednio do wcześniejszych (a może późniejszych?) sytuacji. Oglądając, czytając, doświadczając te wizje równolegle z bohaterem, przeżywamy szok ontologiczny, nie wiemy, która rzeczywistość jest tą właściwą, prawdziwą, co jest skutkiem, a co przyczyną. Bardzo zręcznie poprowadzono wątek percepcji czasu, a raczej braku tej percepcji. Eksperymenty występują nie tylko w skali makro – tu i ówdzie autor bawi się językiem, tworząc zdania wielokrotnie złożone, tasiemcowate wyliczenia, dwuznaczne skróty i tym podobne rodzynki (różnych jakości).

Eksperyment może dać rezultaty dobre bądź złe, zamierzone i niezamierzone – jednak w przypadku tej książki wydaje się, że celem był sam akt eksperymentu, do którego później autor starał się dorobić ręce i nogi. W rezultacie, choć na pewno tworzenie takiej książki musi sprawiać sporo satysfakcji, to jej czytanie już niekoniecznie. Czasem przymuszałem się do lektury, szczególnie na początku. Środek książki, nie wiedzieć czemu, jest dla kontrastu wypełniony akcją, w związku z czym przyswaja się go szybko. Po skończeniu całości, zastanawiałem się jednak, po co ten przygodowy mostek był. A był w dodatku w omówionej scenografii redemptosarmackiej, która o ile na początku może zaskakiwać (raz żartem, raz aluzją, jako zabieg literacki-maska), to później najzwyczajniej niesamowicie męczy, nie prezentując sobą nic wartego uwagi. Kulminacja natomiast przypomina szaloną jazdę na karuzeli, gdzie natężenie ww. przejść narracyjnych wzrasta w szaleńczym tempie…

W lekturę trzeba włożyć sporo wysiłku, jednak sama powieść do tego nie zachęca, wprost przeciwnie. Jędrzej Polak pisał książkę lat ponad dziesięć, jak twierdzą cyferki umieszczone na jej końcu – i niestety mam wrażenie, że pokutuje to tym, iż pierwotny pomysł obrósł mnóstwem niepotrzebnego mchu słownego; zbyt wiele tu kolażu. „Życie jest gejem” w założeniu miało być chyba książką o przysłowiowym „czymś więcej”, literaturą, dla której fantastyka jest narzędziem a nie celem. I faktycznie „coś więcej” istnieje – bardzo artystyczne introspekcje czy analiza kwestii tak intymnych jak więzi rodzinne. Autor akcentując cielesność (zamiast łydki skupia się na atrybutach płciowych), stara się kreślić, co się komu po duszach lęgnie.

Jednak próby dotarcia do tych walorów przypominają podróż z Warszawy do Lwowa przez Toruń. Z pewnością wiele oryginalnych rozwiązań, ale równie często powracające pytanie – po co? Staram się nie rozumować ad personam przy recenzowaniu książek, ale nasunęło mnie się – czy tłumacz ze sporym dorobkiem, obcujący ze sztuką na co dzień, zawodowo, nie odczuwa czasem ciśnienia artystycznego, którego nie może zrealizować przy tłumaczeniach? „Życie jest gejem” jest być może takim upustem, w którym zsumowało się zbyt wiele pomysłów. A może to ja tylko podwórkowo psychologizuje. W każdym razie książka zdecydowanie dla entuzjastów puzzli ekstremalnych – czyli układania jednego obrazka z dwóch różnych kompletów i połowy trzeciego.

* -Zamiast działających w dwie strony telewizorów, jest przestrzeń wirtualna sankto, natomiast nie ma już istotnych różnic, jeśli chodzi o seanse nienawiści.
 
 
Beata 
deformacja IU


Posty: 4648
Wysłany: 2008-10-07, 06:57   

Witold Jabłoński - "Fryne hetera"

Konstandinos P. Kawafis, grecki poeta, urodzony i mieszkający w Aleksandrii, wielbiciel literatury starożytnej, otrzymuje pewnego dnia 1923 roku zaproszenie na spotkanie z Fryne, słynną ateńską heterą… szkopuł w tym, że prawdziwa Fryne była równolatką Aleksandra Macedońskiego… Poeta, z zamiarem zdemaskowania oszustki, przybywa na spotkanie. Na spotkanie z grecką przeszłością… Fryne snuje opowieść o swoim życiu, epoce, kulturze greckiej, demokracji ateńskiej, o ludziach, których znała – Demostenesie, Diogenesie, Aleksandrze, Arystotelesie…

Fryne – najpiękniejsza hetera ówczesnych Aten – jest jak najbardziej postacią historyczną. Przyjaciółka rzeźbiarza Praksytelesa – posłużyła mu za modelkę m.in. do Afrodyty z Knidos. Wśród jej kochanków byli najznamienitsi obywatele tego miasta – arystokraci, artyści i politycy. Nie budzi więc zdziwienia, że postać ta została przez autora literacko wykorzystana do przedstawienia bogactwa kulturowego i duchowego cywilizacji greckiej. Cywilizacji, stojącej w obliczu zmian. Cywilizacji, czującej na plecach oddech Filipa i Aleksandra Macedońskiego.

Dziś przyjmuje się, że bitwa pod Cheroneą (338 r. p.n.e.) jest wydarzeniem granicznym, przełomem, kresem niepodległości Grecji. Ale ludzie, za życia których się wydarzyła, z pewnością nie mieli świadomości aż takiego przełomu. Dla nich bitwa ta była oczywiście ważna, ale nikt żadnych magicznych wrót do innych czasów nie przekraczał – po prostu żyli dalej. Świat wokół nich się zmieniał, a oni starali się znaleźć w nim swoje miejsce. I o tym właśnie jest opowieść Fryne – o codzienności. Na szczęście dla nas jej codzienność była bardzo interesująca.

W świecie, w którym cały panteon bóstw determinował ludzki los, życie Fryne nie stanowi wyjątku – jego zmienne koleje zostały określone już przy jej narodzinach. Nad wypełnieniem przepowiedni czuwa z oddali mag Apollonios – na skutek jego zakulisowych machinacji Fryne opuszcza ukochane Ateny, udając się do Macedonii, a następnie – śladem podbojów Aleksandra – przez Azję do Aleksandrii. Bo Fryne ma do wypełnienia zadanie… zadanie, które zmieni na zawsze historię. Ale, szczerze mówiąc, ten wątek wcale nie był dla mnie najważniejszy. Tak samo, jak w „Egipcjaninie Sinuhe” – poszczególne przygody głównego bohatera nie stanowią o wartości powieści. One są tylko pretekstem do podróży przez starożytny świat, gdzie oczami Fryne obserwujemy życie mieszkańców, poznajemy panteon wyznawanych przez nich bóstw, bierzemy udział w niektórych obrzędach. I mamy okazję zapoznać się z komentarzami Fryne – nie tylko na temat obyczajów jej rodaków czy czasów współczesnych Poecie.

Wiedza historyczna i etnograficzna autora budzi podziw. Jeszcze większy podziw budzi umiejętność dzielenia się tą wiedzą z czytelnikami – w książce nie ma ani jednej dłużyzny czy autorskiego wykładu ex cathedra. „Fryne hetera” napisana jest pięknym językiem, bardzo plastycznym i sugestywnym, miejscami wręcz malarskim. Szczególnie cenię sobie fakt, że przedstawiony przez Witolda Jabłońskiego wizerunek starożytnej Grecji tętni barwami, sprzeciwiając się stereotypom, które z uporem przedstawiają naszych kulturowych przodków w białych chitonach przed oślepiająco białymi świątyniami.

Uderzający w powieści jest szacunek dla wszystkich, dziś uznawanych za pogańskie, kultów i wierzeń – wszystkie są równoprawne, żadnemu autor nie odbiera prawa do istnienia. Po prostu przedstawia je, opisuje, nie dokonując wartościowania – to należy już do czytelnika. Wprawdzie Fryne wypowiada się z niechęcią o bogu Żydów i o chrześcijaństwie – ale jakiego innego komentarza na temat monoteizmu można oczekiwać po osobie wychowanej w kulturze, w której żaden bóg nie żąda wyłączności?

Ktoś powiedział, że pamięć o zmarłych sprawia, że nadal żyją wśród nas. Dzięki Witoldowi Jabłońskiemu Fryne, najpiękniejsza z ateńskich heter, jest z nami i oprowadza nas po swoim świecie. Wysłuchajmy jej opowieści – naprawdę warto.
_________________
Niewiedza nie jest prostym i biernym brakiem wiedzy, ale jest postawą aktywną; jest odmową przyjęcia wiedzy, niechęcią do wejścia w jej posiadanie, jest jej odrzuceniem.
Karl Popper
 
 
Tigana 
Sandman


Posty: 4427
Skąd: Czerwone Zagłębie
Wysłany: 2008-10-07, 21:03   

Richard Morgan "Trzynastka"

Badania i eksperymenty genetyczne to jedne z najbardziej kontrowersyjnych gałęzi nauki. Z jednej strony dają nadzieję na wyleczenie śmiertelnych chorób oraz przedłużenie ludzkiego życia, z drugiej – budzą niepokój i stawiają pytanie, czy człowiekowi wolno bawić się w Boga? A co stanie się, gdy dzieło ludzkich rąk wymknie się spod kontroli? Ta kwestia odpowiedzialności była poruszana przez autorów fantastyki już od zarania gatunków. Wystarczy wspomnieć „Frankensteina” Mary Shelley czy „Wyspę doktora Moreau” Herberta George’a Wellsa. Dziś powraca w „Trzynastce”, najnowszej powieści Richarda Morgana.

W świecie wykreowanym przez brytyjskiego powieściopisarza modyfikacje genetyczne są czymś zwykłym. Wśród normalnych mieszkańców żyją setki „poprawionych” ludzi, m.in. bonobo – kobiety „stworzone” do seksu oraz super wojownicy zwani trzynastkami. Ci ostatni, zmodyfikowani genetycznie na podobieństwo pierwotnych samców alfa, rygorystycznie wychowani, pozbawieni uczuć i wiary w Boga, są idealnymi żołnierzami. Niestety, potrzebni w czasie wojen, z chwilą nastania pokoju stają się wrogiem publicznym numer jeden, symbolem lęku przed innością. Trzynastki mają do wyboru osiedlenie się, bez możliwości powrotu, na Marsie lub rejestrację i internowanie w specjalnych obozach na Ziemi. Nieliczni, którzy próbują się ukrywać, są likwidowani. Skąd bierze się strach przed nimi? Być może po raz kolejny dzieło przerosło twórców. Trzynastki posiadają przywódcze cechy charakteru, które umożliwiłyby im szybkie przejęcie władzy nad pozostałymi ludźmi – cielętami, jak ich pogardliwie nazywają. Stąd konieczność izolacji i stałej kontroli.

Carl Marsalis, główny bohater powieści, sam jest trzynastką. Dzięki wygranej na specjalnej loterii wraca na Ziemie, gdzie zostaje wynajęty przez ONZ do likwidacji takich jak on. Staje się zabójcą własnego gatunku. Uwięziony za próbę pomocy w aborcji, dostaje ostatnią szansę. Wraz z funkcjonariuszką Sevgi Ertekin ma odnaleźć inną trzynastkę, która jest podejrzana o serię morderstw.

Do największych walorów powieści zaliczyłbym kreację głównego bohatera – Carla Marsalisa. Samotny, wypalony, cyniczny jak wielu mu podobnych bohaterów, ale równocześnie oryginalny i przykuwający uwagę. Jest niby bezduszną trzynastką, ale nie wątpimy w prawdziwość jego uczucia. Stworzono go do zabijania, ale stara się okiełznać zabójczy instynkt. Pozbawiony wiary – tworzy własny system wartości. Kieruje się instynktem i przeczuciem, które inni nazywają paranoją.

Główny wątek książki – śledztwo w sprawie morderstwa – jest prowadzony sprawnie, chociaż standardowo. Po raz kolejny okazuje się, że prosta z założenia sprawa ma swoje drugie dno, a tropy wiodą w najmniej spodziewanym kierunku. Mnożą się wątki, zmieniają podejrzani, a życie prowadzących śledztwo jest w ciągłym zagrożeniu. Wrogowie stają się sprzymierzeńcami, a przyjaciele okazują zdrajcami. Paru rzeczy można się łatwo domyślić, w kilku miejscach autor wykorzystuje mniej szablonowe rozwiązania.

„Trzynastka” to jednak przede wszystkim powieść science fiction. Świat z przełomu XXI i XXII wieku znacznie różni się od naszego. U Morgana nie istnieją już jednolite Stany Zjednoczone, a ich miejsce zajęły trzy odrębne twory polityczne – od liberalnej Unii Północnoatlantyckiej, poprzez Wybrzeże, aż do ksenofobicznej Skonfederowanej Republiki nazywanej popularnie Jezusowem. Wspomaganie genetyczne, wszechobecna sieć, wirtualna rzeczywistość, kolonizacja Marsa, to tylko wybrane aspekty życia w przyszłości. Na szczęście autor nie przesadza w tworzeniu dekoracji. Nowoczesna technologia stanowi integralną część wizji, ale nie przytłacza jej. Pisarzowi udało się także uniknąć nadmiaru specjalistycznego nazewnictwa. Dowód – nawet taki laik jak ja nie miał problemu ze zrozumieniem tego, co opisuje Morgan.

O ile sam opis technologii przyszłości jest łatwo przyswajalny, mam pewne zastrzeżenia co do konstrukcji świata. Od początku książki czytelnik jest wrzucony na głęboką wodę i musi samodzielnie budować ogólny obraz Ziemi oraz sieć wzajemnych powiązań. Znam osoby, które kochają tego typu rozwiązanie – mnie ono nie odpowiada. Zresztą w trakcie lektury odniosłem wrażenie, że wizja autora, choć nad wyraz interesująca, jest niespójna i brakuje w niej wszystkich elementów. Szwankuje tempo narracji – główny wątek rozwija się bardzo powoli i dopiero pod koniec książki znacząco przyśpiesza. Owszem, od czasu do czasu autor „serwuje” dynamiczny opis walki, ale jest tego jak na mój gust za mało. Do minusów zaliczyłbym też część dialogów, które bardziej przypominają naukowe dysputy niż zwykłe rozmowy.

„Trzynastka” to moje pierwsze spotkanie z prozą Richarda Morgana, nie wiem zatem, jak prezentuje się ta powieść na tle całego dorobku autora. Na pewno otrzymujemy książkę ciekawą, wciągającą, aczkolwiek nie pozbawioną pewnych wad. Nie jest to moim zdaniem dzieło przełomowe, które wejdzie na stałe do kanonów literatury science fiction, ale na pewno rzecz warta przeczytania.
_________________
"Z gustami literackimi jest po trosze jak z miłością: zdumiewa nas, co też to inni wybierają"
Andre Maurois

 
 
batou 


Posty: 505
Skąd: Tai chi
Wysłany: 2008-10-08, 08:38   

Yann Martel Życie Pi

Znam pewną historię, która sprawi, że uwierzy pan w Boga

Od tych słów tak naprawdę zaczyna się powieść Martela. Te słowa słyszy on od nieznajomego w małej kawiarence w Indiach i to one budzą w nim uśpioną, zdeptaną niepowodzeniem poprzedniej powieści wenę. Ocalić ma go opowieść o 16-letnim chłopcu, którego drogę do poznania tego Boga los usiał kłodami, głazami, a przede wszystkim falami oceanu. Ocalić ma go historia życia Pi.

Indie, lata siedemdziesiąte ubiegłego stulecia, miejscowość Puttuczczeri, zoo. Tutaj poznajemy Pi… nie, tutaj zaczynamy go poznawać, bo swoją historię zaczyna nam opowiadać z Toronto.
Hinduizm, Islam i Chrześcijaństwo stykają się w miejscu, w którym dorasta Pi, a dorastanie to naznaczone jest kpinami rówieśników, poznawaniem i fascynacją światem zwierząt i poszukiwaniami Boga. To życie kończy się, kiedy rodzina Patelów – właścicieli miejscowego zoo - zostaje zmuszona do emigracji i swój dobytek, który stanowią głównie zwierzęta zabiera ze sobą w podróż statkiem do Kanady. Podróż kończy się tragicznie, a dalsze losy Pi możemy odczytać z okładki książki...

W blurbie dziennikarz Newsweeka pisze, że historia Pi jest prawdziwa. Nie wiem jakim cudem wkradł się ten błąd, ale zapewniam, że sprawdziłem to i nie jest. Zresztą w wywiadach mówi o tym sam autor. To, że Życie Pi jest fikcją czytelnik wiedzieć powinien, bo dzięki tej wiedzy pole do rozmyślań i interpretacji po zakończeniu lektury staje się dużo szersze, ale o tym już (jeśli przeczytacie) przekonacie się sami.

Książka Martela wciąga od samego początku i z każdym kolejnym rozdziałem to uczucie tylko się pogłębia. Sama historia jest tak interesująca, że na dalszy plan spycha to, jak pisarz ją opowiada. Chłoniemy wydarzenia nieco nieświadomi formy ich przekazu i to… dobrze. Nie sposób odmówić Martelowi talentu do opowiadania, ale też nie sposób zauważyć, że robi to w sposób prosty. Poetyckie metafory i wyszukany język nie są tym co da nam ta książka, ale tak naprawdę tego nie potrzeba. Autor dostosował formę do treści, a czy zrobił to świadomie, czy też wynika to z jakichś niedostatków warsztatowych można ocenić tylko czytając inne jego powieści. Nie przesądzam tego, ale ciężko tego nie zauważyć.
Książka pisana jest w narracji pierwszoosobowej i wszystkie wydarzenia widzimy oczami głównego bohatera co w tym przypadku szczególnie ułatwia nam poznanie go i, na ile to możliwe, wczucie się w jego położenie. Sto rozdziałów, czytelny podział życia bohatera na trzy etapy, niezwykła historia uporządkowana i sprawnie zapisana. Refleksje przychodzą na koniec.

Dla mnie Życie Pi to przede wszystkim opowieść o tym jak ważnym dla człowieka jest uzyskanie równowagi, spokoju i pewności siebie w sferze duchowej. Opowieść o tym do jak wielkiego wysiłku jest zdolny człowiek widzący przed sobą cel i będący zdeterminowanym walczyć do końca, żeby nie stracić go z oczu. W książce poniekąd warunkuje to przetrwanie, ale jeśli tak to czy jednocześnie po prostu nie ułatwia życia? Czy historia Pi sprawia, że człowiek może uwierzyć w Boga? To sprawa bardzo indywidualna i nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Martel nie tyle odpowiada na pojawiające się w naszych głowach pytania co otwiera furtki do nich prowadzące. Pi jest człowiekiem głęboko wierzącym, ale jego wiara nie jest wyznaczona przez jedną, konkretną religię. Jest jego prywatną, indywidualną wiarą. Może dla innych nie chodzi wcale o samego Boga i ten spokój duszy możemy osiągnąć inaczej niż wierząc w niego. Mnie ta historia uczy tego, że pewne rzeczy powinniśmy mieć uporządkowane, a jeśli jeszcze nie mamy to spieszmy się.
_________________
dont open your eyes you wont like what you see
the devils of truth steal the souls of the free
 
 
Beata 
deformacja IU


Posty: 4648
Wysłany: 2008-10-09, 06:47   

Michał Krzywicki - "Plagi tej ziemi"

Na moich licealnych lekcjach historii Związkowi Wieleckiemu i grupie Słowian Połabskich nauczyciele poświęcili chyba aż jedną godzinę lekcyjną. Z całej plejady postaci zapamiętałam tylko Jaksę z Kopnika, głównie dzięki informacji o brakteatach – monetach tak cienkich, że mających tylko awers. Przez całe lata nie odczuwałam potrzeby uzupełnienia wiedzy – aż do dziś, do czasu lektury książki Michała Krzywickiego, który „Plagami tej ziemi” debiutuje w wydawnictwie Runa.

Książka przenosi czytelnika do dwunastowiecznej Europy – Bernard z Clairvaux właśnie nawołuje do kolejnej krucjaty. Jednak Sasi nie przejawiają szczególnego zapału do uczestnictwa w walkach na drugim końcu świata – o wiele bardziej kuszą ich sąsiednie ziemie Słowian Połabskich – tym bardziej, że siła Związku Wieleckiego należy już do przeszłości. Słowianie są podzieleni – władająca Brenną u boku starego i schorowanego męża księżna Petrysa, gorliwa chrześcijanka, za wszelką cenę chce zapewnić książęcy stolec nieletniemu synowi. Drugim pretendentem jest pogański książę Jaksa z niedalekiego Kopnika. Każde z nich zaczyna gromadzić stronników…

Wraz z Bernardem na Połabie przybywa Przecław – mnich równie biegły w sztuce leczenia, co w odbieraniu życia, zresztą głównie na ostatecznym usuwaniu oponentów polega jego „praca” w służbie Bernarda. Zmienne koleje losu sprawią, że i Jaksa, i Petrysa będą korzystać z jego kunsztu…

Początkowo ramy konfliktu wydają się dość precyzyjnie nakreślone – z jednej strony ochrzczeni Słowianie oraz Sasi, żądni przewag wojennych, bogatych łupów i sławy „obrońców krzyża”, z drugiej – pogańscy Połabianie, broniący swojej niezależności i wiary ojców. Jednak już po krótkiej lekturze autor zaskakuje – okazuje się, że i Bernard, i Przecław mają swój ukryty cel, a do gry włącza się jeszcze ktoś... ktoś, kogo istnienie jest poważnie zagrożone.

Akcja powieści toczy się wartko – główne postaci zostały obdarzone wyrazistymi cechami charakteru, co wcale nie znaczy, że są jednoznaczne czy jednowymiarowe. Święty Bernard jest zapatrzonym w siebie fanatykiem („wolę wszystko zniszczyć, niż choćby starać się to zrozumieć”), pełnym pogardy dla innych ludzi, Jaksa – nieodpowiedzialnym warchołem, Przecław – kobieciarzem, cynikiem i oszustem, Petrysa – kobietą gotową na wszystko… to po prostu ludzie, tacy sami jak my – z naszymi wadami, ułomnościami, radościami i marzeniami.

Autor nie ogranicza się do suchego opisu wydarzeń – maluje tło kulturowe epoki, z całym bogactwem słowiańskich wierzeń: mitologicznych boginek, mamun, topielic, rusałek i południc, które na co dzień towarzyszyły naszym przodkom. Postać i profesja Przecława pozwala na przedstawienie tajników średniowiecznego ziołolecznictwa – nota bene fragmenty dzieła pt. „O naturalnych sposobach leczenia”, umieszczone w mottach rozdziałów, są perełkami same w sobie. W miastach życie toczy się na ulicach i placach, wszyscy plotkują o wszystkich, gospody są pełne klientów, rzemieślnicy i kupcy prowadzą interesy – to społeczeństwo żyje. Widać, że autor nie tylko darzy sentymentem opisywaną epokę i krainę, ale próbuje się tym uczuciem podzielić z czytelnikiem.

Właśnie – próbuje. Niestety w powieści najbardziej szwankuje język – w prologu narracja zgrzyta tak bardzo, że niemal uniemożliwia lekturę. Dodatkową konfuzję dla czytelnika stanowi fakt nazwania sług Bernarda „psami”, tym bardziej, że czworonogi te w prologu występują dość obficie –zdarzają się momenty, że czytelnik nie wie, które „psy” w danym momencie autor ma na myśli. Na szczęście w miarę rozwoju opowieści narracja staje się bardziej płynna, choć nie osiąga wysokiego poziomu. Jeżeli autor nie poprawi warsztatu pisarskiego, to czarno widzę jego przyszłość – ciężko czyta się tekst, którego twórca ma kłopoty z gramatyką, niekiedy irytująco nadużywa przymiotników i nie potrafi się zdecydować czy stylizować język, czy nie.

Denerwujące są niektóre nieścisłości historyczne – zastanawiam się, czy XII-wieczni Słowianie mogli znać metaforyczne znaczenie słynnego powiedzenia Juliusza Cezara: „kości zostały rzucone”. Moje wątpliwości budzi też obecność kryształowych kielichów na XII-wiecznym stole, nawet jeśli to stół książęcy. Wprawdzie autor w posłowiu zastrzega, że igra z Historią i akceptuję to wyjaśnienie w odniesieniu do wiedzy zielarskiej Przecława, ale powyższe przykłady przekraczają moją tolerancję, szczególnie że nie mają one żadnego znaczenia dla fabuły.

Z kolei niepolukrowane przedstawienie warunków życia codziennego może być potraktowane dwojako: jako zaleta i jednocześnie – wada. Bohaterowie nie są wymuskani, pachnący i gładko uczesani – bekają przy stole, wymiotują, taplają się w błocie, śmierdzą. Dzięki takiemu opisowi świat „Plag tej ziemi” jest bardziej rzeczywisty, choć mnie akurat ten – moim zdaniem nadmierny – naturalizm nie odpowiada.

Reasumując, „Plagi tej ziemi” to opowieść przygodowa z elementami fantasy z XII-wiecznego Połabia. Jej zaletą jest osadzenie akcji w atrakcyjnym historycznie miejscu i czasie, wiarygodne portrety psychologiczne bohaterów i motywacje ich działania, prezentacja średniowiecznych receptur leczniczych i pomysł wykorzystania elementów mitologii słowiańskiej do wyjaśnienia pewnych, znanych z historii, wydarzeń. Niestety – zdecydowanym minusem jest „szkolny” język, jakim posługuje się autor i dlatego nie mogę ocenić tej pozycji na więcej niż 5/10.

Mimo że moja ocena książkowego debiutu Michała Krzywickiego nie należy do najwyższych, to mam nadzieję na kolejne pisarskie spotkanie z autorem, bowiem stosunkowo niewielkie korekty używanego słownictwa i warsztatu literackiego (o fabułę jestem spokojna) mogą odsłonić przed nami naprawdę dobrego twórcę.
_________________
Niewiedza nie jest prostym i biernym brakiem wiedzy, ale jest postawą aktywną; jest odmową przyjęcia wiedzy, niechęcią do wejścia w jej posiadanie, jest jej odrzuceniem.
Karl Popper
 
 
Tigana 
Sandman


Posty: 4427
Skąd: Czerwone Zagłębie
Wysłany: 2008-10-13, 20:22   

Andrzej Pilipiuk „Drewniana twierdza”

Moja setna recenzja //piwo //kas //cheerleader


„Drewniana twierdza” to już trzecia odsłona nowego cyklu powieściowego Andrzeja Pilipiuka. Pod względem fabularnym zmienia się niewiele. Tak jak w poprzednich tomach wraz z trójką podróżników w czasie: Markiem, Staszkiem i Helą wędrujemy po niegościnnych ziemiach dawnej Norwegii w poszukiwaniu tajemniczego Oka Jelenia. Dostajemy więc niby tą samą książkę, a jednak czyta się ją dużo przyjemniej od poprzednich części.
Głównym atutem najnowszej powieści Pilipiuka jest wartko prowadzona fabuła. Akcja może i nie toczy się tak szybko jak w opowiadaniach o Jakubie Wędrowyczu czy „Operacji Dzień Wskrzeszenia” niemniej widać znaczny postęp. Już pierwsze strony „Drewnianej twierdzy” daje przedsmak tego, co będzie działo się w dalszej części powieści – ginie jeden z głównych bohaterów, a reszta wpada w kolejne tarapaty. Dodatkowo autor wprowadza do rozgrywki nowych przeciwników, którzy niczym nie ustępują naszym podróżnikom w czasie, a wręcz przewyższają ich pod względem wiedzy, umiejętności oraz środków. Na szczęście, niejako dla równowagi, Marek i jego towarzysze zyskują cennego sojusznika – kozaka Maksyma Omelajnowicza , którego szabla nie raz i dwa pozwoli wyjść im z opresji.
Na plus powieści zaliczyłbym również zredukowanie do niezbędnego minimum wątku dotyczącego tworzenia przez bohaterów „starych-nowych wynalazków”. Na szczęście porzucają oni ostatecznie mrzonki o produkcji penicyliny czy drewnianych kalkulatorów, chociaż sny o marketach jeszcze im się zdarzają. Dociera do nich w końcu, że pomimo posiadania podstaw naukowych nie są w stanie wykorzystać swojej wiedzy w realiach średniowieczne Europy. Na przeszkodzie stoi brak odpowiednich środków (narzędzi), technologii produkcyjnej oraz umiejętności.
Niestety kolejna odsłona „Oka Jelenia” pomimo wymienionych wyżej zalet powiela równocześnie błędy i niedociągnięcia poprzednich tomów. Bohaterzy są wciąż bezbarwni i przewidywalni – brakuje w nich błysku indywidualności, który spowodowałby, że czytelnik przejąłby się ich losami. Nawet Hela, która wydawała się mieć w sobie najwięcej energii nie dostała zbyt wielu szans na wykazanie się. Na dobrą sprawę jedynie wspomniany już kozak Maksym wprowadza nieco kolorytu do książki.
W dalszym ciągu drażni wszechwiedza postaci. Szczególnie jest to widoczna u Marka, który zna zarówno skład chemiczny prochu, jak i rozmieszczenie rud żelaza w Islandii. Męczący staje się również pietyzm w odtwarzaniu realiów dawnej Skandynawii. Podziwiam wiedzę autora, ale kolejne opisy życia codziennego (sauna, uroczystości, zasady funkcjonowania Hanzy) bardziej męczą niż ciekawią.
Nie zrezygnował także Pilipiuk z prezentowania swoich prywatnych poglądów – tym razem dostaje się naszym wschodnim i zachodnim sąsiadom. Markowi nie w smak jest porządek panujący wśród Niemców, a w pewnym momencie chce nawet na XVI-wiecznych kupcach mścić się za Oświęcim. Z kolei Hela, mając w pamięci klęskę powstania styczniowego, nie potrafi zaufać Rosjanom.
„Drewniana twierdza” to moim zdaniem najciekawsza z dotychczas wydanych części cyklu. Sprawnie i szybko prowadzona fabuła, kilka zaskakujących zwrotów akcji, sympatyczna postać kozackiego zawadiaki to największe atuty powieści. Jeśli więc komuś spodobała się „Droga do Nidros” oraz „Srebrna Łania z Visby” nie odejdzie rozczarowany. Bardziej wybrednym czytelnikom zalecałbym lekturę innych książek.

Ocena 6/10
_________________
"Z gustami literackimi jest po trosze jak z miłością: zdumiewa nas, co też to inni wybierają"
Andre Maurois

 
 
Tigana 
Sandman


Posty: 4427
Skąd: Czerwone Zagłębie
Wysłany: 2008-10-13, 20:23   

Tanya Huff „Ślad krwi”

Kończąc recenzje książki Tanyi Huff „Cena krwi” wyraziłem nadzieję, że Fabryka Słów poprzestanie na pierwszy tomie cyklu i nie będzie nam dane męczyć się z kolejnymi częściami. Moje prośba nie została jednak wysłuchana, a na księgarskich półkach ukazała się kontynuacja przygód Vicki Nelson zatytułowana „Ślad krwi”. Zacisnąłem więc zęby i rozpocząłem lekturę.
Akcja powieści rozgrywa się kilka miesięcy po wydarzeniach opisanych w „Cenie krwi”. Na dzikich terenach Ontario ofiarami bezwzględnego mordercy padają kolejne wilkołaki. Nie potrafiąc złapać zabójcy przywódcy stada łaków zwracają się o pomoc do Henry’ego Fitzroya, ten zaś angażuje w sprawę prywatną detektyw Vicki Nelson.
Muszę przyznać, że najnowszą powieść Tanyi Huff czytało mi się znacznie lepiej od poprzedniego tomu. Czy sprawiła to zmiana lokalizacji akcji (zamiast Toronto mała wioska w Ontario) albo nagły wzrost talentu autorki? – nie sądzę. W Hollywood krąży powiedzenie, że zwierzęta potrafią „ukraść” film nawet najlepszemu aktorowi. I chyba w tym właśnie tkwi siła „Śladu krwi”. Nie ma co bowiem ukrywać – to wilkołaki są głównych atutem tej książki.
Wilkołaki na ogół przedstawiane są jako bestie z piekła rodem, które sieją strach i śmierć. Swą zwierzęcą postać zyskują w czasie pełni księżyca, a zabić je można tylko poświeconą srebrną kulą. Tyle legendy. A jak to wygląda w „Śladzie krwi”?
Wilkołacza rodzina Heerkensów przypomina nieco „hipisowską komunę”. Żyje z dala od cywilizacji, nie korzysta z większości dobrodziejstw techniki, sporadycznie utrzymuje kontakty z sąsiadami, ma dość luźne obyczaje np. normą jest chodzenie nago po domu. Wilkołaki nie palą za to trawki a z muzyki słuchają głównie opery. Są ludźmi, ale i zwierzętami – prym w stadzie wiedzie samiec i samica alfa, a o hierarchii decyduje walka . Mają także o wiele mocniej rozwinięte więzi rodzinne, zwłaszcza pomiędzy rodzeństwem. Równocześnie autorka nie oszczędza im zwykłych ludzkich problemów pierwszej miłości, dojrzewania, buntu przeciwko rodzicom. W sumie normalna kanadyjska rodzina – nie licząc braku ubrań i kłębów sierści w całym domu. I to właśnie ta zwyczajność – niezwyczajność sprawia, że „Ślady krwi” czyta się tak przyjemnie.
Do atutów książki zaliczyłbym także rys obyczajowy. Współczesnym ludziom trudno byłoby uwierzyć, że obok nich żyją wilkołaki, dlatego na własny, przyziemny sposób tłumaczą sobie dziwne zachowanie sąsiadów. Jeśli chodzą nago – są nudystami, nie uczęszczają do kościoła – sekta.

O wiele słabiej wypada wątek sensacyjny. Śledztwo prowadzone jest w dosyć ospałym tempie, brakuje zwrotów akcji. Dużym minusem powieści jest ujawnienie tożsamości mordercy już w połowie książki – w rezultacie dostajemy kryminał bez tajemnicy.

Książki nie ratują także kreacje bohaterów. W porównaniu do „Ceny krwi” nie dowiadujemy się niczego nowego o Nelson czy Fitzroyu, a postać detektywa Celluci’ego można scharakteryzować w dwóch słowach: zazdrosny macho. Odniosłem zresztą wrażenie, że poglądy autorki co do mężczyzn są jasno sprecyzowane – każdy facet myśli za pomocą zawartości swoich spodni. Nawet skądinąd sympatyczne wilkołaki są przedstawione dosyć sztampowo – konserwatywny ojciec, zbuntowane nastolatki, przesympatyczny brzdąc. Zabrakło choćby jednej ciekawej postaci drugoplanowej, która ubarwiłaby nieco lekturę powieści.
„Ślady krwi” to powieść nie roszcząca sobie jakiś wielkich ambicji. To raczej klasyczna pozycja, o której zapomina się natychmiast po przeczytaniu ostatniej strony. Ot taki mało straszny horrorem z domieszką kryminału. Tylko i aż tyle. Jej największym atutem jest gromadka sympatycznych wilkołaków, minusem cała reszta. Polecać nie polecam, ale przeczytać z braku innych książek pod ręka można.

Ocena 5/10
_________________
"Z gustami literackimi jest po trosze jak z miłością: zdumiewa nas, co też to inni wybierają"
Andre Maurois

 
 
Ł 
dziura w niebycie


Posty: 4426
Skąd: fnord
Wysłany: 2008-10-15, 19:14   

Herbert, Brian & Anderson, Kevin J. - "Krucjata przeciwko Maszynom"

Dotychczas unikałem kontaktu z wszelkimi nowofalowymi Diunami autorstwa Briana Herberta i Kevina J. Andersona, głównie ze względu na raczej mało przychylne recenzje i średni entuzjazm do samego przedsięwzięcia pt. „kontynuuję pracę ojca”. Pękłem, gdy autorzy poruszyli kwestie legendarnego Dżihadu Butleriańskiego. Jest to ten rodzaj wojen, które zaczynają nową epokę – jak dla nas współczesnych II wojna światowa, czy dla naszych prapradziadków – wojny napoleońskie. Rzeczywistość Diuny wyróżniała się między innymi całkowitym brakiem robotów, cyborgów czy innych superkomputerów, czego geneza kryła się właśnie w tym, tylko zdawkowo napomykanym konflikcie. Kwestia ponadprzeciętnie stymulująca do tworzenia własnych wyobrażeń, dlatego ocena tej ksiązki jest sprawą trudną już a priori – trzeba skonfrontować własne imaginacje z wizją młodego Herberta i Andersona. Przed przeczytaniem tej recenzji polecam zapoznanie się z recenzją pierwszego tomu legend Diuny, „Dżihadu Butleriańskiego”, autorstwa Shadowamage’a. Będzie to o tyle wskazane, o ile nasze wrażania odnośnie tej książki się pokrywają, a ponieważ „Krucjata przeciw maszynom” jest logiczną kontynuacją „Dżihadu…”, postaram się skupić na innych aspektach sprawy, unikając powtórzeń.
Całą książkę czyta się w jednym rytmie (ponad 800 stron!), w czym pomaga gęsto dzielona na kilkustronicowe części kompozycja oraz nieskomplikowana narracja. Akcja „Krucjaty…” ma miejsce aż 20 lat po wydarzeniach przedstawionych w pierwszym tomie. Mimo to spotykamy już znanych bohaterów, co więcej – akcja całej książki to następna dekada z dużym hakiem. Stare i nowe postacie są najczęściej stworzone na zasadzie reprezentacji poszczególnych grup charakterystycznych dla uniwersum. Każda kolejna część książki to kolejna krótka scenka z innym bohaterem. Trudno tu o znużenie; działa magia telewizyjnego serialu. W książce nie brakuje scen, od których powinno aż buchać epickością; niestety, nie są akcentowane w należyty sposób. Ponadto autorzy często zahaczają o „fajność” kalibru Power Rangers – docierając do opisu formy bojowej/statku kosmicznego jednego z liderów maszyn w kształcie pterodaktyla, co świeci oczyma (sic!). Musiałem zamknąć książkę i popatrzeć na okładkę, by upewnić się, że na pewno czytam Diunę.
Książka traktuje o kwestiach takich jak człowieczeństwo, wiara czy fanatyzm. Robi to jednak w najwyższym stopniu pobieżnie. Bohaterowie w swoich kwestiach często podkreślają jak to ludzie różnią się od myślących maszyn. Niestety – tylko mówią, ponieważ nie zpstaje to wyraziście oddane w opisach. Artefaktyczne mózgi zachowują się najzwyczajniej jak ludzie. Myślę, że skoro eksploatuje się już nieco oklepany motyw, taki jak konflikt człowiek-maszyna, to można się postarać o coś więcej. Z kolei cała religijność najczęściej przywoływanego buddislamu (wiary, która legnie u podstaw tożsamości fremenów/wolan) wydaje się polegać na recytowaniu sutr. Wyznanie pozostaje dla nas zagadką. Zbitki słów takie jak zenszyityzm czy Buddallah niby coś sugerują, jednak autorzy wątek religijny traktują czysto instrumentalnie. Z kolei wątek polityczny mieści się w space-operowych standardach. Śledziłem go z zainteresowaniem, niemniej problemem może tu być zbyt wiele razy stosowany chwyt deus ex machina, podważający wiarygodność linii fabularnej.
Na oddzielny akapit zasługuje sama forma wydania powieści przez Rebis. Znajduje na nią jedno zdanie – książka wygląda szlachetnie. Duże wrażenie robi twarda oprawa koloru piasku ze złoceniami. Ilustracjom Siudmaka, nie wnikając w oceny estetyczne, nie można odmówić odnalezienia się w temacie książki. Przekładu dokonał natomiast Andrzej Jankowski, kontynuując linię tłumaczeniową Marka Marszała. I jest to przekład dobry. Wiem, że dla niektórych jest to oczywistość na zasadzie Marszał = tak, Łoziński = nie, ale mnie daleko do tego typu opinii; starałem się ocenić przekład „Krucjaty…” abstrahując od tego dogmatu.
Herbertowi i Andersonowi nie brak chęci czy nawet pomysłów – ale możliwości tego duetu to inne spektrum niż wizja śp. F. Herberta. Wspomniana space opera to chyba najlepszy pryzmat, przez jaki można „Krucjatę…” rozbierać i dobierać. I pod tym kątem jest naprawdę nieźle. Ewentualnie jako zbeletryzowany tezaurus starego cyklu, co z pewnością ucieszy fanów Diuny, którzy przykładają większe znaczenie do kanonicznych informacji niż literackiej formy. Pozwolę sobie jednak na uwagę obejmująca całe „Legendy…” – zawiodłem się, ponieważ liczyłem na to, iż będzie to łącznik między teraźniejszą rzeczywistością a jej antycypacją w postaci oryginalnych kronik Diuny. Chronologicznie owszem – jest to taka antycypacja, ale jednocześnie autorzy nie starali się wnikać w procesy, jakie doprowadziły do wydarzeń, które nadają ton „Legendom…”. Książki Herberta i Andersona tłumaczą raczej w dość prostym stylu to, co stanie się później, a sam świat, mimo 10000 lat różnicy, nadal zbyt przypomina oryginalną Diunę. Nie wykorzystano opcji na stworzenie pomostu między światami; zabrakło odwagi w proponowaniu własnych rozwiązań. Patrząc na ilość książek, jaka wychodzi spod rąk tego duetu, nie można wykluczyć, że furtka ta została zostawiona po to, by napisać „Legendy legend Diuny”. Nieciekawa perspektywa.
 
 
Beata 
deformacja IU


Posty: 4648
Wysłany: 2008-10-21, 20:08   

Terry Pratchett - "Piekło pocztowe"

Wiek Anchois zawitał do Ankh-Morpok. A wraz z nim postęp cywilizacyjny, manie kolekcjonerskie i zakładanie blokad koniom, zwane wdzięcznie klamrowaniem. Niestety, na tym pięknym obrazie pojawia się skaza – przedsiębiorstwo sekarowe Wielki Pień nie działa prawidłowo i nawet niewidzialna ręka rynku jest bezradna. Zatem Lord Vetinari dokonuje niezbędnych poprawek – aby stworzyć konkurencję, postanawia reaktywować dawno zarzucone usługi pocztowe. Na stanowisko naczelnego poczmistrza miejskiego Urzędu Pocztowego powołuje mistrza oszustwa – Moista von Lipwig. Oczywiście, robi to w sobie tylko właściwym stylu – przedstawiając Moistowi propozycję nie do odrzucenia…

Otrzymany wraz ze stanowiskiem dwuosobowy personel Urzędu Pocztowego wywiera na Moiście niezatarte wrażenie – jeden z pracowników jest mocno już wiekowym potomkiem starej poczciarskiej rodziny i zwolennikiem najbardziej „rustykalnej” odmiany medycyny naturalnej, zaś drugi – maniakalnym kolekcjonerem szpilek, przeżywającym w rzeczywistym świecie Trudne Chwile. Ponadto nasz bohater miewa halucynacje, jest poddawany tajemniczemu rytuałowi, otrzymuje osobistego strażnika i ochroniarza, gdyż okazuje się, że naczelnych poczmistrzów było już przed nim kilku i każdemu przytrafił się jakiś nieszczęśliwy i hmm… ostateczny wypadek. Ale przede wszystkim Moist spotyka kobietę, której nie jest w stanie okłamać… Artysta oszustwa jest lekko zdezorientowany – wszak do tej pory to on dyktował warunki gry – ale wkrótce poznaje Reachera Gilta i już wie, że tym razem trafił na godnego przeciwnika…

Akcja kolejnej opowieści Terry’ego Pratchetta toczy się w oszałamiającym tempie i – mimo, że autor wykorzystuje ograny fabularnie motyw skazańca obarczonego pozornie niewykonalną misją – miewa zaskakujące momenty. I chociaż nikt nie wątpi w końcowy sukces bohatera (w końcu w Świecie Dysku regułą jest, że spełnia się szansa jedna na milion), to przecież nie sama akcja stanowi o wartości książek Pratchetta, a ich specyficzny język, zjadliwy humor i umiejętność spojrzenia na znane sprawy z całkiem innego punktu widzenia. Dzięki tym właśnie zabiegom autor raczy czytelników charakterystycznym koktajlem absurdalnych skojarzeń i ironicznych komentarzy. Tym razem tematem jego opowieści jest świat finansów, bankowość, wielkie korporacje, kreatywna księgowość i granice interwencjonizmu państwowego. Oraz kluczowa rola szpilki w procesie projektowania pierwszych znaczków pocztowych.

Z prawdziwą przyjemnością zauważam, że ledwie zarysowany w pierwszych powieściach o Świecie Dysku kontur Ankh-Morpok, w każdej kolejnej książce jest wypełniany nowymi szczegółami, tworząc barwną mozaikę miasta jedynego w swoim rodzaju. Miasta, w którym Moist zademonstruje, w jaki sposób wymęczony i nieco zachrypnięty marketing Gardło Sobie Podrzynam Dibblera zamienić na aktywną azetową kampanię promocyjną. Miasta, którym rządzi twardą, lecz niewidzialną ręką Lord Vetinari, który sztukę manipulacji innymi doprowadził do takiej doskonałości, że najważniejsze jest wsłuchanie się w to, czego nie powiedział.

Autor znany jest z umieszczania w swoich książkach aluzji do najróżniejszych dzieł literackich – również i w tej książce można znaleźć obfitość takich odniesień (przyznaję, że lektura książek Terry’ego Pratchetta pod kątem tropienia tychże, stała się dla mnie niemal sportowym wyzwaniem). Do najsmakowitszych według mnie należą: motto Urzędu Pocztowego stanowiące trawestację motta Pony Expresu; pełne stoicyzmu stwierdzenia golema Anghammarada: „Tak bywa. Wszystko mija. Tak się zdarza.”, jakby żywcem zaczerpnięte z „Rzeźni numer 5” Kurta Vonneguta; komentarze strażnika: „…kosze z owocami są jak życie: dopóki nie zdejmie się z czubka ananasa, nigdy nie wiadomo, co się trafi”, wzorowane na słynnym zdaniu Forresta Gumpa o pudełku czekoladek; prawa dotyczące funkcjonowania golemów: „Golem nie może skrzywdzić człowieka, ani pozwolić by człowiekowi stała się krzywda, chyba że na polecenie prawowicie ustanowionej władzy.”, które nieodparcie kojarzą mi się z prawami robotyki, sformułowanymi przez Isaaca Asimova.

„Piekło pocztowe” nie jest wyłącznie książką rozrywkową – jakkolwiek bardzo przyjemnie czyta się o próbach zapanowania przez Moista von Lipwig nad tzw. zewnętrznymi okolicznościami, które nawarstwiają się i zapętlają wokół niego tak, jakby żyły własnym życiem – książka przekazuje także poważniejsze treści. Na przykład uczula na korporacyjną nowomowę w rodzaju: „kierownictwo podejmowało słuszne w intencjach decyzje, które – wobec późniejszych doświadczeń – mogły okazać się w pewnych aspektach błędne” (starsi czytelnicy odnajdą w powyższym cytacie echa słusznie minionej epoki), czy też wyjaśnia psychologiczny mechanizm oszustwa. Polecam lekturę.

8/10
_________________
Niewiedza nie jest prostym i biernym brakiem wiedzy, ale jest postawą aktywną; jest odmową przyjęcia wiedzy, niechęcią do wejścia w jej posiadanie, jest jej odrzuceniem.
Karl Popper
 
 
Gand 
Smart Guy


Posty: 680
Wysłany: 2008-10-22, 16:46   

Czas zacząć udzielać w Recenzjach. : P

Neil Gaiman - Księga Cmentarna


Gaimana poznałem rok temu z okładem i nie będę ukrywał, że "łyknąłem" jego twórczość od pierwszego przeczytania. Śmiało mogę się więc określić jako fana twórczości Gaimana i jego książki jestem w stanie kupować właściwie w ciemno, wychodząc z założenia, że jego nazwisko oznacza jednocześnie znak najwyższej jakości.
Na podobnej zasadzie dokonałem zakupu "Księgi Cmentarnej", o której w sumie wiedziałem tyle, że to nowy utwór Neila.

Pewne rodzina zostaje zamordowana przez tajemniczego człowieka imieniem Jack. Z życiem udało się ujść tylko jednemu jej członkowi - półtorarocznemu chłopcu, który nieświadomy zagrożenia opuścił rodzinny dom i powędrował na na cmentarz.
Właśnie cmentarz jej głównym ośrodkiem umiejscowienia akcji, bowiem chłopiec, obdarzony przez duchy owo miejsce zamieszkujące Swobodą Cmentarza, zostaje oddany pod opiekę dwójki z nich na wychowanie. I tak chłopiec otrzymuje od swoich nowych rodziców imię - Nikt - oraz nazwisko - Owens.

Historii opowiedzianej w "Księdze Cmentarnej" zdecydowanie bliżej do "Nigdziebąź" czy zwłaszcza "Chłopaków Anansiego" niż do "Amerykańskich Bogów", którzy byli skierowani raczej do starszego odbiorcy. Nowy Gaiman z kolei przeznaczony jest chyba raczej dla nieco młodszego czytelnika, choć jak to bywa z twórczością Neila nie znaczy to właściwie nic, bo równie dobrze czyta się go osobom nieco starszym i trochę już obytym z fantastykę, o czym może świadczyć przykład niżej podpisanego.

W samej powieści znaleźć można wszystko, co dobre i lubiane u Gaimana. Tradycyjnie już uwagę przykuwa cudowna wręcz lekkość narracji oraz biegłość, z jaką Gaiman kreśli kolejne rozdziały swojej historii. Ani przez moment nie pojawiają się dłużyzny, nie doświadczymy właściwie scen, które uznalibyśmy za zbędne. Gaiman z dużym wyczuciem wprowadza czytelnika w opowieść, chociaż nie tak poważną tematycznie, to jednak przykuwającą uwagę i niezwykle wciągającą.

Ponownie też Gaiman stanął na wysokości zadania w kwestii kreacji postaci. Pomijając już nawet samego Nika otrzymujemy niezwykle interesującego Silasa, pannę Lupescu czy czarownicę Lizę. Każdą z tych postaci właściwie akceptuje się od razu, bez żadnych 'ale', wątpliwości i uprzedzeń.
Tradycyjnie też otrzymujemy kilka typowo Gaimanowskich zwrotów i nazw, charakterystycznych dla jego stylu - moim zdaniem zdecydowanie przewodzą tutaj Jackowie Wszystkich Fachów. Przypuszczam, że nazwa ta wzbudziła nie tylko moje szczere rozbawienie. Z resztą w całej powieści sporo jest typowego dla Neila, dyskretnego humoru, obecnego raczej w postaci mrugnięć okiem i delikatnych uśmiechów do czytelnika, niż żartów, po których przeczytaniu ryczy się ze śmiechu.

Nie można pominąć też sposobu, w jaki Gaiman buduje klimat swojej historii, a zwłaszcza cmentarza. Mimo, iż powieść przeznaczona jest raczej, jak już wspominałem, dla osób młodszych, to napotykamy się w niej na bardzo sugestywne obrazy jak wędrówka poza Ghulową Bramę, czy też Taniec Makabrela.

Trudno dostrzec jakieś poważniejsze wady "Księgi Cmentarnej". Można za takie uznać długość (ledwie 250 stron - mało!), oraz fakt, że ciągle nie jest to dzieło na miarę "Amerykańskich Bogów", ale jeśli Gaiman nadal będzie pisał na tym poziomie to jestem skłonny każdą jego kolejną powieść czy też zbiór opowiadań kupować w ciemno.
Podsumowując - fani Gaimana: do księgarni.
A jeśli ktoś twórczości Neila jeszcze nie zna, to ma doskonałą szansę, by w sposób niezwykle przyjemny się z nią zapoznać.
_________________
We care a lot about the army navy air force and marines
We care a lot about the SF, NY and LAPD
We care a lot about you people, about your guns
about the wars you're fighting gee that looks like fun

We care a lot about the Garbage Pail Kids, they never lie
We care a lot about Transformers cause there's more than meets the eye

We care a lot about the little things, the bigger things we top
We care a lot about you people yeah you bet we care a lot.
 
 
Beata 
deformacja IU


Posty: 4648
Wysłany: 2008-10-22, 20:29   

James White - "Szlifierz umysłów"

Szpital Kosmiczny Sektora Dwunastego to jedyna placówka medyczna w Federacji, zapewniająca opiekę lekarską pacjentom wszystkich ras inteligentnych, zamieszkujących znany człowiekowi kosmos. Na trzystu osiemdziesięciu czterech poziomach Szpital odtwarza odpowiednie środowiska naturalne i zatrudnia personel wywodzący się ze wszystkich ras i kultur. Jest dumą Federacji i najbardziej pożądanym i prestiżowym miejscem pracy dla przedstawicieli zawodów medycznych i paramedycznych. Szpitalem zarządza administrator, a miejsce „drugiego po Bogu” zajmuje O’Mara – naczelny psycholog, od którego opinii zależy, czy stażysta zostanie zatrudniony na stałe – jeśli wykazuje choćby cień ksenofobii, nie ma szans na karierę. Ten ustalony od lat (i dziesięciu poprzednich tomów) porządek zmienia zarządzenie Rady Medycznej Federacji: O’Mara odchodzi na emeryturę, a jego ostatnim zadaniem jest znalezienie i wyszkolenie następcy…

Akcja całego cyklu* osadzona jest w bliżej nieokreślonej przyszłości, w której międzyplanetarne loty kosmiczne są standardem, a komunikacja z inteligentnymi przedstawicielami innych ras – codziennością. Jedynie nieliczne wzmianki pozwalają zorientować się, że w przeszłości miała miejsce wojna kosmiczna, która o mały włos nie zakończyła się zagładą całego inteligentnego życia. Po wojnie zbudowano Szpital Kosmiczny – jako symbol współpracy i pokojowego współistnienia wszystkich mieszkańców znanego kosmosu. Postać naczelnego psychologa Szpitala jest jednym ze zworników cyklu – O’Mara jest obecny w każdym tomie, podejmuje kluczowe decyzje, rozwiązuje pozornie nierozwiązywalne problemy – bez niego Szpital nie będzie już tym samym miejscem. I dlatego zapowiedź odejścia na emeryturę bohatera, który własnymi rękami wznosił szpitalną konstrukcję i – nie będąc psychologiem z wykształcenia – intuicyjnie i z bardzo dobrym skutkiem stosował techniki psychologiczne zarówno wobec pacjentów, jak i galaktycznych sław medycznych o przerośniętym ego, odbieram jako koniec opowieści o pewnej epoce istnienia Szpitala.

Schemat fabularny „Szlifierza umysłów” jest równie nieskomplikowany, co poprzednich tomów cyklu. Do Szpitala trafia osobnik nowoodkrytej rasy telepatów, który wskutek wypadku traci zdolności telepatyczne. Jednocześnie wśród doświadczonego, multirasowego personelu zaczynają się szerzyć przypadki ksenofobii – fala nietolerancji dla „obcych” ogarnia kolejnych pracowników. A konkurs na nowego naczelnego psychologa trwa… Oczywiście, zgodnie z ogólnym schematem, znanym z poprzednich tomów, rozwiązanie medycznych problemów obcego pacjenta stanowi również remedium na wszystkie inne kłopoty. Dodatkowo autor pozwala głównemu bohaterowi na retrospekcję, dzięki której część tajemnic O’Mary zostaje wyjaśniona – czytelnik dowiaduje się, gdzie naczelny psycholog Szpitala spędzał wszystkie urlopy…

Gdy w 1987 roku Wydawnictwo Alfa opublikowało „Szpital kosmiczny” – pierwszą część cyklu o perypetiach galaktycznych lekarzy – z miejsca polubiłam tę książkę – za wartką akcję, pomysłowość w kreowaniu najróżniejszych ras istot inteligentnych, wprowadzenie spójnego systemu klasyfikacji, zawierającego wszystkie istotne z medycznego punktu widzenia cechy charakterystyczne biologii „obcych” i ich naturalnego środowiska życia, za sposób, w jaki autor rozwiązał problem możliwości ogarnięcia przez lekarzy całości wiedzy medycznej dotyczącej nie tylko jednego gatunku, ale wszystkich ras. Do dziś darzę sentymentem ten serial medyczny w sztafażu science fiction, mimo, że jego kolejne części (a tom jedenasty do wyjątków nie należy) rażą schematyzmem i pomyślnym „hollywoodzkim” zakończeniem.

6/10

* Cykl „Szpital kosmiczny” obejmuje następujące pozycje:
1. „Szpital kosmiczny”
2. „Gwiezdny chirurg”
3. „Trudna operacja”
4. „Statek szpitalny”
5. „Sektor Dwunasty”
6. „Gwiezdny terapeuta”
7. „Stan zagrożenia”
8. „Lekarz dnia sądu”
9. „Galaktyczny smakosz”
10. „Ostateczna diagnoza”
11. „Szlifierz umysłów”
_________________
Niewiedza nie jest prostym i biernym brakiem wiedzy, ale jest postawą aktywną; jest odmową przyjęcia wiedzy, niechęcią do wejścia w jej posiadanie, jest jej odrzuceniem.
Karl Popper
 
 
Tigana 
Sandman


Posty: 4427
Skąd: Czerwone Zagłębie
Wysłany: 2008-10-28, 21:02   

Philip K. Dick "Głosy z ulicy"

Żyjemy w bardzo dziwnych czasach, kiedy śmierć może stać się dopiero początkiem – szczególnie w literaturze. Często okazuje się, że przedwcześnie zmarły pisarz zostawił po sobie szuflady pełne niedokończonych powieści, szkiców – dla zawodowców prawdziwa fabryka pomysłów. Wystarczy teraz znaleźć poprawnie piszącego autora i voila – otrzymujemy świeżutki tom przygód Bonda czy kolejny światowy spisek a la Ludlum. Może się również zdarzyć, że jakiś mniej znany pisarz stworzy kolejne tomy według własnych pomysłów – w ten sposób zaistniała na naszym rynku (nie)sławna kontynuacja „Blade Runnera”. Od czasu do czasu wydawca trafia jednak na prawdziwą żyłę złota – niepublikowany jeszcze utwór znanego autora, który z niewiadomych przyczyn wylądował na dnie szuflady. I do tej właśnie kategorii zaliczają się „Głosy z ulicy”, „najnowsza” powieść amerykańskiego klasyka fantastyki, Philipa K. Dicka.

Dick jest znany przede wszystkim jako pisarz science fiction. Jednakże na jego twórczość składają się też powieści obyczajowe, zawierające wątki biograficzne, takie jak „Człowiek o jednakowych zębach” czy „Wyznania łgarza”. Mimo tego, że ich akcja ma miejsce tu i teraz, autor, podobnie jak w swoich utworach fantastycznych, kreśli obraz zagubionych bohaterów, którzy pragną odkryć i zrozumieć prawdziwą naturę otaczającej ich rzeczywistości. Nie inaczej jest w przypadku „Głosów z ulicy”.

Głównym bohaterem powieści jest Stuart Hadley sprzedawca w sklepie radiowo – telewizyjnym. Młody, przystojny, żonaty, stosunkowo zamożny, na pierwszy rzut oka wydaje się być człowiekiem sukcesu. To jednak tylko pozory – niespełniony artysta, pełen gniewu i frustracji, tkwiący w toksycznym związku z siostrą, szuka własnej drogi, czuje się cały czas zagubiony. Najlepiej ukazuje to jedna ze scen, kiedy przeglądając zawartość portfela uświadamia sobie, że jest jedynie tym, co tkwi w przegródkach. Prawo jazdy, kilka wizytówek, klucz, moneta na szczęście to jego „jestestwo”. Podobnie zagubieni są inni bohaterowie książki, ale oni przynajmniej odnajdują spełnienie w pracy, religii albo pomnażaniu majątku. Chwilami można odnieść wrażenie, że Hadley jest już bliski osiągnięcia spokoju, ale to tylko cisza przed burzą. Świetnie oddają to tytuły poszczególnych części książki – „Poranek”, „Popołudnie”, „Wieczór”, „Noc”, które symbolizują poszczególne fazy jego zachowania. Ostatecznie złość znajduje ujście w buncie – niczym mityczny heros, Hadley rzuca wyzwanie całemu światu. Nie jest to jednak czyn samolubny, chociaż mężczyzna sam nie potrafi zaznać szczęścia, pragnie dać je przynajmniej własnemu dziecku.

„Głosy z ulicy” to, oprócz kreowania wizerunku głównego bohatera, sugestywna wizja Ameryki z początku lat pięćdziesiątych. Oczekiwanie na, zdawałoby się nieuchronną, zagładę nuklearną, polowanie na komunistów, wojna w Korei to chleb powszedni tamtych czasów. Pomimo tego, że akcja powieści rozgrywa się pod palącym słońcem Kalifornii, w trakcie czytania nie czuje się jego energii. Przeważa szarość, depresja, apatia, poczucie klaustrofobii, brakuje radości życia. Ludzie nie pracują, a jedynie wypełniają swoje funkcje niczym roboty. Nawet seks wydaje się czynnością wymuszoną i pozbawioną uczuć.

Nie udało mi się odnaleźć informacji, z którego etapu twórczości Dicka pochodzą „Głosy z ulicy”. Nie odpowiem więc na pytanie, czy są czasowo bliższe „Oku na niebie” czy „Ubikowi”. Widać jednak w tej powieści cechę, która zdominowała późniejszą twórczość pisarza – przede wszystkim fascynację, czy wręcz obsesję na punkcie religii. Główny bohater szukając własnej drogi, trafia na spotkanie Stowarzyszenia Strażników Jezusa. Początkowo jest zafascynowany charyzmatycznym przywódcą wspólnoty i jego naukami, ale gdy poznaje go bliżej, czar pryska. Beckheim nie potrafi mu pomóc, a sam Hadley czuje się wykorzystany. Brakuje jeszcze w tym wątku głębszych rozważań o samej istocie Boga, ale widać już początek ścieżki, który doprowadził autora do „Valis”.

Osobiście uważam, że powinien istnieć zakaz wydawania książek, które autor z jakichś powodów skazał na literacki niebyt, ale w przypadku „Głosów z ulicy” jestem gotów zrobić wyjątek. Dostajemy bowiem do rąk intrygującą powieść obyczajową o szukaniu sensu życia. Pomimo tego, że została napisana ponad pięćdziesiąt lat temu, poruszone w niej kwestie wciąż pozostają aktualne, a dylematy bohaterów są nam dziwnie bliskie. Czyż każdy z nas, chociaż jeden jedyny raz, nie chciał porzucić dotychczasowego życia i zacząć wszystkiego od nowa? Wyjechać daleko, gdzie nikt nas nie zna i spróbować raz jeszcze poukładać puzzle własnego życia? Dick nie daje jednak gotowego rozwiązania – nie znajdziemy tu taniego moralizatorstwa czy dydaktyzmu. Każdy musi sam odnaleźć to, co dla niego najważniejsze.

Ocena 7/10
_________________
"Z gustami literackimi jest po trosze jak z miłością: zdumiewa nas, co też to inni wybierają"
Andre Maurois

 
 
batou 


Posty: 505
Skąd: Tai chi
Wysłany: 2008-10-29, 22:32   

Olga Tokarczuk "Bieguni"

Są autorzy kochani przez rzesze wiernych czytelników, ale nigdy nie docenieni przez krytyków, elektorów i kapituły ważnych konkursów literackich. Można powiedzieć, że prawdziwa wartość książki to zdolność porwania odbiorcy, a nie wyróżnienia przyznane autorowi, ale kiedy pisarz, którego cenimy wreszcie zostaje doceniony w ten inny sposób, wtedy sami czujemy się z tym jakoś lepiej. Tak właśnie było ze mną kiedy dowiedziałem się, że Nike 2008 przyznano wreszcie Oldze Tokarczuk za tę powieść. Po jej lekturze widzę, że zdecydowanie na nią zasłużyła.

Bieguni to odłam prawosławnych starowierców odrzucających kościelną hierarchię. Ludzie, którzy wierzyli, że przyczyną wszelkiego zła jakie rodzi się w człowieku jest trwanie w miejscu, a jedynym sposobem walki z nim jest ciągły ruch i życie w wiecznej podróży. Tokarczuk w swojej książce szuka we współczesnym świecie ludzi, którzy niejako praktykują tę wiarę, chociaż zapewne sami nie zdają sobie z tego sprawy. Dla mnie dwa słowa-klucze do tej powieści to podróż i czas.

Książka Tokarczuk to tak naprawdę zbiór różnych historii, czasem zawartych w dosłownie kilku zdaniach i opowiadających o różnych miejscach i różnych ludziach. Nie mamy klasycznego wątku głównego oplecionego pobocznymi, nie mamy czytelnego podziału jednej historii na rozdziały, a pisarka ciągle meandruje wokół osi powieści. Najlepiej istotę formy tej książki opisuje w niej sama autorka.

"Opowieść ma swoją bezwładność, nad którą nie można nigdy do końca zapanować. Domaga się takich jak ja – niepewnych siebie, niezdecydowanych, łatwych do wywiedzenia w pole. Naiwnych."

Mnie osobiście taki sposób opowiadania w wykonaniu Tokarczuk bardzo odpowiada. Autorka ma naprawdę niezwykły talent do takiej narracji, która wciąga czytelnika totalnie i pochłania absolutnie. To dla mnie zdecydowanie jej największa zaleta. Nie często czyta się książki napisane takim językiem i dające taką przyjemność z smakowania zdań, czy pojedynczych metafor.

Bohaterami powieści, czy raczej konkretnych opowiedzianych w niej historii, są głównie ludzie w podróży, ale nie tylko w dosłownym znaczeniu tego słowa. W książce obok kapitana promu, człowieka, którego żona i syn zaginęli podczas wspólnych wakacji, małżeństwa profesorów zafascynowanych Grecją, czy kloszardów z moskiewskiego metra spotykamy też XVII-wiecznych anatomów, którzy odbywają inne podróże, a ich mapami są ludzkie ciała. Historie tych ludzi są mniej lub bardziej rozbudowane, ale każda pozostawia w nas jakąś myśl, zmusza do chwili zastanowienia, pozostawia jakiś ślad. Po skończeniu lektury to wszystko wraca i komponuje się w jeden obraz części współczesnego społeczeństwa. Ludzi, którzy w dzisiejszym świecie funkcjonują niczym nomadzi.

Dawni bieguni uciekali przed złem w wieczną tułaczkę, ci współcześni, opisani przez Olgę Tokarczuk również podejmują się takich wędrówek. Złem jest teraz brak akceptacji, środowisko, które tłamsi i często zadaje ból, czy zwykła nuda i poczucie braku sensu w tym wszystkim co nas otacza. Podróż jest obietnicą zmian. Podróż to sposób na uniknięcie zakorzeniania się w jednym miejscu, to lekarstwo na skostnienie i marazm, to nadzieja na lepsze życie w innej rzeczywistości, która może na nas przecież czekać odległa o jedyne kilka godzin podróży samolotem.
Olga Tokarczuk kilkukrotnie przywołuje w swojej powieści pojęcie psychologii podróży. Zwraca uwagę na to jak powszechność takiego stylu życia w ciągłym ruchu zmienia ludzi poddanych temu procesowi. Sama jednak chyba niczego nie ocenia, nie pochwala i nie piętnuje. Pozostawia czytelnikom miejsce na własne przemyślenia dostarczając historii je prowokujących. Dla mnie to najlepsza, najbardziej przemyślana i najdojrzalsza książka Tokarczuk jaką miałem przyjemność czytać.
_________________
dont open your eyes you wont like what you see
the devils of truth steal the souls of the free
 
 
Tigana 
Sandman


Posty: 4427
Skąd: Czerwone Zagłębie
Wysłany: 2008-10-30, 21:29   

Anne Rice "Pandora"

Jak do tej pory moim jedynym kontaktem z twórczością Anne Rice było przeczytanie „Wywiadu z wampirem”. Lektura powieści, ponoć najlepszej w dorobku amerykańskiej pisarki, nie zrobiła jednak na mnie większego wrażenia. Nie spodobał mi się styl autorki, nużyły kolejne monologi wewnętrzne bohaterów, męczyła nadmierna „mroczność”. Z kolei przed sięgnięciem po kolejne utwory przestrzegały liczne opinie, jakoby następne tomy cyklu miały jedynie powielać wcześniejsze pomysły. Jednakże los okazał się przewrotny i pewnego pięknego dnia w mojej skrzynce na listy zagościła „Pandora”.

Początkowo książka odstrasza. Osoby, które nie znają poprzednich części wampirzej sagi mogą poczuć się przytłoczone ilością wspomnianych postaci, faktów, wydarzeń. Dopiero po prawie czterdziestu stronach rozpoczyna się zasadnicza część powieści – wspomnienia starożytnej wampirzycy Pandory.

Jej początki sięgają zarania naszej ery. Urodziła się w Rzymie pod rządami Oktawiana Augusta w zamożnej rodzinie senatorskiej. Później, w wyniku politycznej intrygi, zostaje zmuszona uciec do Aleksandrii, i dalej – do Antiochii. Tutaj, dręczona dziwnymi snami, natrafia na ślady dawnego kultu, odnajduje miłość swego życia, a także staje się wampirem. Punkt wyjścia jest więc bardzo interesujący, dawał pisarce spore możliwości. Szkoda tylko, że Anne Rice ich nie wykorzystała.

Podstawowy zarzut, jaki można postawić „Pandorze”, to jej prostota, powierzchowność. Niezmiernie ciekawa epoka, jaką była starożytność, została bowiem przedstawiona bardzo pobieżnie. Opis kolejnych lat życia głównej bohaterki przypomina wypis z bryku do historii. Zamiast spróbować oddać atmosferę epoki autorka przez większość książki ogranicza się do suchych faktów historycznych, które można odnaleźć w każdym podręczniku do historii. Nuda. Walorem książki mogłoby być ukazanie życia wampirów w dawnych czasach. Niestety autorka zapewne słusznie uznała, że po jej kolejne dzieło sięgną jedynie najbardziej fanatyczni miłośnicy cyklu, więc nie otrzymujemy zbyt dużo szczegółów. Owszem, jest wzmianka o konflikcie pomiędzy poszczególnymi grupami krwiopijców czy leciutko zarysowany wpływ chrześcijaństwa na wampiry, ale jest tego naprawdę niewiele. Zatem jeśli ktoś do tej pory nie poznał, na czym polega moc Akashy lub kim jest dwójka protoplastów całego mrocznego rodu, to z tej książki na pewno się tego nie dowie.

Sytuacji nie ratuje także kreacja głównej bohaterki. Pandora opisuje się jako inteligentna i niezależna kobieta, ale powieść tego nie oddaje. Wprawdzie w jednej czy w dwóch scenach potrafi zabłysnąć biegłością w sztuce retoryki, ale to wszystko. Większość decyzji podejmują za nią mężczyźni, zaprzyjaźniony kupiec lub wierny niewolnik, a ona sama nie ma zbyt wielu okazji, aby się wykazać.

Niespodziewanym atutem książki jest jej styl – zamiast czegoś ciężkiego i mrocznego, dostajemy powieść napisaną żywym, jak na Rice, językiem. Pomimo tego, że w książce nie ma zbyt dużo akcji, czyta się ją zaskakująco szybko. Być może gdyby liczyła więcej stron, styl ten uznałbym za wadę, w tym konkretnym wypadku jest jednak dla mnie zaletą.

„Pandora” jest utworem przeznaczonym tylko i wyłącznie dla zagorzałych fanów talentu autorki i jej twórczości. Oczywiście inni czytelnicy również mogą sięgnąć po tę książkę – tylko po co? Nie dowiedzą się z niej nic nowego na temat wampirów, a nieznajomość poprzednich odcinków skutecznie psuje przyjemność z lektury. Proszę czytać na własną odpowiedzialność.

Ocena 5/10
_________________
"Z gustami literackimi jest po trosze jak z miłością: zdumiewa nas, co też to inni wybierają"
Andre Maurois

 
 
Ł 
dziura w niebycie


Posty: 4426
Skąd: fnord
Wysłany: 2008-10-31, 17:53   

Joe Heldeman - Kamuflaż

Pamiętacie film „The Thing” w reżyserii Johna Carpentera? Zaczynał się świetną sceną, gdy psa uciekającego po arktycznym pustkowiu goni helikopter ze snajperem próbującym ustrzelić najlepszego przyjaciela człowieka. Naturalnie później okazało się, że to Coś miało tylko wygląd najlepszego przyjaciela człowieka. Wcześniej zostało przygarnięte przez załogę stacji amerykańskiej arktycznej. Zaczęły dziać się dziwne rzeczy, niektórzy badacze przestali zachowywać się typowo, każdy mógł być Czymś…

Dlaczego przywołuje akurat ten film? To pierwsze skojarzenie, jakie miałem, gdy zacząłem czytać „Kamuflaż” Haldemana. Z nieba spada statek/artefakt ze zmiennokształtnym obcym na pokładzie. Ten wypełzła i zaczyna przybierać kształty zwierząt i ludzi, by pozostać w ukryciu, nie wahając się zabijać. Wśród ludzi panuje atmosfera niepewności i wyalienowania – poddajemy w wątpliwość autentyczność towarzyszy, nie jesteśmy pewni swojej. Czy o tym jest „Kamuflaż”? Nie.

Zastanówmy się teraz jak wygląda to wszystko z perspektywy przybysza z innej planety – sam jak palec, „obcy w obcym kraju”, spadł na jakąś planetę z nadwyżką tlenu, w dodatku zamieszkaną przez ciekawskie naczelne, które zaraz po znalezieniu jego statku próbują go rozebrać na części, zanalizować, a obcego najchętniej zamknęłyby w klatce, by go kłuć i ciąć. Co robi taki kosmita, jak myśli? O tym właśnie traktuje książka.

Akcja zaczyna się w dwóch miejscach oddalonych od siebie prawie 100 lat. W latach 20. XX wieku widzimy istotę, która przybierając ludzki kształt, wychodzi z morza. Natomiast w niedalekiej przyszłości roku 20191) poznajemy perypetie grupy badawczej wydobywającej artefakt niewiadomego pochodzenia z dna morskiego. Postacie ludzkie są raczej kreślone nijako – długo nie mogłem ich rozróżnić. Dużo ciekawsze wydawały mi się kolejne eksperymenty, jakie naukowcy przeprowadzali na artefakcie – Haldeman trzyma nas w zasięgu bardzo twardej, by nie powiedzieć, realistycznej, SF.

Pierwsza linia fabularna pokazuje kosmitę, zwanego przez narratora „uzurpatorem”, starającego się zrozumieć ludzi, co nie przychodzi mu jednak łatwo. W ludzkim ciele popełnia wiele… gaf. To troszkę eufemistyczne określenie, bowiem rozchodzi się o zabójstwo i gwałt. Jednocześnie popełnia te czyny nie ze złej woli, raczej z niewiedzy i zimnej ciekawości badawczej. Z czasem socjalizacja wtórna kosmity postępuje. Trwa to latami, ale obcy uczy się ludzkiego sposobu myślenia, uwrażliwia się na piękno, określa nawet własną seksualność. Jednocześnie z powodu amnezji, świadom(a) swej inności, próbuje odnaleźć własną tożsamość. Jest to chyba najciekawszy aspekt Kamuflażu. Heldeman nie wdaje się w przekrojowe analizy, nie każe postaciom rozwodzić się nad sobą – wszystkie przemyślenia oddane są raczej w opisach i zachowaniach..

Ale żeby nie było tak prosto, autor wprowadza trzecią postać – kameleona, który podobnie jak uzurpator, jest zmiennolicym obcym, z tą jednak różnicą, że żyje na ziemi od prawieków. Przypadła mu rola głównego antagonisty – cynicznej istoty, niszczącej wszystko, co może zagrozić jej statusowi, i oddającej się takim rozrywkom, jak asystowanie dr. Mengele w Oświęcimiu. Kreacja ta wydała mi się nieprzekonująca. Jest to po pierwsze mnożenie założeń ponad potrzebę, po drugie autor wcale nie eksploruje tematu. Trudno zrozumieć motywacje kameleona, brak mu wiarygodności obcej, złej, starożytnej istoty. Przypomina bardziej prymitywnego rzezimieszka.

Te trzy linie fabularne są prowadzone autonomicznie, by w końcu spleść się w jednym czasie i miejscu. Zakończenie mnie rozczarowało. Jaki główny antagonista, takie rozstrzygające starcie. W dodatku im bliżej końca, tym bardziej zaczyna przebijać klimat „E.T. phone home” w wersji dla dorosłych. Mając na uwadze, że film ten był niemal przeciwieństwem „The Thing” 2), daje to w rezultacie mocno dyskusyjną mieszankę. „Kamuflażowi” nie można odmówić jednak tego, że przez większą część tekstu nie nudzi – ba, wciąga. Obserwowanie dwóch równoległych procesów – ludzi próbujących zrozumieć obcy artefakt oraz obcego próbującego zrozumieć ludzi, daje szeroką wizję tematu. Szkoda, że to wszystko już gdzieś było.



1) W moim egzemplarzu chochlik drukarski próbował mnie oszukać i zmienił datę na rok 2029, ale mając na względzie inne daty, nie dałem się.

2) Ciekawostka: oba kultowe dziś filmy wyszły w jednym roku w odstępie dwóch tygodni i rywalizowały ze sobą, prezentując diametralnie różne wizje przybysza z innej planety.
 
 
Tigana 
Sandman


Posty: 4427
Skąd: Czerwone Zagłębie
Wysłany: 2008-10-31, 21:38   

Antologia "Epidemie i zarazy"

Antologie polskich opowiadań fantastycznych stały się stałym elementem naszego rynku wydawniczego. Mnogość tytułów powoduje, że jednym z najważniejszych wyzwań, przed którym staje wydawca jest, obok doboru pisarzy, wybór tematyki. Nie wystarczy już bowiem kolejny zbiór opowiadań o smokach czy aniołach – czytelnik chce czegoś nowego, świeżego. A że podobno w Polsce, co druga osoba jest lekarzem tym razem padło na choroby.
Zaczynając lekturę antologii „Zarazy i epidemię” najbardziej obawiałem się, że trafił w moje ręce zestaw schematycznych historyjek o dzielnych lekarzach zwalczających, z poświęceniem życ,ia paskudne mikroby. Na szczęście moje obawy nie sprawdziły się. Większość autorów potwierdziło, że posiada nie tylko spory potencjał, ale również wyobraźnie.
Najdziwniejsze jest to, że jednym z nielicznych pisarzy, którzy nie podołali wyzwaniu okazał się sam Andrzej Pilipiuk. Wpadka tym boleśniejsza, że utrzymane w podobnym klimacie „2586 kroków” czy „Wieczorne dzwony” należą do najlepszych w dorobku „Wielkiego Grafomana”. Tymczasem „Złoty pociąg”, historia trapionej epidemią wsi, rozczarowuje. Krótkie, pozbawione ciekawej pointy opowiadanko nie wywołuje rumieńców na twarzy, a raczej uczucie niedosytu. Podobne uczucie wzbudza „Ognisko 11” Michała Cholewy będące klasyczną opowieścią o walce lekarzy z tajemniczą zarazą. Owszem czyta się je dobrze, ale niezłe wykonanie zostało pogrzebane przez przewidywalne i nadmiernie sentymentalne zakończenie.
O wiele ciekawiej prezentuje się utwory zahaczające o historię. Zarówno Rafał Dębski („Ketew Meriri”), jak i Tomasz Duszyński („Antidotum”) pomimo diametralnie różnych pomysłów, stworzyli wciągajace i niebanalne opowieści. Mnie szczególnie do gustu trafił ten pierwszy utwór. Mocne, wręcz brutalne opowiadanie, przywodzące na myśl „Oczy jak chabry” Katarzyny Anny Urbanowicz to, jak dla mnie , numer jeden antologii.
O potencjale tkwiący w realiach historycznych świadczy także Jacek Komuda i jego „Sześćset cetnarów hebanu”, gdzie banalna historyjka o zatopionym skarbie niespodziewanie przemienia się w pełnokrwisty, trzymający w napięciu horror. Nieco gorzej radzi sobie natomiast Paweł Siedlar, który prowadzi czytelników tytułową „Piwnicą” do zadżumionego Krakowa. Samo utwór nie jest zły, ale nie wytrzymuje on konfrontacji z opowiadaniami Dębskiego czy Komudy. No i jak na mój gust zbytnio przypomina „Operacje Dzień Wskrzeszenia” Andrzeja Pilipiuka.
Spod szablonów wymykają się za to „Dom na wzgórzu” Jakuba Ćwieka oraz „Światy Dantego”. Twórca „Kłamcy” zaprasza nas do wizyty w podejrzanym sanatorium, autorka „Diabła na wieży” wiedzie do samego piekła. Ćwiek zachwyca budowaniem atmosfery tajemnicy, myleniem tropów i zaskakującym zakończeniem, Kańtoch opisami świata oraz skomplikowanymi relacjami między bohaterami.
„Epidemie i zarazy” to kolejny solidny zbiór opowiadań „made in Fabryka Słów”. Trafny , z małymi wyjątkami, dobór autorów, a przede wszystkim utworów powoduje, że czas poświęcony na jego lekturę nie będzie stracony.
Zalecenie recenzenckie: produkt świetnie zwalczający głód książkowy. Przeczytać koniecznie (może być małymi dawkami – starczy na dłużej) W razie nie ustąpienia objawów udać się do najbliższej księgarni w celu nabycia kolejnej dawki leku.
Ocena 7/10
_________________
"Z gustami literackimi jest po trosze jak z miłością: zdumiewa nas, co też to inni wybierają"
Andre Maurois

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Nasze bannery

Współpracujemy:
[ Wydawnictwo MAG | Wydawnictwo Solaris | Katedra | Geniusze fantastyki | Nagroda im. Żuławskiego ]

Zaprzyjaźnione strony:
[ Fahrenheit451 | FantastaPL | Neil Gaiman blog | Ogień i Lód | Qfant ]

Strona wygenerowana w 0,74 sekundy. Zapytań do SQL: 12