Książki

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
Recenzje
Autor Wiadomość
Tyraela 
Femme Fatale


Posty: 652
Skąd: Szczecin
Wysłany: 2007-10-30, 20:42   Recenzje

Taki punkt zbiorczy, wór, do którego wrzucamy recki książek, które czytaliśmy. Wiadomo, o co chodzi.
Dobrze by było, gdybyście oceniali książki w stali 1-10 O.o
_________________
"Jaka jest lepsza nagroda niż ta, kiedy unosimy broń nad pokonanym wrogiem, którym pogardzamy, a potem ją opuszczamy? O tak, szlachetność to najcenniejsza rzecz na świecie."
H. Duncan "Atrament"
 
 
Toudisław 
Ropuszek


Posty: 6063
Skąd: Z chińskiej bajki
Wysłany: 2007-10-30, 20:58   

Neil Gaiman Nigdziebądź

Z dużym zaciekawieniem wziąłem się za tą pozycje. Zupełni nie wiedząc czego się mogę po niej spodziewać. Gaiman to bardzo dobry pisarz ale chyba jednak bardziej gustujący w opowiadaniach lub mikro powieściach. Powieść jest polecana przez Andrzeja Sapkowskiego. Sapkowski napisał też wstęp do Nigdziebądź, który zresztą radżę omijać na początku bo zdradza sporo z tego co się ma dopiero wydarzyć.

Bochateram Nigdziebądź jest Richard Olivier Mayhew. To bardzo przeciętny człowiek, wręcz nudny. Ma stałą prace i narzeczoną w jego życiu nie dzieje się nic niezwykłego. Do czasu aż postanawia pomóc rannej dziewczynie znalezionej w parku. To wydarzenie odmienia całe jego dotychczasowe życie. Richard trafia do dziwnego świata zawieszonego między naszą a inną rzeczywistością. Cała akcja toczy się w Londynie ale innym niż my go postrzegamy.
Podczas czytania można trafić na niezapomniane klimaty jak „ Uwaga na krawędź „ Albo Braci Croup i Vandemar. Ich rozmowy i styl bycia choć przerażające o okrutne bywają bardzo zabawne i na długi pozostają w pamięci.
Nigdziebądź to książka którą trudno jasna zaszufladkować, ma elementy Humoru, Fantastyki , Horroru. Tak twórczość poza kanonami jest typowa dla Autora.

Nigdziebądź to książka ciekawa i warta uwagi. Jej mocną stroną są ciekaw i wyraziste postacie oraz nietuzinkowy pomysł. Czytając miałem poczucie jakiegoś niedosytu czegoś mi tu wyraźnie brakowało. Może klimat był inne niż w innych dziełach Gaimana. Może postawiłem wysoko poprzeczkę. W każdym razie książkę czytał się przyjemnie ale z jakimś poczuciem że mogło być lepiej. Chętnie przeczytał bym więcej z przygód w Londynie Pod
Nie tylko dla Fanów Gaimana

7/10
_________________
 
 
Tigana 
Sandman


Posty: 4427
Skąd: Czerwone Zagłębie
Wysłany: 2007-10-31, 18:49   

A.D. XIII część 1

Po siłach nieczystych („Demony”), katach („Małodobry”), opowiadaniach związanych z historią II wojny światowej („Deszcze niespokojne”), wyprawach w czasie i przestrzeni („Tempus Fugit”) nadszedł czas, aby anioły i diabły nawiedziły dusze i umysły wielbicieli polskiej fantastyki.
Pierwszy tom „A.D. XIII”, najnowszej antologii rodem z „Fabryki Słów” składa się z 11 opowiadań poprzedzonych wstępem największej chyba znawczyni tematu - Mai Lidii Kossakowskiej. Kolejne opowieści poprowadzą nas do piekła, owieją wichrami wojny, uczynią świadkami cudów. Spotkamy anioły i demony, świętych i zbrodniarzy, osądzimy, ale i sami zostaniemy osądzeni.
Najnowsze opowiadanie Jacka Komudy o Francoise Villonie, „Herezjarcha”, nie zaczyna się dla głównego bohatera najlepiej – stoi na szafocie czekając na rychłą śmierć. A później napięcie stopniowo rośnie. Niewątpliwie największą zaletą utworu jest wierne odtworzenie realiów i klimatu XV-wiecznej Francji. Komuda, podobnie jak to uczynił w swoich powieściach o Rzeczypospolitej szlacheckiej, tchnął życie w dawno zapomniany świat, gdzie równie często na gościńcu można było spotkać tak heretyka, jak i świętego. Jeśli dodamy do tego intrygującą zagadkę kryminalną zakończoną zaskakującym finałem w rezultacie otrzymujemy naprawdę udaną opowieść.
Tytułowy bohater utworu Adama Przechrzty „Agentes in rebus” to tajny wysłannik cesarza bizantyjskiego. Wyrusza on wraz w niebezpieczną misję, której celem jest rozbicie jednej z rozlicznych rebelii nękających cesarstwo. Autor sprawnie miesza składniki swojej historii: wartką akcję, ciekawych bohaterów, szczyptę magii, ale niestety nie pozostaje ona na długo w pamięci. Zabrakło jej błysku, iskry bożej.
Zastanawialiście się kiedyś, co tak naprawdę różni Dobro od Zła? Czasami wydaje się, że wszystko, czasami, że nic. Opowiadanie Rafała Dębskiego „W odcieniach szarości” również podejmuje ten temat. Dwóch odwiecznych wrogów, anioł i demon, który z nich zwycięży tym razem? A co jeśli to ten Zły ma racje? Osadzone w realiach współczesnego Iraku opowiadanie nie daje jednoznacznej odpowiedzi na zadane w nim pytania i to właśnie czyni je tak zajmującym.
Wprost z pustyni przenosimy się na Długi Targ w Gdańsku, gdzie Eros i Fanes bohaterzy „Angelidae” Ewy Białołęckiej, muszą odpokutować chwilę słabości. Będą kłopoty. Miłe, zabawne opowiadanko, klimatem i tematyka zbliżone do twórczości Jakuba Ćwieka i jego „Kłamcy”.
Najlepszym, w moim odczuciu, utworem w tej części antologii są „Oczy jak chabry” Katarzyny Anny Urbanowicz. Autorka pisze o piekle, ale nie tym biblijnym, ale stworzonym przez samego człowieka. Jest rok 1942, może 1943. Kresy Wschodnie. Rozpoczynają się pogromy ludności polskiej. Teraz każdy może stać się ofiarą, każdy może stać się katem. Gdzieś wśród blasku płonących wsi i płaczu mordowanych ludzi rozgrywa się tragedia Marceliny i jej rodziny. Czytając ten utwór wciąż miałem przed oczyma książkę Jacka Komudy „Bohun”, ponieważ, w pewnym sensie, „Oczy jak chabry” stanowią kontynuację tamtej historii. Nienawiść, która wzbierała przez laty znów znajduje swoje ujście. Teraz diabły rizuny, jak nazywają Ukraińców Polacy, wymierzają sprawiedliwość za wieki niedoli. Opowiadanie urzeka – utrzymane jakby w konwencji baśni, jest wstrząsające w swojej wymowie i długo nie pozwala o sobie zapomnieć. Bardzo spodobało mi się delikatne, wręcz nieodczuwalne wykorzystanie nadprzyrodzonych wątków. Tak naprawdę do końca się nie dowiemy czy Anioł Stróż pomagający Marcelinie był jedynie urojeniem umysłu przerażonego dziecka czy też boża łaską. Ja wierzę, ze tym drugim.

„Enklawa Łobozonki” Krzysztofa Kochańskiego zaczyna się od słomianego diabełka-zabawki, a kończy na przeklętym drzewie. Sam utwór, chociaż sprawnie napisany jest przewidywalny i nie przynosi czytelnikowi za dużo satysfakcji. Jedynym pomysłem wartym uwagi są realia, w których osadzone jest opowiadanie. Tytułowa enklawa położona, gdzieś w środku Polski, rządzona przez księcia to kraina miodem i mlekiem płynąca. Tylko, że sprawia wrażenie jakby była z zupełnie innej bajki.
Nie przypadły mi do gustu także „Piękne jesteście, przyjaciółki moje” Marcina Wrońskiego. Historia młodego Żyda Szlomo Sterna, który przedziwnym zbiegiem okoliczności, czy może dzięki diabelskiej sztuczki staje się wynalazcą pozostawiła mnie dziwnie obojętnym. Owszem autorowi udało się wiernie odtworzyć realia ziem polskich na przełomie XVIII i XIX wieku z jej szlachtą, lożami masońskimi, gminami żydowskimi i bankietami, ale same dekoracje to ciut za mało.
„Operacja „Orfeusz”” Jacka Piekary prowadzi grupę najemników prosto do Piekła. Jaki jest prawdziwy cel misji? Czy podołają zadaniu? Mocne, prawdziwie męskie opowiadanie utrzymane w typowym dla autora poetyce przemocy i makabry. Niestety autorowi nie udało się do końca wykorzystać potencjału tkwiącego w historii i w rezultacie dostajemy kolejną historyjkę o zbrodni i odkupieniu.
Ciężkie jest życie Anioła Stróża - szczególnie, gdy ucieka dusza podopiecznego. Trzeba wtedy wezwać "Łowcę" – najlepiej takiego z opowiadania Mirosławy Sędzikowskiej. A w tle współczesna Anglia – z rzeszą typowych „Angoli”, polskich emigrantów i terrorystów na czele. Miły drobiażdżek na jeden uśmiech.
Kim jest „Air Marshalls”? To specjalny szeryf, którego zadaniem jest dbanie o bezpieczeństwo samolotu i pasażerów w czasie lotu. Nie są oni jednak w stanie powstrzymać sił nieczystych, które powodują katastrofy. Do tego potrzebni są zawodowcy, a opowiadanie Magdaleny Kozak to historia jednego z nich. Czytając „Air Marshalls” szybko wyczuwa się fascynacje autorki lataniem: wskaźniki, przełączniki i inne mechaniczne ustrojstwa nie stanowią dla niej żadnej tajemnicy. Szkoda tylko, że fragmentami nadmiar określeń technicznych nieco utrudnia czytanie opowiadania, a i zakończenie rozczarowuje.
Już sam tytuł opowiadania Tomasza Bochińskego „Bardzo Zły” stanowi nawiązanie do słynnej powieści Tyrmanda. Również fabuł wydaje się znajoma: znów tajemniczy mściciel wypowiada wojnę przestępcom w Warszawie i rozpoczyna prywatną wojnę. Historia jak widać, nie jest, więc zbyt oryginalna, ale autorowi udało się wyjść obroną ręką z opresji. Barwny krajobraz Pragi z jej półświatkiem w połączeniu ze sprawnym warsztatem daje miły dla oka efekt – solidne, trzymające w napięciu czytadło.
Nie powinno się chwalić dnia przed zachodem słońca, ale w tym wypadku uczynię wyjątek Pierwszy tom najnowszej antologii Fabryki Słów to kawał solidnej literatury. Otrzymujemy zestaw 11 zróżnicowanych opowiadań, z których każde na swój własny sposób nawiązuje do świata aniołów i diabłów. Oczywiście można narzekać na poziom poszczególnych utworów, czy nadmierne wykorzystanie motywu Anioła Stróża niemniej historie opisane przez Jacka Komudę, Rafała Dębskiego czy Katarzynę Annę Urbanowicz czynią z tej książki rzecz godną uwagi. Polecam

Ocena 8/10
_________________
"Z gustami literackimi jest po trosze jak z miłością: zdumiewa nas, co też to inni wybierają"
Andre Maurois

 
 
batou 


Posty: 505
Skąd: Tai chi
Wysłany: 2007-10-31, 21:23   

Rafał A. Ziemkiewicz - Pieprzony los kataryniarza

Ziemkiewicz, szerszej publiczności znany jako dziennikarz, autor felietonów postanowił spróbować sił w cyberpunku. Jako, że pisarstwem para się już raczej nie tylko z doskoku, a i tematyka fantastyczna wydaje się go bardziej interesować, można było mieć nadzieje… Na nadziejach się skończyło, ale po kolei.

Polska, wiek XXI…
Robert, kiedy był młody, piękny i jeszcze mu zależało działał w Solidarności i tępił komuchów. Specjalnie się nie nacierpiał, bo i w więzieniu nie siedział, a prześladowań specjalnie też nie doświadczył. Wierzył w swoich idoli, wierzył, że uczestniczy w czymś wielkim, wierzył, że jego wysiłek zmieni Polskę. Teraz już nie wierzy w nic.
Po zmianach ustrojowych urządził się nienajgorzej, chociaż sam ciągle narzeka. Jest kataryniarzem. Człowiekiem, który w największym skrócie, wyszukuje informacje w czymś, co tylko nieznacznie przypomina współczesny Internet. Jego przewaga nad zwykłymi użytkownikami polega na sprzęcie. Korzysta z bezpośredniego połączenia maszyny z własnym układem nerwowym, co umożliwia mu szybkie i dużo wydajniejsze penetrowanie sieci. Jest to zajęcie raczej elitarne, bo wymaga specjalnych predyspozycji i dużej wytrzymałości. Jest też bardzo dobrze płatne.
Robert zostaje wplątany w gigantyczny spisek, o którym pisał nie będę, bo po pierwsze może komuś popsuję zabawę, a po drugie nie ma w sumie o czym.

Znałem wcześniej Ziemkiewicza z felietonów i artykułów i jakoś nigdy go nie lubiłem. Dla mnie wszystko, co pisze to jeden, wielki, galopujący pesymizm. Nie przeczytałem jeszcze jego wypowiedzi, w której coś by się mu spodobało.
Liczyłem na to, że jako pisarz, trochę odpuści i przestanie babrać się polityką w znanym stylu, ale nic z tego. Wizja Polski, jaką stworzył w tej książce, to jedno wielkie bagno. Zamiast Unii Europejskiej i wzrostu znaczenia kraju w świecie, jesteśmy popychadłem bogatego zachodu i Rosji. Wolność gospodarcza oznacza bratanie się biznesu z władzą i korupcję na każdym kroku, a związki zawodowe nie dość, że wcale nie są lepsze od całej zgniłej reszty, to na dodatek odgrywają nie mniej istotną rolę. Na to wszystko nakłada się jeszcze panująca nad wszystkim z ukrycia sitwa służb byłej PRL. Wyciągnął wszystko, co było złego po 1989, wyolbrzymił i przeniósł w XXI wiek. Źle się to czyta.
Taki klimat to jakieś ¾ książki i przez te 180 stron czytelnik, któremu ktoś obiecał cyberpunkowe sci-fi zastanawia się co czyta, a potem wcale nie jest lepiej.

3M – Miasto, Masa, Maszyna. Tym skrótem można chyba najlepiej oddać istotę cyberpunku. Gibson, Stephenson, Cadigan, Sterling, wszyscy oni wpasowywali się w ten schemat, ale czynili z niego pole do popisu, podstawę, fundament opisywanych historii. Ziemkiewicz ten fundament buduje i nie robi niczego więcej. Książka, jako sci-fi nie wnosi niczego nowego, a co gorsze, bezczelnie kopiuje to, co już dawno wymyślono. Czytając „Pieprzony los…” miałem ochotę rwać włosy za każdym razem, kiedy widziałem jak bezczelnie Ziemkiewicz zżyna z lepszych od siebie, jak bredzi o wymyślonej przez Gibsona koncepcji „węzłów sieci” i jak bez cienia własnej inwencji opisuje, milion razy już opisany, interfejs człowiek – komputer.
Wizja świata stworzona przez prekursorów cyberpunku to narzędzie, a nie gotowa recepta na książkę. Jedni potrafią tym narzędziem zbudować piękny zamek, a inni… Inni to właśnie Ziemkiewicz.

Ostatni raz tak się zawiodłem czytając „Planetę zła” Sheckley’a. Jeśli lubisz i znasz sci-fi i jeśli programy informacyjne w tv i gazety to dla Ciebie wystarczająca dawka pesymizmu nie czytaj tej książki.

Ocena: 1/10
_________________
dont open your eyes you wont like what you see
the devils of truth steal the souls of the free
 
 
Tyraela 
Femme Fatale


Posty: 652
Skąd: Szczecin
Wysłany: 2007-11-02, 17:41   

"Niedobry Królewicz Karolek" - John Moore

Już druga książka pana Moore mruga do nas ze sklepowych półek okładką z wrednie uśmiechniętym, odzianym na czarno młodzieniaszkiem. Wydanie jest całkiem zacne, ale czy zawartość również?
"Są rycerze, zamki i królewna.", głosi napis na okładce. No, z tym się trzeba zgodzić. Ogólnie fabuła jest dość prosta: umiera król, jego bracia wynoszą na tron swego siostrzeńca Karola, który ma być tyranem, aby sąsiednie królestwo mogło ich szybko podbić. Powód jest prosty, w Dalii, królestwie, w którym ma rządzić Karolek, są słabe warunki do upraw - kiepskie opady. Natomiast w królestwie obok, wody jest aż nadto. Jest więc intryga, są duchy, bitwy a nawet wyrocznia, która okazuje się być całkiem niezłą laską. Znajdziemy tu królewnę, skorumpowanych urzędników a nawet nadymanych rycerzy.
Przekrój fabuły jest dość banalny, ale już w "Heroizmie dla początkujących" John pokazał, że potrafi zrobić ze zwykłej historii całkiem niezłe wytknięcie schematów i te schematy przełamać. I niestety, w jego poprzedniej książce udało mu się tu lepiej - "Niedobry Królewicz Karolek" obfituje w paradoksy, zabawne sytuacje. Nawet autor wyśmiewa się z przypisów, m. in. u Pratchetta. Mało tego, znowu jest przytyk do świadków Jehowy. Ale mimo wszystko brakuje tej pozycji tego "czegoś". Jakoś mniej jest gry słów. Co nie zmimenia faktu, że czyta się źle.
Szkoda, że autorowi jakby zabrakło pomysłu na nową książkę i to widać - pewne zabiegi, które wywoływały dziki śmiech w "Heroiźmie dla początkujących", tutaj już nieco nudzą.
Mimo wszystko, lekturka lekka, szybko i przyjemnie się ją pochłania. Do tego cena niezbyt wysoka, bo na okładce widnieje 22.99zł.
6/10
_________________
"Jaka jest lepsza nagroda niż ta, kiedy unosimy broń nad pokonanym wrogiem, którym pogardzamy, a potem ją opuszczamy? O tak, szlachetność to najcenniejsza rzecz na świecie."
H. Duncan "Atrament"
 
 
Tigana 
Sandman


Posty: 4427
Skąd: Czerwone Zagłębie
Wysłany: 2007-11-10, 23:09   

Po kilku latach niebytu literatura zza naszej wschodniej granicy znów wróciła do łask polskich czytelników. Początkowo wydawcy sięgali po pewniaki takie jak powieści braci Strugackich czy Kira Bułyczowa, aby z czasem zacząć prezentować nowych autorów: Siergieja Łukjanienkę, duet Diaczenków, Henrr’ego Liona Oldiego. Powód? Okazało się, że można w ich książkach znaleźć mnóstwo ciekawych i nowatorskich pomysłów, a dodatkowo poruszane tam problemy są nam dziwnie bliskie.

„Czarna msza” drugi tom, wydanej nakładem Fabryki Snów, antologii rosyjskiej fantastyki jest próbą zaprezentowania tego, co najciekawsze u naszych wschodnich
sąsiadów. W skład zbioru wchodzą cztery opowiadania oraz dwa felietony, chociaż
określenie „opowiadanie” w stosunku do omawianych utworów jest nieco mylące. „Niańka” Władimira Wasiliewa, „Dynks Billy’ego” Olega Diwowa i „Płomień Eterny” Wiery Kamszy liczą sobie ponad sto stron i mogłyby funkcjonować jako samodzielne byty. Na ich tle 30 stronicowa „Czarna msza Arkanaru”Jeleny Pierwuszyny wydaje się zaledwie miniaturką. Warto zwrócić uwagę na fakt, że z prezentowanych tu autorów jedynie ta ostatnia nie jest szerzej znana krajowym czytelnikom, twórczość pozostałych pisarzy była już u nas prezentowana.

Alamanch otwiera „Niańka” Władimira Wasiliewa, która wprowadza nas w świat znany z „Wiedźmina z Wielkiego Kijowa”. Tym razem Geralt staje przed bardzo nietypowym, nawet jak na jego profesję, zadaniem. Zlecenie nie polega, bowiem ma zlikwidowaniu jakiegoś zagrożenia, lecz na zapewnieniu opieki i wyszkoleniu młodej adeptki półogrzycy Cynthii. Wspólnie wyruszają w daleką podróż, w trakcie, której oprócz nauki wiedźmiśkiego fachu nie raz przyjdzie im się zmierzyć z wrogiem, ale i własną słabością.
Spotkałem się z różnymi opiniami na temat cyklu opowiadań, Wasiliewa – od zachwytów po zarzuty plagiatu czy wręcz bezczeszczenia twórczości Andrzeja Sapkowskiego. Mnie osobiście zamiana gatunków z fantasy na science-fictione oraz wykorzystanie postaci stworzonych przez naszego ASa nie przeszkadza. Powiem więcej - sam pomysł bardzo przypadł mi do gustu: zamiast mikstur- antybiotyki i narkotyki, potwory zastąpiły „dzikie” maszyny, miecz – karabin. Najważniejsze jednak jest to, że pomimo zmiany dekoracji opowiadanie nie utraciło ducha oryginału. Oprócz samej akcji autor poświęcił również sporo miejsca na opis ludzkiej kondycji, postaw, dylematów. Jeśli już miałbym coś zarzucić Wasiliewowi to przede wszystkim braki warsztatowe – do językowej finezji Sapkowskiego bardzo mu daleko.

Pomysł wyjściowy „Dynksu Billy’ego” Olega Diwowa jest prosty. Dwóch byłych astronautów, obecnie kurierów, w wyniku nieprzewidzianego splotu wydarzeń zostaje uwięzionych gdzieś na amerykańskiej prowincji. Teraz, aby odzyskać wolność i sprzęt muszą odszukać zaginione dziecko. Co mnie razi w utworze Diwowa? Przede wszystkim – „rozdmuchanie” utworu – jeszcze sto stron rozumiem, ale dwieście? Najgorsze jednak jest to, że pomimo tej obszerności w opowiadaniu tak naprawdę nic się nie dzieje. Ivan i Billly szwendają się po miasteczku, dyskutują z mieszkańcami, podrywają kobiety, od czasu do czasu wejdą do bagno – zero akcji z prawdziwego zdarzenia. Nuda. Utworu nie ratuje również humor – ciągłe powtarzanie jednego zwrotu „ciągnij diesla” może i na początku bawi, ale kiedy zostaje użyty po raz enty irytuje. W każdym bądź razie, jeśli miało to być opowiadanie żartobliwe to ja nie mam poczucia humoru.

Akcja „Płomienia Eterny” Wiery Kamszy osadzona jest w realiach znanych już z cyklu „Odblaski Eterny”. Głównym wątkiem opowiadania jest dworska intryga, która dotyczy sprowadza kłopoty na głowę jednego z następców tronu – Rinaldiego. Zostaje on posądzony o przestępstwo, którego, jak zapewnia, nie popełnił. Jaka jest prawda?
Tekst Wiery Kamszy czyta się bardzo dobrze, może podobać się dbałość o język i styl. Początkowo odbiór opowiadania nieco utrudnia duże nagromadzenie nazw własnych – tytułów i stanowisk - z czasem jednak wnika się w barwny świat Eterny i jeśli tylko lubi się powoli snujące się opowieści, gdzie klimat i nastrój jest ważniejszy od samych wydarzeń można być zadowolonym. Mnie osobiście taki sposób pisania nie przekonuje, ale pozostawiam to kwestii gustu i ocenie innych. Ciekawym zabiegiem jest pokazanie wydarzeń z kilku punktów widzenia –oskarżonego, jego brata, ale i nadwornego malarza, co umożliwia nam lepiej zrozumieć motywy postępowania poszczególnych bohaterów historii.
Zamykająca część prozatorską antologii „Czarna msza Arkanaru” stanowi nie lada wyzwanie dla czytelnika. Pomimo niewielkiej objętości jest to chyba najbardziej złożony z prezentowanych tutaj utworów. Poszczególni bohaterzy wydają się nie być tym, za kogo uchodzą, dodatkowo pełno tutaj jakiś niejasnych przesłań, podróży w czasie i przestrzeni.
Na zakończenie „Czarnej mszy” otrzymujemy dwa teksty publicystyczne: „Czas połamanych rowerów” Pawła Amnuela oraz „Pozdrowienia z lat osiemdziesiątych” Jewgienija Łukina. Oba teksty są poświęcone kondycji rosyjskiej fantastyki i chociaż dotyczą tamtejszych spraw jeszcze raz okazuje się jak podobne problemy drążą zarówno rosyjską, jaki polską fantastykę.
Cztery opowiadani, cztery światy i uczucie rozczarowania. W moim odczuciu bronią się jedynie dwa teksty „Niańka” i „Płomień Eterny”, najsłabiej wypada opowiadanie Diwowa, dużo samozaparcia wymaga dzieło Jeleny Pierwuszyny. Jeśli miałbym oceniać całą współczesną rosyjską fantastykę na podstawie tego zbioru nie byłaby ona zbyt pochlebna. Na szczęście jest wielu innych autorów, którzy choć nie ujęci w tym zbiorze stanowią o sile pisarzy zza wschodniej granicy. I po ich książki zachęcam sięgnąć, a „Czarną mszę” proszę traktować wyłącznie jako ciekawostkę.

Ocena 6/10
_________________
"Z gustami literackimi jest po trosze jak z miłością: zdumiewa nas, co też to inni wybierają"
Andre Maurois

 
 
andy
[Usunięty]

Wysłany: 2007-11-13, 15:36   

Weber David - Opcja Sziwy

Tom czwarty cyklu Starfire napisany razem ze Steve White'em to bezpośrednia kontynuacja Martwego terenu.
Federacja ludzi, kociambrów, Opuhi i Gormów ma problem bo Pająki są prawie o krok od zwycięstwa. No ale przecie tak nie może być. Jak się ma nóż na gardle to trza uruchomić ostatnie rezerwy oraz poszukać jakiego tylnego kierunku ataku. Bo inaczej ...
W sumie się to udaje oraz dochodzi jeszcze sojusz ze starym wrogiem Pająków Unią Gwiezdną. No ale to by pewnie nie wystarczyło, gdyby nie zastosowanie tytułowej Opcji Sziwy (Niszczyciela Światów - nazwa w sumie znacząca to samo co tzw. dyrektywa 18 ). Kto czytał pierwsze 2 tomy to pewnie wie o co biega, ale krótko bo nie chcę streszczenia pisać. Chodzi o eksterminację całego gatunku istot rozumnych.
Oczywiście nasuwa się pytanie czy to jest moralne bo czy możliwe, jak się dysponuje odpowiedną technologią militarną to chyba oczywiste.
Jak to autorzy rozwiązali w odniesieniu do Pająków to kto doczyta prawie do końca to się dowie, ja streszczać nie będę.
A czy to koniec cyklu? Kto wie bo furteczka została.
Kto lubi opisy bitew kosmicznych i niestraszne mu jest mnogość postaci. Opisy na poziome strategicznym i taktycznym to zadowolony będzie.
Ci co tego typu literatury SF nie trawią to raczej niech za to się nie biorą.

Subiektywna ocena kotzura 8/10
 
 
Tigana 
Sandman


Posty: 4427
Skąd: Czerwone Zagłębie
Wysłany: 2007-11-16, 23:20   

Mark Barber „Legendy miejskie”

Czy wiesz, że

- niemożliwe jest polizanie własnego łokcia?


Słyszeliście kiedyś opowieść o autostopowiczu, który rozpłynął się w powietrzu zaraz po tym jak został podwieziony pod wskazany adres? A o kawałkach szczura znalezionych w hamburgerze? Podejrzewam, że tak – może zmieniały się szczegóły (marka samochodu, nazwa lokalu), ale główny zarys historii, ponoć autentycznej, pozostał bez zmian. A pamiętacie, kto ja wam opowiedział? Pewnie słyszeliście ją od swojego znajomego, który z kolei dowiedział się o całej sytuacji od innej osoby. Co ciekawe – opowiedziana historia z reguły nigdy nie przytrafia się bezpośredniemu rozmówcy, ale zawsze przyjacielowi przyjaciela. Tak oto wpadamy w sidła „miejskich legend” – współczesnych mitów, makroplot, spontanicznie rozprzestrzeniających się po świecie opowieści, którym to poświęcił swoją książkę Mark Barber.

- kwakanie kaczki nie wywołuje echa?

„Legendy miejskie” to pierwsze opracowanie tego typu w Polsce. Autor od wielu lat tropi historie rodem z miejskiego folkloru i umieszcza je dokładnie skatalogowane na swojej stronie internetowej www. Project2067.com. Najważniejsze jest jednak to, że Barber nie tylko spisuje wyczytane czy zasłyszane opowieści, ale stara się również znaleźć ich genezę, wyjaśnić okoliczności powstania a także sprawdzić ich wiarygodność. Okazuje się, bowiem, ze w wielu miejskich legendach tkwi ziarnko prawdy.

- gdy uderzasz głową o ścianę tracisz 150 kalorii?

Książka została podzielona na szereg działów poświęconych min horrorom, sprawom kryminalnym, zwierzętom, środkom transportu czy dowcipom internetowym. Oczywiście rzeczą niemożliwa było przytoczenie w jednej książce wszystkich historii – dlatego autor skoncentrował się na tych najpopularniejszych. Jest to i zaletą i wadą książki. Starzy wyjadacze takich horrorów jak „Ulice strachu” czy „Krzyk” mogą odczuć lekkie deja vu czytając kolejne opowieści. Również miłośnicy, świetnego nota bene, programu „Pogromcy mitów” być może poczują się rozczarowani. Z drugiej strony Barber zamieszcza przy każdej historyjce obszerne wyjaśnienie, które nieraz jest ciekawsze od samego wydarzenia. Chociażby sprawa celowego rozpowszechnienia w trakcie II wojny światowej plotki o jedzeniu przez brytyjskich pilotów dużej ilości marchwi. A propos tych komentarzy. Wiele z nich zawiera komentarze dotyczące Polski np. o braciach Kaczyńskich czy legendarnej Paskudy. Nasuwa mi się więc jedno pytanie na ile jest to dzieło autora a na ile tłumacza?

- 23 % wszystkich uszkodzeń kopiarek powodowanych jest przez ludzi, którzy kopiują swój tyłek?

Zresztą tych polskich akcentów jest więcej. Ostatni rozdział, autorstwa Wojciecha Orlińskiego, został, bowiem poświęcony naszym krajowym „miejskim legendą”. Najwięcej miejsca poświęcono chyba najsłynniejszej z nich – opowieści o czarnej wołdze, która w latach 60-tych i 70-tych jakoby miała porywać dzieci. Muszę się przyznać, ze sam kilkakrotnie słyszałem tą historię w dzieciństwie i wtedy traktowałem ją jako prawdziwą. Rozwiązane również zostały dwie zagadki, które od lat nurtowały Polaków – co zawierał termos Jacka Kuronia i czy ojciec Rydzyk rzeczywiście posiada Maybacha.


- niedźwiedzie polarne są mańkutami?

Bardzo ciekawy jest także rozdział dotyczący zamachów z 11 września 2001 roku. Barber stara się obalić kilka mitów min o ataku na Pentagon czy przepowiedniach Nostradamusa. Jednocześnie potwierdza plotki o „przepowiedni” zawartej na banknocie 20 dolarowym czy pewnej loterii, na której padły pewne znamienne liczby. Nie poruszona, a szkoda, została natomiast kwestia krążącej plotki na temat rzekomej nieobecności w WTC osób pochodzenia żydowskiego.


Legendy miejskie stały się już częścią naszego życia. Co więcej czasami sami nieświadomie stajemy się ich ogniwem np. posyłając ostrzeżenie o nieistniejących wirusie czy łańcuszku dobrych serc. I choćby, dlatego, dla celów poznawczych, warto przeczytać Marka Barbera. Dodatkowym atutem jest fakt, że zawiera ona mnóstwo przeróżnych opowieści, które świetnie nadają się do uatrakcyjnienia nudnej rodzinnej uroczystości czy imprezy przy ognisku. „A wiecie mój znajomy mi opowiedział, jak kiedyś jego przyjaciel........”
_________________
"Z gustami literackimi jest po trosze jak z miłością: zdumiewa nas, co też to inni wybierają"
Andre Maurois

 
 
MadMill 
Bucek


Posty: 5380
Skąd: hcubyw ikleiw
Wysłany: 2007-11-24, 22:22   

W tekście poniżej przez wielu czasami zwanym recenzją - sprawa u mnie dyskusyjna - mogą być rzeczy które opisują fragmenty fabuły, ale nie zdradzają ważnych rozwiązań, więc nie są to spoilery... mam nadzieję. ;)

Neal Stephenson - Zamieć

„Zamieć” Neala Stephensona na zachodzie ukazała się 16 lat temu, w 1991 roku. W Polsce pierwsze wydanie premierę miało w roku 1999 roku. Nakład bardzo szybko się wyczerpał i były ogromne problemy z zakupem tej pozycji na rynku. Kiedy 2 lata temu wydawnictwo ISA podało, że będzie wznawiać dwie pozycje Stephensona – oprócz „Zamieci”, „Diamentowy Wiek” – wiele osobą wreszcie w tym mnie nadarzyła się okazja zapoznania z „Zamiecią”. Premiera była parę razy przekładane w czasie z różnych względów, ale warto było czekać na ten dzień gdy wreszcie mogłem wziąć do ręki swój egzemplarz powieści i zatopić się w książce bez opamiętania.

O czym jest powieść? Wydaje się, że jest to prosta historia o życiowym nieudaczniku, który nie potrafi sobie znaleźć stałego zajęcia w życiu. Nasz bohater nazywa się Hiro. Poznajemy go pracującego jako dostawca pizzy, a dokładnie jako dostarczycielator. Nasz główny bohater jednak traci pracę i po raz kolejny świat wali mu się na głowę. Brzmi dość prosto, ale tak samo jak w przypadku „Diamentowego Wieku”, fabuła jest w powieści sprawą drugorzędną. Neal Stephenson pokazuje że potrafi prowadzić czytelnika przez powieść bocznymi ścieżkami. Mamy główną akcję, ale najważniejsze jest to wszystko co dzieje się z boku i w międzyczasie. Autor w powieści skupia się na problemie egzystencji człowieka, na religii i tym czym jest ona dla ludzi. W wirtualnym świecie Metawersie, gdzie dzięki podłączeniu do komputerów przenoszą się ludzie i obcują ze sobą poprzez sieć, dzieje się wiele ciekawych rzeczy. Sam pomysł tez jest czymś nowym, jak Neal Stephenson pisał książkę to sieć znana nam dziś jako wszechobecnym internet była używana przez niewielki procent populacji, a w sposób jaki pokazany jest w powieści używali go jedynie programiści i osoby zajmujące się grafiką komputerową. Rozkwit tej gałęzi internetu mieliśmy dopiero niedawno poprzez różne gry MMORPG.

Niezapomniane są też sceny rozmów Hiro z Bibliotekarzem, jednym z programów w Metawersie. Wiele o historii, analizy wydarzeń biblijnych i opowiadań sumeryjskich. Przeróżne porównania życia i religii to rzeczy związanych z informatyką i cybernetyką są może dość dziwne, ale po dłuższym zastanowieniu bardzo trafne. Autor nie boi się atakować, ale nie jest to metoda błędnego rycerza, ponieważ każdy zarzut poparty jest wieloma mocnymi argumentami.

Neal Stephenson jako reprezentant cyberpunka skupia się na podobnych rzeczach jak moderniści – miasto, masa, maszyna. Bardzo ciekawy pomysł państw-miasta w Los Angeles, wszechogarniająca prywatyzacja, policja, wojsko, wiezienia, wszystko jest w rękach prywatnych inwestorów. Autor skupia się na filozofii, religii i problemach ludzi. Wirtualna rzeczywistość i pomysł Metawersu jako drugiego świata.

Oczywiście trzeba też wspomnieć o humorze w powieści, czarnym humorze Neala Stephensona. Najwięcej go jest na początku, podczas kiedy autor wprowadza nas do wykreowanego przez siebie świata. Dziwne nazwy, zabawne sytuacje, pikantne dialogi i spostrzeżenia dodają smaczku całej powieści.

Podsumowując „Zamieć” jest pozycją wybitną i nie dziwne, że zalicza się ją do klasyków gatunku s-f. Nie jest to błaha historyjka gdzie najważniejsze jest ocalenie świata przez jakiś herosów. Autor chciał nam przekazać ważniejsze rzeczy i mu się to udało, od nas wymaga jedynie chwilki uwagi, a potem zastanowienia się na owymi sprawami.

9,5/10
_________________

"Życie... nienawidź je lub ignoruj, polubić się go nie da."
Marvin
  
 
 
MadMill 
Bucek


Posty: 5380
Skąd: hcubyw ikleiw
Wysłany: 2007-11-30, 00:42   

Jacek Komuda - Diabeł Łańcucki

Rzeczpospolita Szlachecka okres w Polsce od połowy wieku XV do III rozbioru Polski w 1795 roku. Dzieje naszego kraju gdzie główne skrzypce grał stan szlachecki, a najczęściej upraszczając można porównać to do „szlachta – pany, reszta - chamy”. Ten okres historyczny szczególnie upodobał sobie Jacek Komuda, pisarz który popełnił na temat Rzeczpospolitej Szlacheckiej kilka utworów literackich.

Większość opowiadać Jacka Komudy traktuje o szlachcie, wiele z nich stoi na wysokim poziomie pisarskim, można tu wymienić na przykład świetne „Jeruzalem” czy równie dobre pod tytułem „Biesy polskie”. Autor napisał także cztery powieści – „Galeony wojny” czyli czwarta powieść pojawi się na dniach w księgarniach. Debiutem powieściowym było „Wilcze gniazdo”, które z racji tego, że było właśnie debiutem może zostać potraktowane ulgowo, bo do arcydzieł nie należy. Drugą powieścią był „Bohun”, książka dobra, ale po której odczuwa się spory niedosyt.

Na koniec zostaje „Diabeł Łańcucki”. Powieść jest osadzona w scenerii Bieszczad i Podkarpacia. Książka opowiada historię konfliktu Stanisława Stadnickiego, zwanego Diabłem z rodziną Dwernickich, którzy należą do zubożałej szlachty. Tytułowy bohater jest bezwzględnym awanturnikiem, który zawsze dostaje to czego chce. Głównymi bohaterami powieści są jednak Jacek Dydyński, który zostaje uwikłany w cały konflikt oraz tajemniczy krewny Dwernickich powracający z Tureckiej niewoli po ponad 20 latach.

Książka na bardzo ciekawą fabułę, autor napisał kryminał w realiach historycznych, mamy zagadkę, tajemnicę, niewyjaśnioną zbrodnię, oraz osobę która chce to wszystko złożyć w całość. „Diabeł Łańcucki” jest powieścią w której wydarzenie goni wydarzenie, akcja jest porywająca i czytelnik nie ma czasu na nudę. Opisy które często przeszkadzają i zwalniają tempo akcji tutaj służą jako wprowadzenie do klimatu i sprawiają, że osoba czytająca czuje się jakby uczestniczyła w wydarzeniach. Można wspomnieć tutaj opis suto zastawionych stołów i uczty w zamku na Łańcucie, czy też jarmarku na Podgórzu.

Zwykło się mówić, że autor ma trzy powieści aby pokazać czy jest sens go wydawać i czytać. Jacek Komuda „Diabłem Łańcuckim” pokazuje, że pisać umie i to bardzo dobrze. Serwuje nam pełnowartościową powieść na której nikt nie powinien się zawieść. Aż się serce raduje, że ta książka wyszła spod pióra naszego rodaka. No ale kto inny jak nie Polak miałby pisać powieści o Rzeczpospolitej Szlacheckiej?

Ocena liczbowa: 8,5/10
_________________

"Życie... nienawidź je lub ignoruj, polubić się go nie da."
Marvin
 
 
Tigana 
Sandman


Posty: 4427
Skąd: Czerwone Zagłębie
Wysłany: 2007-11-30, 22:26   

„Zabójca z cesarskiego grodu” to już trzecia powieść z cyklu kryminałów historycznych autorstwa Colette Lovinger-Richard. Podobnie jak to miało miejsce w poprzednich tomach („ Krwawe zbrodnie”, „Śmierć pośród zgiełku” ) jej akcja rozgrywa się we Francji w miejscowości Compiegne na przełomie XVIII i XIX wieku. Głównymi bohaterami książek są kolejne pokolenia lekarskiej rodziny Lajoy, której przedstawiciele już od stuleci strzegą zdrowia i życia mieszkańców miasta. A ponieważ w swej praca często napotykają na przeróżne zagadki i tajemnice, ich drugą pasją, obok leczenia, staje się odkrywanie prawdy.
Rok 1803 – w okolicach Compiegne ofiarami nieznanego zabójcy padają 3 osoby. Sprawcy nigdy nie udało się schwytać. Rok 1809 – morderca znów uderza. Kto będzie jego kolejną ofiarą? Czy seria zabójstw ma jakiś związek z cesarzem Napoleonem I, który przebywa w pobliskim pałacu? A może sprawca jest dotknięty amnezją weteran wojenny? Odpowiedzi na te pytania musi odnaleźć doktor Francois Lajoy, a czasu ma niewiele.
Zacznę od tego, czego w „Zabójcy z cesarskiego grodu” mi brakuje – klimatu. Bardzo lubię kryminały, szczególnie te „czarne” (Chandler, Krajewski) posiadające gęstą atmosferę dającą jeść się łyżeczką. Tymczasem w książce, Lovinger- Richard klimat, gdzieś znikł, uleciał, a w zamian otrzymujemy utrzymaną w lekkim i przyjemnym opowiastkę kryminalną. Osobiście wolę brudny Breslau i mroczną stronę „Miasta Aniołów”. Nie przeczę, że autorka bardzo wiarygodnie oddała realia i atmosferę cesarskiej Francji z jej nowo utworzoną arystokracją i pozostałościami rewolucji na czele. Niemniej same dekoracje bez klimatu pozostają jedynie martwymi przedmiotami.
O wiele lepiej udało się autorce stworzyć portret psychologiczny poszczególnych postaci. Każdy z bohaterów powieści posiada swój własny system norm oraz zasad i co ważne działa w zgodzie z nim - dzięki temu poszczególne postaci stają się dla czytelnika o wiele bardziej wiarygodne. Świetnym przykładem jest tu postać Francois Lajoya, który początkowo uważa praktyką lekarską za karę, by dopiero po pewnym czasie pogodzić się ze swoim przeznaczeniem i odszukać powołanie. Równie interesująco prezentuje się komisarz policji Trubert, który ma trudności z wysławianiem, co skutecznie niszczy jego wizerunek stróża prawa. Bo jak traktować poważnie człowieka, który zamiast „potężny” mówi „mężny”, a słowo „przebiegły” zastępuje „zbiegły”. Dopiero seria spotkań niczym z współczesnej sesji terapeutycznej pomogą mu uporać się z problemem. Zresztą psychoanalizy jest w tej książce więcej – Lajoy stara się pomóc jednemu z żołnierzy w odzyskaniu pomięci, a także tworzy prymitywny portret psychologiczny mordercy.
Spodobać się może także sama intryga kryminalna. Chociaż nie jest ona specjalnie skomplikowana autorka skutecznie zwodzi czytelników, którzy do końca powieści nie są pewni, kto jest tytułowym zabójcą. W pewnym momencie odnosi się wręcz wrażenie, że autorka wskazuje na jedną z postaci i mówi: „To on jest mordercą” – ja dałem się oszukać.

Książek Colette Lovinger-Richard to typowe czytadło, choć z ambicjami. Zawiedzeni będą miłośnicy „czarnego” kryminału z cynicznym detektywem w roli głównej. „Zabójca z cesarskiego grodu” jest, bowiem skierowana do tych miłośników gatunków, którzy bardziej cenią sobie odtworzenie przeszłości, wyraziście wykreowane postaci niż atmosferę. Usatysfakcjonowani będą także wielbiciele powieści historycznych, szczególnie epoki napoleońskiej. I tym osobą mogę tą książke z czystym sumieniem polecić.

Ocena 6/10
_________________
"Z gustami literackimi jest po trosze jak z miłością: zdumiewa nas, co też to inni wybierają"
Andre Maurois

 
 
Tigana 
Sandman


Posty: 4427
Skąd: Czerwone Zagłębie
Wysłany: 2007-12-01, 23:31   

Twórczość Stephena Kinga od samego początku była chętnie przenoszona na celuloidową taśmę.. Co ciekawe kino zainteresowało się nie tylko jego powieściami („Misery”, „Lśnienie”), ale także opowiadaniami („Dzieci kukurydzy”, „Magiel”) Efekt tych zabiegów jest dyskusyjny – obok dzieł wybitnych („Skazani na Shawshank”) powstały również wiele „koszmarków” mających ze swym literackim pierwowzorem niewiele wspólnego („Oni czasem wracają”). Ekranizacje kolejnych utworów Kinga, nawet, jeśli są nieudana, mają jednak swoje dobre strony. Jedną z nich jest wznowienie jego książek – tak też stało się w wypadku filmu „1408”.
Na zbiór opowiadań„Wszystko jest względne” składa się z 14 różnorodnych utworów czerpiących swe źródło przede wszystkim z otaczającej nasz rzeczywistości. King jest bowiem mistrzem grozy życia codziennego, bo przecież tak naprawdę piekło to my. Niepotrzebne są wampiry, zombie czy wilkołaki - przekonują nas do tego losy małżeństwa z „Teorii zwierząt domowych L.T.”, gdzie rolę katalizatora odegra pies czy „Obiad w Gothan Cafe” mówiące o zadziwiających okolicznościach pewnego rozwodu.
Nawet, jeśli King wykorzystuje jakieś znane motywy jak na przykład żywy mężczyzna budzący się w kostnicy („Prosektorium numer cztery”), deja vu („”To wrażenie można nazwać tylko po francusku”) czy policyjne przesłuchanie („W sali egzekucyjnej”) to potrafi opowiedzieć je w nowy, intrygujący sposób. Szkoda tylko, że pomimo biegłości warsztatowej pisarza są one przewidywalne i ich finał nie zaskakuje.
Mistrz współczesnej grozy równie chętnie sięga po kulturę i historię Ameryki. Ttąd też tak duże nagromadzenie w jego tekstach, często niezrozumiałych dla Europejczyków, odniesienia do epizodów z dziejów USA, programów telewizyjnych czy audycji radiowych. Oczywiście ich nieznajomość nie uniemożliwia zrozumienia sensu utworu, ale na pewno zmniejsza siłę ich oddziaływania. Przykładowo „Śmierć Jacka Hamiltona” opowiadająca o zmierzchu gangu Johna Dillingera pozbawione swej kulturowej otoczki to przeciętna opowieść o przestępcach, z których jeden dostał kulkę. Mocno amerykański jest także tekst „Wywiozą ci wszystko, co kochasz”, pełen przydrożnych moteli, szerokich autostrad i zagubionych ludzi, a także „Szczenśliwa moneta” wprowadzający czytelników w świat jednej z pokojówek pracujących w hotelu w Las Vegas. Oba te utwory są jak dla mnie próbą odbrązowienia mitu Ameryki jako krainy szczęścia i wielkich możliwości. Ludzie w nich opisywani szamocą się szukają szczęścia, ale nie potrafią go znaleźć.
Osobno należy oceniać „Siostrzyczki z Elurii” kolejny epizod z życia Rolanda , bohatera cyklu „Mroczna Wieża”. Tym razem ranny rewolwerowiec trafia do szpitala, gdzie zdrowie pacjenta nie jest jednak najważniejsze. Opowiadanie chociaż broni się jako samodzielna historia sprawia wrażenie oderwanego od całości zbioru i można odnieś wrażenie, ze zostało dodane na siłę.
Za najsłabszy utwór w zbiorze uważam „Człowieka w czarnym garniturze”, historię chłopca, który pewnego dnia spotyka w lesie samego diabła. Pomysł może i ciekawy, ale nie przekonam mnie on do siebie. Podobnie ma się rzecz z tytułowym tekstem „Wszystko jest względne” traktującym o młodym mężczyźnie pracującym dla tajemniczej firmy. Z wyglądu jest on przeciętniakiem, ale wystarczy dać mu kartka papieru i kawałek ołówka, by za sprawą narysowanych symboli wpłynął na czyjeś życie. Czytając tą historię nie potrafiłem odnaleźć w sobie cienia sympatii do głównego bohatera – pozostawił on mnie dziwnie obojętnym i w tym właśnie upatruje największą słabość opowiadania.


Co w takim razie warto przeczytać w tym zbiorze opowiadań? Na pewno „Jazdę na Kuli”. Zaczyna się klasycznie, jak wiele znanych opowieści: Alan podróżuje autostopem do szpitala, aby czuwać przy ciężko chorej matce, wsiada do przygodnego samochodu i zaczyna się jazda. Dokąd? Do piekła, w głąb duszy, w przeszłość – każda odpowiedź jest dobra. Zaś na końcu tej podróży trzeba będzie odpowiedzieć na jedno, kluczowe pytanie. Drugim jasnym punktem jest historia nawiedzonego pokoju hotelowego „1408”. Utwór składa się z dwóch części – w pierwszej poznajemy głównego bohatera Mika Enslina, dziennikarza opisującego zjawiska nadprzyrodzone, a także dzieje miejsca, w którym przyjdzie spędzić mu noc. ”Akt” drugi to już opis zmagań z pokojem 1408 – i czuć wtedy grozę. King zastosował tutaj narracje pierwszoosobową w formie zapisków na dyktafonie, co daje nam szansę wczuć się w położenie Enslina, poczuć jego narastający strach, panikę.. Rzecz godna polecenia i tak na prawdę nie mająca za dużo wspólnego ze swoją wersją filmową
Jakość zbiorów opowiadań zazwyczaj oceniam na podstawie liczby zapamiętanych, po jednokrotnym czytaniu, opowiadań. Niestety w tym moim prywatnym rankingu „Wszystko jest względne” wypada mizernie. Na 14 utworów zapadają w pamięć 2 góra 3 opowiadania – „Jazda na Kuli”, „1408” i może jeszcze „Obiad w Gothan Cafe”. Podobne zdanie mają chyba producenci z Hollywood - dwa pierwsze już zostały sfilmowane. Czy oznacza to, więc, że King napisał słabą książkę i tak, i nie. Jeśli bowiem porównamy go do kultowej, przynajmniej dla mnie, „Nocnej zmiany” to sprawa jest jasna - recenzowana książka jest zbiorem kiepskim. Jednak w konfrontacji z większością innych autorów piszących w podobnych klimatach twórczość „Króla” zdecydowanie zyskuje. Innymi słowy – przeczytać można, nad zakupem radziłbym się zastanowić tym bardziej, że tej jesieni wydawnictwo wznowiło wiele o niebo lepszych książek Kinga.
_________________
"Z gustami literackimi jest po trosze jak z miłością: zdumiewa nas, co też to inni wybierają"
Andre Maurois

 
 
Tigana 
Sandman


Posty: 4427
Skąd: Czerwone Zagłębie
Wysłany: 2007-12-06, 23:55   

Neil Gaiman nie należy do twórców, których łatwo zaszufladkować. Z jednej strony wymykająca się wszelakim klasyfikacjom serii komiksów „Sandman”, z drugiej poczytne powieści z pogranicza fantasy i grozy. Do tego należy jeszcze dodać scenariusze filmowe, słuchowiska radiowe, a także książki przeznaczone dla młodszych czytelników. I właśnie w ten ostatni nurt twórczości Gaiman idealnie wpisuje się jego najnowsza książka „InterŚwiat”.
Głównym bohaterem powieści jest Joey Harker typowy, amerykański, małomiasteczkowy nastolatek. Prowadzi on spokojne, wręcz nudne, żywot a jego jedynymi problemami są nieodwzajemniona fascynacja jedną z koleżanek oraz brak zmysłu orientacji. Tak, tak, nasz przyszły heros potrafi zgubić się we własnym domu. Nic, więc dziwnego, ze pewnego dnia w czasie szkolnych ćwiczeń w terenie Joey gubi drogę. Co gorsza, kiedy mu się wydaje, że wreszcie ja znalazł, okazuje się, że zawędrował bardzo daleko. Harker posiada bowiem umiejętność wędrowania pomiędzy światami i wycieczka na inną Ziemie nie sprawia mu żadnego problemu. Nie są to jednak bezpieczne podróże – na nieostrożnego mi wędrowca czekają liczne niebezpieczeństwa – mudlufy, a także złowrodzy słudzy dwóch wrogich sił Binarium i Hegemonii RUN, którzy wykorzystują wędrowców jako paliwo do swych pojazdów. Na szczęście istnieje także InterŚwiat i jego mieszkańcy walczący o równowagę w multiversum.
Niczym nieposkromiona fantazja – te słowa cisną się na usta czytając „Interświat”. Uniwersum stworzone przez autorski tandem Gaimana & Reaves jest ogromny i fascynujący. Składają się na niego zarówno światy, gdzie przoduje nauka i technika, jak i magiczne, które toczą ze sobą niekończąca się wojnę. Gdzieś pomiędzy nimi istnieje również ogromna przestrzeń zwana Nigdzie-Nigdzie lub Szumem, a także „Pomiędzy”, po którym wciąż wędrują międzywymiarowi podróżnicy. Szkoda tylko, że autorzy, nie licząc jednej dłuższej sceny, poprzestali nie pokusili się o bardziej szczegółowy opis tego wszechświata. A tak nielicząc porozrzucanych po całej książce krótkich wzmianek i opisach różnicy w uzbrojeniu poszczególnych stron konfliktu nie dowiemy się niczego ciekawego.
Jeśli komuś spodobała się postać Eragona czy Endera z sagi Carda postać Joeya Harkera również stanie się mu bliska. Jest on, bowiem kolejnym „cudownym” dzieckiem literatury fantastycznej obdarzonym supermocą. Podobnie jak jego słynni poprzednicy przechodzi specjalne szkolenie w trakcie, którego musi zmierzyć się z wrogością części otoczenia, by następnie udowodnić swoją prawdziwą wartość. No i znajdzie także swoją Saphire. Z postacią głównego bohatera wiąże się także jeszcze jedna ciekawostka. Otóż wszyscy mieszkańcy InterŚwiata, obojętnie od płci, stanowią alternatywną wersję Joeya. I tak w zależności od planety, z jakiej pochodzą mamy człowieka-maszynę J/O HrKrem, centaura – J’rohoho, a nawet quasi anielice Jo. Dlaczego tak się dzieje tego autorzy, niestety, nie wyjaśniają.
Pomimo tego, że książka skierowana jest do młodszego odbiorcy zawiera ona kilka elementów charakterystycznych dla „dorosłej” twórczości Gaimana. Przede wszystkim rzucają się w oczy postaci Scarabusa i Neville, które przypominający nieco złowrogi duet panów Vandemara i Croupa z „Nigdziebądź”. Również kreacja samego wszechświata (podniebne okręty) nasuwają skojarzenia z innymi dziełami angielskiego pisarza.
Ocenienie „InterŚwiata” to niewdzięczne zadanie z jednego, zasadniczego powodu - nie wchodzę w skład docelowej grupy czytelników. Rażą mnie uproszczenia fabularne, nieprzekonywujący portret psychologiczny głównego bohatera, schematyzm fabuły i pewność, że Joeyowi nic złego stać się nie może. Jednakże wymienione tu przeze mnie mankamenty dla młodego czytelnika, który dopiero zaczyna swą przygodę z fantastyką, mogą okazać się zaletami, a najnowsza powieść Gaimana jego ulubioną lekturą.


Ocena dla oczytanego 20-30 latka – 5
Ocena dla małolatów i początkujących- 7
_________________
"Z gustami literackimi jest po trosze jak z miłością: zdumiewa nas, co też to inni wybierają"
Andre Maurois

 
 
Lady_Aribeth 
Concerned Citizen


Posty: 593
Wysłany: 2007-12-09, 16:10   

Pan Lodowego Ogrodu tom 1, Jarosław Grzędowicz

Cóż mogłabym powiedzieć o książce, która całkiem niedawno została uhonorowana Zajdlem? W sumie długo zastanawiałam się co mogę powiedzieć. Moja wydumana opinia w skrócie powinna brzmieć - "ta książka zadziwia". Wszystkim. Narracją, konwencją, bohaterami.
Przede wszystkim Grzędowicz bardzo sprawnie splata ze sobą narrację pierwszo- i trzecioosobową. Będąc czytelnikiem który nie należy do zwolenników narracji pierwszoosobowej, byłam podwójnie zdziwiona, gdy przyłapałam się na tym, że oczekuję na chwilę, kiedy narrator znowu będzie opowiadać sytuację z punktu widzenia bohatera!
Sama oś fabuły wydaje się być z pozoru prosta. Jeden gość, zostaje wysłany w odległe miejsce, by odbić/uratować/odnaleźć trupy/cokolwiek członków poprzedniej wyprawy w tamto miejsce. Przypomina oś fabuły setek innych książek, jakie powstały, powstają i będą powstawały. Ale gdyby ta książka przypominałaby setki innych książek, to przecież nie dostałaby Zajdla, prawda? Grzędowicz dodał swojej książce nadzwyczajnego polotu.
Dawno już nie czytałam książki, będącą taką mieszanką przeróżnych konwencji. Twarde zderzenie fantasy z sf, okraszone sporą dawką ironicznego poczucia humoru oraz horroru i zmieszanego z sięganiem do problemów dnia dzisiejszego. Hm. To naprawdę mi się podobało.
Bohaterowie? Grzędowicz postarał się o pewne zróżnicowanie bohaterów. A sam Vuko choć wydaje się być super przepakowaną postacią, wytrenowany, silny, wspomagany cyfralem... istna maszyna do zabijania co nie? A jednak okazuje się, że Drakkainen, Nocny Wędrowiec, nie jest bohaterem bez słabości, jakiego można by się spodziewać po takiej fabule utworu. Zatem równowaga nie zostaje zachwiana.
Żeby wzbogacić swoją powieść (a właściwie jej część) obok historii Drakkainena, autor dodaje drugą nić fabularną, którą opowiada człowiek, którego imienia nawet nie znamy. Wiemy tylko że jest księciem, a w przyszłości - cesarzem. Bardzo intrygujący wątek, choć muszę przyznać, że najbardziej podobał mi się w niej sam początek i wspomnienie bystretek (miodne po prostu).
Generalnie, pierwsza część Pana Lodowego Ogrodu jest bardzo obiecującym wstępem do większej powieści. Z przyjemnością sięgnę do następną część, szczególnie przez to, że w pierwszym tomie właściwie nie ma czego się przyczepić... xD

8/10

Generalnie dobra książka, spełniła moje oczekiwania, ale czytało się już lepsze... xDDD


Ojczyzna R.A. Salvatore

Pierwszy raz po tą książkę sięgnęłam ponad 4 lata temu. Z ciekawości, żeby się dowiedzieć kim jest ten Drizzt, pojawiający się w Baldur's Gate. Mam sentyment do tej książki - właściwie od niej rozpoczęła się moja przygoda z fantastyką. Pamiętam, że wtedy, cztery lata temu, czytałam ją z wypiekami na twarzy, niemalże pochłaniając każdą kolejną stronę.
I teraz po tych czterech latach, sięgnęłam po nią ponownie, by z weryfikować moje wspomnienie o "Ojczyźnie", mówiące - "to była naprawdę ekstra książka".
Kiedy wreszcie dzisiaj popołudniu ją skończyłam, mogę spokojnie powiedzieć - już nie jest taka ekstra xD.
Opisy walk, które niegdyś mi nie przeszkadzały, teraz stały się dla mnie katorgą - mniej więcej w połowie książki po prostu przestałam je czytać xD. Piękne i wzniosłe ideały, którymi kierował się Drizzt, które niegdyś poruszały mnie do głębi, teraz mnie drażniły i... także przestałam je czytać... xD. Wpisy do drizztowego dzienniczka, niegdyś dawały mi do myślenia, teraz zbywałam obojętnością i... również przestałam je czytać xD Rozterki Drizzta i Zaka, które mnie smuciły i wciągały swoją tragicznością - teraz spotykały się z moim ziewnięciem i... je także sobie darowałam xD.
Zatem rodzi się pytanie - to co u licha czytałam?! xD Czytałam dialogi, opis ataku na dom DeVir (jedna z niewielu walk, podczas której czytania nie zmęczyłam się... xD), opisy dotyczące zwyczajów drowów. Reszta jak dla mnie mogłaby nie istnieć, a książka nie straciłaby na "jakości" xD.
Rada na przyszłość - nigdy nie sięgajcie po książki, które się wam w młodości podobały - szczególnie, jeżeli to był RAS xD.

3/10

Za sentyment i za przybliżenie drowiej społeczności. Drizztofile mogą sobie dodać jeszcze jeden punkcik <skrzętnie dopisuje sobie jeszcze jeden punkcik> xD
_________________
"Nie tak to trudno zostać filozofem, jak waszmość pan rozumiesz: chwal tylko, co drudzy ganią, myśl jak chcesz, byleby osobliwie,
kiedy niekiedy z religii zażartuj, decyduj śmiele a gadaj głośno; przyrzekam, iż ujdziesz wkrótce za wiellkiego filozofa..."
"Mikołaja Doświadczyńskiego przypadki" Ignacy Krasicki
 
 
Prev 
Wina Korwina


Posty: 744
Skąd: Z Twojego ekranu
Wysłany: 2007-12-09, 20:53   

Sean Stewart "Krąg Doskonały"
Na początek zacytuję opis na tylnej okładce książki: "Najlepszy horror od czasu szóstego zmysłu"
Mój komentarz: "Gówno prawda"
Zacznijmy od tego że to w ogóle nie jest horror. W całej książce nie było nawet jednego momentu, w którym przeszedłby mnie dreszczyk emocji. To jest jakiś melodramat z duchami w tle. Cała historia skupia się wokół Willa, który widzi zmarłych. Z tym że jest nieudacznikiem, separacja z żoną, rzadkie widzenia z córką... Pewnego dnia zdarza się wypadek i Will zaczyna widzieć nowe duchy, bardzo mu bliskie... I wszystko fajnie, gdyby nie to... Że to jest tło tej książki !!! Motyw przewodni stanowią rozterki moralne Willa i jego kontakty z rodziną.
Książka ma 320 stron i przez pierwsze 250 stron jest nudna jak flaki z olejem, ciężka to jest przeprawa przez wizualizację całej rodziny i przyjaciół, jak w brazylijskiej telenoweli.
Ostatnie 70 stron jest nieco ciekawsze, ale i tak nie zachwyca, koniec książki fatalny i niedopracowany.

2/10
Stanowczo odradzam, trzymać się od tej książki z daleka... Chyba że jest się miłośnikiem Harlequinów... Bleh...
_________________
Zapraszam na bloga - http://wirtokracja.blogspot.com/
I zawsze tak wypadnie, że ten, kto ci nie jest przyjacielem, żądać będzie od ciebie neutralności, a ten kto ci jest przyjacielem, żądać będzie otwartego wystąpienia z bronią. - N. Machiavelli
 
 
Tigana 
Sandman


Posty: 4427
Skąd: Czerwone Zagłębie
Wysłany: 2007-12-11, 23:12   

Drugi tom antologii „A.D.XIII” to kolejna porcja 11 opowiadań, które wprowadzają czytelnika w świat aniołów i demonów. Zanim jednak zagłębimy się w świat fikcji literackiej warto poświecić trochę czasu i uwagi wstępowi pióra Jacka Komuda i Dominiki Repeczko. Tekst jak sam tytuł, „Piekło i niebo”, wskazuje poświęcony został losowi naszej duszy po śmierci. Jego największą zaletą jest to, że autorzy nie koncentrują się jedynie na wizji znanej z religii chrześcijańskiej, ale także obszernie opisują koncepcje zawarte w islamie, hinduizmie czy buddyzmie. Nie zapomniano także o literaturze pięknej na czele z nieśmiertelnym Dante Alligheri i Mitonem.
Cyrograf, Królestwo Niebieskie i Anioł Stróż – to najczęściej poruszane tematy w drugiej części „A.D. XIII”. A szkoda, bo anielsko-diabelska tematyka daje o wiele większe możliwości. Tymczasem nawet tak doświadczeni twórcy jak Pilipiuk („Cyrograf”) czy Krzysztof Kochański („Człowiek znikający”) nie wychylają się poza utarte schematy. Owszem opowiadania są sprawnie napisane i czyta się je z przyjemnością, ale wymagałem czegoś więcej. No bo ile razy można czytać o chłopku roztropku, w tej roli rzecz jasna Jakub Wędrowycz, który wyprowadza w pole diabła czy o konsekwencjach pochopnie wypowiedzianych życzeń?
Z kolei „Wolna konkurencja” Cezarego S. Frąca to błaha opowiastka o pewnej licytacji. W świecie przyszłości o dusze trudno, więc obie strony starają się przekabacić człowieka na swoją stronę. Która ze stron zaoferuje więcej?
Zbliżoną tematykę porusza humoreska „Każdy ma swoje niebo” Iwony S. Nowak - Raj z chórami anielskimi i błękitnymi chmurkami jest zdecydowanie za mało atrakcyjnym miejscem dla współczesnych ludzi. A gdyby tak nieco go unowocześnić? Może i sam pomysł nie jest zbyt oryginalny, ale ratuje je jedna pyszna scena, której rzecz jasna nie zdradzę.
Niewiele dobrego mogę też powiedzieć o „Nicaronie” Evy Mroczek. Opowieść o skutkach wygrania na internetowej licytacji duszy jest po prostu przeciętna. Owszem zawiera kilka ciekawych scen, ale jako całość rozczarowuje. Brakuje w niej jakiegoś elementy, który pozwoliłby jej zostać na dłużej w pamięci czytelnika.
No to teraz trzeba kogoś pochwalić. Powiem szczerze, że kiedy zabierałem się do lektury tekstu Anna Kańtoch „Szczęścia i wszelkiej pomyślności” po cichu liczyłem, że powróci w nim Domenic Jordan. Tymczasem autorka przedstawiła zupełnie nową historię, której akcja rozgrywa się w okresie 20lecia międzywojennego. Beztroskie wakacje trójki dzieci przerywa seria dziwnych wydarzeń, w których kluczową rolę odgrywa pewna stara talia kart. Nie jest to na pewno najlepszy utwór Kańtoch, ale spodobał mi się sam sposób prowadzenia historii - nieco leniwy, rozwijający się z każdym zdaniem, a także ciekawe i nie tak oczywiste zakończenie. Czego zabrakło? Jak dla mnie odrobiny grozy i napięcia.
Powraca za to do swojego „anielskiego” świata Maja Lidia Kossakowska. „Gringo”, bo o nim tu właśnie mowa, to historia pechowego demona Forfaxa, którego specjalnością jest wpadanie w przeróżne kłopotów. Tym razem weźmie się on za pomaganie biednemu Metysowi w jednej z republik bananowej, a to oznacza dla wszystkich poważne tarapaty. Dla wszystkich - oprócz czytelników, którzy otrzymują przesympatyczne opowiadanko przypominające stylem i jakością te z „Obrońców królestwa”
Na pochwałę zasługuje również Jakub Ćwiek. Owszem jego „Newegwas’u” o spotkaniu szczepu indiańskiego z aniołami nie jest zbyt oryginalna, a czytelnik dosyć szybko orientuje się jak potoczą się poszczególne wątki, niemniej brawa należą się za odwagę. Autor nie poszedł na łatwiznę i nie stworzył kolejnego opowiadania o Lokim i jego skrzydlatych kompanach, ale postarał się zaskoczyć swoich wielbicieli. Pozytywnie czy negatywnie – zostawiam waszemu osądowi.
„Na skalnym ostańcu” Krzysztofa Piskorskiego przenosi nas w zupełnie inny świat- Zapomnijmy, chociaż na chwilę, o aniołach i diabłach z tradycji judeochrześcijańskiej. Owszem w uniwersum Piskorskiego demony istnieją, ale są zaklęte w przedmioty i służą ludziom. Jednak pewnego dnia to wszystko się zmienia. Można zarzucić autorowi pewne braki warsztatowe, nieco chropowaty styl, niemniej warto zapoznać się z tym utworem.
Spodobała mi się także historia Janusza Cyrana [b]„Który patrzysz z wysoka”.[/b] Jego największą zaletą jest bez wątpienia kreacja głównego bohatera. Kim jest? Skąd pochodzi? Do czego dąży? – nie wiemy. Nie ułatwiają oceny także jego czyny – raz miłosierne, by za chwilę przeistoczyć go w bestie. Dzięki temu do końca nie jesteśmy pewni, jak potoczą się losy „bezimiennego”, a każdy kolejny akapit przynosi niespodziankę.

A koniec deser – „Cichy dom” Alfred Hitchcock twierdził, ze dobry film powinien zacząć się od wybuchu wulkany, a potem napięcie powinno stopniowo rosnąc. Podobną konstrukcje zastosował Łukasz Orbitowski. Noc, parking, przypadkowa bójka i martwy anioł. A to dopiero początek. Później będzie wyprawa do tytułowego domu i coś więcej. Uwielbiam takie opowiadania – klimatyczne, z ciekawymi niejednoznacznymi bohaterami. No i najważniejsze – historia nie pozostawia obojętnym czytelnik wczuwa się w sytuacje, lubi albo nienawidzi poszczególne postaci, czuje się uczestnikiem wydarzeń. Jak dla mnie najlepszy tekst w antologii. I nawet Anioł Stróż mi nie przeszkadza.

Mea culpa, mea maxima culpa. Kończąc recenzje pierwszego tomu “A.D. XIII” polecałem w ciemno jego drugą część i mam teraz wyrzuty sumienia. Druga część antologii jest bowiem w moim odczuciu pozycją gorszą. Większość opowiadań trzyma co najwyżej średni poziom („Każdy ma swoje niebo” „Nicaron”), a naprawdę dobrych opowiadań jest w nim jak na lekarstwo („Który patrzysz z wysoka” „Cichy dom”) Co gorsza znalazły się w nim utwory po prostu słabe, których obecności nic nie usprawiedliwia („Człowiek znikający”, „Wolna konkurencja”) Jeszcze raz okazało się więc, że nie tak łatwo stworzyć antologię składającą się z samych stojących na wysokim poziomie utworów. Cóż może następnym razem będzie lepiej?

Ocena 6/10
_________________
"Z gustami literackimi jest po trosze jak z miłością: zdumiewa nas, co też to inni wybierają"
Andre Maurois

 
 
Maeg 
Trójkoświr


Posty: 2425
Skąd: 127.0.0.1
Wysłany: 2007-12-13, 20:25   

Kłamstwa Locke’a Lamory, Scott Lynch

Kłamstwa… Scotta Lyncha próbuje się porównywać do Oliviera Twista czy Ocean’s Eleven (o Różowej Panterze już nie wspomnę, wydaje mi się że w tym wypadku ktoś się po prostu zagalopował). Takie porównania wypadku książek i filmów działają na mnie odstraszająco. Mam wtedy przed oczami dwa mechanizmy, którymi mógł się posłużyć autor. Pierwszy z nich opiera się na zmianie miejsca akcji i imion bohaterów oraz pewnej puli cech i w ten sposób powstaje nowe dzieło. Drugi natomiast polega na wybieraniu z poszczególnych pozycji tego co podobało się autorowi i stworzeniu potworka, którego później pewnie przeczytam. Dlatego też do debiutanckiej książki Lyncha podchodziłem z pewną rezerwą.

Niecni Dżentelmeni zajmują się okradaniem arystokracji, czego zabrania Tajny Pakt. Na tym budowana jest początkowo fabułą powieści, zbiegiem czasu pojawiają się nowe elementy, które urozmaicają opowiadaną nam historie. Autor za pomocą interludium, które przeplatają się z kolejnymi rozdziałami prezentuje nam młodzieńcze lata Lamory i jego przyjaciół, a także przynosi inne informacje o świecie w którym ulokowana została Camorra. Miasto od samej już okładki przypomina Wenecję, wrażenie te jest potęgowane przez opisy miasta oraz nazwiska niektórych bohaterów. Oprócz ciekawie nakreślonego miasta i zarysów świata w którym się ono znajduję, mamy też grupę interesujących postaci. Sam Locke Lamora, ale też Jean Tannen - mięśnie drużyny, bliźniacy Sanza – najlepiej czarują kieszenie i oszukują w kartach oraz ojciec Łancuch - założyciel i nauczyciel Niecnych Dżentelmenów. Po przeciwnych stronach mamy Szarego Króla, który włączył się do gry i krzyżuje w pewnym stopniu plany Locke’a oraz Pająka który pilnuje z pomocą żołnierzy Nocnego Szkła porządku w Camorrze.

Kłamstwa… to książka która się wręcz połyka a czytelnik doskonale się przy niej bawi. Świetny język okraszony co jakiś czas celnym żartem wzbogaca opowieść. Można przyczepić się tylko do tego, że Lock – mózg Niecnych Dżentelmenów – wpada w niektóre tarapaty jak małe dziecko, a z innych wychodzi z wręcz bezczelnym szczęściem. Widać, że bogowie są jednak po jego stronie. Nie jest, i za pewnie nie miała być to ambitna książka, ale w tym wypadku zaliczyć trzeba jej to na plus. Liczy się tutaj humor, relaks i poczucie dobrze spędzonego czasu z powieścią.

Ocena: 7.5/10
_________________
"Czytam, bo inaczej kurczy mi się dusza"
— Wit Szostak

Bistro Californium
 
 
ajsber

Posty: 57
Wysłany: 2007-12-14, 16:35   

Chciałbym wkleić, dla uwidocznienia tego o czym mówimy w topiku Wydawnictwa, dwie "alternatywne" recki derbullawa. Jestem nimi zachwycony, a że autorowi nie bardzo przystoi samemu tu się odsłaniać, ja będąc Jego starym druhem pozwalam sobie na tę odrobinę szaleństwa ;)

1. Carey "Kusziel" ( ogólnie )

Potężny Kusziel, pan rózgi i pręgi
wypuszcza Strzałe z niezawodnej dłoni
Przeszywa oczy wybranych śmiertelników
a krwawa rana nigdy się nie goi



Męka, dręczenie zbłąkanego, to dar miłości. To napomnienie, to wołanie o zmianę, o skruchę. Jest jedną z dróg do Raju.

Kiedy zrozumiałem, że Bóg Jedyny nie patrzy na dzieło Swej Karzącej Ręki w ten sposób – zwątpiłem. W końcu ja tych biednych grzeszników prowadziłem prostym szlakiem do Niego.

Wtedy pojawił się On. Syn Jeshui ben Jozefa. Wnuk mego Pana.

Usłyszeliśmy jego słowa gdy przebywał w Persji, w niewoli u tamtejszego władcy.
On mówił, a Jego mowa niosła za sobą Prawdę.

Nasza ósemka popełniła wtedy największy grzech, a jednocześnie dokonaliśmy najważniejszego, najpiękniejszego wyboru w naszym długim życiu. Aza, Anael, Kamael, Kasjel, Ejszet, Naama, Szamchazaj i ja opuściliśmy Jedynego.
Naama chcąc uwolnić Błogosławionego oddała swe ciało perskiemu królowi. Od tej pory zaczęła się nasza wędrówka po Ziemi. Elua głosił swe nauki, a my grzaliśmy się w tej Prawdzie, tak jak kiedyś w Blasku Jedynego.

Po wielu długich podróżach dotarliśmy do Terre D'Ange. Tutejsi ludzie uznali przesłanie Błogosławionego Elui, a my po długiej wędrówce w końcu znaleźliśmy dom. Każde z nas, oprócz Kasjela, chyba najbardziej targanego rozterkami naszej „zdrady”, dostało jedną prowincję krainy.
Mnie przypadł w udziale skalisty Kuszet, ale nie ważne było to, kto jaką dostał dziedzinę. Liczyło się tylko jedno. Mogliśmy wypełnić rolę naszego przewodnika:

„Kochaj jak wola twoja”

I każdy z nas kochał. Odmiennie, na swój sposób, ale wszyscy mieliśmy jeden cel!

Nieść miłość!

I nieśliśmy przez długie lata, aż stało się coś co wszystko zmieniło.

Pamiętam jak dziś ten dzień, kiedy umarł Jeshua ben Jozef i pamiętam wydarzenia następujące po tym.
Bóg Jedyny przypomniał sobie o nas, a zwłaszcza o wnuku. Postanowił, że nie ma dla nas miejsca na Ziemi. Błogosławiony Elua dowiódł, że nie ma także dla nas miejsca w niebie. Stworzono nam odrębne miejsce, gdzie moglibyśmy odejść nie narażając ludu, który nas pokochał i który my naznaczyliśmy swą własną krwią.
Odeszliśmy do prawdziwej Terre D'Ange, gdzie możemy żyć zgodnie z naszym wyborem i gdzie będą mogli dołączyć po śmierci nasi ukochani D’Angelini.

Nie zostawiliśmy naszych dzieci samych.
Nama stała się patronką niosących miłość. Aza nauczył ludzi nawigacji. Anael wykształcił rolników. Szamchazaj pozostawił po sobie pismo. Kamael wykształcił armię. Ejszet pokazała jak uleczać. Zaś Kasjel stał się przykładem wiernego towarzysza.

Ja pozostawiłem po sobie znamię. Ślad. Bliznę noszoną tylko przez wyjątkowe jednostki. Takie które poprzez ból zdołają zachować równowagę.

Moje strzały.

Moi wybrańcy.

MOJE WCIELENIA.



2. Terry Pratchett "Piaty Elefant"

Kiedyś dawno temu, spotkałem Terry’ego (jego pierwszą książkę, było to „Równoumagicznienie”) i się zakochałem. To znaczy na początku było zauroczenie. To odkrywanie wraz z najwcześniejszymi „Światami Dysku” bohaterów – a odsłaniać było co Embarassed – oraz dziwnego, płaskiego obiektu umieszczonego na grzbiecie czterech słoni stojących na olbrzymim żółwiu płynącym przez otchłań sprawiło, że nie była to krótkotrwała miłostka, ale coś co przekształciło się w głębsze uczucie.

Postanowiłem, że zostanę z Terry’m Pratchettem na zawsze. Była to poważna decyzja, której jednak nie żałuję. Pratch także się starał, by nasz związek rozwijał się w odpowiednim kierunku. Kilka jego powieści sprawiło, ze mój afekt stał się dojrzały, przemyślany, jakiś taki dorosły.
Fakt czasem zdarzały się gorsze dni, ale przecież tak to już w życiu jest.

Teraz po tych wszystkich książkach, czuję się z nim jak stare dobre małżeństwo z kilkudziesięcioletnim stażem.
Partner już raczej niczym nie zaskakuje, ale człowiek ma świadomość, że jest. Już może nie ma tych uniesień, brakuje zaskakujących reakcji.
Nie przeszkadza to jednak. Nie denerwuje, bo jesteśmy obecnie na takim etapie, że wystarczą delikatne zmiany, by dalej to wszystko jakoś tam sobie trwało. Ponoć w tym wszystkim chodzi o przyzwyczajenie. Podobno to ono jest najważniejsze. Pomaga ze sobą wytrzymać...

Tak już sobie trwamy jakiś czas. Poznajemy się coraz bliżej i bliżej. Właściwie można powiedzieć, ze większość tajemnic już jest odkrytych. Wydaje się, ze człowiek zna drugiego lepiej niż siebie samego, ale zawsze jest ta nadzieja, że może jednak czymś zaskoczy. Tak jak za dawnych czasów, gdy wszystko było młodsze, piękniejsze...
No cóż, jest coś takiego jak drugi miesiąc miodowy. Mam nadzieję, że jest on jeszcze przed nami, może wtedy...

W tych całych zwierzeniach o mały włos nie zapomniałbym o powiedzeniu w kilku słowach o „Piątym elefancie”. Jest to szpiegowski kryminał z naszymi bohaterami ze Straży w rolach głównych. Wydaje się trochę brutalniejszy od poprzednich opowieści z tego cyklu, ale to jakoś specjalnie nie razi. Powiedziałbym, ze jeszcze lepiej ukazuje nasz własny nienaturalnie okrągły świat.
W wielkim skrócie Terry opisał proces globalizacji. Przechodzenia zacofanych państw na gospodarkę wolnorynkową. Przedstawił w sporej mierze problemy (terroryzm, zaślepienie religijne, mcdonadyzację), które możemy obejrzeć w wiadomościach telewizyjnych dotyczących naszego równie absurdalnego świata.

Zmierzając do jakiś podsumowań, można powiedzieć, że był to kolejny, szary dzień jakich wiele. Niczym nie zaskoczył, nie przyniósł specjalnych uniesień, ale był to czas który spędziliśmy razem...


Obie recki ujrzały po raz pierwszy światło dnia na Superbii :)
 
 
derbullaw 
cyniczny idealista


Posty: 35
Wysłany: 2007-12-14, 21:34   

Kontynuując wątek wzajemnej adoracji :mrgreen: jak również dając materiał do dyskusji toczącej się równolegle, przedstawiam recenzję ajsbera :)


Mój drogi.
Wyobraź sobie, że idziesz na długo oczekiwany tajemniczy spacer, ciemną nocą w głąb kompletnie nieznanego lasu. Brak światła przeszkadza, dróżki, które pozornie widziałeś znikają gdzieś w krzakach. Błądzisz. Postanawiasz przeczekać. Wreszcie nadchodzi upragniony świt ale wraz z nim…mgła. Cóż robić ? Trzeba iść dalej. Poprzez gęsty opar prawie niczego nie widać. Obijasz się o jakieś twarde wystające przedmioty; dochodzisz do wniosku, że to po prostu drzewa. Gałęzie chłoszczą Cię po twarzy. Gdy wydaje Ci się, że już wreszcie znalazłeś właściwa drogę, okazuje się , że jest to chyba miejsce, w którym już byłeś. Często potykając się łapiesz za jakieś konary myśląc, że Ci pomogą utrzymać jaką taka pozycję jednak one złośliwie zawsze okazują się kruche i pękają pod Twym ciężarem.
Wszystkie mijane krzewy i drzewa wydają się być takie same, mimo że przecież się różnią. Przemykające tu i ówdzie tajemnicze nierozpoznane zwierzęta powodują, że zamęt który przeżywasz staje się jakimś strasznie poplątanym labiryntem, w którym wszystko zdarzyć się może. Już, już cieszysz się bo wszedłeś na jakąś większą polanę a liche słońce zaczyna rozpraszać mgłę, ale wpadasz do głębokiego wykrotu, który okazuje się być grząskim bagnem. Mimo to wymacujesz ubłoconą nogą jakieś dno, po którym można stąpać. Twoja sytuacja mimo, że jakby odrobinę lepsza daleka jest jeszcze od zadawalającej. W końcu wypełzasz z mokradła i na jego końcu spostrzegasz dróżkę, która nieśmiało zaczyna przypominać właściwa drogę. Robisz coraz pewniejsze i szybsze kroki. Znajdujesz kilka wspaniałych, smacznych owoców. Jest ich więcej i więcej. Całe olbrzymie polany pełne niespotykanych, tajemniczych w smaku owoców. Są też pyszne grzybki. Zapominasz o zmęczeniu, przeprawa zaczyna być wspaniałą przygodą. Zwierzęta łaszą się do Ciebie. Jest Ci ciepło i dobrze. Czujesz, że mógłbyś tak iść i iść.
Dochodzisz do znanej Ci wsi. Nie przyznajesz się nikomu, że znalazłeś ZŁOTO. Idziesz spokojnie spać. Śni Ci się, że idziesz na długo oczekiwany tajemniczy spacer…….

Tak oto wygląda w moim wyobrażenie pierwsze spotkanie z magią świata wyczarowanego przez Eriksona. Oczywiście chodzi mi o sposób w jaki odbieram jego dzieło. Nie ma najmniejszego sensu opisywanie treści tej książki. Jakkolwiek byś myślał, odłożenie „Ogrodów księżyca” na półkę bez przeczytania będzie poważnym błędem, który ja kiedyś popełniłem. Wystrzegaj się tego. Jeśli nie – stracisz okazje na spotkanie z jednym z najciekawszych, najbardziej płodnych i doskonale piszących autorów.
Bardzo gorąco polecam.
Moja ocena : 6/6


To jest przykład recenzji oddającej nastrój, ale Ajsber ma jeszcze inną zdolność. Jakąś taką swobodę pisania (nie wiem ile czasu musi tej swobodzie poświęcać czasu, ale ma :-P ) . Podobną do tej Dukajowej. Powiedziałbym, że to erudyta książkowy.
Ma taki rozrzut jeżeli chodzi o wielowarstwowość i zawartość poboczną recenzji, że to czysta przyjemność się z nimi zaznajamiać.

P.S.

No dobra nasłodzili my sobie, trzeba by coś napisać ;)
 
 
Tigana 
Sandman


Posty: 4427
Skąd: Czerwone Zagłębie
Wysłany: 2007-12-19, 18:14   

„Lata ryżu i soli” Kima Stanleya Robinsona to tylko z pozoru kolejna książka wpisująca się w nurt gatunku określanego mianem „historii alternatywnej”. Spośród wielu innych wyróżnia ją już sam punkt wyjścia. Dla autora wydarzeniem, które odmieniło losy świata nie jest bowiem po raz enty zwycięstwo III Rzeszy czy przetrwanie Cesarstwa Rzymskiego, lecz „czarna śmierć”, która w XIV wieku zdziesiątkowała populację Europy. Jednakże, o ile w naszym, prawdziwym świecie cywilizacji chrześcijańskiej udało się odrodzić, tutaj jej miejsce zajmuje kultura oparta na buddyzmie, hinduizmie i islamie.
Specyficzna jest też sama konstrukcja książki – składają się ona z dziesięciu ksiąg, których akcja rozgrywa się na przestrzeni 700 lat. Dzięki temu możemy obserwować rozwój nowych imperium i zmierzch starych, uczestniczyć w odkryciach geograficznych czy brać udział w rewolucji. Naszymi przewodnikami w tej podróży będzie grupa bohaterów, których kolejne reinkarnacje zamieszkują kolejne epoki. Stanowią oni, według religii buddyjskiej- jāti – grupę połączonych ze sobą dusz, które pomiędzy kolejnymi wcieleniami spotykają się w bardo – swoistej poczekalni dusz. Tutaj dyskutują na temat swojego życia i próbują się samodoskonalić.
Powieść Robinsona można odczytać tylko i wyłącznie jako kolejną „historię alternatywną” i skoncentrować się na obserwacji rozwoju poszczególnych cywilizacji oraz szukać analogii z naszą rzeczywistością. Wydaje mi się jednak, ze takie podejście było by wypaczeniem intencji autora, ponieważ „Lata ryżu i soli” poruszają wiele istotnych zagadnień jak religia, nauka czy sam człowiek.

Pomiędzy islamem i buddyzmem.

Warstwa religijna wydaje się odgrywać w zrozumieniu sensu książki Robinsona kluczową rolę. Świat opisany w „Latach ryżu i soli” przypomina ogromny tygiel, w którym poszczególne religie raz przenikają się i asymilują, by chwile później zwalczać się nawzajem. Co istotne autor nie wyróżnia żadnego z systemów religijnych stawiając pomiędzy nimi znak równości - w końcu wszyscy szukamy tego samego Boga. Najlepiej jest to widoczne w kreacjach postaci – kolejne reinkarnacje tych samych bohaterów często zmieniają religię raz są muzułmańskim sędzią – kadim, by w następnym wcieleniu stać się buddyjskim mnichem. W świecie stworzonym przez Robinsona religia wpływa na ludzkie życie, ale i człowiek wywiera swój ślad na wierze. Bardo w zależności od religii panującej na Ziemi zmienia swe oblicze, a w jednym z opowiadań („Wojna Asurów) miejscami trudno rozróżnić, gdzie tak naprawdę toczy się walka.


Nauka

W słynnej animowanej serii „Był sobie człowiek” w każdym odcinku pojawia się postać Mistrza, będącego usposobieniem postępu. W książce „Lata ryżu i soli” podobną funkcje spełnia I-Chin, Iwang, Idelba, Ibrahim i inne jego wcielenia. Jest on zawsze człowiekiem o otwartym umyśle, szukającym nowej drogi do oświecenia – zarówno duchowego, jak i umysłowego. Wiele miejsca w swoich dociekaniach poświęca on zagadnieniu znaczenia historii w życiu człowieka. Czy jest ona nam w ogóle potrzebna, a jeśli tak to czego może nas nauczyć? – to pytania kolejne pytania klucze. Inną równie ważną kwestią jest odpowiedzialność uczonych za swe wynalazki. Najmocniej zostało to zaakcentowane w opowieści „Nsara”, gdzie naukowcy z całego świata wspólnymi siłami próbują nie dopuścić do budowy bomby atomowej.




A człowiek i tak jest najważniejszy

W religii buddyjskiej reinkarnacja czyli odrodzenie się w kolejnej osobie lub zwierzęciu służy rozwojowi duszy. Tak ma to miejsce w powieści Robinsona – jāti wciąż się odradzają – jako przedstawiciele innej płci, religii, rasy, a nawet gatunku. Za życia nie pamiętają swych wcześniejszych wcieleń, a z poprzednim istnieniem łączy ich jedynie zawsze ta sama pierwsza litera nazwiska – K, B, I czy P. W każdym kolejnym życiu zdobywają nowe doświadczenie i chociaż o tym nie wiedzą często ich wcześniejsze dokonania stają się dla nich samych źródłem inspiracji do bardziej wytężonej pracy. Kiedy umierają ponownie spotykają się w bardo by jeszcze raz spojrzeć na swe osiągnięcia i by ponownie spróbować osiągnąć nirwanę. Dla nas ludzi „zachodu” ta obserwacja wędrówki dusz ma jedną zasadniczą zaletę – patrzymy na świat oczyma muzułmanina, wyznawcy buddyzmu i widzimy jak bardzo ich uczucia, pragnienia są zbliżone do naszej. My również przez całe nasze życie staramy stać się doskonali, ale w odróżnieniu od nich mamy tylko jedną próbą.

„Lata ryżu i soli” to z pewnością książka wybitna, ale nie pozbawiona wad. Miejscami czyta się ją ciężko i trudno powiedzieć czy to wina autora czy niestarannego tłumaczenia (błędy stylistyczne, powtórzenia) Męczące jest nagromadzenie długich wypowiedzi bohaterów czy to w formie monologów wewnętrznych czy wygłaszanych wykładów. Osobiście wolałbym żeby ich przemyślenia były poparte poprzez czyny. Nie do końca wyjaśnione zostały także wszystkie zawiłości związane z poszczególnymi systemami religijnymi – osoba nie posiadająca gruntowej wiedzy na ten temat może mieć kłopoty ze zrozumieniem poszczególnych zagadnień, np. co to jest hadis. Mam również pewne zastrzeżenia w kwestii samej konstrukcji świata. Ja rozumiem, że Historia nie znosi próżni, ale czy faktycznie w tak różnym świecie musiał wybuchnąć konflikt zbrojny tak bliźniaczo podobny do „naszej” I wojny światowej? Nawet data w przybliżeniu się zgadza, tylko zamachu w Sarajewie zabrakło. Podobnych analogii jest więcej stąd nasuwa się pytanie – celowy zabieg autora czy tez brak inwencji twórczej?

Czytając tą powieść odniosłem wrażenie, ze obcuje z czymś wybitnych, być może jedna z najlepszych książek, jakie do tej pory spotkałem. Poszczególne opowieści dzięki swej różnorodności intrygują i wciągają w świat, który tak naprawdę nigdy nie powstał. Kiedyś powiedziano o książce Nevile Shute „Ostatni brzeg”, że uratowała świat przed zagłada nuklearną. „Lata ryżu i soli” na pewno nie mają takiej siły sprawczy, ale jeśli pod jej wpływem, chociaż raz spojrzymy na otaczającą nas rzeczywistość przez pryzmat ludzi wywodzących się z innej religii i kultury zadanie książki zostanie wypełnione.

Ocena 8/10
_________________
"Z gustami literackimi jest po trosze jak z miłością: zdumiewa nas, co też to inni wybierają"
Andre Maurois

 
 
Tigana 
Sandman


Posty: 4427
Skąd: Czerwone Zagłębie
Wysłany: 2007-12-29, 00:17   

Co trzeba zrobić, kiedy własny agent zabrania publikować więcej niż jedną książkę rocznie, a szuflada jest pełna napisanych już powieści? Należy stworzyć swoje literackie alter ego i zacząć wydawać pod pseudonimem. Tak właśnie stało się w przypadku Stephana Kinga na początku lat 80-tych, kiedy powołał on do życia Richarda Bachmana. Dzięki temu prostemu zabiegowi światło dzienne zobaczyły tak ciekawe pozycje jak "Wielki marsz”, czy „Uciekinier”, a King oficjalnie postępował zgodnie z zaleceniami agenta. Cała maskarada wydała się dopiero po kilku latach a Bachman został oficjalnie „pogrzebany” w powieści „Mroczna połowa”. Pozostały po nim jedynie wspomnienia i kilka jeszcze niewydanych książek w tym „Blaze”.
Clay „Blaze” Rackley jest przestępcą. W ciągu paru latach swej „działalności” na jego koncie znalazło się już sporo grzeszków: napady, oszustwa, wyłudzenia. Teraz planuje skok swego życia – zamierza porwać dziecko multimilionerów i zażądać okupu. Problem polega na tym, że Blaze do zbyt inteligentnych ludzi nie należy, a poleceń i wskazówek dotyczących porwania udziela mu jego martwy kumpel George. Zaczyna się niebezpieczna gra.
Nigdy nie zapomnę, kiedy po raz pierwszy oglądałem w kinie „Leona zawodowca” Szczególnie w pamięci zapadła mi końcówka filmu – ranny i samotny bohater walczący z osaczającymi go policjantami. I pomimo tego, iż wszyscy świetnie wiedzieli, że to Leon jest tym złym, nie znalazłbym na widowni nikogo, kto nie życzyłby mu powodzenia. Podobnie ma się rzecz z Blazem.
W trakcie lektury książki nikt nie ma wątpliwości, kim tak naprawdę jest Blaze – porywaczem i mordercą. Bachman postanowił jednak „uczłowieczyć” swego bohatera, a w tym celu posłużył się specyficzną konstrukcją książki. Otóż podobnie, jak miało to miejsce w „Kłamstwach Lockiego Lamory” Scotta Lyncha, autora przeplata teraźniejsze wydarzenia z retrospekcjami. W ten sposób dowiadujemy się o nieszczęśliwym dzieciństwie Blaza, śledzimy jego pobyt w sierocińcu, a później przestępcza karierę. Bachman stara się go nie oceniać– niczym wytrawny reporter relacjonuje jedynie fakty i wydarzenia. Niemniej z tej historii wyłania się obraz człowieka, który z natury nie jest zły, a jedynie został tak ukształtowany przez los. Prawdopodobnie gdyby napotkał na swojej drodze jakiegoś mentora, człowieka, który wyciągnąłby do niego pomocną dłoń jego życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. A tak za każdym razem Blaze doświadcza upokorzeń i zła, a chwile szczęścia są zbyt ulotne by je rozpamiętywać. Jedyna pociechą i ostoja dla Blaza staje się przyjaźń z Georgiem jedną z nielicznych osoby, którą może nazwać przyjacielem.
Związek pomiędzy Blazem i Georgiem przypomina klasyczny już utwór Johna Steinbecka „Myszy i ludzie”- tam również mieliśmy do czynienia z podobną parą bohaterów. Blaze tak jak Lennie Small to ociężały, niezbyt rozgarnięty umysłowo dryblas, który kiepsko sobie radzi z otaczającą go rzeczywistością – potrzebuje kogoś, kto będzie umiał wykorzystać jego siłę. Zresztą ta jego nieporadność to jeszcze jeden powód, dla którego czytelnik darzy go sympatią. No, bo jak nie lubić człowieka, który okrada sklep z uśmiechem na twarzy mówiąc „Tym razem nie zapomniałem włożyć maski”. Jest również u Steinbecka wieczny marzyciel George Milton, który myśli za swego towarzysza i stanowi jego opokę. Zbieżność imion i „funkcji” z bohaterem Bachmana chyba nie przypadkowa.
Ważną rolę w powieści odgrywa również rozbudowany opis relacji rodzących się pomiędzy Blazem a porwanym niemowlakiem. Nieoczekiwanie porywacz staje się idealną niańką, która opiekuje się dzieckiem jak własnym synem. Co więcej w pewnym momencie zastanawia się nad rezygnacją z okupu i samodzielnym wychowaniem oseska. Z drugiej strony zdaje sobie sprawę jak mało ma do zaoferowania oprócz miłości. Dziecko to odkupienie, ale dla Blaza jest już za późno.

Powieść Bachmana to nie tylko rozbudowany portret psychologiczny tytułowego bohatera, ale także świetny, dynamiczny thriller. Wartka akcja, ciągłe napięcie i nieoczekiwane zwroty akcji to cechy tej książki. Tu nie ma miejsca na zbędne słowa – surowy styl, niemal pozbawiony opisów świetnie oddaje klimat i atmosferę powieści.
Odkładając na bok „Blaza” miałem żal do Kinga, że dopiero teraz postanowił ujawnić tę historie. Na niespełna 300 stronach czytelnik znajdzie tu o wiele więcej napięcia i emocji niż w nowych, o wiele grubszych powieściach „króla” grozy. Siła tej powieści opiera się bowiem na jej prostocie, klimacie i nieszablonowym bohater, który szybko zdobywa sympatie czytelnika a nie na rozdmuchanej fabule i wypróbowanych schematach. Ach gdyby w takim stylu jak „Blaza” King pisał wszystkie swoje powieści. A tak można mieć tylko nadzieje, że Richard Bachman jeszcze nie powiedział ostatniego słowa i jeszcze nie raz nas zaskoczy.

Ocena 7/10
_________________
"Z gustami literackimi jest po trosze jak z miłością: zdumiewa nas, co też to inni wybierają"
Andre Maurois

 
 
Tigana 
Sandman


Posty: 4427
Skąd: Czerwone Zagłębie
Wysłany: 2007-12-29, 18:34   

Jeffery Deaver jest znany w Polsce głównie jako twórca poczytnego cyklu kryminałów o przygodach pary detektywów Lincolna Rhyma i Amelii Sachs. Tymczasem na dorobek pisarza oprócz powieści składa się także kilka zbiorów opowiadań, z których jeden zatytułowany „Spirale strachu” niedawno pojawił się w naszych księgarniach.
Na „Spirale strachu” składa się 16 utworów z pogranicza kryminału i thrillera. Najczęściej wykorzystanym w nich motywem jest zemsta zdradzonego małżonka, morderstwo doskonałe oraz policyjne śledztwo. Nie zabraknie także spotkania z profesjonalnym zabójcą, inteligentnym prawnikiem czy nadopiekuńczym ojcem. Ciekawie prezentuje się również opowiadanie, którego akcja rozgrywa się w okresie rządów Elżbiety Wielkiej, a w jednej z głównych ról występuje sam William Szekspir.
Tak jak pisałem na samym początku Deaver jest kojarzony przede wszystkim z serią książek o Lincolnie Rhym i Amelii Sachs – nie mogło więc zabraknąć ich i w tym zbiorze. Tym razem prowadzą oni prywatne śledztwo w sprawie zaginięcia pewnej kobiety. Porwanie, próba morderstwa a może jeszcze coś innego? Tylko błyskotliwe umysły naszej pary bohaterów są w stanie rozwiązać tą zagadkę.
Deaver zawsze słynął ze skonstruowanych z zegarmistrzowską precyzją intryg i suspensu. Nie inaczej jest z opowiadaniami – autorowi niemal do perfekcji udała się opanować sztukę zaskakiwania czytelników. Na kilku stronach potrafi ich wielokrotnie zwieść, aby dopiero w ostatnim akapicie odkryć wszystkie karty. O sile jego wyobraźni najlepiej świadczą utwory „Trójkąt” i „Razem”, gdzie nic nie jest tym, za co uchodzi.
Kolejną zaletą prozy Deavera jest łatwość, z jaką tworzy wiarygodne portrety psychologiczne postaci. Obojętnie czy będzie to tytułowa wdowa z Pine Creek czy młody i ambitny nowojorski policjant ich motywy postępowania są mocno uzasadnione, a działania przemyślane. Dzięki temu bohaterowie opowiadań szybko wzbudzają sympatię (lub antypatię), ale na pewno nie pozostawiają obojętnym.
Szkoda tylko, że proza Deavera nie jest pozbawiona wad, które obniżają ocenę całego zbioru. Suspens to niewątpliwie duża zaleta, gorzej jednak, gdy jest mu podporządkowane cały tekst. W rezultacie część utworów jest „przekombinowana”. Odniosłem wręcz wrażenie, że tak jak w swoich ostatnich powieściach („Mag”, „Zegarmistrz”) autor tak bardzo chce zaskoczyć czytelnika niespodziewaną woltą, że poświęca temu celowi całą logikę i sens opowiadania. Dodatkowo ciągłe stosowanie takiego zabiegu powoduje, że czytający uodparnia się i mało, co jest w stanie go naprawdę zadziwić. Na swoim przykładzie powiem, że na mnie największe wrażenie zrobiło jedno jedyne opowiadanie, gdzie tego elementu suspensu zrobiło.
Irytuje także mała różnorodność utworów – prawie połowa tekstów dotyczy zemsty zdradzonego lub porzuconego współmałżonka. Owszem każde z nich stanowi odrębną historię, ale schemat pozostaje bez zmian. Tak sobie pomyślałem, że jakby wziąć utworu Deavera na serio to połowa morderstw w USA byłaby popełniona przez zawiedzonych mężów i żony.
„Spirale strachu” to klasyczny przykład zbióru opowiadań, w którym można znaleźć lepsze i gorsze teksty. Na szczęście sprawny warsztat pisarski i umiejętnie dawkowane napięcie pozwalają przymknąć oczy na pewne braki logiki czy wręcz niedorzeczności. W rezultacie otrzymujemy sympatyczną książkę mogącą w pełni usatysfakcjonować wszystkich miłośników twórczości Deavera, a także tych, którzy dopiero zaczynają przygodę z tym autorem.

Ocena 6/10
_________________
"Z gustami literackimi jest po trosze jak z miłością: zdumiewa nas, co też to inni wybierają"
Andre Maurois

 
 
MadMill 
Bucek


Posty: 5380
Skąd: hcubyw ikleiw
Wysłany: 2007-12-29, 20:32   

Fritz Leiber – „Przez mgły i morza”

Fritz Leiber, autor wielu powieści i opowiadań, laureat nagrody Hugo i Nebuli, popełnił w swojej pisarskiej karierze utwory z gatunku sword and sorcery, czyli magia i miecz. Stał się pionierem tego nurtu fantasy, jak i jednym z pierwszy pisarzy fantastyki. Największą sławę przyniósł mu cykl o Fafrydzie i Szarym Kocurze, krainie Nehwon i osławionym mieście Lankmar.

„Przez mgły i morza” jest trzecim* zbiorem opowiadań wydanym przez Fritza Leibera. Oprócz opowiadań zawiera jedną dodatkową nowelkę/minipowieść. Pierwsze dwa opowiadania nie odbiegają zbytnio od tych zawartych w tomie „Zobaczyć Lankmar i umrzeć”. Ten sam klimat, styl, podobne pomysły i rozwiązania. „Chmura gniewu” to prosta opowiastka o pewnym nadprzyrodzonym zjawisku jakich w Lankmarze pełno. Trochę akcji i napięcia, ale z góry wiadomo, że i tak będzie dobrze. Podobnie rzecz ma się z utworem „Ciężkie czasy w Lankmarze”. Chociaż to opowiadanie było przez fanów i krytykę na zachodzie oceniane jako jedno z najlepszych to powiela schematy poprzednich. W tym opowiadaniu Kocur i Fafryd się rozstają i zaczynają grać w przeciwnych drużynach, Kocur znajduje nowego pracodawcę, za to Fafryd odnajduje ścieżkę duchową, którą chce podążać oddając się nowemu bogu. Zakończenie wydaje się chaotyczne, z brakiem pomysłu na scenę kulminacyjną. Dochodzimy do utworu „Morze, ich pani”, który możemy nazwać epilogiem do opowiadania „Ciężkie czasy w Lankmarze”, a zarazem prologiem do kolejnego opowiadania pt. „Pod nieobecność króla mórz”. To opowiadanie jest najsłabsze z całego zbioru. Autor przenosi nas na morze, Fafryd i Kocur zaczynają zabawę w piractwo, poszukania sławy i skarbów. Znowu mam wrażenie jakby pisarzowi brakło pomysłu na skończenie opowiadania i urywa je w pewnym momencie. „Za rozdrożem” to podobnie jak „Morze, ich pani” taki niby pomost, gdzie autor streszcza nam w paru akapitach wydarzenia które doprowadziły bohaterów do kolejnej przygody. Z jednej strony można uznać to za brak inwencji twórczej i pójście na łatwiznę, z drugiej oszczędzenie czytelnikowi kolejnego opowiadania, które mogło być utworem pisanym na siłę, ale autor jednak nie chce tracić ciągłości historii i opisuje pokrótce wydarzenia, które były w międzyczasie. Zbiór kończy nowelka/minipowieść pt. „Gambit adepta”. W tym powiadaniu autor zaskakuje przeniesieniem swoich bohaterów na Ziemię, miasta Tyr w starożytnej Fenicji**. Pomysł bardzo ciekawy i początek utworu wciąga. Szkoda tylko, że po raz kolejny coś nie wychodzi w czasie rozwoju fabuły. Cały utwór najbardziej cierpi w momencie monologu jednego z bohaterów który opisuje swoje całe życie, staje się to po prostu nudne.

Ciężko jest dzisiejszemu czytelnikowi oceniać ten zbiór opowiadań Fritza Leibera, ponieważ został wydany on prawie 40 lat temu. Realia się zmieniły, mentalności i przyzwyczajenia także. Myślę, że najbardziej traci na tym humor książki, najprawdopodobniej nie zrozumiemy wszystkich ironicznych żartów, czy satyry zawartej w opowiadaniach. Ciągle ważną rzeczą dla autora jest pokazywanie prawdziwej przyjaźni między dwoma głównymi bohaterami. Niemniej jednak Fritz Leiber pokazuje, że w latach 60-tych można było tworzyć coś oryginalnego, nie opartego na elfach i czarodziejach, sam autor posługuję się też bardzo barwnym i poetyckim językiem. Szkoda, że te opowiadania są ciągle takie same, nie ma powiewu świeżości i to jest największym zarzutem dla autora.

6/10

* w Polsce dwie pierwsze księgi(„Swords and Deviltry” i „Swords Against Death”) są złączone w jeden tom pt. „Zobaczyć Lankmar i umrzeć”, dlatego „Przez mgły i morza” jest w Polsce wydany jako tom II
** obecnie w Libanie
_________________

"Życie... nienawidź je lub ignoruj, polubić się go nie da."
Marvin
 
 
Tigana 
Sandman


Posty: 4427
Skąd: Czerwone Zagłębie
Wysłany: 2007-12-30, 18:29   

Ostatnio o twórczości Deana Koontza można było wiele powiedzieć. ale nic dobrego. Jego kolejne książki („Apokalipsa”, „Przepowiednia”) cierpiały na podobną wadę – ciekawy punkt wyjścia,” i słabe, szablonowe rozwiązanie. Do tego należy dodać „papierowych” bohaterów i beznadziejne dialogi. Dlatego po jedną z nowszych powieść Koontza zatytułowaną „Prędkość” podchodziłem z dużą rezerwą.
Jednakże już początek był obiecujący – barowa opowieść o sąsiedzkiej wojnie mile kontrastował z poprzednimi dokonaniami autora. A później jest jeszcze ciekawiej. Pewnego dnia Bill Wiles, barman z małej tawerny, znajduje za wycieraczką swojego samochodu wiadomość: „Jeśli nie przekażesz tego listu policji, zabiję uroczą blond nauczycielkę. Jeśli przekażesz ten list policji, zabiję zamiast tego starszą panią. Masz sześć godzin na podjęcie decyzji”. Początkowo, Bill traktuje ten „list” w kategoriach głupiego dowcipu, ale szybko okazuje się jak bardzo się mylił. Chcąc przeżyć i ocalić życie niewinnych ofiar będzie musiał podjąć walkę.
Czym różni się ta książka Koontza od innych? Po pierwsze koniec z cukierkowatym bohaterem. Wiles to człowiek z przeszłością, na którego życiu kładzie się cieniem dramatyczne dzieciństwo. Owszem jest postacią pozytywną, ale jego postępowanie zawiera w sobie pewną dawkę nieprawości. Przykładowo, chociaż kilkakrotnie może prosić o pomoc policję za każdym razem wybiera działanie na własną rękę, chociaż wie, ze łamie prawo. Koontz zaoszczędził także swoim czytelnikom słodkiej aż do mdłości rodzinki lub grona równie niestrawnych przyjaciół. Postaci, które pojawiają się na kartach „Prędkości” są niejednoznaczne, a motywy ich postępowania dyskusyjne. Jest to szczególnie widoczne w kreacji dwóch policjantów: Lannego Olsona i Johna Palmera. Obaj, pomimo tego, że służą po stronie prawa i porządku nie wahają się złamać przepisów w imię własnego interesu. Na dobrą sprawę jedynie właściciel tawerny Jackie O’Hara swoją mdłością przypomina bohaterów z ostatnich powieści Koontza.
Wierni czytelnicy Koontza nie znajdą także w „Prędkości” tak charakterystycznych dla jego twórczości fragmentów poświęconych opisowi działania czy analizie psychiki czarnego charakteru. Tutaj zło nie manifestuje swojej obecności, pozostaje w ukryciu i jedynie kolejne pozostawiane wiadomości i zwłoki świadczą o tym, że istnieje. Jak dla mnie jest to idealne rozwiązanie. Powód? Takie dogłębne analizowanie psychopatycznych morderców nigdy nie była mocną stroną autora, a tłumaczenie ich intencji bardzo często wywoływało u czytelników uśmiech politowania.
Nienaganny jest również sam warsztat literacki Koontza – książkę czyta się bardzo przyjemnie, jeśli można tak powiedzieć o thrillerze. Liczne zwroty akcji są naprawdę zaskakujące, a zakończenie pozbawione prawdziwego happy endu, dobrze oddaje klimat i atmosferę powieści. Można mieć natomiast zastrzeżenia do samego tempa fabuły – w kilku miejscach akcja widocznie zwalnia a autor raczy nas opisami stanów psychicznych głównego bohatera. Uważam też, że nie do końca został wykorzystany potencjał tkwiący w samym pomyśle – wydaje mi się, że można było z niego wyciągnąć coś więcej niż opowiastka o kolejnym psychopacie.
Podsumowując – jest dobrze, ale do ideału jeszcze daleko. „Prędkość” udawania, że Koontza nie musi być „więźniem schematów”, ale przy odrobinie dobrej woli potrafi napisać ciekawą i oryginalną powieść. Oczywiście do bodajże najlepszej jego powieści „Opiekunowie” jest wciąż daleko, niemniej krok we właściwą stroną został uczyniony.

Ocena 6/10
_________________
"Z gustami literackimi jest po trosze jak z miłością: zdumiewa nas, co też to inni wybierają"
Andre Maurois

 
 
MadMill 
Bucek


Posty: 5380
Skąd: hcubyw ikleiw
Wysłany: 2008-01-02, 00:29   

Recenzję dedukuję Brujce i Ari, za to że zagadywały mnie podczas jej pisania przez gdzieś około 2,5 godziny. ;)

Scott Lynch - "Kłamstwa Locke'a Lamory"

Co rusz słyszymy o nowych gwiazdach w filmie, muzyce, sporcie. Obiecujący młodzi ludzie przewijają się na pierwszych stronach gazet i serwisów internetowych, występują w telewizji. Wróży się im wielki, oszałamiające kariery, a następnie... słuch po nich ginie. Takie sytuacje zdarzają się także w literaturze. Największym objawieniem ostatniego roku w fantastyce był podobno Scott Lynch i jego debiutancka powieść pt. „Kłamstwa Locke’a Lamory”.
Bardzo często młodych autorów się przecenia, robi się wokół nich wielki szum medialny, promuje się ich powieści aby trafić do jak największej grupy czytelników, co za tym idzie osiągnąć sukces komercyjny. W wielu przypadkach takie zabiegi nie idą w parze z jakością książek i czytelnicy dostają słabiutką powieść, która miała być arcydziełem. W przypadku Scotta Lyncha sytuacja wygląda podobnie, już w okładki krzyczy do nas wielkimi literami napis „Najgłośniejszy debiut w historii”. Mocne słowa, ale czy poparte w praktyce?

„Kłamstwa Locke’a Lamory” to powieść łotrzykowska. Mamy w niej przedstawione środowisko złodziejskie. Głównym bohaterem jest Locke, najlepszy złodziej w społeczności przestępczej Camorry. Locke zanim został sławny trafił jako sierota pod skrzydła kapłana Perelandra, ojca Łańcucha, który pod przykrywką świątyni szkoli młodych najzdolniejszych przestępców. Sam Locke jest świetnym aktorem i kłamcą, co czyni go najlepszym złodziejem spośród podopiecznych ojca Łańcucha. Jest wspaniały... a czasami wpada w kłopoty i daje prowadzić się za nos jak małe dziecko.
Autor przeplata w powieści dwa wątki. Główną historię w międzyczasie wypełniają zdarzenia z dzieciństwa Locke’a i jego przyjaciół. Mamy opowiedziane w jaki sposób odbywało się ich szkolenie, próby. Jak tworzyła się grupa Niecnych Dżentelmenów, która w przyszłości maiła siać popłoch w skarbcach arystokracji Camorry. Częste skoki w czasie są bardzo ładnie zgrane z głównymi watkami powieści. Każde kolejne interludium tłumaczy wydarzenie, które właśnie toczy się w bieżącej fabule. Zabieg ciekawy i wykonany po mistrzowsku, jedna z największych zalet książki.
Język którym posługuje się Scott Lynch jest z pozoru posty, ale nie jest tak łatwo współgrać humor i zwroty, których używają bohaterowie z całą resztą powieści. Humor nie jest wyszukany, a zwroty są czasami ordynarne i na poziomie niektórych tekstów niesfornych dzieci z podstawówki. Tym większe uznanie dla autora, że potrafił wkomponować je w powieść w taki sposób, że nadał bardzo sympatyczny wydźwięk.
Akcja powieści jest dynamiczna. Autor nie pozwala się czytelnikowi nudzić, co powoduje, że książkę czyta się jednym tchem. Chociaż Scott Lynch zapędził się w połowie książki w kozi róg. Narzucił za duże tempo od początku i w pewnym momencie akcja zwalnia jakby zabrakło płynności. Rekompensuje nam to wszystko sam finał powieści gdzie po prostu nie można się od niej oderwać.
Świat Niecnych Dżentelmenów jest bardzo sprawnie wykreowany przez autora. Wiele ciekawych miejsc i każda ze swoją historią, a wszystko to barwnie przedstawione i zaserwowane w niesamowitym klimacie, który utrzymuje się przez całą historię.

Jak na debiut to powieść prezentuje się naprawdę bardzo dobrze. Za to jako książka rozrywkowa aż wspaniale. Czyta się świetnie, w wielu momentach wybucha się radosnym rechotem, a powieść nie jest przereklamowana co jest chlubnym wyjątkiem w naszych czasach i wszystkie zachwyty poparte są w rzeczywistości i znajdują się na stronach książki. Scott Lynch posiada wszystkie cechy aby stać się wielkim pisarzem, ale czy potwierdzi to swoimi kolejnymi książkami? Przekonamy się już niebawem. Ja na pewno sięgnę po dalsze przygody Locke Lamorry, a wszystkim którzy jeszcze nie czytali radzę czym prędzej zapoznać się z pierwszą jego powieścią.

Jako książka czysto rozrywkowa 9,5/10

Ocena ogólna 8/10
_________________

"Życie... nienawidź je lub ignoruj, polubić się go nie da."
Marvin
 
 
Ł 
dziura w niebycie


Posty: 4425
Skąd: fnord
Wysłany: 2008-01-03, 11:51   

Lód wypływa na wierzch.
I nie inaczej jest z Dukajowskim Lodem. Na poziomie (wody ; )) polskiej fantastyki zdecydowanie "Lód" wyróżnia się z paru powodów. Głównym będzie to że Lód jest ostatnim więc najbardziej dojrzałym dziełem tego nieprzeciętnego pisarza, i w sposób najpełniejszy realizuje jego pomysły i postulaty. Pomysły swoje,nie nowe ale progresywnie rozbudowywane. Lód kontynuuje tutaj to z czym mieliśmy do czynienia "Innych Pieśni" (Perfekcyjna niedoskonałość powstała przed IP, została wydana później), widać dużą zbieżność jeśli chodzi o koncept świata i linię fabularną - różnica jest podstawowa - wszystkiego jest więcej! Więcej postaci, dłuższe motywy (aczkolwiek niektóre łudząco podobne, wystarczy że latającą świnie zamienimy na ekspres transyberyjski), więcej odniesień, większa zagęszczenie idei/na kartkę papieru. Dukaj sam wielokrotnie pisze że sam się rozwija i ten progres jest namacalny na tyle na ile możemy porównać Lód do wszystkiego wcześniej.

Lód ma uporządkowaną krystaliczną strukturę
I jak zawsze jeśli chodzi o solidne hard sf podstawowy pomysł (konflikt logiki klasycznej z logikami dwuwartościowymi) jest przez autora niczym przez pryzmat rozbijany na różne pola naszej egzystencji - fizykę, psychikę, politykę... Sam świat jest naukowo spójny aczkolwiek wydaje mi się że wykryłem pewną niekonsekwencje na polu metereologicznym ; ) ale jestem ostrożny w takich słowach bo już dwa razy podczas lektury lodu wydawało mi się ze coś jest niespójne a jednak okazywało się mieć sens, bądź pozostawać wcale nie takie oczywiście-niespójne jak myślałem.
Wyliczankę kolejnych pół aktywności science-fiction Dukaja w Lodzie sobie darujemy bo zabrałoby się tego, a trzeba wspomnieć o najważniejszym - filozofii historii. Sam autor wspomina w wywiadach że jest to prawdopodobnie pierwsze tego typu dzieło na świecie i nie zaprzeczę bo choć wiele było książek o manipulowanie czasem i konsekwencjach z tego płynących to koncentrowały się one bardziej na paradoksach fizycznych czy pokazaniu efektu motyla ale nie na tej głębszej warstwie pytań o przyczynowość i sens historii. Czytając Lód mamy gwarant że nie będziemy mieli dejavu jeśli chodzi o główny wątek.
Również język nie wyłamuje się z schematu spójności Lodu - jest on stylizowany na początek wielu to jest często zdarza się stara pisownia jeszcze sprzed reform gramatyki, dużo rusycyzmów. Często całe zdania padają w różnych językach - taka epoka. Żeby nie rozwodzić się później nad warsztatem językowym to pozachwycam się nim teraz - mistrzowska klasa. Sugestywność wyższego rzędu - przykładowo opis obrzydzenia Gierosłwskiego powietrzem kamienicy z 3 strony powieści. Monumentalnośc i epickość niektórych scen przewyższająca to co zostało zaprezentowane w Katedrze - oczy robią się jak spodki filiżanek czaju a ziereńcu latają jak piłeczki pingpongowe.

Lód powiększa swoją obojętność.
Dzieje się tak moim zdaniem z jednego powodu - otóż autor przyjął tylko wyłączną narracje pierwszoplanową głównego bohatera, w związku z czym żeby pokazać to co pokazano, Gierosławski musi osobiście poczłapać i osobiście porozmawiać. Implikuje to tym że czasami mamy wrażenie że ksiązka jest trochę przegadana/przechodzona. Osobnie należy spojrzeć na rozmowy - w Lodzie Dukaj większość tez wykłada nam jak Platon - w dialogach. Niestety czasami dialog zamienia się w tyrady gdzie jeden myślnik trwa półtorej strony. Lubię dyskutować i jak żyje nie widziałem jeszcze żeby ktoś mógł tyle gadać bez jakiegoś wcięcia się, prośby o doprecyzowanie, uwagi z boku i tak dalej i tak dalej... no chyba że mamy do czynienia z wykładem. I to jest minus dialogów w Lodzie, na szczęście to że same tyrady są często ciekawe i płyniemy z nimi w jakiś sposób nam to rekompensuje. Ty nie mniej uważam że można by lód skrócić o jakieś 5% bez szkody dla książki wycinając część człapania i gadania. Szczególnie chodzi mi o specyficzną część czwartą gdzie najbardziej wytraca się dynamika.

Lód skrzy się.
Od czego się skrzy? Od aluzyj wszelkich, różnych, kwadratowych i podłużnych. Dużo odniesień mamy do literatury polskiej np, bezpośrednie krótkie sytuacyjne do 'Wesela' czy 'Ogniem i Mieczem'. Jest też sporo niebezpośrednich ale oczywistych - np. scena szewców rozprawiających barwnym językiem o rewolucji, co budzi raczej bezdyskusyjne skojarzenia z sztuką Witkacego (w świecie Lodu jeszcze nie powstała), czy już naprawdę bardzo subtelne odwołania do Gombrowicza. Wydaje mi się że Dukaj wykazuje się sporą autoironią w wielu miejscach - w pewnym dialogu barwną kwestie postaci porównującą świat do zegara druga postać kwituje w ten sposób "pan Inżynier oszczędzi nam tych poezyj indjustralnych", co daje do myślenia dla tych którzy widzieli okładkę i opisy w Perfekcyjnej Niedoskonałości. ; ) Również opis pisarza Lewera, któremu znajomy po fachu "podkrada temat" to nawiązania do reali polskiej fantastyki, miga mi taka sytuacja że swego czasu ktoś żalił się na Dukaja że wyprzedził go z tematem/pomysłem. ; ) Lód to prawdziwa kopalnia odkrywkowa tego typu rzeczy – bez narzucania się czytelnikowi i robienia z niego idioty typu „ja wiem - ty nie”.

To właściwie nie jest recenzja z dwóch powodów - sądzę że niemożliwym jest napisać recenzje tej ksiązki po pierwszym przeczytaniu. Wiem że po Lód sięgnę za pół roku w wakacje żeby zweryfikować część swoich tez [dlatego to co napisałem jest niezobowiązujące! ; )] a po drugie to trzeba zaznaczyć że nie trudno objąc recenzją tak wielki monolit jakim jest Lód. Recenzje jakie czytałem najczęściej koncentrują się na danym wątku pojedyńczy wątku Lodu; recenzja całościowa musiałby być chyba proporcjonalnie długa do wielkości książki żeby rzetelnie o wszystkim napisać. Mam świadomośc że tym krótkim tekściem trochę krzywdze książke dlatego ograniczę się do poziomu ogołów – najlepsza książka roku, zaryzykować można że jedna z najlepszych w polskiej fantastyce. Jeszcze krócej? Lód wchodzi jak woda.
 
 
batou 


Posty: 505
Skąd: Tai chi
Wysłany: 2008-01-05, 14:19   

Jarosław Grzędowicz - Pan Lodowego Ogrodu

Tom I

Dawno nie spotkałem się z książką polskiego autora, która zbierałaby w zasadzie same dobre recenzje i którą polecałby mi każdy kto ją przeczytał. Wystarczająco zachęcające to dla mnie, więc czemu nie?

Wciągnęło mnie już po pierwszych kilkudziesięciu stronach. Spodobał się sam pomysł na historię, a potem wszystko nabrało rozpędu i ciężko było się oderwać.
Czyta się to szybko, lekko i przyjemnie. Nie jest to ani traktat filozoficzny w fantastycznym opakowaniu, ani tania masówka dla naiwnych. To coś pośrodku, po prostu kawał dobrej literatury w zasadzie dla każdego.

Powieść balansuje na granicy sci-fi z fantasy, a Grzędowicz trochę bawi się konwencjami. Złośliwi powiedzieliby, że ułatwia sobie życie pakując magię tam gdzie mu pomysłu brakuję, ale to tylko po części prawda. Mamy za to trochę kopiowania sprawdzonych wzorców. Czytając „Pana Lodowego Ogrodu” łapałem się wiele razy na takim czytelniczym deja vu. Trochę z Le Guin, trochę z Tolkiena i w pewnym momencie duuuużo z „Piaseczników” Martina.

O podwójnej narracji już wspominano i mnie też się to podobało. To jedna z dwóch rzeczy, które sprawiły, że książkę czytało mi się tak dobrze. Druga to przeplatanie dwóch opowiadanych tu historii. Reguła rządząca tymi zmianami narracji chyba jednak jakaś jest. Grzędowicz przeskakuje na narrację trzecioosobową zwykle po jednym zdaniu: „Aktywuję cyfrala”. Wydaje mi się, że ten zabieg miał na celu przede wszystkim pokazanie tego co się dzieje z Vuko po włączeniu „dopalacza”.

Historia Młodego Tygrysa w pierwszym tomie jest równie wciągająca jak misja Drakkainena. Chociaż ciekawe jak bym to oceniał gdyby nie te piaseczniki.

Warto. Recenzenci i czytelnicy się nie mylili, książka jest naprawdę świetna i trochę odbudowuje we mnie wiarę w nienajgorszą kondycję naszej fantastyki. Święta z Grzędowiczem były dla mnie bardziej znośne.

Moja ocena: 8/10

Tom II

Drugi tom „Pana Lodowego Ogrodu” zacząłem czytać od razu po pierwszym. Gdybym musiał czekać jak inni i przeklinać Fabrykę Słów… Nie, nie wyobrażam sobie tego.

Nie będzie chyba zbrodnią zdradzenie jednej rzeczy. Historia Vuko nie kończy się, ale ma ciąg dalszy i w drugim tomie znów mamy przeplatankę losów Tygrysa i Drakkainena. Z tym, że tutaj Tygrys moim zdaniem góruje.

Zauważalny od pierwszych stron jest zwrot w stronę magii. Grzędowicz chyba definitywnie zrzucił techniczną skorupę z Drakkainena czego najlepszym przykładem jest cyfral. Średnio mi się to podoba, bo takie balansowanie między sci-fi i fantasy było siłą pierwszego tomu, a to co zrobił autor zmienia klimat jednocześnie, praktycznie bez wpływu na losy głównego bohatera.

Między innymi z tego powodu (chociaż nie tylko) zdecydowanie bardziej podobały mi się rozdziały opisujące losy Tygrysa. Tutaj nie ma się do czego przyczepić i tak, jak w pierwszym tomie pochłaniało mnie jego dorastanie na dworze cesarza i szkolenie na jego następcę, tak w drugim równie mocno przykuwa do książki historia jego wygnania. Świetnie się czyta te rozdziały.
Losy Vuko to już inna bajka. Mnie osobiście trochę rozczarowała ta część książki. Tak na dobrą sprawę niewiele się tu dzieje i na koniec pozostajemy właściwie w punkcie wyjścia. Ale zakończenie pozwala na ostrożną nadzieję na pozytywne zmiany.

Tom drugi to jednak lekkie obniżenie poziomu. Nadal jest to bardzo dobra książka dająca dużo frajdy i wciągająca na długie godziny, ale dla mnie nierówna. Historia na pewno będzie miała swój dalszy ciąg w kolejnym tomie, który na pewno przeczytam jak tylko wpadnie mi w łapy.

Moja ocena: 7/10
_________________
dont open your eyes you wont like what you see
the devils of truth steal the souls of the free
 
 
Maeg 
Trójkoświr


Posty: 2425
Skąd: 127.0.0.1
Wysłany: 2008-01-08, 11:38   

Gwiezdny Pył, Neil Gaiman

Jakiś czas temu o Gwiezdnym Pyle Gaimana zrobiło się głośno, a powodem była ekranizacja tej powieści. Mam w planach obejrzeć ów film a, że zawsze chcę przeczytać wpierw książkę to sięgnąłem po tą pozycję. Dodatkowo rozpocząłem ostatnio przygodę z twórczością Gaimana, więc pomysł wydał mi się tym bardziej godny zrealizowania. Po Amerykańskich Bogach do Gwiezdnego… podchodziłem z dużym entuzjazmem a recenzje mimo, że nie do końca zachwalające to i tak podniosły oczekiwania.

Miało być lekko, przyjemnie i baśniowo. Było na pewno baśniowo, zaś przyjemności z czytania nie było. Książka mnie znudziła, nic w historii Tristran Thorna mnie nie zainteresowało, nic nie urzekło. Jego przygody w Krainie Czarów wydały mi się nudne a te które choć trochę mnie zainteresowały były nudno opowiedziane. Widocznie miałem zbyt wysokie wymagania, które nijak nie współgrały z książką. Stąd zapewne moje tak duże rozczarowanie Gwiezdnym Pyłem. Musiałem na jakiś czas przerwać czytanie, inaczej chyba rzucił bym książkę w kąt i już nigdy do niej nie wrócił.

Historia którą opowiada nam Gaiman też nie jest czymś odkrywczym. Ot młody chłopak obiecał coś młodej dziewczynie, a to wszystko z miłości. Zaś spełnić swoją obietnice mógł w Krainie Czarów. Los chciał, że to czego on szuka jest także porządne przez innych i tutaj zaczyna się przygoda. Ot historia jakich wiele a sama baśniowa konwencja nie czyni z tej książki niczego wybitnego. Ot taka sobie książka, Gaimana na pewno stać na więcej.

Mam kłopot z jednoznaczną oceną tej pozycji. Zdaje sobie sprawę, że miałem jeszcze przed samą lektura zbyt duże wymagania od Gwiezdnego Pyłu i moja ocena jest zbyt ostra. Jeśli ktoś lubi baśniowe klimaty i nie cieszy się jak małe dziecko na samą myśl o tym, że może przeczytać GP to niech sięgnie po nią, pozostałym proponuje wpierw zimny prysznic, stłumienie swoich oczekiwań w innym wypadku rozczarowanie bardzo prawdopodobne. Dla mnie ostatnią szansą będzie jeszcze obejrzenie filmu, może on poprawi moją opinie o tej historii.
_________________
"Czytam, bo inaczej kurczy mi się dusza"
— Wit Szostak

Bistro Californium
  
 
 
andy
[Usunięty]

Wysłany: 2008-01-08, 15:10   

Maeg napisał/a:
Dla mnie ostatnią szansą będzie jeszcze obejrzenie filmu, może on poprawi moją opinie o tej historii.

Nie sądzę, dość dobrzez zrobiony, ale w sumie zawiera to o czym pisałeś. Raczej dla nastoletniego widza/czytelnika
 
 
Maeg 
Trójkoświr


Posty: 2425
Skąd: 127.0.0.1
Wysłany: 2008-01-09, 01:08   

andy napisał/a:

Nie sądzę, dość dobrzez zrobiony, ale w sumie zawiera to o czym pisałeś. Raczej dla nastoletniego widza/czytelnika


A ja lubię takie filmy. ;) Książki już nie bardzo.

----

Ostatnie promienie słońca, Guy Gavriel Kay

Na półce czekały na mnie dwie książki Kaya. Lwy Al-Rassanu i właśnie Ostatnie promienie słońca. Chciałem ponownie zagłębić się w świat wykreowany przez autora Tigany. Dylemat którą pozycje wybrać, rozwiązała lektura opisów z tylnej okładki ksiązki. Tematyka OPS bardziej podziałała na moją wyobraźnie i mimo tego, że zostałem ostrzeżony o tym, że jest to słaba pozycja, wybór padł właśnie na nią. Nie zostało nic innego jak zacząć lekturę i skonfrontować swoje oczekiwania z rzeczywistością.

Kay przenosi nas w świat podobny do IX wiecznej Europy, za czasów panowania Alfreda Wielkiego. Akcja powieści toczy się głównie w krainie podobnej do Brytanii oraz na terenach Skandynawii opanowanych przez Wikigów. Zamiast Anglosasów mamy Anglcynów, Walijczyków zastąpili Cyngaelowie a Wikingów Erlingowie. To co odróżnia świat wykreowany przez Kay od tego znanego nam z podręczników do historii, to elementy świata magicznego. Pojawiają się takie istoty jak spruaugh czy Elfeny.

Początek czytelniczej przygody z Ostatnimi promieniami słońca zapowiadał się dobrze. Książkę czyta się przyjemnie i lekko. Strona za stroną aż tu nagle sto stron za mną, a za chwilę już dwieście, tempo czytania zaskoczyło mnie. Jednak po jakimś czasie zdałem sobie sprawę, że nie jestem wstanie nic powiedzieć o tej pozycji poza tym, że dobrze się ją czyta. Ani tak naprawdę nie wciąga, nie zmusza do myślenia. Nic, po prostu się ją czyta.

Najgorsze dla mnie okazało się to, że część motywów i kwestii poruszanych przez Kay znalazły się wcześniej w Tiganie. Wtórność kilka razy przychodziła mi na myśl. Odniosłem wrażenie jakby autor wziął stare motywy i zmienił opakowanie. Do tego niestety dochodzą nudni bohaterowie, tacy trochę sztuczni. Zaś sama akcja mało zaskakująca, przewidywalna aż do bólu. Potwierdził się także moja teza, że Kay nie potrafi opisywać bitew, potyczek. Brak dynamiki w opisach tych zdarzeń, dzieją się bo muszą.

Ostatnie promienie słońca jest nie ma co ukrywać słabą książką. Minusów jest o wiele więcej niż plusów. Ratuje ją trochę świat nadprzyrodzony oraz lekkość z jaką została napisana (a może przetłumaczona?). Może gdybym wpierw przeczytał OPS a później Tiganę inaczej odebrał bym tą powieść. Możliwe, ale wątpliwe. Teraz będę z dużym dystansem podchodził do Lwów Al-Rassanu, kolejne rozczarowanie może skończyć się zniechęceniem do twórczości Kaya.
_________________
"Czytam, bo inaczej kurczy mi się dusza"
— Wit Szostak

Bistro Californium
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Qfant


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Nasze bannery

Współpracujemy:
[ Wydawnictwo MAG | Wydawnictwo Solaris | Katedra | Geniusze fantastyki | Nagroda im. Żuławskiego ]

Zaprzyjaźnione strony:
[ Fahrenheit451 | FantastaPL | Neil Gaiman blog | Ogień i Lód | Qfant | Craiis ]

Strona wygenerowana w 0,69 sekundy. Zapytań do SQL: 13