Książki

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
Zawód Śmierć
Autor Wiadomość
Brzuzka 


Posty: 237
Skąd: Łódź
Wysłany: 2009-02-24, 13:52   Zawód Śmierć

Nie mam komu za bardzo tego pokazać a zależy mi n ocenie. Głownie oceniajcie mój warsztat, i sposób pisania. czy pisze zrozumiale i ciekawie. co do samego pomysłu to chyba główny trzon fabuły jest w pierwszym rozdzialiku pierwszego opowiadania. w zamyśle ma ich być kilka.
W opowiadaniu tak jak i w innych z tej serii chce pokazać życie zwykłego pracownika niezwykłej firmy. Główny bohater jest Aniołem Śmierci z rekrutowanym przez boga, w opowiadaniach pokaże jak żyje, jak, pracuje, co robi w wolnych chwilach, będzie dużo czarnego humoru, ciekawe postaci i wątek główny czyli złamanie regulaminu i konsekwencje z tego wynikające.
Proszę o krytykę i pochwały:)

ZAWÓD ŚMIERĆ

1


Budzik dzwonił, dzwonił, dzwonił. Nadal dzwonił. Coraz głośniej, intensywniej, zmieniając tonacje na wyższa, ostrzejszą. Powoli acz uporczywie wybudzał mnie ze snu swoim monotonnym, uciążliwym sygnałem. Nienawidziłem tej chwili, nikt jej przecież nienawidzi. W jednym momencie czujemy lekkość, świeżość, jesteśmy pewni że wykorzystamy każdą z parunastu godzin snu i nagle, szalejący na szafce nocnej budzik uświadamia nam jak bardzo jesteśmy zmęczeni, a mózg szybko przelicza ile jeszcze potrzeba nam godzin snu, aby w spokoju, z czystym sumieniem powiedzieć te magiczne słowa – Wyspałem się!
Eh, ile bym dał , żeby sobie jeszcze troszkę pospać. Niestety nie było takiej opcji. Mój pracodawca, jak by to powiedzieć nie toleruje spóźnień, Prawdę mówiąc, On bardzo mało rzeczy toleruje. Jestem pewien, a nawet bardziej niż pewien, że odlicza sobie każda minutkę którą w pracy opuściłem.
Zacząłem powoli wychodzić z łózka. Był to zabieg dość nieprzyjemny, ponieważ praca którą wykonuje jest bardzo ciężka i codziennie zostawia jakiś uszczerbek na moim wątłym już zdrowiu. Zazwyczaj rankiem boli mnie każdy milimetr mojego ciała, nie jest to oczywiście jakiś wielki ból, ot taki porównywalny do zwykłych zakwasów, a recepta na ta niemiłą dolegliwość jest powszechnie znana i można by rzec bardzo prosta – Wystarczy się oczywiście nie ruszać. W moim przypadku dość trudne do wykonania, ale miło wiedzieć, ze w innych okolicznościach bym sobie z ów bólem poradził.
Tak więc wygramoliłem z łóżka pierwszą nogę – dość nieporadnie. Następnie z zaciśniętymi zębami drugą. Podniosłem ciężkie plecy i oto znalazłem się w pozycji siedzącej. Westchnąłem ciężko, a z każda nutką westchnienia czułem że zaczyna się nowy dzień. Zastygłem tak na chwile w pozycji siedzącej i zacząłem się rozglądać po pokoju. Powoli, by nie uronić ani jednego szczegółu. Robiłem to codziennie, tak jak wszyscy to robią, no może z troszkę większa pieczołowitością. Sprawdzałem czy wszystko jest na miejscu. Nie wiem po co... Chyba , po prostu dla zasady, dla lekkiej gimnastyki szyi, głowy i znajdującego się w jej wnętrzu szarych komórek.
Zaczynając od lewej sprawdziłem czy przy ścianie stoi komoda, na której trzymam książki moich ulubionych autorów. Policzyłem szybciutko, liczba się zgadzała. Za komoda, w różnym szeregu stała szafka z ubraniami. Była zamknięta, więc nie miałem możliwości sprawdzenia stanu i liczby moich koszulek, koszul, spodni, spodenek i służbowych uniformów. Następna po szafce z ubraniami stała tej samej wysokości szafka na książki, była wprawdzie 2 razy węższa od pozostałych lecz jak zwykle nie sięgałem już wzrokiem w jej głąb, więc jej także nie przewertowałem wzrokiem.
Dalej był fotel skórzany, a naprzeciwko mnie stał duży plazmowy telewizor i nowoczesna konsola do gier która jak teraz zauważyłem jarzyła się zielonym światłem co wskazywało, ze nie jest wyłączona. Oszczędność prądu jak widać nie była moim głównym celem w życiu, nie była też chyba nawet celem pobocznym. W drugim rogu pokoju stało biurko, a na nim stary, wiekowy już komputer, który oświetlony był teraz przez wkradające się przez okna poranne promienie słońca. Okna były dwa. Ułożone symetrycznie na ścianie. Jedno przy komputerze drugie jakiś metr dalej już samotnie. Tak wyglądał w przybliżeniu mój pokój. Raczej duży, zadbany, można nawet zaryzykować stwierdzenie że czysty. Widać było w nim na pewno, ze mieszkał w nim samotny człowiek, czyli ja – Erwin Pruch.
Znowu westchnąłem i wstałem. Szybko dotarło do mnie ze budzik nadal wyje, więc zrezygnowanym gestem wyłączyłem go. Wskazywał 6:03. Podszedłem więc do szafki z ciuchami, otworzyłem ją, nic z niej nie wyciągając skierowałem się w stronę fotela, podniosłem z niego pilot, włączyłem plazmę, podszedłem do biurka, położyłem pilot przy myszce i ciągle stojąc zacząłem wpatrywać się w wiszącą nad biurkiem tablice korkową. Był na niej kalendarz, plan pracy, który mówił mi na którą zmianę idę do roboty, i stare zdjęcie klasowe przypominające mi dobre czasy liceum. Kalendarz wskazywał środę, więc zgodnie z planem pracowałem dzisiaj od 8:00 do 16:00. Bardzo lubiłem środę, trochę ze względu na przypadającą zmianę, trochę ze względu na dzień po środzie następujący. W czwartek miałem wolne, jak każdy lubiłem dni wolne. W tym sezonie przypadał mi czwartek. Było dla mnie obojętne czy dniem wolnym będzie piątek, sobota, czy niedziela. Każdą wolną chwile czyli pozostałe 16 godzin dnia wykorzystywałem na granie w gry video (swoja droga troszkę przestarzała nazwa) oglądanie telewizji, pirackich filmów, serfowanie po sieci, i czytanie książek...
Ah książki...Odgrywają bardzo duża role w moim ,,życiu” I tutaj wchodzimy na drażliwy temat. Jak to ze mną jest. Kim właściwie jestem? Czym właściwie jestem? Kiedy jestem? Dlaczego jestem? I kto chciał żebym w ogóle był?. Tak więc cała historia zaczęła się jakieś 16 lat temu. Nie ma się co rozwodzić nad tym kim byłem i jak żyłem, bo tamta osoba zginęła razem tamta przeszłością, pozostawiając mi tylko ciało i wspomnienia.
16 wiosen wcześniej byłem złodziejem. Ale nie byle jakimś tam opryszkiem kradnącym stare radia z jeszcze starszych samochodów. Byłem złodziejem niezwykłym, jedynym w swoim rodzaju, bowiem napadałem na banki. I ta jak! Bywały sytuacje kiedy to pracownicy banku odkrywali stratę pieniędzy, złota, kosztowności całe tygodnie po napadzie, gdy ja wygrzewałem się już spokojnie w ciepłym słoneczku letnich Alp gdzie miałem jeździć po każdym udanym napadzie, czyli w zasadzie po każdym napadzie. Ale do czasu. Oczywiście pewnego razu, pewna rzecz, nie zaiskrzyła tak jak powinna. Trybiki w maszynie zwanej - Napad na bank – Nie zostały dobrze naoliwione i w taki oto sposób wychodząc z banku z workami pełnymi pieniędzmi, mnie i moich kolegów przywitała policja. I zanim zdążyłem dobrze się odwrócić i pogmerać nogami miałem już w plenach cztery niewygodne pociski. Zgon nastąpił chyba szybko bo nic już z tamtych zdarzeń nie pamiętałem.
Jak łatwo się domyślić z pod banku trafiłem prosto przed oblicze Boga.
I się zaczęło, wypomnieli mi wszystko (Bóg i reszta kompani), każdy najmniejszy życiowy błąd i grzech. Zaproponowano mi dożywocie w piekle lub tysiąc lat w czyśćcu oraz bonus którego się nie spodziewałem. Bonusikiem okazała się propozycja pracy! Pracy u samego boga. Pracy za której ukończeniem dostane się legalnie, przez bramę strzeżoną przez Św. Piotra do Nieba, Raju, Edenu czy jak się ów miejsce nazywa. Praca miała trwać równe sto lat. Praca trwa jak widać nadal, co nie jest tak prostym zadaniem. Gdy zgodziłem się podjąć zadania nie wiedziałem dokładnie co będą przez to stulecie robił, w sumie to nic nie wiedziałem. Co prawda nie podpisywałem żadnego cyrografu, ale dobrze wiedziałem, ze odmowa równała się z dużo gorszymi warunkami wiecznej egzystencji mojej duszyczki.
Tak więc nie namyślając się dłużej zgodziłem się. Trochę dlatego, że wyobrażałem sobie tysiąc lat w czyśćcu jako nudny, stracony czas, a trochę dlatego że jednak dziesięć razy mniej mówiło za siebie. Bóg przedstawił mi warunki pracy, regulamin oraz przybliżył nieco sam zawód. Zawód iście nieziemski. Zawód ŚMIERCI. To właśnie miałem robić przez następnych sto lat. Osiem godzin dziennie, czterdzieści osiem godzin tygodniowo. Dostałem uniform, czarny płaszcz z kapturem, szyty na miarę...i kosę. Nie przypominała ona może kosy, która jeszcze kiedyś, a może i nawet jeszcze teraz koszono pola i łąki. Była krótsza, miała trzonek długości mojej ręki, mierząc od ramienia aż po koniuszki palców. Ostrze było tak ostre, ze samo patrzenie na nie wywoływało u mnie dreszcze. Było zagięte dość zwyczajnie, jak zwykła kosa. Na metalowej części była pokryta rdza, widać było na niej ślady używania. Zapewne inna Kostucha, inny Ponury Żniwiarz używali jej lata temu, i tak jak ja za parędziesiąt lat spełnili swoje zobowiązania wobec boga.
Wyrzuciłem myśli za krzątające teraz moją głowę na bok, nie lubiłem takich przemyśleń gdy byłem w domu, a do rozpoczęcia pracy zostawało prawie dwie godziny. I pod tym względem nie byłem chyba jakoś nadzwyczajnie inny. Nie zamierzałem myśleć o niewygodnej przyszłości, pracy, o niewygodnej przyszłości w pracy tak jak każdy normalny człowiek, który swojej pracy nie wielbi aż zanadto, tak jak każdy uczeń który w wolnej chwili nie lubi myśleć o szkole , pracach domowych i przyszłych sprawdzianach. Bo w sumie poco się tym zamartwiać? Co będzie to będzie, a ja wiedziałem co będzie, a przynajmniej przez najbliższe osiemdziesiąt cztery lata z kawałkiem. O ile nie nastąpi jakikolwiek niepożądany ruch z mojej lub nie mojej strony. Jak powtarzali koledzy z pracy, ,,Grunt to trzymać się regulaminu” A ja zamierzałem się trzymać regulaminu, od pewnego czasu wolałem być na bakier z kłopotami, na tyle ile Anioł Śmierci mógł sobie na to pozwolić.
Spojrzałem na telewizor, na kanale informacyjnym który śmiało zaliczam do grona moich ulubionych nadawano właśnie poranne informacje.
- dziś w godzinach porannych, jadąca z niedozwolona prędkością cysterna z mlekiem spowodowała karambol na trasie A2. Zginęło czterdzieści sześć osób w tym 61 rannych. - Mówił niskim spokojnym głosem prezenter.
Czterdzieści sześć? No to sobie Rafałek A2 pozwiedzał. Rafał tak jak i ja był Kostuchom, a raczej Kostuchem. Pracował w tym samym rewirze co ja i zazwyczaj miał zmianę przede mną. Naszym rewirem była bowiem Polska. Nie wiem dlaczego akurat tu dostałem przydział, prawdopodobnie dlatego, że tu było wolne miejsce i tu potrzebowali na gwałt Anioła Ciemności. Chyba właśnie dlatego dostałem propozycje pracy o która jak wiecie w ogóle nie prosiłem. Nie dlatego, że wykazywałem bliżej mi nie znane zdolności, których oczywiście wtedy jeszcze nie wykazywałem, nie dlatego, że moje słabe grzechy ( w porównaniu z innymi mogę sobie pozwolić na te słowo) zasługiwały na Eden. Po prostu brakowało im jednego do interesu jakim było prowadzenie ludzi na sąd ostateczny.
Trzecim Kostuchem w moim rewirze był Krystian. Znałem go najkrócej, bo i najkrócej u nas pracował. Zastąpił Edgara który odpracował swoje pięćset lat i udał się zgodnie z umową do Nieba. Było to jakieś trzy miesiące temu, i mimo upływu tego czasu do dzisiaj kręci mi się w głowie na myśl o alkoholu, który piliśmy na pożegnanie Edgara.
Czwartego Anioła Ciemności w moim rewirze nie było. Na każdy kraj przypadało minimum trzech, a czy było ich więcej zależało od zaludnienia rewiru i tak zwanego ,,Napięcia”. Napięcie oznaczało na przykład wojny, epidemie, zaawansowanie techniczne itp. Największe napięcie można było zaobserwować w krajach najlepiej rozwiniętych i tych najgorzej, czyli tak zwanych krajach trzeciego świata. Bardzo cieszyłem się zresztą , że Pracuje ,,w Polsce”. Im większe zaludnienie, im większe napięcie tym więcej roboty, tym więcej Żniwiarzy przypadających na jedną zmianę. Ja wolałem pracować sam. Zaczynałem prace dokładnie w momencie gdy ktoś inny ja kończył i to się moi drodzy ceni. Nie raz starsi w zawodzie próbowali swym autorytetem i doświadczenie wywrzeć na młodszych zamianę rewiru. Było to raczej nie dozwolone ale wszyscy inni przymykali na to oko. Ja miałem to szczęście i nikt się do mnie nie doczepił. Inaczej było na przykład z Krystianem.
Zaczynał on swoją prace w Monaco, a tak jak można się łatwo domyśleć zgony na jednej zmianie można było policzyć na planach jednej ręki. Ktoś się upił w kasynie i w drodze do pokoju hotelowego spadł ze schodów, lub na widok traconych pieniędzy skakało mu ciśnienie do tego stopnia, ze zamykał oczy nigdy już potem ich nie otwierając. Nuda! Ale taka nuda się niektórym podoba, zwłaszcza tym którzy przepracowali na stanowisku Mrocznego doręczyciela trochę więcej niż mogło by się niektórym wydawać. Tak więc Krystian zmienił rewir i teraz dość ciężko pracuje w Polsce.
Znowu to robie, pomyślałem. Myślę o robocie. Kolejny raz wyrzuciłem z głowy to co niepotrzebne i nadal stojąc słuchałem wiadomości. Jak zwykle dużo polityki, sportu, pogody, i troszkę informacji o śmierci. Wyłączyłem telewizor. Udałem się do łazienki i wiozłem długi, orzeźwiający poranny prysznic. Ubrałem się w czyste ubrania i po raz drugi już dzisiaj spojrzałem na zegarek który teraz wskazywał 6:47. Chwyciłem więc za plecak leżący w nieładzie na podłodze za łóżkiem i włożyłem do niego czyste, wyprasowane ubrania służbowe, które niestety musieliśmy prać w domu. Może słowo musieliśmy jest troszkę niedokładne, wcale nie musieliśmy ich prać w domu, nie musieliśmy ich też prać w pracy, czy pralni publicznej, bowiem nakazu prania ani czyszczenia po prostu nie było. To jak wyglądaliśmy i pachnieliśmy zależało jedynie od nas. Ja lubiłem dobrze, schludnie wyglądać więc prałem i prasowałem swoje czarne płaszcze co tydzień. Położyłem , wypchany ubraniami plecak na podłogę i sięgnąłem po książkę leżącą na najwyższej półce regału. Książka miała zagięte rogi, pościeraną okładkę i wąską czarna zakładkę wepchniętą gdzieś w środek.
Zacząłem zagłębiać się w lekturze, raz po raz spoglądając na budzik, czy aby nie wskazuje już godziny 7:40. O 7:40 miałem zwyczaj odkładania książki, i udania się do kuchni, by sporządzić suchy prowiant, który ze smakiem zjadałem podczas długiej przerwy w pracy. Tak było i dziś. O 7:45 już kanapkami w plecaku stanąłem w drzwiach mojego domu, nie ubierając się w kurtki, płaszcze, kapelusze a jedynie tenisówki wyprostowałem się zamknąłem oczy i lewą stopą stuknąłem w pietę prawej stopy. Otworzyłem oczy, przedpokój dookoła mnie zaczął powoli, potem coraz szybciej wirować, raz w lewo raz w prawo, raz do góry, raz w dół. Poczułem jak podłoga wymyka mi się spod stóp by zastąpiła ją inna, wirujące ściany i przedmioty powoli zwalniały, było to już inne otoczenie.. Stałem przed wejściem do wielkiego budynku, można by go nazwać drapaczem chmur, gdyby jego fundamenty same nie stały właśnie na chmurach.
_________________
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Nasze bannery

Współpracujemy:
[ Wydawnictwo MAG | Wydawnictwo Solaris | Katedra | Geniusze fantastyki | Nagroda im. Żuławskiego ]

Zaprzyjaźnione strony:
[ Fahrenheit451 | FantastaPL | Neil Gaiman blog | Ogień i Lód | Qfant ]

Strona wygenerowana w 0,15 sekundy. Zapytań do SQL: 13