Zaginiona Biblioteka

Czytelnia - Recenzje

Tyraela - 2007-10-30, 20:42
: Temat postu: Recenzje
Taki punkt zbiorczy, wór, do którego wrzucamy recki książek, które czytaliśmy. Wiadomo, o co chodzi.
Dobrze by było, gdybyście oceniali książki w stali 1-10 O.o
Toudisław - 2007-10-30, 20:58
:
Neil Gaiman Nigdziebądź

Z dużym zaciekawieniem wziąłem się za tą pozycje. Zupełni nie wiedząc czego się mogę po niej spodziewać. Gaiman to bardzo dobry pisarz ale chyba jednak bardziej gustujący w opowiadaniach lub mikro powieściach. Powieść jest polecana przez Andrzeja Sapkowskiego. Sapkowski napisał też wstęp do Nigdziebądź, który zresztą radżę omijać na początku bo zdradza sporo z tego co się ma dopiero wydarzyć.

Bochateram Nigdziebądź jest Richard Olivier Mayhew. To bardzo przeciętny człowiek, wręcz nudny. Ma stałą prace i narzeczoną w jego życiu nie dzieje się nic niezwykłego. Do czasu aż postanawia pomóc rannej dziewczynie znalezionej w parku. To wydarzenie odmienia całe jego dotychczasowe życie. Richard trafia do dziwnego świata zawieszonego między naszą a inną rzeczywistością. Cała akcja toczy się w Londynie ale innym niż my go postrzegamy.
Podczas czytania można trafić na niezapomniane klimaty jak „ Uwaga na krawędź „ Albo Braci Croup i Vandemar. Ich rozmowy i styl bycia choć przerażające o okrutne bywają bardzo zabawne i na długi pozostają w pamięci.
Nigdziebądź to książka którą trudno jasna zaszufladkować, ma elementy Humoru, Fantastyki , Horroru. Tak twórczość poza kanonami jest typowa dla Autora.

Nigdziebądź to książka ciekawa i warta uwagi. Jej mocną stroną są ciekaw i wyraziste postacie oraz nietuzinkowy pomysł. Czytając miałem poczucie jakiegoś niedosytu czegoś mi tu wyraźnie brakowało. Może klimat był inne niż w innych dziełach Gaimana. Może postawiłem wysoko poprzeczkę. W każdym razie książkę czytał się przyjemnie ale z jakimś poczuciem że mogło być lepiej. Chętnie przeczytał bym więcej z przygód w Londynie Pod
Nie tylko dla Fanów Gaimana

7/10
Tigana - 2007-10-31, 18:49
:
A.D. XIII część 1

Po siłach nieczystych („Demony”), katach („Małodobry”), opowiadaniach związanych z historią II wojny światowej („Deszcze niespokojne”), wyprawach w czasie i przestrzeni („Tempus Fugit”) nadszedł czas, aby anioły i diabły nawiedziły dusze i umysły wielbicieli polskiej fantastyki.
Pierwszy tom „A.D. XIII”, najnowszej antologii rodem z „Fabryki Słów” składa się z 11 opowiadań poprzedzonych wstępem największej chyba znawczyni tematu - Mai Lidii Kossakowskiej. Kolejne opowieści poprowadzą nas do piekła, owieją wichrami wojny, uczynią świadkami cudów. Spotkamy anioły i demony, świętych i zbrodniarzy, osądzimy, ale i sami zostaniemy osądzeni.
Najnowsze opowiadanie Jacka Komudy o Francoise Villonie, „Herezjarcha”, nie zaczyna się dla głównego bohatera najlepiej – stoi na szafocie czekając na rychłą śmierć. A później napięcie stopniowo rośnie. Niewątpliwie największą zaletą utworu jest wierne odtworzenie realiów i klimatu XV-wiecznej Francji. Komuda, podobnie jak to uczynił w swoich powieściach o Rzeczypospolitej szlacheckiej, tchnął życie w dawno zapomniany świat, gdzie równie często na gościńcu można było spotkać tak heretyka, jak i świętego. Jeśli dodamy do tego intrygującą zagadkę kryminalną zakończoną zaskakującym finałem w rezultacie otrzymujemy naprawdę udaną opowieść.
Tytułowy bohater utworu Adama Przechrzty „Agentes in rebus” to tajny wysłannik cesarza bizantyjskiego. Wyrusza on wraz w niebezpieczną misję, której celem jest rozbicie jednej z rozlicznych rebelii nękających cesarstwo. Autor sprawnie miesza składniki swojej historii: wartką akcję, ciekawych bohaterów, szczyptę magii, ale niestety nie pozostaje ona na długo w pamięci. Zabrakło jej błysku, iskry bożej.
Zastanawialiście się kiedyś, co tak naprawdę różni Dobro od Zła? Czasami wydaje się, że wszystko, czasami, że nic. Opowiadanie Rafała Dębskiego „W odcieniach szarości” również podejmuje ten temat. Dwóch odwiecznych wrogów, anioł i demon, który z nich zwycięży tym razem? A co jeśli to ten Zły ma racje? Osadzone w realiach współczesnego Iraku opowiadanie nie daje jednoznacznej odpowiedzi na zadane w nim pytania i to właśnie czyni je tak zajmującym.
Wprost z pustyni przenosimy się na Długi Targ w Gdańsku, gdzie Eros i Fanes bohaterzy „Angelidae” Ewy Białołęckiej, muszą odpokutować chwilę słabości. Będą kłopoty. Miłe, zabawne opowiadanko, klimatem i tematyka zbliżone do twórczości Jakuba Ćwieka i jego „Kłamcy”.
Najlepszym, w moim odczuciu, utworem w tej części antologii są „Oczy jak chabry” Katarzyny Anny Urbanowicz. Autorka pisze o piekle, ale nie tym biblijnym, ale stworzonym przez samego człowieka. Jest rok 1942, może 1943. Kresy Wschodnie. Rozpoczynają się pogromy ludności polskiej. Teraz każdy może stać się ofiarą, każdy może stać się katem. Gdzieś wśród blasku płonących wsi i płaczu mordowanych ludzi rozgrywa się tragedia Marceliny i jej rodziny. Czytając ten utwór wciąż miałem przed oczyma książkę Jacka Komudy „Bohun”, ponieważ, w pewnym sensie, „Oczy jak chabry” stanowią kontynuację tamtej historii. Nienawiść, która wzbierała przez laty znów znajduje swoje ujście. Teraz diabły rizuny, jak nazywają Ukraińców Polacy, wymierzają sprawiedliwość za wieki niedoli. Opowiadanie urzeka – utrzymane jakby w konwencji baśni, jest wstrząsające w swojej wymowie i długo nie pozwala o sobie zapomnieć. Bardzo spodobało mi się delikatne, wręcz nieodczuwalne wykorzystanie nadprzyrodzonych wątków. Tak naprawdę do końca się nie dowiemy czy Anioł Stróż pomagający Marcelinie był jedynie urojeniem umysłu przerażonego dziecka czy też boża łaską. Ja wierzę, ze tym drugim.

„Enklawa Łobozonki” Krzysztofa Kochańskiego zaczyna się od słomianego diabełka-zabawki, a kończy na przeklętym drzewie. Sam utwór, chociaż sprawnie napisany jest przewidywalny i nie przynosi czytelnikowi za dużo satysfakcji. Jedynym pomysłem wartym uwagi są realia, w których osadzone jest opowiadanie. Tytułowa enklawa położona, gdzieś w środku Polski, rządzona przez księcia to kraina miodem i mlekiem płynąca. Tylko, że sprawia wrażenie jakby była z zupełnie innej bajki.
Nie przypadły mi do gustu także „Piękne jesteście, przyjaciółki moje” Marcina Wrońskiego. Historia młodego Żyda Szlomo Sterna, który przedziwnym zbiegiem okoliczności, czy może dzięki diabelskiej sztuczki staje się wynalazcą pozostawiła mnie dziwnie obojętnym. Owszem autorowi udało się wiernie odtworzyć realia ziem polskich na przełomie XVIII i XIX wieku z jej szlachtą, lożami masońskimi, gminami żydowskimi i bankietami, ale same dekoracje to ciut za mało.
„Operacja „Orfeusz”” Jacka Piekary prowadzi grupę najemników prosto do Piekła. Jaki jest prawdziwy cel misji? Czy podołają zadaniu? Mocne, prawdziwie męskie opowiadanie utrzymane w typowym dla autora poetyce przemocy i makabry. Niestety autorowi nie udało się do końca wykorzystać potencjału tkwiącego w historii i w rezultacie dostajemy kolejną historyjkę o zbrodni i odkupieniu.
Ciężkie jest życie Anioła Stróża - szczególnie, gdy ucieka dusza podopiecznego. Trzeba wtedy wezwać "Łowcę" – najlepiej takiego z opowiadania Mirosławy Sędzikowskiej. A w tle współczesna Anglia – z rzeszą typowych „Angoli”, polskich emigrantów i terrorystów na czele. Miły drobiażdżek na jeden uśmiech.
Kim jest „Air Marshalls”? To specjalny szeryf, którego zadaniem jest dbanie o bezpieczeństwo samolotu i pasażerów w czasie lotu. Nie są oni jednak w stanie powstrzymać sił nieczystych, które powodują katastrofy. Do tego potrzebni są zawodowcy, a opowiadanie Magdaleny Kozak to historia jednego z nich. Czytając „Air Marshalls” szybko wyczuwa się fascynacje autorki lataniem: wskaźniki, przełączniki i inne mechaniczne ustrojstwa nie stanowią dla niej żadnej tajemnicy. Szkoda tylko, że fragmentami nadmiar określeń technicznych nieco utrudnia czytanie opowiadania, a i zakończenie rozczarowuje.
Już sam tytuł opowiadania Tomasza Bochińskego „Bardzo Zły” stanowi nawiązanie do słynnej powieści Tyrmanda. Również fabuł wydaje się znajoma: znów tajemniczy mściciel wypowiada wojnę przestępcom w Warszawie i rozpoczyna prywatną wojnę. Historia jak widać, nie jest, więc zbyt oryginalna, ale autorowi udało się wyjść obroną ręką z opresji. Barwny krajobraz Pragi z jej półświatkiem w połączeniu ze sprawnym warsztatem daje miły dla oka efekt – solidne, trzymające w napięciu czytadło.
Nie powinno się chwalić dnia przed zachodem słońca, ale w tym wypadku uczynię wyjątek Pierwszy tom najnowszej antologii Fabryki Słów to kawał solidnej literatury. Otrzymujemy zestaw 11 zróżnicowanych opowiadań, z których każde na swój własny sposób nawiązuje do świata aniołów i diabłów. Oczywiście można narzekać na poziom poszczególnych utworów, czy nadmierne wykorzystanie motywu Anioła Stróża niemniej historie opisane przez Jacka Komudę, Rafała Dębskiego czy Katarzynę Annę Urbanowicz czynią z tej książki rzecz godną uwagi. Polecam

Ocena 8/10
batou - 2007-10-31, 21:23
:
Rafał A. Ziemkiewicz - Pieprzony los kataryniarza

Ziemkiewicz, szerszej publiczności znany jako dziennikarz, autor felietonów postanowił spróbować sił w cyberpunku. Jako, że pisarstwem para się już raczej nie tylko z doskoku, a i tematyka fantastyczna wydaje się go bardziej interesować, można było mieć nadzieje… Na nadziejach się skończyło, ale po kolei.

Polska, wiek XXI…
Robert, kiedy był młody, piękny i jeszcze mu zależało działał w Solidarności i tępił komuchów. Specjalnie się nie nacierpiał, bo i w więzieniu nie siedział, a prześladowań specjalnie też nie doświadczył. Wierzył w swoich idoli, wierzył, że uczestniczy w czymś wielkim, wierzył, że jego wysiłek zmieni Polskę. Teraz już nie wierzy w nic.
Po zmianach ustrojowych urządził się nienajgorzej, chociaż sam ciągle narzeka. Jest kataryniarzem. Człowiekiem, który w największym skrócie, wyszukuje informacje w czymś, co tylko nieznacznie przypomina współczesny Internet. Jego przewaga nad zwykłymi użytkownikami polega na sprzęcie. Korzysta z bezpośredniego połączenia maszyny z własnym układem nerwowym, co umożliwia mu szybkie i dużo wydajniejsze penetrowanie sieci. Jest to zajęcie raczej elitarne, bo wymaga specjalnych predyspozycji i dużej wytrzymałości. Jest też bardzo dobrze płatne.
Robert zostaje wplątany w gigantyczny spisek, o którym pisał nie będę, bo po pierwsze może komuś popsuję zabawę, a po drugie nie ma w sumie o czym.

Znałem wcześniej Ziemkiewicza z felietonów i artykułów i jakoś nigdy go nie lubiłem. Dla mnie wszystko, co pisze to jeden, wielki, galopujący pesymizm. Nie przeczytałem jeszcze jego wypowiedzi, w której coś by się mu spodobało.
Liczyłem na to, że jako pisarz, trochę odpuści i przestanie babrać się polityką w znanym stylu, ale nic z tego. Wizja Polski, jaką stworzył w tej książce, to jedno wielkie bagno. Zamiast Unii Europejskiej i wzrostu znaczenia kraju w świecie, jesteśmy popychadłem bogatego zachodu i Rosji. Wolność gospodarcza oznacza bratanie się biznesu z władzą i korupcję na każdym kroku, a związki zawodowe nie dość, że wcale nie są lepsze od całej zgniłej reszty, to na dodatek odgrywają nie mniej istotną rolę. Na to wszystko nakłada się jeszcze panująca nad wszystkim z ukrycia sitwa służb byłej PRL. Wyciągnął wszystko, co było złego po 1989, wyolbrzymił i przeniósł w XXI wiek. Źle się to czyta.
Taki klimat to jakieś ¾ książki i przez te 180 stron czytelnik, któremu ktoś obiecał cyberpunkowe sci-fi zastanawia się co czyta, a potem wcale nie jest lepiej.

3M – Miasto, Masa, Maszyna. Tym skrótem można chyba najlepiej oddać istotę cyberpunku. Gibson, Stephenson, Cadigan, Sterling, wszyscy oni wpasowywali się w ten schemat, ale czynili z niego pole do popisu, podstawę, fundament opisywanych historii. Ziemkiewicz ten fundament buduje i nie robi niczego więcej. Książka, jako sci-fi nie wnosi niczego nowego, a co gorsze, bezczelnie kopiuje to, co już dawno wymyślono. Czytając „Pieprzony los…” miałem ochotę rwać włosy za każdym razem, kiedy widziałem jak bezczelnie Ziemkiewicz zżyna z lepszych od siebie, jak bredzi o wymyślonej przez Gibsona koncepcji „węzłów sieci” i jak bez cienia własnej inwencji opisuje, milion razy już opisany, interfejs człowiek – komputer.
Wizja świata stworzona przez prekursorów cyberpunku to narzędzie, a nie gotowa recepta na książkę. Jedni potrafią tym narzędziem zbudować piękny zamek, a inni… Inni to właśnie Ziemkiewicz.

Ostatni raz tak się zawiodłem czytając „Planetę zła” Sheckley’a. Jeśli lubisz i znasz sci-fi i jeśli programy informacyjne w tv i gazety to dla Ciebie wystarczająca dawka pesymizmu nie czytaj tej książki.

Ocena: 1/10
Tyraela - 2007-11-02, 17:41
:
"Niedobry Królewicz Karolek" - John Moore

Już druga książka pana Moore mruga do nas ze sklepowych półek okładką z wrednie uśmiechniętym, odzianym na czarno młodzieniaszkiem. Wydanie jest całkiem zacne, ale czy zawartość również?
"Są rycerze, zamki i królewna.", głosi napis na okładce. No, z tym się trzeba zgodzić. Ogólnie fabuła jest dość prosta: umiera król, jego bracia wynoszą na tron swego siostrzeńca Karola, który ma być tyranem, aby sąsiednie królestwo mogło ich szybko podbić. Powód jest prosty, w Dalii, królestwie, w którym ma rządzić Karolek, są słabe warunki do upraw - kiepskie opady. Natomiast w królestwie obok, wody jest aż nadto. Jest więc intryga, są duchy, bitwy a nawet wyrocznia, która okazuje się być całkiem niezłą laską. Znajdziemy tu królewnę, skorumpowanych urzędników a nawet nadymanych rycerzy.
Przekrój fabuły jest dość banalny, ale już w "Heroizmie dla początkujących" John pokazał, że potrafi zrobić ze zwykłej historii całkiem niezłe wytknięcie schematów i te schematy przełamać. I niestety, w jego poprzedniej książce udało mu się tu lepiej - "Niedobry Królewicz Karolek" obfituje w paradoksy, zabawne sytuacje. Nawet autor wyśmiewa się z przypisów, m. in. u Pratchetta. Mało tego, znowu jest przytyk do świadków Jehowy. Ale mimo wszystko brakuje tej pozycji tego "czegoś". Jakoś mniej jest gry słów. Co nie zmimenia faktu, że czyta się źle.
Szkoda, że autorowi jakby zabrakło pomysłu na nową książkę i to widać - pewne zabiegi, które wywoływały dziki śmiech w "Heroiźmie dla początkujących", tutaj już nieco nudzą.
Mimo wszystko, lekturka lekka, szybko i przyjemnie się ją pochłania. Do tego cena niezbyt wysoka, bo na okładce widnieje 22.99zł.
6/10
Tigana - 2007-11-10, 23:09
:
Po kilku latach niebytu literatura zza naszej wschodniej granicy znów wróciła do łask polskich czytelników. Początkowo wydawcy sięgali po pewniaki takie jak powieści braci Strugackich czy Kira Bułyczowa, aby z czasem zacząć prezentować nowych autorów: Siergieja Łukjanienkę, duet Diaczenków, Henrr’ego Liona Oldiego. Powód? Okazało się, że można w ich książkach znaleźć mnóstwo ciekawych i nowatorskich pomysłów, a dodatkowo poruszane tam problemy są nam dziwnie bliskie.

„Czarna msza” drugi tom, wydanej nakładem Fabryki Snów, antologii rosyjskiej fantastyki jest próbą zaprezentowania tego, co najciekawsze u naszych wschodnich
sąsiadów. W skład zbioru wchodzą cztery opowiadania oraz dwa felietony, chociaż
określenie „opowiadanie” w stosunku do omawianych utworów jest nieco mylące. „Niańka” Władimira Wasiliewa, „Dynks Billy’ego” Olega Diwowa i „Płomień Eterny” Wiery Kamszy liczą sobie ponad sto stron i mogłyby funkcjonować jako samodzielne byty. Na ich tle 30 stronicowa „Czarna msza Arkanaru”Jeleny Pierwuszyny wydaje się zaledwie miniaturką. Warto zwrócić uwagę na fakt, że z prezentowanych tu autorów jedynie ta ostatnia nie jest szerzej znana krajowym czytelnikom, twórczość pozostałych pisarzy była już u nas prezentowana.

Alamanch otwiera „Niańka” Władimira Wasiliewa, która wprowadza nas w świat znany z „Wiedźmina z Wielkiego Kijowa”. Tym razem Geralt staje przed bardzo nietypowym, nawet jak na jego profesję, zadaniem. Zlecenie nie polega, bowiem ma zlikwidowaniu jakiegoś zagrożenia, lecz na zapewnieniu opieki i wyszkoleniu młodej adeptki półogrzycy Cynthii. Wspólnie wyruszają w daleką podróż, w trakcie, której oprócz nauki wiedźmiśkiego fachu nie raz przyjdzie im się zmierzyć z wrogiem, ale i własną słabością.
Spotkałem się z różnymi opiniami na temat cyklu opowiadań, Wasiliewa – od zachwytów po zarzuty plagiatu czy wręcz bezczeszczenia twórczości Andrzeja Sapkowskiego. Mnie osobiście zamiana gatunków z fantasy na science-fictione oraz wykorzystanie postaci stworzonych przez naszego ASa nie przeszkadza. Powiem więcej - sam pomysł bardzo przypadł mi do gustu: zamiast mikstur- antybiotyki i narkotyki, potwory zastąpiły „dzikie” maszyny, miecz – karabin. Najważniejsze jednak jest to, że pomimo zmiany dekoracji opowiadanie nie utraciło ducha oryginału. Oprócz samej akcji autor poświęcił również sporo miejsca na opis ludzkiej kondycji, postaw, dylematów. Jeśli już miałbym coś zarzucić Wasiliewowi to przede wszystkim braki warsztatowe – do językowej finezji Sapkowskiego bardzo mu daleko.

Pomysł wyjściowy „Dynksu Billy’ego” Olega Diwowa jest prosty. Dwóch byłych astronautów, obecnie kurierów, w wyniku nieprzewidzianego splotu wydarzeń zostaje uwięzionych gdzieś na amerykańskiej prowincji. Teraz, aby odzyskać wolność i sprzęt muszą odszukać zaginione dziecko. Co mnie razi w utworze Diwowa? Przede wszystkim – „rozdmuchanie” utworu – jeszcze sto stron rozumiem, ale dwieście? Najgorsze jednak jest to, że pomimo tej obszerności w opowiadaniu tak naprawdę nic się nie dzieje. Ivan i Billly szwendają się po miasteczku, dyskutują z mieszkańcami, podrywają kobiety, od czasu do czasu wejdą do bagno – zero akcji z prawdziwego zdarzenia. Nuda. Utworu nie ratuje również humor – ciągłe powtarzanie jednego zwrotu „ciągnij diesla” może i na początku bawi, ale kiedy zostaje użyty po raz enty irytuje. W każdym bądź razie, jeśli miało to być opowiadanie żartobliwe to ja nie mam poczucia humoru.

Akcja „Płomienia Eterny” Wiery Kamszy osadzona jest w realiach znanych już z cyklu „Odblaski Eterny”. Głównym wątkiem opowiadania jest dworska intryga, która dotyczy sprowadza kłopoty na głowę jednego z następców tronu – Rinaldiego. Zostaje on posądzony o przestępstwo, którego, jak zapewnia, nie popełnił. Jaka jest prawda?
Tekst Wiery Kamszy czyta się bardzo dobrze, może podobać się dbałość o język i styl. Początkowo odbiór opowiadania nieco utrudnia duże nagromadzenie nazw własnych – tytułów i stanowisk - z czasem jednak wnika się w barwny świat Eterny i jeśli tylko lubi się powoli snujące się opowieści, gdzie klimat i nastrój jest ważniejszy od samych wydarzeń można być zadowolonym. Mnie osobiście taki sposób pisania nie przekonuje, ale pozostawiam to kwestii gustu i ocenie innych. Ciekawym zabiegiem jest pokazanie wydarzeń z kilku punktów widzenia –oskarżonego, jego brata, ale i nadwornego malarza, co umożliwia nam lepiej zrozumieć motywy postępowania poszczególnych bohaterów historii.
Zamykająca część prozatorską antologii „Czarna msza Arkanaru” stanowi nie lada wyzwanie dla czytelnika. Pomimo niewielkiej objętości jest to chyba najbardziej złożony z prezentowanych tutaj utworów. Poszczególni bohaterzy wydają się nie być tym, za kogo uchodzą, dodatkowo pełno tutaj jakiś niejasnych przesłań, podróży w czasie i przestrzeni.
Na zakończenie „Czarnej mszy” otrzymujemy dwa teksty publicystyczne: „Czas połamanych rowerów” Pawła Amnuela oraz „Pozdrowienia z lat osiemdziesiątych” Jewgienija Łukina. Oba teksty są poświęcone kondycji rosyjskiej fantastyki i chociaż dotyczą tamtejszych spraw jeszcze raz okazuje się jak podobne problemy drążą zarówno rosyjską, jaki polską fantastykę.
Cztery opowiadani, cztery światy i uczucie rozczarowania. W moim odczuciu bronią się jedynie dwa teksty „Niańka” i „Płomień Eterny”, najsłabiej wypada opowiadanie Diwowa, dużo samozaparcia wymaga dzieło Jeleny Pierwuszyny. Jeśli miałbym oceniać całą współczesną rosyjską fantastykę na podstawie tego zbioru nie byłaby ona zbyt pochlebna. Na szczęście jest wielu innych autorów, którzy choć nie ujęci w tym zbiorze stanowią o sile pisarzy zza wschodniej granicy. I po ich książki zachęcam sięgnąć, a „Czarną mszę” proszę traktować wyłącznie jako ciekawostkę.

Ocena 6/10
andy - 2007-11-13, 15:36
:
Weber David - Opcja Sziwy

Tom czwarty cyklu Starfire napisany razem ze Steve White'em to bezpośrednia kontynuacja Martwego terenu.
Federacja ludzi, kociambrów, Opuhi i Gormów ma problem bo Pająki są prawie o krok od zwycięstwa. No ale przecie tak nie może być. Jak się ma nóż na gardle to trza uruchomić ostatnie rezerwy oraz poszukać jakiego tylnego kierunku ataku. Bo inaczej ...
W sumie się to udaje oraz dochodzi jeszcze sojusz ze starym wrogiem Pająków Unią Gwiezdną. No ale to by pewnie nie wystarczyło, gdyby nie zastosowanie tytułowej Opcji Sziwy (Niszczyciela Światów - nazwa w sumie znacząca to samo co tzw. dyrektywa 18 ). Kto czytał pierwsze 2 tomy to pewnie wie o co biega, ale krótko bo nie chcę streszczenia pisać. Chodzi o eksterminację całego gatunku istot rozumnych.
Oczywiście nasuwa się pytanie czy to jest moralne bo czy możliwe, jak się dysponuje odpowiedną technologią militarną to chyba oczywiste.
Jak to autorzy rozwiązali w odniesieniu do Pająków to kto doczyta prawie do końca to się dowie, ja streszczać nie będę.
A czy to koniec cyklu? Kto wie bo furteczka została.
Kto lubi opisy bitew kosmicznych i niestraszne mu jest mnogość postaci. Opisy na poziome strategicznym i taktycznym to zadowolony będzie.
Ci co tego typu literatury SF nie trawią to raczej niech za to się nie biorą.

Subiektywna ocena kotzura 8/10
Tigana - 2007-11-16, 23:20
:
Mark Barber „Legendy miejskie”

Czy wiesz, że

- niemożliwe jest polizanie własnego łokcia?


Słyszeliście kiedyś opowieść o autostopowiczu, który rozpłynął się w powietrzu zaraz po tym jak został podwieziony pod wskazany adres? A o kawałkach szczura znalezionych w hamburgerze? Podejrzewam, że tak – może zmieniały się szczegóły (marka samochodu, nazwa lokalu), ale główny zarys historii, ponoć autentycznej, pozostał bez zmian. A pamiętacie, kto ja wam opowiedział? Pewnie słyszeliście ją od swojego znajomego, który z kolei dowiedział się o całej sytuacji od innej osoby. Co ciekawe – opowiedziana historia z reguły nigdy nie przytrafia się bezpośredniemu rozmówcy, ale zawsze przyjacielowi przyjaciela. Tak oto wpadamy w sidła „miejskich legend” – współczesnych mitów, makroplot, spontanicznie rozprzestrzeniających się po świecie opowieści, którym to poświęcił swoją książkę Mark Barber.

- kwakanie kaczki nie wywołuje echa?

„Legendy miejskie” to pierwsze opracowanie tego typu w Polsce. Autor od wielu lat tropi historie rodem z miejskiego folkloru i umieszcza je dokładnie skatalogowane na swojej stronie internetowej www. Project2067.com. Najważniejsze jest jednak to, że Barber nie tylko spisuje wyczytane czy zasłyszane opowieści, ale stara się również znaleźć ich genezę, wyjaśnić okoliczności powstania a także sprawdzić ich wiarygodność. Okazuje się, bowiem, ze w wielu miejskich legendach tkwi ziarnko prawdy.

- gdy uderzasz głową o ścianę tracisz 150 kalorii?

Książka została podzielona na szereg działów poświęconych min horrorom, sprawom kryminalnym, zwierzętom, środkom transportu czy dowcipom internetowym. Oczywiście rzeczą niemożliwa było przytoczenie w jednej książce wszystkich historii – dlatego autor skoncentrował się na tych najpopularniejszych. Jest to i zaletą i wadą książki. Starzy wyjadacze takich horrorów jak „Ulice strachu” czy „Krzyk” mogą odczuć lekkie deja vu czytając kolejne opowieści. Również miłośnicy, świetnego nota bene, programu „Pogromcy mitów” być może poczują się rozczarowani. Z drugiej strony Barber zamieszcza przy każdej historyjce obszerne wyjaśnienie, które nieraz jest ciekawsze od samego wydarzenia. Chociażby sprawa celowego rozpowszechnienia w trakcie II wojny światowej plotki o jedzeniu przez brytyjskich pilotów dużej ilości marchwi. A propos tych komentarzy. Wiele z nich zawiera komentarze dotyczące Polski np. o braciach Kaczyńskich czy legendarnej Paskudy. Nasuwa mi się więc jedno pytanie na ile jest to dzieło autora a na ile tłumacza?

- 23 % wszystkich uszkodzeń kopiarek powodowanych jest przez ludzi, którzy kopiują swój tyłek?

Zresztą tych polskich akcentów jest więcej. Ostatni rozdział, autorstwa Wojciecha Orlińskiego, został, bowiem poświęcony naszym krajowym „miejskim legendą”. Najwięcej miejsca poświęcono chyba najsłynniejszej z nich – opowieści o czarnej wołdze, która w latach 60-tych i 70-tych jakoby miała porywać dzieci. Muszę się przyznać, ze sam kilkakrotnie słyszałem tą historię w dzieciństwie i wtedy traktowałem ją jako prawdziwą. Rozwiązane również zostały dwie zagadki, które od lat nurtowały Polaków – co zawierał termos Jacka Kuronia i czy ojciec Rydzyk rzeczywiście posiada Maybacha.


- niedźwiedzie polarne są mańkutami?

Bardzo ciekawy jest także rozdział dotyczący zamachów z 11 września 2001 roku. Barber stara się obalić kilka mitów min o ataku na Pentagon czy przepowiedniach Nostradamusa. Jednocześnie potwierdza plotki o „przepowiedni” zawartej na banknocie 20 dolarowym czy pewnej loterii, na której padły pewne znamienne liczby. Nie poruszona, a szkoda, została natomiast kwestia krążącej plotki na temat rzekomej nieobecności w WTC osób pochodzenia żydowskiego.


Legendy miejskie stały się już częścią naszego życia. Co więcej czasami sami nieświadomie stajemy się ich ogniwem np. posyłając ostrzeżenie o nieistniejących wirusie czy łańcuszku dobrych serc. I choćby, dlatego, dla celów poznawczych, warto przeczytać Marka Barbera. Dodatkowym atutem jest fakt, że zawiera ona mnóstwo przeróżnych opowieści, które świetnie nadają się do uatrakcyjnienia nudnej rodzinnej uroczystości czy imprezy przy ognisku. „A wiecie mój znajomy mi opowiedział, jak kiedyś jego przyjaciel........”
MadMill - 2007-11-24, 22:22
:
W tekście poniżej przez wielu czasami zwanym recenzją - sprawa u mnie dyskusyjna - mogą być rzeczy które opisują fragmenty fabuły, ale nie zdradzają ważnych rozwiązań, więc nie są to spoilery... mam nadzieję. ;)

Neal Stephenson - Zamieć

„Zamieć” Neala Stephensona na zachodzie ukazała się 16 lat temu, w 1991 roku. W Polsce pierwsze wydanie premierę miało w roku 1999 roku. Nakład bardzo szybko się wyczerpał i były ogromne problemy z zakupem tej pozycji na rynku. Kiedy 2 lata temu wydawnictwo ISA podało, że będzie wznawiać dwie pozycje Stephensona – oprócz „Zamieci”, „Diamentowy Wiek” – wiele osobą wreszcie w tym mnie nadarzyła się okazja zapoznania z „Zamiecią”. Premiera była parę razy przekładane w czasie z różnych względów, ale warto było czekać na ten dzień gdy wreszcie mogłem wziąć do ręki swój egzemplarz powieści i zatopić się w książce bez opamiętania.

O czym jest powieść? Wydaje się, że jest to prosta historia o życiowym nieudaczniku, który nie potrafi sobie znaleźć stałego zajęcia w życiu. Nasz bohater nazywa się Hiro. Poznajemy go pracującego jako dostawca pizzy, a dokładnie jako dostarczycielator. Nasz główny bohater jednak traci pracę i po raz kolejny świat wali mu się na głowę. Brzmi dość prosto, ale tak samo jak w przypadku „Diamentowego Wieku”, fabuła jest w powieści sprawą drugorzędną. Neal Stephenson pokazuje że potrafi prowadzić czytelnika przez powieść bocznymi ścieżkami. Mamy główną akcję, ale najważniejsze jest to wszystko co dzieje się z boku i w międzyczasie. Autor w powieści skupia się na problemie egzystencji człowieka, na religii i tym czym jest ona dla ludzi. W wirtualnym świecie Metawersie, gdzie dzięki podłączeniu do komputerów przenoszą się ludzie i obcują ze sobą poprzez sieć, dzieje się wiele ciekawych rzeczy. Sam pomysł tez jest czymś nowym, jak Neal Stephenson pisał książkę to sieć znana nam dziś jako wszechobecnym internet była używana przez niewielki procent populacji, a w sposób jaki pokazany jest w powieści używali go jedynie programiści i osoby zajmujące się grafiką komputerową. Rozkwit tej gałęzi internetu mieliśmy dopiero niedawno poprzez różne gry MMORPG.

Niezapomniane są też sceny rozmów Hiro z Bibliotekarzem, jednym z programów w Metawersie. Wiele o historii, analizy wydarzeń biblijnych i opowiadań sumeryjskich. Przeróżne porównania życia i religii to rzeczy związanych z informatyką i cybernetyką są może dość dziwne, ale po dłuższym zastanowieniu bardzo trafne. Autor nie boi się atakować, ale nie jest to metoda błędnego rycerza, ponieważ każdy zarzut poparty jest wieloma mocnymi argumentami.

Neal Stephenson jako reprezentant cyberpunka skupia się na podobnych rzeczach jak moderniści – miasto, masa, maszyna. Bardzo ciekawy pomysł państw-miasta w Los Angeles, wszechogarniająca prywatyzacja, policja, wojsko, wiezienia, wszystko jest w rękach prywatnych inwestorów. Autor skupia się na filozofii, religii i problemach ludzi. Wirtualna rzeczywistość i pomysł Metawersu jako drugiego świata.

Oczywiście trzeba też wspomnieć o humorze w powieści, czarnym humorze Neala Stephensona. Najwięcej go jest na początku, podczas kiedy autor wprowadza nas do wykreowanego przez siebie świata. Dziwne nazwy, zabawne sytuacje, pikantne dialogi i spostrzeżenia dodają smaczku całej powieści.

Podsumowując „Zamieć” jest pozycją wybitną i nie dziwne, że zalicza się ją do klasyków gatunku s-f. Nie jest to błaha historyjka gdzie najważniejsze jest ocalenie świata przez jakiś herosów. Autor chciał nam przekazać ważniejsze rzeczy i mu się to udało, od nas wymaga jedynie chwilki uwagi, a potem zastanowienia się na owymi sprawami.

9,5/10
MadMill - 2007-11-30, 00:42
:
Jacek Komuda - Diabeł Łańcucki

Rzeczpospolita Szlachecka okres w Polsce od połowy wieku XV do III rozbioru Polski w 1795 roku. Dzieje naszego kraju gdzie główne skrzypce grał stan szlachecki, a najczęściej upraszczając można porównać to do „szlachta – pany, reszta - chamy”. Ten okres historyczny szczególnie upodobał sobie Jacek Komuda, pisarz który popełnił na temat Rzeczpospolitej Szlacheckiej kilka utworów literackich.

Większość opowiadać Jacka Komudy traktuje o szlachcie, wiele z nich stoi na wysokim poziomie pisarskim, można tu wymienić na przykład świetne „Jeruzalem” czy równie dobre pod tytułem „Biesy polskie”. Autor napisał także cztery powieści – „Galeony wojny” czyli czwarta powieść pojawi się na dniach w księgarniach. Debiutem powieściowym było „Wilcze gniazdo”, które z racji tego, że było właśnie debiutem może zostać potraktowane ulgowo, bo do arcydzieł nie należy. Drugą powieścią był „Bohun”, książka dobra, ale po której odczuwa się spory niedosyt.

Na koniec zostaje „Diabeł Łańcucki”. Powieść jest osadzona w scenerii Bieszczad i Podkarpacia. Książka opowiada historię konfliktu Stanisława Stadnickiego, zwanego Diabłem z rodziną Dwernickich, którzy należą do zubożałej szlachty. Tytułowy bohater jest bezwzględnym awanturnikiem, który zawsze dostaje to czego chce. Głównymi bohaterami powieści są jednak Jacek Dydyński, który zostaje uwikłany w cały konflikt oraz tajemniczy krewny Dwernickich powracający z Tureckiej niewoli po ponad 20 latach.

Książka na bardzo ciekawą fabułę, autor napisał kryminał w realiach historycznych, mamy zagadkę, tajemnicę, niewyjaśnioną zbrodnię, oraz osobę która chce to wszystko złożyć w całość. „Diabeł Łańcucki” jest powieścią w której wydarzenie goni wydarzenie, akcja jest porywająca i czytelnik nie ma czasu na nudę. Opisy które często przeszkadzają i zwalniają tempo akcji tutaj służą jako wprowadzenie do klimatu i sprawiają, że osoba czytająca czuje się jakby uczestniczyła w wydarzeniach. Można wspomnieć tutaj opis suto zastawionych stołów i uczty w zamku na Łańcucie, czy też jarmarku na Podgórzu.

Zwykło się mówić, że autor ma trzy powieści aby pokazać czy jest sens go wydawać i czytać. Jacek Komuda „Diabłem Łańcuckim” pokazuje, że pisać umie i to bardzo dobrze. Serwuje nam pełnowartościową powieść na której nikt nie powinien się zawieść. Aż się serce raduje, że ta książka wyszła spod pióra naszego rodaka. No ale kto inny jak nie Polak miałby pisać powieści o Rzeczpospolitej Szlacheckiej?

Ocena liczbowa: 8,5/10
Tigana - 2007-11-30, 22:26
:
„Zabójca z cesarskiego grodu” to już trzecia powieść z cyklu kryminałów historycznych autorstwa Colette Lovinger-Richard. Podobnie jak to miało miejsce w poprzednich tomach („ Krwawe zbrodnie”, „Śmierć pośród zgiełku” ) jej akcja rozgrywa się we Francji w miejscowości Compiegne na przełomie XVIII i XIX wieku. Głównymi bohaterami książek są kolejne pokolenia lekarskiej rodziny Lajoy, której przedstawiciele już od stuleci strzegą zdrowia i życia mieszkańców miasta. A ponieważ w swej praca często napotykają na przeróżne zagadki i tajemnice, ich drugą pasją, obok leczenia, staje się odkrywanie prawdy.
Rok 1803 – w okolicach Compiegne ofiarami nieznanego zabójcy padają 3 osoby. Sprawcy nigdy nie udało się schwytać. Rok 1809 – morderca znów uderza. Kto będzie jego kolejną ofiarą? Czy seria zabójstw ma jakiś związek z cesarzem Napoleonem I, który przebywa w pobliskim pałacu? A może sprawca jest dotknięty amnezją weteran wojenny? Odpowiedzi na te pytania musi odnaleźć doktor Francois Lajoy, a czasu ma niewiele.
Zacznę od tego, czego w „Zabójcy z cesarskiego grodu” mi brakuje – klimatu. Bardzo lubię kryminały, szczególnie te „czarne” (Chandler, Krajewski) posiadające gęstą atmosferę dającą jeść się łyżeczką. Tymczasem w książce, Lovinger- Richard klimat, gdzieś znikł, uleciał, a w zamian otrzymujemy utrzymaną w lekkim i przyjemnym opowiastkę kryminalną. Osobiście wolę brudny Breslau i mroczną stronę „Miasta Aniołów”. Nie przeczę, że autorka bardzo wiarygodnie oddała realia i atmosferę cesarskiej Francji z jej nowo utworzoną arystokracją i pozostałościami rewolucji na czele. Niemniej same dekoracje bez klimatu pozostają jedynie martwymi przedmiotami.
O wiele lepiej udało się autorce stworzyć portret psychologiczny poszczególnych postaci. Każdy z bohaterów powieści posiada swój własny system norm oraz zasad i co ważne działa w zgodzie z nim - dzięki temu poszczególne postaci stają się dla czytelnika o wiele bardziej wiarygodne. Świetnym przykładem jest tu postać Francois Lajoya, który początkowo uważa praktyką lekarską za karę, by dopiero po pewnym czasie pogodzić się ze swoim przeznaczeniem i odszukać powołanie. Równie interesująco prezentuje się komisarz policji Trubert, który ma trudności z wysławianiem, co skutecznie niszczy jego wizerunek stróża prawa. Bo jak traktować poważnie człowieka, który zamiast „potężny” mówi „mężny”, a słowo „przebiegły” zastępuje „zbiegły”. Dopiero seria spotkań niczym z współczesnej sesji terapeutycznej pomogą mu uporać się z problemem. Zresztą psychoanalizy jest w tej książce więcej – Lajoy stara się pomóc jednemu z żołnierzy w odzyskaniu pomięci, a także tworzy prymitywny portret psychologiczny mordercy.
Spodobać się może także sama intryga kryminalna. Chociaż nie jest ona specjalnie skomplikowana autorka skutecznie zwodzi czytelników, którzy do końca powieści nie są pewni, kto jest tytułowym zabójcą. W pewnym momencie odnosi się wręcz wrażenie, że autorka wskazuje na jedną z postaci i mówi: „To on jest mordercą” – ja dałem się oszukać.

Książek Colette Lovinger-Richard to typowe czytadło, choć z ambicjami. Zawiedzeni będą miłośnicy „czarnego” kryminału z cynicznym detektywem w roli głównej. „Zabójca z cesarskiego grodu” jest, bowiem skierowana do tych miłośników gatunków, którzy bardziej cenią sobie odtworzenie przeszłości, wyraziście wykreowane postaci niż atmosferę. Usatysfakcjonowani będą także wielbiciele powieści historycznych, szczególnie epoki napoleońskiej. I tym osobą mogę tą książke z czystym sumieniem polecić.

Ocena 6/10
Tigana - 2007-12-01, 23:31
:
Twórczość Stephena Kinga od samego początku była chętnie przenoszona na celuloidową taśmę.. Co ciekawe kino zainteresowało się nie tylko jego powieściami („Misery”, „Lśnienie”), ale także opowiadaniami („Dzieci kukurydzy”, „Magiel”) Efekt tych zabiegów jest dyskusyjny – obok dzieł wybitnych („Skazani na Shawshank”) powstały również wiele „koszmarków” mających ze swym literackim pierwowzorem niewiele wspólnego („Oni czasem wracają”). Ekranizacje kolejnych utworów Kinga, nawet, jeśli są nieudana, mają jednak swoje dobre strony. Jedną z nich jest wznowienie jego książek – tak też stało się w wypadku filmu „1408”.
Na zbiór opowiadań„Wszystko jest względne” składa się z 14 różnorodnych utworów czerpiących swe źródło przede wszystkim z otaczającej nasz rzeczywistości. King jest bowiem mistrzem grozy życia codziennego, bo przecież tak naprawdę piekło to my. Niepotrzebne są wampiry, zombie czy wilkołaki - przekonują nas do tego losy małżeństwa z „Teorii zwierząt domowych L.T.”, gdzie rolę katalizatora odegra pies czy „Obiad w Gothan Cafe” mówiące o zadziwiających okolicznościach pewnego rozwodu.
Nawet, jeśli King wykorzystuje jakieś znane motywy jak na przykład żywy mężczyzna budzący się w kostnicy („Prosektorium numer cztery”), deja vu („”To wrażenie można nazwać tylko po francusku”) czy policyjne przesłuchanie („W sali egzekucyjnej”) to potrafi opowiedzieć je w nowy, intrygujący sposób. Szkoda tylko, że pomimo biegłości warsztatowej pisarza są one przewidywalne i ich finał nie zaskakuje.
Mistrz współczesnej grozy równie chętnie sięga po kulturę i historię Ameryki. Ttąd też tak duże nagromadzenie w jego tekstach, często niezrozumiałych dla Europejczyków, odniesienia do epizodów z dziejów USA, programów telewizyjnych czy audycji radiowych. Oczywiście ich nieznajomość nie uniemożliwia zrozumienia sensu utworu, ale na pewno zmniejsza siłę ich oddziaływania. Przykładowo „Śmierć Jacka Hamiltona” opowiadająca o zmierzchu gangu Johna Dillingera pozbawione swej kulturowej otoczki to przeciętna opowieść o przestępcach, z których jeden dostał kulkę. Mocno amerykański jest także tekst „Wywiozą ci wszystko, co kochasz”, pełen przydrożnych moteli, szerokich autostrad i zagubionych ludzi, a także „Szczenśliwa moneta” wprowadzający czytelników w świat jednej z pokojówek pracujących w hotelu w Las Vegas. Oba te utwory są jak dla mnie próbą odbrązowienia mitu Ameryki jako krainy szczęścia i wielkich możliwości. Ludzie w nich opisywani szamocą się szukają szczęścia, ale nie potrafią go znaleźć.
Osobno należy oceniać „Siostrzyczki z Elurii” kolejny epizod z życia Rolanda , bohatera cyklu „Mroczna Wieża”. Tym razem ranny rewolwerowiec trafia do szpitala, gdzie zdrowie pacjenta nie jest jednak najważniejsze. Opowiadanie chociaż broni się jako samodzielna historia sprawia wrażenie oderwanego od całości zbioru i można odnieś wrażenie, ze zostało dodane na siłę.
Za najsłabszy utwór w zbiorze uważam „Człowieka w czarnym garniturze”, historię chłopca, który pewnego dnia spotyka w lesie samego diabła. Pomysł może i ciekawy, ale nie przekonam mnie on do siebie. Podobnie ma się rzecz z tytułowym tekstem „Wszystko jest względne” traktującym o młodym mężczyźnie pracującym dla tajemniczej firmy. Z wyglądu jest on przeciętniakiem, ale wystarczy dać mu kartka papieru i kawałek ołówka, by za sprawą narysowanych symboli wpłynął na czyjeś życie. Czytając tą historię nie potrafiłem odnaleźć w sobie cienia sympatii do głównego bohatera – pozostawił on mnie dziwnie obojętnym i w tym właśnie upatruje największą słabość opowiadania.


Co w takim razie warto przeczytać w tym zbiorze opowiadań? Na pewno „Jazdę na Kuli”. Zaczyna się klasycznie, jak wiele znanych opowieści: Alan podróżuje autostopem do szpitala, aby czuwać przy ciężko chorej matce, wsiada do przygodnego samochodu i zaczyna się jazda. Dokąd? Do piekła, w głąb duszy, w przeszłość – każda odpowiedź jest dobra. Zaś na końcu tej podróży trzeba będzie odpowiedzieć na jedno, kluczowe pytanie. Drugim jasnym punktem jest historia nawiedzonego pokoju hotelowego „1408”. Utwór składa się z dwóch części – w pierwszej poznajemy głównego bohatera Mika Enslina, dziennikarza opisującego zjawiska nadprzyrodzone, a także dzieje miejsca, w którym przyjdzie spędzić mu noc. ”Akt” drugi to już opis zmagań z pokojem 1408 – i czuć wtedy grozę. King zastosował tutaj narracje pierwszoosobową w formie zapisków na dyktafonie, co daje nam szansę wczuć się w położenie Enslina, poczuć jego narastający strach, panikę.. Rzecz godna polecenia i tak na prawdę nie mająca za dużo wspólnego ze swoją wersją filmową
Jakość zbiorów opowiadań zazwyczaj oceniam na podstawie liczby zapamiętanych, po jednokrotnym czytaniu, opowiadań. Niestety w tym moim prywatnym rankingu „Wszystko jest względne” wypada mizernie. Na 14 utworów zapadają w pamięć 2 góra 3 opowiadania – „Jazda na Kuli”, „1408” i może jeszcze „Obiad w Gothan Cafe”. Podobne zdanie mają chyba producenci z Hollywood - dwa pierwsze już zostały sfilmowane. Czy oznacza to, więc, że King napisał słabą książkę i tak, i nie. Jeśli bowiem porównamy go do kultowej, przynajmniej dla mnie, „Nocnej zmiany” to sprawa jest jasna - recenzowana książka jest zbiorem kiepskim. Jednak w konfrontacji z większością innych autorów piszących w podobnych klimatach twórczość „Króla” zdecydowanie zyskuje. Innymi słowy – przeczytać można, nad zakupem radziłbym się zastanowić tym bardziej, że tej jesieni wydawnictwo wznowiło wiele o niebo lepszych książek Kinga.
Tigana - 2007-12-06, 23:55
:
Neil Gaiman nie należy do twórców, których łatwo zaszufladkować. Z jednej strony wymykająca się wszelakim klasyfikacjom serii komiksów „Sandman”, z drugiej poczytne powieści z pogranicza fantasy i grozy. Do tego należy jeszcze dodać scenariusze filmowe, słuchowiska radiowe, a także książki przeznaczone dla młodszych czytelników. I właśnie w ten ostatni nurt twórczości Gaiman idealnie wpisuje się jego najnowsza książka „InterŚwiat”.
Głównym bohaterem powieści jest Joey Harker typowy, amerykański, małomiasteczkowy nastolatek. Prowadzi on spokojne, wręcz nudne, żywot a jego jedynymi problemami są nieodwzajemniona fascynacja jedną z koleżanek oraz brak zmysłu orientacji. Tak, tak, nasz przyszły heros potrafi zgubić się we własnym domu. Nic, więc dziwnego, ze pewnego dnia w czasie szkolnych ćwiczeń w terenie Joey gubi drogę. Co gorsza, kiedy mu się wydaje, że wreszcie ja znalazł, okazuje się, że zawędrował bardzo daleko. Harker posiada bowiem umiejętność wędrowania pomiędzy światami i wycieczka na inną Ziemie nie sprawia mu żadnego problemu. Nie są to jednak bezpieczne podróże – na nieostrożnego mi wędrowca czekają liczne niebezpieczeństwa – mudlufy, a także złowrodzy słudzy dwóch wrogich sił Binarium i Hegemonii RUN, którzy wykorzystują wędrowców jako paliwo do swych pojazdów. Na szczęście istnieje także InterŚwiat i jego mieszkańcy walczący o równowagę w multiversum.
Niczym nieposkromiona fantazja – te słowa cisną się na usta czytając „Interświat”. Uniwersum stworzone przez autorski tandem Gaimana & Reaves jest ogromny i fascynujący. Składają się na niego zarówno światy, gdzie przoduje nauka i technika, jak i magiczne, które toczą ze sobą niekończąca się wojnę. Gdzieś pomiędzy nimi istnieje również ogromna przestrzeń zwana Nigdzie-Nigdzie lub Szumem, a także „Pomiędzy”, po którym wciąż wędrują międzywymiarowi podróżnicy. Szkoda tylko, że autorzy, nie licząc jednej dłuższej sceny, poprzestali nie pokusili się o bardziej szczegółowy opis tego wszechświata. A tak nielicząc porozrzucanych po całej książce krótkich wzmianek i opisach różnicy w uzbrojeniu poszczególnych stron konfliktu nie dowiemy się niczego ciekawego.
Jeśli komuś spodobała się postać Eragona czy Endera z sagi Carda postać Joeya Harkera również stanie się mu bliska. Jest on, bowiem kolejnym „cudownym” dzieckiem literatury fantastycznej obdarzonym supermocą. Podobnie jak jego słynni poprzednicy przechodzi specjalne szkolenie w trakcie, którego musi zmierzyć się z wrogością części otoczenia, by następnie udowodnić swoją prawdziwą wartość. No i znajdzie także swoją Saphire. Z postacią głównego bohatera wiąże się także jeszcze jedna ciekawostka. Otóż wszyscy mieszkańcy InterŚwiata, obojętnie od płci, stanowią alternatywną wersję Joeya. I tak w zależności od planety, z jakiej pochodzą mamy człowieka-maszynę J/O HrKrem, centaura – J’rohoho, a nawet quasi anielice Jo. Dlaczego tak się dzieje tego autorzy, niestety, nie wyjaśniają.
Pomimo tego, że książka skierowana jest do młodszego odbiorcy zawiera ona kilka elementów charakterystycznych dla „dorosłej” twórczości Gaimana. Przede wszystkim rzucają się w oczy postaci Scarabusa i Neville, które przypominający nieco złowrogi duet panów Vandemara i Croupa z „Nigdziebądź”. Również kreacja samego wszechświata (podniebne okręty) nasuwają skojarzenia z innymi dziełami angielskiego pisarza.
Ocenienie „InterŚwiata” to niewdzięczne zadanie z jednego, zasadniczego powodu - nie wchodzę w skład docelowej grupy czytelników. Rażą mnie uproszczenia fabularne, nieprzekonywujący portret psychologiczny głównego bohatera, schematyzm fabuły i pewność, że Joeyowi nic złego stać się nie może. Jednakże wymienione tu przeze mnie mankamenty dla młodego czytelnika, który dopiero zaczyna swą przygodę z fantastyką, mogą okazać się zaletami, a najnowsza powieść Gaimana jego ulubioną lekturą.


Ocena dla oczytanego 20-30 latka – 5
Ocena dla małolatów i początkujących- 7

Lady_Aribeth - 2007-12-09, 16:10
:
Pan Lodowego Ogrodu tom 1, Jarosław Grzędowicz

Cóż mogłabym powiedzieć o książce, która całkiem niedawno została uhonorowana Zajdlem? W sumie długo zastanawiałam się co mogę powiedzieć. Moja wydumana opinia w skrócie powinna brzmieć - "ta książka zadziwia". Wszystkim. Narracją, konwencją, bohaterami.
Przede wszystkim Grzędowicz bardzo sprawnie splata ze sobą narrację pierwszo- i trzecioosobową. Będąc czytelnikiem który nie należy do zwolenników narracji pierwszoosobowej, byłam podwójnie zdziwiona, gdy przyłapałam się na tym, że oczekuję na chwilę, kiedy narrator znowu będzie opowiadać sytuację z punktu widzenia bohatera!
Sama oś fabuły wydaje się być z pozoru prosta. Jeden gość, zostaje wysłany w odległe miejsce, by odbić/uratować/odnaleźć trupy/cokolwiek członków poprzedniej wyprawy w tamto miejsce. Przypomina oś fabuły setek innych książek, jakie powstały, powstają i będą powstawały. Ale gdyby ta książka przypominałaby setki innych książek, to przecież nie dostałaby Zajdla, prawda? Grzędowicz dodał swojej książce nadzwyczajnego polotu.
Dawno już nie czytałam książki, będącą taką mieszanką przeróżnych konwencji. Twarde zderzenie fantasy z sf, okraszone sporą dawką ironicznego poczucia humoru oraz horroru i zmieszanego z sięganiem do problemów dnia dzisiejszego. Hm. To naprawdę mi się podobało.
Bohaterowie? Grzędowicz postarał się o pewne zróżnicowanie bohaterów. A sam Vuko choć wydaje się być super przepakowaną postacią, wytrenowany, silny, wspomagany cyfralem... istna maszyna do zabijania co nie? A jednak okazuje się, że Drakkainen, Nocny Wędrowiec, nie jest bohaterem bez słabości, jakiego można by się spodziewać po takiej fabule utworu. Zatem równowaga nie zostaje zachwiana.
Żeby wzbogacić swoją powieść (a właściwie jej część) obok historii Drakkainena, autor dodaje drugą nić fabularną, którą opowiada człowiek, którego imienia nawet nie znamy. Wiemy tylko że jest księciem, a w przyszłości - cesarzem. Bardzo intrygujący wątek, choć muszę przyznać, że najbardziej podobał mi się w niej sam początek i wspomnienie bystretek (miodne po prostu).
Generalnie, pierwsza część Pana Lodowego Ogrodu jest bardzo obiecującym wstępem do większej powieści. Z przyjemnością sięgnę do następną część, szczególnie przez to, że w pierwszym tomie właściwie nie ma czego się przyczepić... xD

8/10

Generalnie dobra książka, spełniła moje oczekiwania, ale czytało się już lepsze... xDDD


Ojczyzna R.A. Salvatore

Pierwszy raz po tą książkę sięgnęłam ponad 4 lata temu. Z ciekawości, żeby się dowiedzieć kim jest ten Drizzt, pojawiający się w Baldur's Gate. Mam sentyment do tej książki - właściwie od niej rozpoczęła się moja przygoda z fantastyką. Pamiętam, że wtedy, cztery lata temu, czytałam ją z wypiekami na twarzy, niemalże pochłaniając każdą kolejną stronę.
I teraz po tych czterech latach, sięgnęłam po nią ponownie, by z weryfikować moje wspomnienie o "Ojczyźnie", mówiące - "to była naprawdę ekstra książka".
Kiedy wreszcie dzisiaj popołudniu ją skończyłam, mogę spokojnie powiedzieć - już nie jest taka ekstra xD.
Opisy walk, które niegdyś mi nie przeszkadzały, teraz stały się dla mnie katorgą - mniej więcej w połowie książki po prostu przestałam je czytać xD. Piękne i wzniosłe ideały, którymi kierował się Drizzt, które niegdyś poruszały mnie do głębi, teraz mnie drażniły i... także przestałam je czytać... xD. Wpisy do drizztowego dzienniczka, niegdyś dawały mi do myślenia, teraz zbywałam obojętnością i... również przestałam je czytać xD Rozterki Drizzta i Zaka, które mnie smuciły i wciągały swoją tragicznością - teraz spotykały się z moim ziewnięciem i... je także sobie darowałam xD.
Zatem rodzi się pytanie - to co u licha czytałam?! xD Czytałam dialogi, opis ataku na dom DeVir (jedna z niewielu walk, podczas której czytania nie zmęczyłam się... xD), opisy dotyczące zwyczajów drowów. Reszta jak dla mnie mogłaby nie istnieć, a książka nie straciłaby na "jakości" xD.
Rada na przyszłość - nigdy nie sięgajcie po książki, które się wam w młodości podobały - szczególnie, jeżeli to był RAS xD.

3/10

Za sentyment i za przybliżenie drowiej społeczności. Drizztofile mogą sobie dodać jeszcze jeden punkcik <skrzętnie dopisuje sobie jeszcze jeden punkcik> xD
Prev - 2007-12-09, 20:53
:
Sean Stewart "Krąg Doskonały"
Na początek zacytuję opis na tylnej okładce książki: "Najlepszy horror od czasu szóstego zmysłu"
Mój komentarz: "Gówno prawda"
Zacznijmy od tego że to w ogóle nie jest horror. W całej książce nie było nawet jednego momentu, w którym przeszedłby mnie dreszczyk emocji. To jest jakiś melodramat z duchami w tle. Cała historia skupia się wokół Willa, który widzi zmarłych. Z tym że jest nieudacznikiem, separacja z żoną, rzadkie widzenia z córką... Pewnego dnia zdarza się wypadek i Will zaczyna widzieć nowe duchy, bardzo mu bliskie... I wszystko fajnie, gdyby nie to... Że to jest tło tej książki !!! Motyw przewodni stanowią rozterki moralne Willa i jego kontakty z rodziną.
Książka ma 320 stron i przez pierwsze 250 stron jest nudna jak flaki z olejem, ciężka to jest przeprawa przez wizualizację całej rodziny i przyjaciół, jak w brazylijskiej telenoweli.
Ostatnie 70 stron jest nieco ciekawsze, ale i tak nie zachwyca, koniec książki fatalny i niedopracowany.

2/10
Stanowczo odradzam, trzymać się od tej książki z daleka... Chyba że jest się miłośnikiem Harlequinów... Bleh...
Tigana - 2007-12-11, 23:12
:
Drugi tom antologii „A.D.XIII” to kolejna porcja 11 opowiadań, które wprowadzają czytelnika w świat aniołów i demonów. Zanim jednak zagłębimy się w świat fikcji literackiej warto poświecić trochę czasu i uwagi wstępowi pióra Jacka Komuda i Dominiki Repeczko. Tekst jak sam tytuł, „Piekło i niebo”, wskazuje poświęcony został losowi naszej duszy po śmierci. Jego największą zaletą jest to, że autorzy nie koncentrują się jedynie na wizji znanej z religii chrześcijańskiej, ale także obszernie opisują koncepcje zawarte w islamie, hinduizmie czy buddyzmie. Nie zapomniano także o literaturze pięknej na czele z nieśmiertelnym Dante Alligheri i Mitonem.
Cyrograf, Królestwo Niebieskie i Anioł Stróż – to najczęściej poruszane tematy w drugiej części „A.D. XIII”. A szkoda, bo anielsko-diabelska tematyka daje o wiele większe możliwości. Tymczasem nawet tak doświadczeni twórcy jak Pilipiuk („Cyrograf”) czy Krzysztof Kochański („Człowiek znikający”) nie wychylają się poza utarte schematy. Owszem opowiadania są sprawnie napisane i czyta się je z przyjemnością, ale wymagałem czegoś więcej. No bo ile razy można czytać o chłopku roztropku, w tej roli rzecz jasna Jakub Wędrowycz, który wyprowadza w pole diabła czy o konsekwencjach pochopnie wypowiedzianych życzeń?
Z kolei „Wolna konkurencja” Cezarego S. Frąca to błaha opowiastka o pewnej licytacji. W świecie przyszłości o dusze trudno, więc obie strony starają się przekabacić człowieka na swoją stronę. Która ze stron zaoferuje więcej?
Zbliżoną tematykę porusza humoreska „Każdy ma swoje niebo” Iwony S. Nowak - Raj z chórami anielskimi i błękitnymi chmurkami jest zdecydowanie za mało atrakcyjnym miejscem dla współczesnych ludzi. A gdyby tak nieco go unowocześnić? Może i sam pomysł nie jest zbyt oryginalny, ale ratuje je jedna pyszna scena, której rzecz jasna nie zdradzę.
Niewiele dobrego mogę też powiedzieć o „Nicaronie” Evy Mroczek. Opowieść o skutkach wygrania na internetowej licytacji duszy jest po prostu przeciętna. Owszem zawiera kilka ciekawych scen, ale jako całość rozczarowuje. Brakuje w niej jakiegoś elementy, który pozwoliłby jej zostać na dłużej w pamięci czytelnika.
No to teraz trzeba kogoś pochwalić. Powiem szczerze, że kiedy zabierałem się do lektury tekstu Anna Kańtoch „Szczęścia i wszelkiej pomyślności” po cichu liczyłem, że powróci w nim Domenic Jordan. Tymczasem autorka przedstawiła zupełnie nową historię, której akcja rozgrywa się w okresie 20lecia międzywojennego. Beztroskie wakacje trójki dzieci przerywa seria dziwnych wydarzeń, w których kluczową rolę odgrywa pewna stara talia kart. Nie jest to na pewno najlepszy utwór Kańtoch, ale spodobał mi się sam sposób prowadzenia historii - nieco leniwy, rozwijający się z każdym zdaniem, a także ciekawe i nie tak oczywiste zakończenie. Czego zabrakło? Jak dla mnie odrobiny grozy i napięcia.
Powraca za to do swojego „anielskiego” świata Maja Lidia Kossakowska. „Gringo”, bo o nim tu właśnie mowa, to historia pechowego demona Forfaxa, którego specjalnością jest wpadanie w przeróżne kłopotów. Tym razem weźmie się on za pomaganie biednemu Metysowi w jednej z republik bananowej, a to oznacza dla wszystkich poważne tarapaty. Dla wszystkich - oprócz czytelników, którzy otrzymują przesympatyczne opowiadanko przypominające stylem i jakością te z „Obrońców królestwa”
Na pochwałę zasługuje również Jakub Ćwiek. Owszem jego „Newegwas’u” o spotkaniu szczepu indiańskiego z aniołami nie jest zbyt oryginalna, a czytelnik dosyć szybko orientuje się jak potoczą się poszczególne wątki, niemniej brawa należą się za odwagę. Autor nie poszedł na łatwiznę i nie stworzył kolejnego opowiadania o Lokim i jego skrzydlatych kompanach, ale postarał się zaskoczyć swoich wielbicieli. Pozytywnie czy negatywnie – zostawiam waszemu osądowi.
„Na skalnym ostańcu” Krzysztofa Piskorskiego przenosi nas w zupełnie inny świat- Zapomnijmy, chociaż na chwilę, o aniołach i diabłach z tradycji judeochrześcijańskiej. Owszem w uniwersum Piskorskiego demony istnieją, ale są zaklęte w przedmioty i służą ludziom. Jednak pewnego dnia to wszystko się zmienia. Można zarzucić autorowi pewne braki warsztatowe, nieco chropowaty styl, niemniej warto zapoznać się z tym utworem.
Spodobała mi się także historia Janusza Cyrana [b]„Który patrzysz z wysoka”.[/b] Jego największą zaletą jest bez wątpienia kreacja głównego bohatera. Kim jest? Skąd pochodzi? Do czego dąży? – nie wiemy. Nie ułatwiają oceny także jego czyny – raz miłosierne, by za chwilę przeistoczyć go w bestie. Dzięki temu do końca nie jesteśmy pewni, jak potoczą się losy „bezimiennego”, a każdy kolejny akapit przynosi niespodziankę.

A koniec deser – „Cichy dom” Alfred Hitchcock twierdził, ze dobry film powinien zacząć się od wybuchu wulkany, a potem napięcie powinno stopniowo rosnąc. Podobną konstrukcje zastosował Łukasz Orbitowski. Noc, parking, przypadkowa bójka i martwy anioł. A to dopiero początek. Później będzie wyprawa do tytułowego domu i coś więcej. Uwielbiam takie opowiadania – klimatyczne, z ciekawymi niejednoznacznymi bohaterami. No i najważniejsze – historia nie pozostawia obojętnym czytelnik wczuwa się w sytuacje, lubi albo nienawidzi poszczególne postaci, czuje się uczestnikiem wydarzeń. Jak dla mnie najlepszy tekst w antologii. I nawet Anioł Stróż mi nie przeszkadza.

Mea culpa, mea maxima culpa. Kończąc recenzje pierwszego tomu “A.D. XIII” polecałem w ciemno jego drugą część i mam teraz wyrzuty sumienia. Druga część antologii jest bowiem w moim odczuciu pozycją gorszą. Większość opowiadań trzyma co najwyżej średni poziom („Każdy ma swoje niebo” „Nicaron”), a naprawdę dobrych opowiadań jest w nim jak na lekarstwo („Który patrzysz z wysoka” „Cichy dom”) Co gorsza znalazły się w nim utwory po prostu słabe, których obecności nic nie usprawiedliwia („Człowiek znikający”, „Wolna konkurencja”) Jeszcze raz okazało się więc, że nie tak łatwo stworzyć antologię składającą się z samych stojących na wysokim poziomie utworów. Cóż może następnym razem będzie lepiej?

Ocena 6/10
Maeg - 2007-12-13, 20:25
:
Kłamstwa Locke’a Lamory, Scott Lynch

Kłamstwa… Scotta Lyncha próbuje się porównywać do Oliviera Twista czy Ocean’s Eleven (o Różowej Panterze już nie wspomnę, wydaje mi się że w tym wypadku ktoś się po prostu zagalopował). Takie porównania wypadku książek i filmów działają na mnie odstraszająco. Mam wtedy przed oczami dwa mechanizmy, którymi mógł się posłużyć autor. Pierwszy z nich opiera się na zmianie miejsca akcji i imion bohaterów oraz pewnej puli cech i w ten sposób powstaje nowe dzieło. Drugi natomiast polega na wybieraniu z poszczególnych pozycji tego co podobało się autorowi i stworzeniu potworka, którego później pewnie przeczytam. Dlatego też do debiutanckiej książki Lyncha podchodziłem z pewną rezerwą.

Niecni Dżentelmeni zajmują się okradaniem arystokracji, czego zabrania Tajny Pakt. Na tym budowana jest początkowo fabułą powieści, zbiegiem czasu pojawiają się nowe elementy, które urozmaicają opowiadaną nam historie. Autor za pomocą interludium, które przeplatają się z kolejnymi rozdziałami prezentuje nam młodzieńcze lata Lamory i jego przyjaciół, a także przynosi inne informacje o świecie w którym ulokowana została Camorra. Miasto od samej już okładki przypomina Wenecję, wrażenie te jest potęgowane przez opisy miasta oraz nazwiska niektórych bohaterów. Oprócz ciekawie nakreślonego miasta i zarysów świata w którym się ono znajduję, mamy też grupę interesujących postaci. Sam Locke Lamora, ale też Jean Tannen - mięśnie drużyny, bliźniacy Sanza – najlepiej czarują kieszenie i oszukują w kartach oraz ojciec Łancuch - założyciel i nauczyciel Niecnych Dżentelmenów. Po przeciwnych stronach mamy Szarego Króla, który włączył się do gry i krzyżuje w pewnym stopniu plany Locke’a oraz Pająka który pilnuje z pomocą żołnierzy Nocnego Szkła porządku w Camorrze.

Kłamstwa… to książka która się wręcz połyka a czytelnik doskonale się przy niej bawi. Świetny język okraszony co jakiś czas celnym żartem wzbogaca opowieść. Można przyczepić się tylko do tego, że Lock – mózg Niecnych Dżentelmenów – wpada w niektóre tarapaty jak małe dziecko, a z innych wychodzi z wręcz bezczelnym szczęściem. Widać, że bogowie są jednak po jego stronie. Nie jest, i za pewnie nie miała być to ambitna książka, ale w tym wypadku zaliczyć trzeba jej to na plus. Liczy się tutaj humor, relaks i poczucie dobrze spędzonego czasu z powieścią.

Ocena: 7.5/10
ajsber - 2007-12-14, 16:35
:
Chciałbym wkleić, dla uwidocznienia tego o czym mówimy w topiku Wydawnictwa, dwie "alternatywne" recki derbullawa. Jestem nimi zachwycony, a że autorowi nie bardzo przystoi samemu tu się odsłaniać, ja będąc Jego starym druhem pozwalam sobie na tę odrobinę szaleństwa ;)

1. Carey "Kusziel" ( ogólnie )

Potężny Kusziel, pan rózgi i pręgi
wypuszcza Strzałe z niezawodnej dłoni
Przeszywa oczy wybranych śmiertelników
a krwawa rana nigdy się nie goi



Męka, dręczenie zbłąkanego, to dar miłości. To napomnienie, to wołanie o zmianę, o skruchę. Jest jedną z dróg do Raju.

Kiedy zrozumiałem, że Bóg Jedyny nie patrzy na dzieło Swej Karzącej Ręki w ten sposób – zwątpiłem. W końcu ja tych biednych grzeszników prowadziłem prostym szlakiem do Niego.

Wtedy pojawił się On. Syn Jeshui ben Jozefa. Wnuk mego Pana.

Usłyszeliśmy jego słowa gdy przebywał w Persji, w niewoli u tamtejszego władcy.
On mówił, a Jego mowa niosła za sobą Prawdę.

Nasza ósemka popełniła wtedy największy grzech, a jednocześnie dokonaliśmy najważniejszego, najpiękniejszego wyboru w naszym długim życiu. Aza, Anael, Kamael, Kasjel, Ejszet, Naama, Szamchazaj i ja opuściliśmy Jedynego.
Naama chcąc uwolnić Błogosławionego oddała swe ciało perskiemu królowi. Od tej pory zaczęła się nasza wędrówka po Ziemi. Elua głosił swe nauki, a my grzaliśmy się w tej Prawdzie, tak jak kiedyś w Blasku Jedynego.

Po wielu długich podróżach dotarliśmy do Terre D'Ange. Tutejsi ludzie uznali przesłanie Błogosławionego Elui, a my po długiej wędrówce w końcu znaleźliśmy dom. Każde z nas, oprócz Kasjela, chyba najbardziej targanego rozterkami naszej „zdrady”, dostało jedną prowincję krainy.
Mnie przypadł w udziale skalisty Kuszet, ale nie ważne było to, kto jaką dostał dziedzinę. Liczyło się tylko jedno. Mogliśmy wypełnić rolę naszego przewodnika:

„Kochaj jak wola twoja”

I każdy z nas kochał. Odmiennie, na swój sposób, ale wszyscy mieliśmy jeden cel!

Nieść miłość!

I nieśliśmy przez długie lata, aż stało się coś co wszystko zmieniło.

Pamiętam jak dziś ten dzień, kiedy umarł Jeshua ben Jozef i pamiętam wydarzenia następujące po tym.
Bóg Jedyny przypomniał sobie o nas, a zwłaszcza o wnuku. Postanowił, że nie ma dla nas miejsca na Ziemi. Błogosławiony Elua dowiódł, że nie ma także dla nas miejsca w niebie. Stworzono nam odrębne miejsce, gdzie moglibyśmy odejść nie narażając ludu, który nas pokochał i który my naznaczyliśmy swą własną krwią.
Odeszliśmy do prawdziwej Terre D'Ange, gdzie możemy żyć zgodnie z naszym wyborem i gdzie będą mogli dołączyć po śmierci nasi ukochani D’Angelini.

Nie zostawiliśmy naszych dzieci samych.
Nama stała się patronką niosących miłość. Aza nauczył ludzi nawigacji. Anael wykształcił rolników. Szamchazaj pozostawił po sobie pismo. Kamael wykształcił armię. Ejszet pokazała jak uleczać. Zaś Kasjel stał się przykładem wiernego towarzysza.

Ja pozostawiłem po sobie znamię. Ślad. Bliznę noszoną tylko przez wyjątkowe jednostki. Takie które poprzez ból zdołają zachować równowagę.

Moje strzały.

Moi wybrańcy.

MOJE WCIELENIA.



2. Terry Pratchett "Piaty Elefant"

Kiedyś dawno temu, spotkałem Terry’ego (jego pierwszą książkę, było to „Równoumagicznienie”) i się zakochałem. To znaczy na początku było zauroczenie. To odkrywanie wraz z najwcześniejszymi „Światami Dysku” bohaterów – a odsłaniać było co Embarassed – oraz dziwnego, płaskiego obiektu umieszczonego na grzbiecie czterech słoni stojących na olbrzymim żółwiu płynącym przez otchłań sprawiło, że nie była to krótkotrwała miłostka, ale coś co przekształciło się w głębsze uczucie.

Postanowiłem, że zostanę z Terry’m Pratchettem na zawsze. Była to poważna decyzja, której jednak nie żałuję. Pratch także się starał, by nasz związek rozwijał się w odpowiednim kierunku. Kilka jego powieści sprawiło, ze mój afekt stał się dojrzały, przemyślany, jakiś taki dorosły.
Fakt czasem zdarzały się gorsze dni, ale przecież tak to już w życiu jest.

Teraz po tych wszystkich książkach, czuję się z nim jak stare dobre małżeństwo z kilkudziesięcioletnim stażem.
Partner już raczej niczym nie zaskakuje, ale człowiek ma świadomość, że jest. Już może nie ma tych uniesień, brakuje zaskakujących reakcji.
Nie przeszkadza to jednak. Nie denerwuje, bo jesteśmy obecnie na takim etapie, że wystarczą delikatne zmiany, by dalej to wszystko jakoś tam sobie trwało. Ponoć w tym wszystkim chodzi o przyzwyczajenie. Podobno to ono jest najważniejsze. Pomaga ze sobą wytrzymać...

Tak już sobie trwamy jakiś czas. Poznajemy się coraz bliżej i bliżej. Właściwie można powiedzieć, ze większość tajemnic już jest odkrytych. Wydaje się, ze człowiek zna drugiego lepiej niż siebie samego, ale zawsze jest ta nadzieja, że może jednak czymś zaskoczy. Tak jak za dawnych czasów, gdy wszystko było młodsze, piękniejsze...
No cóż, jest coś takiego jak drugi miesiąc miodowy. Mam nadzieję, że jest on jeszcze przed nami, może wtedy...

W tych całych zwierzeniach o mały włos nie zapomniałbym o powiedzeniu w kilku słowach o „Piątym elefancie”. Jest to szpiegowski kryminał z naszymi bohaterami ze Straży w rolach głównych. Wydaje się trochę brutalniejszy od poprzednich opowieści z tego cyklu, ale to jakoś specjalnie nie razi. Powiedziałbym, ze jeszcze lepiej ukazuje nasz własny nienaturalnie okrągły świat.
W wielkim skrócie Terry opisał proces globalizacji. Przechodzenia zacofanych państw na gospodarkę wolnorynkową. Przedstawił w sporej mierze problemy (terroryzm, zaślepienie religijne, mcdonadyzację), które możemy obejrzeć w wiadomościach telewizyjnych dotyczących naszego równie absurdalnego świata.

Zmierzając do jakiś podsumowań, można powiedzieć, że był to kolejny, szary dzień jakich wiele. Niczym nie zaskoczył, nie przyniósł specjalnych uniesień, ale był to czas który spędziliśmy razem...


Obie recki ujrzały po raz pierwszy światło dnia na Superbii :)
derbullaw - 2007-12-14, 21:34
:
Kontynuując wątek wzajemnej adoracji :mrgreen: jak również dając materiał do dyskusji toczącej się równolegle, przedstawiam recenzję ajsbera :)


Mój drogi.
Wyobraź sobie, że idziesz na długo oczekiwany tajemniczy spacer, ciemną nocą w głąb kompletnie nieznanego lasu. Brak światła przeszkadza, dróżki, które pozornie widziałeś znikają gdzieś w krzakach. Błądzisz. Postanawiasz przeczekać. Wreszcie nadchodzi upragniony świt ale wraz z nim…mgła. Cóż robić ? Trzeba iść dalej. Poprzez gęsty opar prawie niczego nie widać. Obijasz się o jakieś twarde wystające przedmioty; dochodzisz do wniosku, że to po prostu drzewa. Gałęzie chłoszczą Cię po twarzy. Gdy wydaje Ci się, że już wreszcie znalazłeś właściwa drogę, okazuje się , że jest to chyba miejsce, w którym już byłeś. Często potykając się łapiesz za jakieś konary myśląc, że Ci pomogą utrzymać jaką taka pozycję jednak one złośliwie zawsze okazują się kruche i pękają pod Twym ciężarem.
Wszystkie mijane krzewy i drzewa wydają się być takie same, mimo że przecież się różnią. Przemykające tu i ówdzie tajemnicze nierozpoznane zwierzęta powodują, że zamęt który przeżywasz staje się jakimś strasznie poplątanym labiryntem, w którym wszystko zdarzyć się może. Już, już cieszysz się bo wszedłeś na jakąś większą polanę a liche słońce zaczyna rozpraszać mgłę, ale wpadasz do głębokiego wykrotu, który okazuje się być grząskim bagnem. Mimo to wymacujesz ubłoconą nogą jakieś dno, po którym można stąpać. Twoja sytuacja mimo, że jakby odrobinę lepsza daleka jest jeszcze od zadawalającej. W końcu wypełzasz z mokradła i na jego końcu spostrzegasz dróżkę, która nieśmiało zaczyna przypominać właściwa drogę. Robisz coraz pewniejsze i szybsze kroki. Znajdujesz kilka wspaniałych, smacznych owoców. Jest ich więcej i więcej. Całe olbrzymie polany pełne niespotykanych, tajemniczych w smaku owoców. Są też pyszne grzybki. Zapominasz o zmęczeniu, przeprawa zaczyna być wspaniałą przygodą. Zwierzęta łaszą się do Ciebie. Jest Ci ciepło i dobrze. Czujesz, że mógłbyś tak iść i iść.
Dochodzisz do znanej Ci wsi. Nie przyznajesz się nikomu, że znalazłeś ZŁOTO. Idziesz spokojnie spać. Śni Ci się, że idziesz na długo oczekiwany tajemniczy spacer…….

Tak oto wygląda w moim wyobrażenie pierwsze spotkanie z magią świata wyczarowanego przez Eriksona. Oczywiście chodzi mi o sposób w jaki odbieram jego dzieło. Nie ma najmniejszego sensu opisywanie treści tej książki. Jakkolwiek byś myślał, odłożenie „Ogrodów księżyca” na półkę bez przeczytania będzie poważnym błędem, który ja kiedyś popełniłem. Wystrzegaj się tego. Jeśli nie – stracisz okazje na spotkanie z jednym z najciekawszych, najbardziej płodnych i doskonale piszących autorów.
Bardzo gorąco polecam.
Moja ocena : 6/6


To jest przykład recenzji oddającej nastrój, ale Ajsber ma jeszcze inną zdolność. Jakąś taką swobodę pisania (nie wiem ile czasu musi tej swobodzie poświęcać czasu, ale ma :-P ) . Podobną do tej Dukajowej. Powiedziałbym, że to erudyta książkowy.
Ma taki rozrzut jeżeli chodzi o wielowarstwowość i zawartość poboczną recenzji, że to czysta przyjemność się z nimi zaznajamiać.

P.S.

No dobra nasłodzili my sobie, trzeba by coś napisać ;)
Tigana - 2007-12-19, 18:14
:
„Lata ryżu i soli” Kima Stanleya Robinsona to tylko z pozoru kolejna książka wpisująca się w nurt gatunku określanego mianem „historii alternatywnej”. Spośród wielu innych wyróżnia ją już sam punkt wyjścia. Dla autora wydarzeniem, które odmieniło losy świata nie jest bowiem po raz enty zwycięstwo III Rzeszy czy przetrwanie Cesarstwa Rzymskiego, lecz „czarna śmierć”, która w XIV wieku zdziesiątkowała populację Europy. Jednakże, o ile w naszym, prawdziwym świecie cywilizacji chrześcijańskiej udało się odrodzić, tutaj jej miejsce zajmuje kultura oparta na buddyzmie, hinduizmie i islamie.
Specyficzna jest też sama konstrukcja książki – składają się ona z dziesięciu ksiąg, których akcja rozgrywa się na przestrzeni 700 lat. Dzięki temu możemy obserwować rozwój nowych imperium i zmierzch starych, uczestniczyć w odkryciach geograficznych czy brać udział w rewolucji. Naszymi przewodnikami w tej podróży będzie grupa bohaterów, których kolejne reinkarnacje zamieszkują kolejne epoki. Stanowią oni, według religii buddyjskiej- jāti – grupę połączonych ze sobą dusz, które pomiędzy kolejnymi wcieleniami spotykają się w bardo – swoistej poczekalni dusz. Tutaj dyskutują na temat swojego życia i próbują się samodoskonalić.
Powieść Robinsona można odczytać tylko i wyłącznie jako kolejną „historię alternatywną” i skoncentrować się na obserwacji rozwoju poszczególnych cywilizacji oraz szukać analogii z naszą rzeczywistością. Wydaje mi się jednak, ze takie podejście było by wypaczeniem intencji autora, ponieważ „Lata ryżu i soli” poruszają wiele istotnych zagadnień jak religia, nauka czy sam człowiek.

Pomiędzy islamem i buddyzmem.

Warstwa religijna wydaje się odgrywać w zrozumieniu sensu książki Robinsona kluczową rolę. Świat opisany w „Latach ryżu i soli” przypomina ogromny tygiel, w którym poszczególne religie raz przenikają się i asymilują, by chwile później zwalczać się nawzajem. Co istotne autor nie wyróżnia żadnego z systemów religijnych stawiając pomiędzy nimi znak równości - w końcu wszyscy szukamy tego samego Boga. Najlepiej jest to widoczne w kreacjach postaci – kolejne reinkarnacje tych samych bohaterów często zmieniają religię raz są muzułmańskim sędzią – kadim, by w następnym wcieleniu stać się buddyjskim mnichem. W świecie stworzonym przez Robinsona religia wpływa na ludzkie życie, ale i człowiek wywiera swój ślad na wierze. Bardo w zależności od religii panującej na Ziemi zmienia swe oblicze, a w jednym z opowiadań („Wojna Asurów) miejscami trudno rozróżnić, gdzie tak naprawdę toczy się walka.


Nauka

W słynnej animowanej serii „Był sobie człowiek” w każdym odcinku pojawia się postać Mistrza, będącego usposobieniem postępu. W książce „Lata ryżu i soli” podobną funkcje spełnia I-Chin, Iwang, Idelba, Ibrahim i inne jego wcielenia. Jest on zawsze człowiekiem o otwartym umyśle, szukającym nowej drogi do oświecenia – zarówno duchowego, jak i umysłowego. Wiele miejsca w swoich dociekaniach poświęca on zagadnieniu znaczenia historii w życiu człowieka. Czy jest ona nam w ogóle potrzebna, a jeśli tak to czego może nas nauczyć? – to pytania kolejne pytania klucze. Inną równie ważną kwestią jest odpowiedzialność uczonych za swe wynalazki. Najmocniej zostało to zaakcentowane w opowieści „Nsara”, gdzie naukowcy z całego świata wspólnymi siłami próbują nie dopuścić do budowy bomby atomowej.




A człowiek i tak jest najważniejszy

W religii buddyjskiej reinkarnacja czyli odrodzenie się w kolejnej osobie lub zwierzęciu służy rozwojowi duszy. Tak ma to miejsce w powieści Robinsona – jāti wciąż się odradzają – jako przedstawiciele innej płci, religii, rasy, a nawet gatunku. Za życia nie pamiętają swych wcześniejszych wcieleń, a z poprzednim istnieniem łączy ich jedynie zawsze ta sama pierwsza litera nazwiska – K, B, I czy P. W każdym kolejnym życiu zdobywają nowe doświadczenie i chociaż o tym nie wiedzą często ich wcześniejsze dokonania stają się dla nich samych źródłem inspiracji do bardziej wytężonej pracy. Kiedy umierają ponownie spotykają się w bardo by jeszcze raz spojrzeć na swe osiągnięcia i by ponownie spróbować osiągnąć nirwanę. Dla nas ludzi „zachodu” ta obserwacja wędrówki dusz ma jedną zasadniczą zaletę – patrzymy na świat oczyma muzułmanina, wyznawcy buddyzmu i widzimy jak bardzo ich uczucia, pragnienia są zbliżone do naszej. My również przez całe nasze życie staramy stać się doskonali, ale w odróżnieniu od nich mamy tylko jedną próbą.

„Lata ryżu i soli” to z pewnością książka wybitna, ale nie pozbawiona wad. Miejscami czyta się ją ciężko i trudno powiedzieć czy to wina autora czy niestarannego tłumaczenia (błędy stylistyczne, powtórzenia) Męczące jest nagromadzenie długich wypowiedzi bohaterów czy to w formie monologów wewnętrznych czy wygłaszanych wykładów. Osobiście wolałbym żeby ich przemyślenia były poparte poprzez czyny. Nie do końca wyjaśnione zostały także wszystkie zawiłości związane z poszczególnymi systemami religijnymi – osoba nie posiadająca gruntowej wiedzy na ten temat może mieć kłopoty ze zrozumieniem poszczególnych zagadnień, np. co to jest hadis. Mam również pewne zastrzeżenia w kwestii samej konstrukcji świata. Ja rozumiem, że Historia nie znosi próżni, ale czy faktycznie w tak różnym świecie musiał wybuchnąć konflikt zbrojny tak bliźniaczo podobny do „naszej” I wojny światowej? Nawet data w przybliżeniu się zgadza, tylko zamachu w Sarajewie zabrakło. Podobnych analogii jest więcej stąd nasuwa się pytanie – celowy zabieg autora czy tez brak inwencji twórczej?

Czytając tą powieść odniosłem wrażenie, ze obcuje z czymś wybitnych, być może jedna z najlepszych książek, jakie do tej pory spotkałem. Poszczególne opowieści dzięki swej różnorodności intrygują i wciągają w świat, który tak naprawdę nigdy nie powstał. Kiedyś powiedziano o książce Nevile Shute „Ostatni brzeg”, że uratowała świat przed zagłada nuklearną. „Lata ryżu i soli” na pewno nie mają takiej siły sprawczy, ale jeśli pod jej wpływem, chociaż raz spojrzymy na otaczającą nas rzeczywistość przez pryzmat ludzi wywodzących się z innej religii i kultury zadanie książki zostanie wypełnione.

Ocena 8/10
Tigana - 2007-12-29, 00:17
:
Co trzeba zrobić, kiedy własny agent zabrania publikować więcej niż jedną książkę rocznie, a szuflada jest pełna napisanych już powieści? Należy stworzyć swoje literackie alter ego i zacząć wydawać pod pseudonimem. Tak właśnie stało się w przypadku Stephana Kinga na początku lat 80-tych, kiedy powołał on do życia Richarda Bachmana. Dzięki temu prostemu zabiegowi światło dzienne zobaczyły tak ciekawe pozycje jak "Wielki marsz”, czy „Uciekinier”, a King oficjalnie postępował zgodnie z zaleceniami agenta. Cała maskarada wydała się dopiero po kilku latach a Bachman został oficjalnie „pogrzebany” w powieści „Mroczna połowa”. Pozostały po nim jedynie wspomnienia i kilka jeszcze niewydanych książek w tym „Blaze”.
Clay „Blaze” Rackley jest przestępcą. W ciągu paru latach swej „działalności” na jego koncie znalazło się już sporo grzeszków: napady, oszustwa, wyłudzenia. Teraz planuje skok swego życia – zamierza porwać dziecko multimilionerów i zażądać okupu. Problem polega na tym, że Blaze do zbyt inteligentnych ludzi nie należy, a poleceń i wskazówek dotyczących porwania udziela mu jego martwy kumpel George. Zaczyna się niebezpieczna gra.
Nigdy nie zapomnę, kiedy po raz pierwszy oglądałem w kinie „Leona zawodowca” Szczególnie w pamięci zapadła mi końcówka filmu – ranny i samotny bohater walczący z osaczającymi go policjantami. I pomimo tego, iż wszyscy świetnie wiedzieli, że to Leon jest tym złym, nie znalazłbym na widowni nikogo, kto nie życzyłby mu powodzenia. Podobnie ma się rzecz z Blazem.
W trakcie lektury książki nikt nie ma wątpliwości, kim tak naprawdę jest Blaze – porywaczem i mordercą. Bachman postanowił jednak „uczłowieczyć” swego bohatera, a w tym celu posłużył się specyficzną konstrukcją książki. Otóż podobnie, jak miało to miejsce w „Kłamstwach Lockiego Lamory” Scotta Lyncha, autora przeplata teraźniejsze wydarzenia z retrospekcjami. W ten sposób dowiadujemy się o nieszczęśliwym dzieciństwie Blaza, śledzimy jego pobyt w sierocińcu, a później przestępcza karierę. Bachman stara się go nie oceniać– niczym wytrawny reporter relacjonuje jedynie fakty i wydarzenia. Niemniej z tej historii wyłania się obraz człowieka, który z natury nie jest zły, a jedynie został tak ukształtowany przez los. Prawdopodobnie gdyby napotkał na swojej drodze jakiegoś mentora, człowieka, który wyciągnąłby do niego pomocną dłoń jego życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. A tak za każdym razem Blaze doświadcza upokorzeń i zła, a chwile szczęścia są zbyt ulotne by je rozpamiętywać. Jedyna pociechą i ostoja dla Blaza staje się przyjaźń z Georgiem jedną z nielicznych osoby, którą może nazwać przyjacielem.
Związek pomiędzy Blazem i Georgiem przypomina klasyczny już utwór Johna Steinbecka „Myszy i ludzie”- tam również mieliśmy do czynienia z podobną parą bohaterów. Blaze tak jak Lennie Small to ociężały, niezbyt rozgarnięty umysłowo dryblas, który kiepsko sobie radzi z otaczającą go rzeczywistością – potrzebuje kogoś, kto będzie umiał wykorzystać jego siłę. Zresztą ta jego nieporadność to jeszcze jeden powód, dla którego czytelnik darzy go sympatią. No, bo jak nie lubić człowieka, który okrada sklep z uśmiechem na twarzy mówiąc „Tym razem nie zapomniałem włożyć maski”. Jest również u Steinbecka wieczny marzyciel George Milton, który myśli za swego towarzysza i stanowi jego opokę. Zbieżność imion i „funkcji” z bohaterem Bachmana chyba nie przypadkowa.
Ważną rolę w powieści odgrywa również rozbudowany opis relacji rodzących się pomiędzy Blazem a porwanym niemowlakiem. Nieoczekiwanie porywacz staje się idealną niańką, która opiekuje się dzieckiem jak własnym synem. Co więcej w pewnym momencie zastanawia się nad rezygnacją z okupu i samodzielnym wychowaniem oseska. Z drugiej strony zdaje sobie sprawę jak mało ma do zaoferowania oprócz miłości. Dziecko to odkupienie, ale dla Blaza jest już za późno.

Powieść Bachmana to nie tylko rozbudowany portret psychologiczny tytułowego bohatera, ale także świetny, dynamiczny thriller. Wartka akcja, ciągłe napięcie i nieoczekiwane zwroty akcji to cechy tej książki. Tu nie ma miejsca na zbędne słowa – surowy styl, niemal pozbawiony opisów świetnie oddaje klimat i atmosferę powieści.
Odkładając na bok „Blaza” miałem żal do Kinga, że dopiero teraz postanowił ujawnić tę historie. Na niespełna 300 stronach czytelnik znajdzie tu o wiele więcej napięcia i emocji niż w nowych, o wiele grubszych powieściach „króla” grozy. Siła tej powieści opiera się bowiem na jej prostocie, klimacie i nieszablonowym bohater, który szybko zdobywa sympatie czytelnika a nie na rozdmuchanej fabule i wypróbowanych schematach. Ach gdyby w takim stylu jak „Blaza” King pisał wszystkie swoje powieści. A tak można mieć tylko nadzieje, że Richard Bachman jeszcze nie powiedział ostatniego słowa i jeszcze nie raz nas zaskoczy.

Ocena 7/10
Tigana - 2007-12-29, 18:34
:
Jeffery Deaver jest znany w Polsce głównie jako twórca poczytnego cyklu kryminałów o przygodach pary detektywów Lincolna Rhyma i Amelii Sachs. Tymczasem na dorobek pisarza oprócz powieści składa się także kilka zbiorów opowiadań, z których jeden zatytułowany „Spirale strachu” niedawno pojawił się w naszych księgarniach.
Na „Spirale strachu” składa się 16 utworów z pogranicza kryminału i thrillera. Najczęściej wykorzystanym w nich motywem jest zemsta zdradzonego małżonka, morderstwo doskonałe oraz policyjne śledztwo. Nie zabraknie także spotkania z profesjonalnym zabójcą, inteligentnym prawnikiem czy nadopiekuńczym ojcem. Ciekawie prezentuje się również opowiadanie, którego akcja rozgrywa się w okresie rządów Elżbiety Wielkiej, a w jednej z głównych ról występuje sam William Szekspir.
Tak jak pisałem na samym początku Deaver jest kojarzony przede wszystkim z serią książek o Lincolnie Rhym i Amelii Sachs – nie mogło więc zabraknąć ich i w tym zbiorze. Tym razem prowadzą oni prywatne śledztwo w sprawie zaginięcia pewnej kobiety. Porwanie, próba morderstwa a może jeszcze coś innego? Tylko błyskotliwe umysły naszej pary bohaterów są w stanie rozwiązać tą zagadkę.
Deaver zawsze słynął ze skonstruowanych z zegarmistrzowską precyzją intryg i suspensu. Nie inaczej jest z opowiadaniami – autorowi niemal do perfekcji udała się opanować sztukę zaskakiwania czytelników. Na kilku stronach potrafi ich wielokrotnie zwieść, aby dopiero w ostatnim akapicie odkryć wszystkie karty. O sile jego wyobraźni najlepiej świadczą utwory „Trójkąt” i „Razem”, gdzie nic nie jest tym, za co uchodzi.
Kolejną zaletą prozy Deavera jest łatwość, z jaką tworzy wiarygodne portrety psychologiczne postaci. Obojętnie czy będzie to tytułowa wdowa z Pine Creek czy młody i ambitny nowojorski policjant ich motywy postępowania są mocno uzasadnione, a działania przemyślane. Dzięki temu bohaterowie opowiadań szybko wzbudzają sympatię (lub antypatię), ale na pewno nie pozostawiają obojętnym.
Szkoda tylko, że proza Deavera nie jest pozbawiona wad, które obniżają ocenę całego zbioru. Suspens to niewątpliwie duża zaleta, gorzej jednak, gdy jest mu podporządkowane cały tekst. W rezultacie część utworów jest „przekombinowana”. Odniosłem wręcz wrażenie, że tak jak w swoich ostatnich powieściach („Mag”, „Zegarmistrz”) autor tak bardzo chce zaskoczyć czytelnika niespodziewaną woltą, że poświęca temu celowi całą logikę i sens opowiadania. Dodatkowo ciągłe stosowanie takiego zabiegu powoduje, że czytający uodparnia się i mało, co jest w stanie go naprawdę zadziwić. Na swoim przykładzie powiem, że na mnie największe wrażenie zrobiło jedno jedyne opowiadanie, gdzie tego elementu suspensu zrobiło.
Irytuje także mała różnorodność utworów – prawie połowa tekstów dotyczy zemsty zdradzonego lub porzuconego współmałżonka. Owszem każde z nich stanowi odrębną historię, ale schemat pozostaje bez zmian. Tak sobie pomyślałem, że jakby wziąć utworu Deavera na serio to połowa morderstw w USA byłaby popełniona przez zawiedzonych mężów i żony.
„Spirale strachu” to klasyczny przykład zbióru opowiadań, w którym można znaleźć lepsze i gorsze teksty. Na szczęście sprawny warsztat pisarski i umiejętnie dawkowane napięcie pozwalają przymknąć oczy na pewne braki logiki czy wręcz niedorzeczności. W rezultacie otrzymujemy sympatyczną książkę mogącą w pełni usatysfakcjonować wszystkich miłośników twórczości Deavera, a także tych, którzy dopiero zaczynają przygodę z tym autorem.

Ocena 6/10

MadMill - 2007-12-29, 20:32
:
Fritz Leiber – „Przez mgły i morza”

Fritz Leiber, autor wielu powieści i opowiadań, laureat nagrody Hugo i Nebuli, popełnił w swojej pisarskiej karierze utwory z gatunku sword and sorcery, czyli magia i miecz. Stał się pionierem tego nurtu fantasy, jak i jednym z pierwszy pisarzy fantastyki. Największą sławę przyniósł mu cykl o Fafrydzie i Szarym Kocurze, krainie Nehwon i osławionym mieście Lankmar.

„Przez mgły i morza” jest trzecim* zbiorem opowiadań wydanym przez Fritza Leibera. Oprócz opowiadań zawiera jedną dodatkową nowelkę/minipowieść. Pierwsze dwa opowiadania nie odbiegają zbytnio od tych zawartych w tomie „Zobaczyć Lankmar i umrzeć”. Ten sam klimat, styl, podobne pomysły i rozwiązania. „Chmura gniewu” to prosta opowiastka o pewnym nadprzyrodzonym zjawisku jakich w Lankmarze pełno. Trochę akcji i napięcia, ale z góry wiadomo, że i tak będzie dobrze. Podobnie rzecz ma się z utworem „Ciężkie czasy w Lankmarze”. Chociaż to opowiadanie było przez fanów i krytykę na zachodzie oceniane jako jedno z najlepszych to powiela schematy poprzednich. W tym opowiadaniu Kocur i Fafryd się rozstają i zaczynają grać w przeciwnych drużynach, Kocur znajduje nowego pracodawcę, za to Fafryd odnajduje ścieżkę duchową, którą chce podążać oddając się nowemu bogu. Zakończenie wydaje się chaotyczne, z brakiem pomysłu na scenę kulminacyjną. Dochodzimy do utworu „Morze, ich pani”, który możemy nazwać epilogiem do opowiadania „Ciężkie czasy w Lankmarze”, a zarazem prologiem do kolejnego opowiadania pt. „Pod nieobecność króla mórz”. To opowiadanie jest najsłabsze z całego zbioru. Autor przenosi nas na morze, Fafryd i Kocur zaczynają zabawę w piractwo, poszukania sławy i skarbów. Znowu mam wrażenie jakby pisarzowi brakło pomysłu na skończenie opowiadania i urywa je w pewnym momencie. „Za rozdrożem” to podobnie jak „Morze, ich pani” taki niby pomost, gdzie autor streszcza nam w paru akapitach wydarzenia które doprowadziły bohaterów do kolejnej przygody. Z jednej strony można uznać to za brak inwencji twórczej i pójście na łatwiznę, z drugiej oszczędzenie czytelnikowi kolejnego opowiadania, które mogło być utworem pisanym na siłę, ale autor jednak nie chce tracić ciągłości historii i opisuje pokrótce wydarzenia, które były w międzyczasie. Zbiór kończy nowelka/minipowieść pt. „Gambit adepta”. W tym powiadaniu autor zaskakuje przeniesieniem swoich bohaterów na Ziemię, miasta Tyr w starożytnej Fenicji**. Pomysł bardzo ciekawy i początek utworu wciąga. Szkoda tylko, że po raz kolejny coś nie wychodzi w czasie rozwoju fabuły. Cały utwór najbardziej cierpi w momencie monologu jednego z bohaterów który opisuje swoje całe życie, staje się to po prostu nudne.

Ciężko jest dzisiejszemu czytelnikowi oceniać ten zbiór opowiadań Fritza Leibera, ponieważ został wydany on prawie 40 lat temu. Realia się zmieniły, mentalności i przyzwyczajenia także. Myślę, że najbardziej traci na tym humor książki, najprawdopodobniej nie zrozumiemy wszystkich ironicznych żartów, czy satyry zawartej w opowiadaniach. Ciągle ważną rzeczą dla autora jest pokazywanie prawdziwej przyjaźni między dwoma głównymi bohaterami. Niemniej jednak Fritz Leiber pokazuje, że w latach 60-tych można było tworzyć coś oryginalnego, nie opartego na elfach i czarodziejach, sam autor posługuję się też bardzo barwnym i poetyckim językiem. Szkoda, że te opowiadania są ciągle takie same, nie ma powiewu świeżości i to jest największym zarzutem dla autora.

6/10

* w Polsce dwie pierwsze księgi(„Swords and Deviltry” i „Swords Against Death”) są złączone w jeden tom pt. „Zobaczyć Lankmar i umrzeć”, dlatego „Przez mgły i morza” jest w Polsce wydany jako tom II
** obecnie w Libanie
Tigana - 2007-12-30, 18:29
:
Ostatnio o twórczości Deana Koontza można było wiele powiedzieć. ale nic dobrego. Jego kolejne książki („Apokalipsa”, „Przepowiednia”) cierpiały na podobną wadę – ciekawy punkt wyjścia,” i słabe, szablonowe rozwiązanie. Do tego należy dodać „papierowych” bohaterów i beznadziejne dialogi. Dlatego po jedną z nowszych powieść Koontza zatytułowaną „Prędkość” podchodziłem z dużą rezerwą.
Jednakże już początek był obiecujący – barowa opowieść o sąsiedzkiej wojnie mile kontrastował z poprzednimi dokonaniami autora. A później jest jeszcze ciekawiej. Pewnego dnia Bill Wiles, barman z małej tawerny, znajduje za wycieraczką swojego samochodu wiadomość: „Jeśli nie przekażesz tego listu policji, zabiję uroczą blond nauczycielkę. Jeśli przekażesz ten list policji, zabiję zamiast tego starszą panią. Masz sześć godzin na podjęcie decyzji”. Początkowo, Bill traktuje ten „list” w kategoriach głupiego dowcipu, ale szybko okazuje się jak bardzo się mylił. Chcąc przeżyć i ocalić życie niewinnych ofiar będzie musiał podjąć walkę.
Czym różni się ta książka Koontza od innych? Po pierwsze koniec z cukierkowatym bohaterem. Wiles to człowiek z przeszłością, na którego życiu kładzie się cieniem dramatyczne dzieciństwo. Owszem jest postacią pozytywną, ale jego postępowanie zawiera w sobie pewną dawkę nieprawości. Przykładowo, chociaż kilkakrotnie może prosić o pomoc policję za każdym razem wybiera działanie na własną rękę, chociaż wie, ze łamie prawo. Koontz zaoszczędził także swoim czytelnikom słodkiej aż do mdłości rodzinki lub grona równie niestrawnych przyjaciół. Postaci, które pojawiają się na kartach „Prędkości” są niejednoznaczne, a motywy ich postępowania dyskusyjne. Jest to szczególnie widoczne w kreacji dwóch policjantów: Lannego Olsona i Johna Palmera. Obaj, pomimo tego, że służą po stronie prawa i porządku nie wahają się złamać przepisów w imię własnego interesu. Na dobrą sprawę jedynie właściciel tawerny Jackie O’Hara swoją mdłością przypomina bohaterów z ostatnich powieści Koontza.
Wierni czytelnicy Koontza nie znajdą także w „Prędkości” tak charakterystycznych dla jego twórczości fragmentów poświęconych opisowi działania czy analizie psychiki czarnego charakteru. Tutaj zło nie manifestuje swojej obecności, pozostaje w ukryciu i jedynie kolejne pozostawiane wiadomości i zwłoki świadczą o tym, że istnieje. Jak dla mnie jest to idealne rozwiązanie. Powód? Takie dogłębne analizowanie psychopatycznych morderców nigdy nie była mocną stroną autora, a tłumaczenie ich intencji bardzo często wywoływało u czytelników uśmiech politowania.
Nienaganny jest również sam warsztat literacki Koontza – książkę czyta się bardzo przyjemnie, jeśli można tak powiedzieć o thrillerze. Liczne zwroty akcji są naprawdę zaskakujące, a zakończenie pozbawione prawdziwego happy endu, dobrze oddaje klimat i atmosferę powieści. Można mieć natomiast zastrzeżenia do samego tempa fabuły – w kilku miejscach akcja widocznie zwalnia a autor raczy nas opisami stanów psychicznych głównego bohatera. Uważam też, że nie do końca został wykorzystany potencjał tkwiący w samym pomyśle – wydaje mi się, że można było z niego wyciągnąć coś więcej niż opowiastka o kolejnym psychopacie.
Podsumowując – jest dobrze, ale do ideału jeszcze daleko. „Prędkość” udawania, że Koontza nie musi być „więźniem schematów”, ale przy odrobinie dobrej woli potrafi napisać ciekawą i oryginalną powieść. Oczywiście do bodajże najlepszej jego powieści „Opiekunowie” jest wciąż daleko, niemniej krok we właściwą stroną został uczyniony.

Ocena 6/10
MadMill - 2008-01-02, 00:29
:
Recenzję dedukuję Brujce i Ari, za to że zagadywały mnie podczas jej pisania przez gdzieś około 2,5 godziny. ;)

Scott Lynch - "Kłamstwa Locke'a Lamory"

Co rusz słyszymy o nowych gwiazdach w filmie, muzyce, sporcie. Obiecujący młodzi ludzie przewijają się na pierwszych stronach gazet i serwisów internetowych, występują w telewizji. Wróży się im wielki, oszałamiające kariery, a następnie... słuch po nich ginie. Takie sytuacje zdarzają się także w literaturze. Największym objawieniem ostatniego roku w fantastyce był podobno Scott Lynch i jego debiutancka powieść pt. „Kłamstwa Locke’a Lamory”.
Bardzo często młodych autorów się przecenia, robi się wokół nich wielki szum medialny, promuje się ich powieści aby trafić do jak największej grupy czytelników, co za tym idzie osiągnąć sukces komercyjny. W wielu przypadkach takie zabiegi nie idą w parze z jakością książek i czytelnicy dostają słabiutką powieść, która miała być arcydziełem. W przypadku Scotta Lyncha sytuacja wygląda podobnie, już w okładki krzyczy do nas wielkimi literami napis „Najgłośniejszy debiut w historii”. Mocne słowa, ale czy poparte w praktyce?

„Kłamstwa Locke’a Lamory” to powieść łotrzykowska. Mamy w niej przedstawione środowisko złodziejskie. Głównym bohaterem jest Locke, najlepszy złodziej w społeczności przestępczej Camorry. Locke zanim został sławny trafił jako sierota pod skrzydła kapłana Perelandra, ojca Łańcucha, który pod przykrywką świątyni szkoli młodych najzdolniejszych przestępców. Sam Locke jest świetnym aktorem i kłamcą, co czyni go najlepszym złodziejem spośród podopiecznych ojca Łańcucha. Jest wspaniały... a czasami wpada w kłopoty i daje prowadzić się za nos jak małe dziecko.
Autor przeplata w powieści dwa wątki. Główną historię w międzyczasie wypełniają zdarzenia z dzieciństwa Locke’a i jego przyjaciół. Mamy opowiedziane w jaki sposób odbywało się ich szkolenie, próby. Jak tworzyła się grupa Niecnych Dżentelmenów, która w przyszłości maiła siać popłoch w skarbcach arystokracji Camorry. Częste skoki w czasie są bardzo ładnie zgrane z głównymi watkami powieści. Każde kolejne interludium tłumaczy wydarzenie, które właśnie toczy się w bieżącej fabule. Zabieg ciekawy i wykonany po mistrzowsku, jedna z największych zalet książki.
Język którym posługuje się Scott Lynch jest z pozoru posty, ale nie jest tak łatwo współgrać humor i zwroty, których używają bohaterowie z całą resztą powieści. Humor nie jest wyszukany, a zwroty są czasami ordynarne i na poziomie niektórych tekstów niesfornych dzieci z podstawówki. Tym większe uznanie dla autora, że potrafił wkomponować je w powieść w taki sposób, że nadał bardzo sympatyczny wydźwięk.
Akcja powieści jest dynamiczna. Autor nie pozwala się czytelnikowi nudzić, co powoduje, że książkę czyta się jednym tchem. Chociaż Scott Lynch zapędził się w połowie książki w kozi róg. Narzucił za duże tempo od początku i w pewnym momencie akcja zwalnia jakby zabrakło płynności. Rekompensuje nam to wszystko sam finał powieści gdzie po prostu nie można się od niej oderwać.
Świat Niecnych Dżentelmenów jest bardzo sprawnie wykreowany przez autora. Wiele ciekawych miejsc i każda ze swoją historią, a wszystko to barwnie przedstawione i zaserwowane w niesamowitym klimacie, który utrzymuje się przez całą historię.

Jak na debiut to powieść prezentuje się naprawdę bardzo dobrze. Za to jako książka rozrywkowa aż wspaniale. Czyta się świetnie, w wielu momentach wybucha się radosnym rechotem, a powieść nie jest przereklamowana co jest chlubnym wyjątkiem w naszych czasach i wszystkie zachwyty poparte są w rzeczywistości i znajdują się na stronach książki. Scott Lynch posiada wszystkie cechy aby stać się wielkim pisarzem, ale czy potwierdzi to swoimi kolejnymi książkami? Przekonamy się już niebawem. Ja na pewno sięgnę po dalsze przygody Locke Lamorry, a wszystkim którzy jeszcze nie czytali radzę czym prędzej zapoznać się z pierwszą jego powieścią.

Jako książka czysto rozrywkowa 9,5/10

Ocena ogólna 8/10
Ł - 2008-01-03, 11:51
:
Lód wypływa na wierzch.
I nie inaczej jest z Dukajowskim Lodem. Na poziomie (wody ; )) polskiej fantastyki zdecydowanie "Lód" wyróżnia się z paru powodów. Głównym będzie to że Lód jest ostatnim więc najbardziej dojrzałym dziełem tego nieprzeciętnego pisarza, i w sposób najpełniejszy realizuje jego pomysły i postulaty. Pomysły swoje,nie nowe ale progresywnie rozbudowywane. Lód kontynuuje tutaj to z czym mieliśmy do czynienia "Innych Pieśni" (Perfekcyjna niedoskonałość powstała przed IP, została wydana później), widać dużą zbieżność jeśli chodzi o koncept świata i linię fabularną - różnica jest podstawowa - wszystkiego jest więcej! Więcej postaci, dłuższe motywy (aczkolwiek niektóre łudząco podobne, wystarczy że latającą świnie zamienimy na ekspres transyberyjski), więcej odniesień, większa zagęszczenie idei/na kartkę papieru. Dukaj sam wielokrotnie pisze że sam się rozwija i ten progres jest namacalny na tyle na ile możemy porównać Lód do wszystkiego wcześniej.

Lód ma uporządkowaną krystaliczną strukturę
I jak zawsze jeśli chodzi o solidne hard sf podstawowy pomysł (konflikt logiki klasycznej z logikami dwuwartościowymi) jest przez autora niczym przez pryzmat rozbijany na różne pola naszej egzystencji - fizykę, psychikę, politykę... Sam świat jest naukowo spójny aczkolwiek wydaje mi się że wykryłem pewną niekonsekwencje na polu metereologicznym ; ) ale jestem ostrożny w takich słowach bo już dwa razy podczas lektury lodu wydawało mi się ze coś jest niespójne a jednak okazywało się mieć sens, bądź pozostawać wcale nie takie oczywiście-niespójne jak myślałem.
Wyliczankę kolejnych pół aktywności science-fiction Dukaja w Lodzie sobie darujemy bo zabrałoby się tego, a trzeba wspomnieć o najważniejszym - filozofii historii. Sam autor wspomina w wywiadach że jest to prawdopodobnie pierwsze tego typu dzieło na świecie i nie zaprzeczę bo choć wiele było książek o manipulowanie czasem i konsekwencjach z tego płynących to koncentrowały się one bardziej na paradoksach fizycznych czy pokazaniu efektu motyla ale nie na tej głębszej warstwie pytań o przyczynowość i sens historii. Czytając Lód mamy gwarant że nie będziemy mieli dejavu jeśli chodzi o główny wątek.
Również język nie wyłamuje się z schematu spójności Lodu - jest on stylizowany na początek wielu to jest często zdarza się stara pisownia jeszcze sprzed reform gramatyki, dużo rusycyzmów. Często całe zdania padają w różnych językach - taka epoka. Żeby nie rozwodzić się później nad warsztatem językowym to pozachwycam się nim teraz - mistrzowska klasa. Sugestywność wyższego rzędu - przykładowo opis obrzydzenia Gierosłwskiego powietrzem kamienicy z 3 strony powieści. Monumentalnośc i epickość niektórych scen przewyższająca to co zostało zaprezentowane w Katedrze - oczy robią się jak spodki filiżanek czaju a ziereńcu latają jak piłeczki pingpongowe.

Lód powiększa swoją obojętność.
Dzieje się tak moim zdaniem z jednego powodu - otóż autor przyjął tylko wyłączną narracje pierwszoplanową głównego bohatera, w związku z czym żeby pokazać to co pokazano, Gierosławski musi osobiście poczłapać i osobiście porozmawiać. Implikuje to tym że czasami mamy wrażenie że ksiązka jest trochę przegadana/przechodzona. Osobnie należy spojrzeć na rozmowy - w Lodzie Dukaj większość tez wykłada nam jak Platon - w dialogach. Niestety czasami dialog zamienia się w tyrady gdzie jeden myślnik trwa półtorej strony. Lubię dyskutować i jak żyje nie widziałem jeszcze żeby ktoś mógł tyle gadać bez jakiegoś wcięcia się, prośby o doprecyzowanie, uwagi z boku i tak dalej i tak dalej... no chyba że mamy do czynienia z wykładem. I to jest minus dialogów w Lodzie, na szczęście to że same tyrady są często ciekawe i płyniemy z nimi w jakiś sposób nam to rekompensuje. Ty nie mniej uważam że można by lód skrócić o jakieś 5% bez szkody dla książki wycinając część człapania i gadania. Szczególnie chodzi mi o specyficzną część czwartą gdzie najbardziej wytraca się dynamika.

Lód skrzy się.
Od czego się skrzy? Od aluzyj wszelkich, różnych, kwadratowych i podłużnych. Dużo odniesień mamy do literatury polskiej np, bezpośrednie krótkie sytuacyjne do 'Wesela' czy 'Ogniem i Mieczem'. Jest też sporo niebezpośrednich ale oczywistych - np. scena szewców rozprawiających barwnym językiem o rewolucji, co budzi raczej bezdyskusyjne skojarzenia z sztuką Witkacego (w świecie Lodu jeszcze nie powstała), czy już naprawdę bardzo subtelne odwołania do Gombrowicza. Wydaje mi się że Dukaj wykazuje się sporą autoironią w wielu miejscach - w pewnym dialogu barwną kwestie postaci porównującą świat do zegara druga postać kwituje w ten sposób "pan Inżynier oszczędzi nam tych poezyj indjustralnych", co daje do myślenia dla tych którzy widzieli okładkę i opisy w Perfekcyjnej Niedoskonałości. ; ) Również opis pisarza Lewera, któremu znajomy po fachu "podkrada temat" to nawiązania do reali polskiej fantastyki, miga mi taka sytuacja że swego czasu ktoś żalił się na Dukaja że wyprzedził go z tematem/pomysłem. ; ) Lód to prawdziwa kopalnia odkrywkowa tego typu rzeczy – bez narzucania się czytelnikowi i robienia z niego idioty typu „ja wiem - ty nie”.

To właściwie nie jest recenzja z dwóch powodów - sądzę że niemożliwym jest napisać recenzje tej ksiązki po pierwszym przeczytaniu. Wiem że po Lód sięgnę za pół roku w wakacje żeby zweryfikować część swoich tez [dlatego to co napisałem jest niezobowiązujące! ; )] a po drugie to trzeba zaznaczyć że nie trudno objąc recenzją tak wielki monolit jakim jest Lód. Recenzje jakie czytałem najczęściej koncentrują się na danym wątku pojedyńczy wątku Lodu; recenzja całościowa musiałby być chyba proporcjonalnie długa do wielkości książki żeby rzetelnie o wszystkim napisać. Mam świadomośc że tym krótkim tekściem trochę krzywdze książke dlatego ograniczę się do poziomu ogołów – najlepsza książka roku, zaryzykować można że jedna z najlepszych w polskiej fantastyce. Jeszcze krócej? Lód wchodzi jak woda.
batou - 2008-01-05, 14:19
:
Jarosław Grzędowicz - Pan Lodowego Ogrodu

Tom I

Dawno nie spotkałem się z książką polskiego autora, która zbierałaby w zasadzie same dobre recenzje i którą polecałby mi każdy kto ją przeczytał. Wystarczająco zachęcające to dla mnie, więc czemu nie?

Wciągnęło mnie już po pierwszych kilkudziesięciu stronach. Spodobał się sam pomysł na historię, a potem wszystko nabrało rozpędu i ciężko było się oderwać.
Czyta się to szybko, lekko i przyjemnie. Nie jest to ani traktat filozoficzny w fantastycznym opakowaniu, ani tania masówka dla naiwnych. To coś pośrodku, po prostu kawał dobrej literatury w zasadzie dla każdego.

Powieść balansuje na granicy sci-fi z fantasy, a Grzędowicz trochę bawi się konwencjami. Złośliwi powiedzieliby, że ułatwia sobie życie pakując magię tam gdzie mu pomysłu brakuję, ale to tylko po części prawda. Mamy za to trochę kopiowania sprawdzonych wzorców. Czytając „Pana Lodowego Ogrodu” łapałem się wiele razy na takim czytelniczym deja vu. Trochę z Le Guin, trochę z Tolkiena i w pewnym momencie duuuużo z „Piaseczników” Martina.

O podwójnej narracji już wspominano i mnie też się to podobało. To jedna z dwóch rzeczy, które sprawiły, że książkę czytało mi się tak dobrze. Druga to przeplatanie dwóch opowiadanych tu historii. Reguła rządząca tymi zmianami narracji chyba jednak jakaś jest. Grzędowicz przeskakuje na narrację trzecioosobową zwykle po jednym zdaniu: „Aktywuję cyfrala”. Wydaje mi się, że ten zabieg miał na celu przede wszystkim pokazanie tego co się dzieje z Vuko po włączeniu „dopalacza”.

Historia Młodego Tygrysa w pierwszym tomie jest równie wciągająca jak misja Drakkainena. Chociaż ciekawe jak bym to oceniał gdyby nie te piaseczniki.

Warto. Recenzenci i czytelnicy się nie mylili, książka jest naprawdę świetna i trochę odbudowuje we mnie wiarę w nienajgorszą kondycję naszej fantastyki. Święta z Grzędowiczem były dla mnie bardziej znośne.

Moja ocena: 8/10

Tom II

Drugi tom „Pana Lodowego Ogrodu” zacząłem czytać od razu po pierwszym. Gdybym musiał czekać jak inni i przeklinać Fabrykę Słów… Nie, nie wyobrażam sobie tego.

Nie będzie chyba zbrodnią zdradzenie jednej rzeczy. Historia Vuko nie kończy się, ale ma ciąg dalszy i w drugim tomie znów mamy przeplatankę losów Tygrysa i Drakkainena. Z tym, że tutaj Tygrys moim zdaniem góruje.

Zauważalny od pierwszych stron jest zwrot w stronę magii. Grzędowicz chyba definitywnie zrzucił techniczną skorupę z Drakkainena czego najlepszym przykładem jest cyfral. Średnio mi się to podoba, bo takie balansowanie między sci-fi i fantasy było siłą pierwszego tomu, a to co zrobił autor zmienia klimat jednocześnie, praktycznie bez wpływu na losy głównego bohatera.

Między innymi z tego powodu (chociaż nie tylko) zdecydowanie bardziej podobały mi się rozdziały opisujące losy Tygrysa. Tutaj nie ma się do czego przyczepić i tak, jak w pierwszym tomie pochłaniało mnie jego dorastanie na dworze cesarza i szkolenie na jego następcę, tak w drugim równie mocno przykuwa do książki historia jego wygnania. Świetnie się czyta te rozdziały.
Losy Vuko to już inna bajka. Mnie osobiście trochę rozczarowała ta część książki. Tak na dobrą sprawę niewiele się tu dzieje i na koniec pozostajemy właściwie w punkcie wyjścia. Ale zakończenie pozwala na ostrożną nadzieję na pozytywne zmiany.

Tom drugi to jednak lekkie obniżenie poziomu. Nadal jest to bardzo dobra książka dająca dużo frajdy i wciągająca na długie godziny, ale dla mnie nierówna. Historia na pewno będzie miała swój dalszy ciąg w kolejnym tomie, który na pewno przeczytam jak tylko wpadnie mi w łapy.

Moja ocena: 7/10
Maeg - 2008-01-08, 11:38
:
Gwiezdny Pył, Neil Gaiman

Jakiś czas temu o Gwiezdnym Pyle Gaimana zrobiło się głośno, a powodem była ekranizacja tej powieści. Mam w planach obejrzeć ów film a, że zawsze chcę przeczytać wpierw książkę to sięgnąłem po tą pozycję. Dodatkowo rozpocząłem ostatnio przygodę z twórczością Gaimana, więc pomysł wydał mi się tym bardziej godny zrealizowania. Po Amerykańskich Bogach do Gwiezdnego… podchodziłem z dużym entuzjazmem a recenzje mimo, że nie do końca zachwalające to i tak podniosły oczekiwania.

Miało być lekko, przyjemnie i baśniowo. Było na pewno baśniowo, zaś przyjemności z czytania nie było. Książka mnie znudziła, nic w historii Tristran Thorna mnie nie zainteresowało, nic nie urzekło. Jego przygody w Krainie Czarów wydały mi się nudne a te które choć trochę mnie zainteresowały były nudno opowiedziane. Widocznie miałem zbyt wysokie wymagania, które nijak nie współgrały z książką. Stąd zapewne moje tak duże rozczarowanie Gwiezdnym Pyłem. Musiałem na jakiś czas przerwać czytanie, inaczej chyba rzucił bym książkę w kąt i już nigdy do niej nie wrócił.

Historia którą opowiada nam Gaiman też nie jest czymś odkrywczym. Ot młody chłopak obiecał coś młodej dziewczynie, a to wszystko z miłości. Zaś spełnić swoją obietnice mógł w Krainie Czarów. Los chciał, że to czego on szuka jest także porządne przez innych i tutaj zaczyna się przygoda. Ot historia jakich wiele a sama baśniowa konwencja nie czyni z tej książki niczego wybitnego. Ot taka sobie książka, Gaimana na pewno stać na więcej.

Mam kłopot z jednoznaczną oceną tej pozycji. Zdaje sobie sprawę, że miałem jeszcze przed samą lektura zbyt duże wymagania od Gwiezdnego Pyłu i moja ocena jest zbyt ostra. Jeśli ktoś lubi baśniowe klimaty i nie cieszy się jak małe dziecko na samą myśl o tym, że może przeczytać GP to niech sięgnie po nią, pozostałym proponuje wpierw zimny prysznic, stłumienie swoich oczekiwań w innym wypadku rozczarowanie bardzo prawdopodobne. Dla mnie ostatnią szansą będzie jeszcze obejrzenie filmu, może on poprawi moją opinie o tej historii.
andy - 2008-01-08, 15:10
:
Maeg napisał/a:
Dla mnie ostatnią szansą będzie jeszcze obejrzenie filmu, może on poprawi moją opinie o tej historii.

Nie sądzę, dość dobrzez zrobiony, ale w sumie zawiera to o czym pisałeś. Raczej dla nastoletniego widza/czytelnika
Maeg - 2008-01-09, 01:08
:
andy napisał/a:

Nie sądzę, dość dobrzez zrobiony, ale w sumie zawiera to o czym pisałeś. Raczej dla nastoletniego widza/czytelnika


A ja lubię takie filmy. ;) Książki już nie bardzo.

----

Ostatnie promienie słońca, Guy Gavriel Kay

Na półce czekały na mnie dwie książki Kaya. Lwy Al-Rassanu i właśnie Ostatnie promienie słońca. Chciałem ponownie zagłębić się w świat wykreowany przez autora Tigany. Dylemat którą pozycje wybrać, rozwiązała lektura opisów z tylnej okładki ksiązki. Tematyka OPS bardziej podziałała na moją wyobraźnie i mimo tego, że zostałem ostrzeżony o tym, że jest to słaba pozycja, wybór padł właśnie na nią. Nie zostało nic innego jak zacząć lekturę i skonfrontować swoje oczekiwania z rzeczywistością.

Kay przenosi nas w świat podobny do IX wiecznej Europy, za czasów panowania Alfreda Wielkiego. Akcja powieści toczy się głównie w krainie podobnej do Brytanii oraz na terenach Skandynawii opanowanych przez Wikigów. Zamiast Anglosasów mamy Anglcynów, Walijczyków zastąpili Cyngaelowie a Wikingów Erlingowie. To co odróżnia świat wykreowany przez Kay od tego znanego nam z podręczników do historii, to elementy świata magicznego. Pojawiają się takie istoty jak spruaugh czy Elfeny.

Początek czytelniczej przygody z Ostatnimi promieniami słońca zapowiadał się dobrze. Książkę czyta się przyjemnie i lekko. Strona za stroną aż tu nagle sto stron za mną, a za chwilę już dwieście, tempo czytania zaskoczyło mnie. Jednak po jakimś czasie zdałem sobie sprawę, że nie jestem wstanie nic powiedzieć o tej pozycji poza tym, że dobrze się ją czyta. Ani tak naprawdę nie wciąga, nie zmusza do myślenia. Nic, po prostu się ją czyta.

Najgorsze dla mnie okazało się to, że część motywów i kwestii poruszanych przez Kay znalazły się wcześniej w Tiganie. Wtórność kilka razy przychodziła mi na myśl. Odniosłem wrażenie jakby autor wziął stare motywy i zmienił opakowanie. Do tego niestety dochodzą nudni bohaterowie, tacy trochę sztuczni. Zaś sama akcja mało zaskakująca, przewidywalna aż do bólu. Potwierdził się także moja teza, że Kay nie potrafi opisywać bitew, potyczek. Brak dynamiki w opisach tych zdarzeń, dzieją się bo muszą.

Ostatnie promienie słońca jest nie ma co ukrywać słabą książką. Minusów jest o wiele więcej niż plusów. Ratuje ją trochę świat nadprzyrodzony oraz lekkość z jaką została napisana (a może przetłumaczona?). Może gdybym wpierw przeczytał OPS a później Tiganę inaczej odebrał bym tą powieść. Możliwe, ale wątpliwe. Teraz będę z dużym dystansem podchodził do Lwów Al-Rassanu, kolejne rozczarowanie może skończyć się zniechęceniem do twórczości Kaya.
ajsber - 2008-01-09, 21:25
:
Maeg napisał/a:
Ostatnie promienie słońca jest nie ma co ukrywać słabą książką. Minusów jest o wiele więcej niż plusów

Mam dokładnie odwrotne wrażenia po przeczytaniu tej książki, dlatego też, dla równowagi, dorzucam moją reckę, która była już tu i ówdzie publikowana :

Oto kolejna książka ze znanego już Uniwersum, w którym słoneczny dysk Dżada zaczyna dominować w duszach mieszkańców „Europy”.
Po Konstantynopolu zobrazowanym w Sarantyńskiej Mozaice i Hiszpanii pokazanej w „Lwach Al. – Rassanu” przenosimy się jeszcze bardziej na północ , na Wyspy Brytyjskie, gdzie ścierają się wpływy trzech konkurujących narodów : Anglosasów ( Anglcynów), Celtów – Walijczyków ( Cyngaelów) i Wikingów (Erlingów).
Jednak moim celem nie jest opisywanie rodowych waśni, walk, mordów czy najazdów bo pięknie to wszystko podane jest w książce. Nie chce pisać o politycznych zawiłościach bo nie to wydaje mi się w „Ostatnich Promieniach Słońca” najważniejsze.

Po lekturze tej powieści po raz kolejny uzmysłowiłem sobie, że Kay oprócz chyba najświetniej rozwiniętej umiejętności operowania nastrojem, doskonałego warsztatu i pięknego, rozpoznawalnego stylu, posiada cos jeszcze co się za wszystkimi tymi przymiotami kryje.
Otóż, Kay jest malarzem. To nie pomyłka.
Kay maluje pędzlem swego pióra sceny, które cyzeluje trafnie dobranymi słowami, dopieszcza delikatnymi pociągnięciami suspensu, koryguje zmienną perspektywą, rozjaśnia lub mroczy światłocieniem detali i używa barw nastroju stosując z maestrią całą ich paletę.
W tych swobodnie pojawiających się na kartach powieści scenach nie ma pustych miejsc, wszystko ma znaczenie i po pochłonięciu jednego obrazu mamy chwilę czasu na przejście do kolejnego mistrzowskiego płótna, rzucamy okiem na ramę i wypuszczamy z płuc powietrze, które nie wiadomo jak długo zatrzymywaliśmy z przejęcia.
Spotkałem się z opiniami, iż „Ostanie….” to najsłabsza książka Kay`a.
Nie sądzę.
Uważam ją za równie dobrą jak wszystkie poprzednie, a nawet lepszą niż „Lwy Al. – Rassanu”.
Nie przeszkadza mi, że nie sposób identyfikować się z którymkolwiek z bohaterów, nie przeszkadza mi spokój, smutek i nostalgia, które się czuje ( IMHO, tylko „Fionawarski Gobelin” był smutniejszy ) przez cały czas, nie przeszkadza mi gdy jeden czy drugi motyw pokazywany jest po raz kolejny ( bo jakże wspaniale jest to zrobione ).
„Ostanie Promienie Słońca” to książka o pewnych rozstaniach, co jest pozornie nieuchwytne dla bohaterów powieści, ale przecież czują oni, że coś się kończy i coś się zaczyna równocześnie. Kończy się świat opisywany w przełomowym momencie, umiera jedna kultura, na podwalinach której powstaje nowa jakość.
To jednak nie wszystko. Wraz z odchodzącymi w zapomnienie wierzeniami, znikającymi elfenami i nastrojem rodem z Króla Olch uświadamiamy sobie, że każdy przeżyty dzień jest końcem czegoś i nawet najdrobniejsze decyzje, rzucony kamień, przydeptane źdźbło czy słowa powiedziane w inny sposób mogą spowodować ( i tak też się dzieje ), że następny dzień, rok czy stulecie będzie zupełnie inne niż to co jeszcze dziś dobrze znamy.
Prawdopodobnie ten właśnie nastrój zadumy i wyciszenia, mimo rozlicznych momentów przemocy, krwi i walki, powoduje, że nie każdy oceni tę książkę tak wysoko jak poprzednie.
Tak właśnie ma być.
„Ostatnie Promienie Słońca” to także ( chyba ) pożegnanie autora ze światem, w którym tak dobrze się czuliśmy i tak dobrze znaliśmy, że oczekiwaliśmy przez cały czas tego samego.
A nic nie jest nigdy takie samo.
Dla wszystkich i dla wszystkiego błysną kiedyś zza chmur ostanie promienie słońca; pozostaje tylko w porę je dostrzec………


Moja ocena : -6/6
Tigana - 2008-01-14, 23:37
:
Już dawno nic mnie tak bardzo nie zaskoczyło jak pojawienie się w księgarniach „Rycerza kielichów” Jacka Piekary. Książka ta od tak dawna „wisiała” w zapowiedziach „Runy”, że już zwątpiłem w jej istnienie. Tym bardziej, że sam autor zagadywany o datę wydania najczęściej udzielał wymijających odpowiedzi lub wręcz zbywał pytającego. I nagle niczym grom z jasnego nieba w nowej, krzykliwej okładce „Rycerz kielichów” nadjechał.
Książka Piekary wpisuje się w szereg powieści opartych na schemacie znanym z „Jankesa na dworze króla Artura" Marka Twaina. Oto Bezimienny Główny Bohater (BGB) z naszego świata podczas snu przenosi się do magicznej krainy, gdzie wciela się w postać legendarnego herosa zwanego Lanne Lloch l’Annah. I jak typowemu bohaterowi sztampowej fantasy przystało przyjdzie mu tutaj przetrzepać skórę Złu, a także wypełnić po drodze drobne questy. Zasadniczo nie mam nic przeciwko schematom fabularnym – bądź co bądź prawie cała literatura fantasy opiera się 3-4 standardowych motywach z małymi modyfikacjami. Niestety tym razem schemat zawodzi, a z nim cała książka.
Mój podstawowy zarzut brzmi: „Książka nie wnosi nic nowego do gatunku”. W powieści brakuje bowiem świeżych pomysłów, czegoś co odróżniało by „Rycerza kielichów” od innych pozycji fantasy. Klasyczny bohater, klasyczne przygody, klasyczne zakończenie. Nihil novi sub sole jak rzekliby Rzymianie. Najmniej oklepany wydaje się być sam pomysł na przenoszenie się do NeverneverLandu jedynie na okres snu, chociaż z drugiej strony zbliżony zabieg mieliśmy u Stephena Donaldsona („Kroniki Tomasza Convenenta” )czy Grahama Mastertona (cykl „Wojownicy Snów”) Sama akcja rozwija się dosyć powoli, a czytelnik nie ma co liczyć na jakieś zbytnie atrakcje. Lanne Lloch l’Annah porusza się po magicznej krainie dosyć ospale – tu stoczy jakiś pojedynek, tam z kimś porozmawia. Nawet opis decydującej bitwy wyszedł „letni” – odnosi się wręcz wrażenie, że autorowi wcale nie chciało się jej opisywać.
Jacek Piekara już w cyklu o Mordimerze Maderrdin zasłynął jako mistrz niedomówień (tzn. czytelnik sporą liczbę rzeczy musiał sobie sam dopowiedzieć), ale tutaj przechodzi samego siebie. Nie dowiadujemy się ani dlaczego BGB wcielił się w mityczną postać, ani kto w naszym świecie pragnie mu zaszkodzić. Podobnie jest z tajemniczą Anną, która wydaje się być osobą o olbrzymiej wiedzy i mogącą wyjaśnić większość zagadek. Niestety, niczym w kiepskich kryminałach, Anna woli milczeć, lub ewentualnie rzucać od czasu do czasu niejasnymi aluzjami. No bo po co tłumaczyć – inteligentny czytelnik sobie poradzi. Zapomnijmy również choćby o słowie wyjaśnienia na temat samego pochodzenia czy czynów Lanne Lloch l’Annaha. Autor cały czas pisze, że to wielki heros i to musi wystarczyć.
Zresztą sama postać BGB bardziej irytuje niż intryguje. Po „naszej stronie” jest to typowy macho, który myśli jedynie o zaciągnięciu do łóżka kolejnej kobiety, aby w świecie magii przeistoczyć się w szlachetnego do granic absurdu bohatera. Wspaniałomyślnie przebacza on winy wszystkim swoim wrogom, a co drugie słowo jego trąci banałem. Szczególnie niezjadliwa jest mowa wygłaszana do wojska przed finałową bitwą. Słychać w niej dalekie echa „Gladiatora”, a patosem przebija nawet przemówienie prezydenta USA z „Dnia Niepodległości”.
Równie nieciekawie prezentują się inne postaci, które sprawiają wrażenie manekinów, a nie ludzi w krwi i kości. Inna sprawa, że autor nie daje im szansy na odegranie większej roli w powieści – każdej z nich jest przypisana jedna funkcja (zdrajca, lojalny przyjaciel, kochanka) i nic więcej. Najgorsze jest jednak to, że nawet w tych rolach są nieprzekonywający, a motywy ich postępowania słabo uzasadnione. Gdzie podziały się świetnie skonstruowane postaci drugoplanowe wnoszące takie ożywienie w cyklu książek o Mordimerze Madderdin?
Zawiodą się także miłośnicy dotychczasowego stylu pisarza. W „Rycerzu kielichów” na próżno można szukać pełnych ironii, dosadnych dialogów, czarnego humoru czy mrocznego klimatu. Na dobrą sprawę powieść ratuje jedynie to, że autor wciąż potrafi świetnie posługiwać się piórem, co powoduje, że książkę czyta się lekko, miło i przyjemnie. Pytanie tylko, czy po książkach Jacka Piekary nie należałoby oczekiwać dużo więcej?
Od czasu do czasu Piekara mruga do czytelnika, chcąc zabawić go jakaś aluzją czy podtekstem – niestety nie ma w tym za grosz wyrafinowania. Jeśli więc BGB posługuje się magiczną talią kart do szybkiego przemieszczenia się z miejsca na miejsce to musi być napisać, że podobna rzecz ma miejsce w „Amberze” Zelaznego. A gdy jedna z postaci używa w dialogu fragmentu utworu Zbigniewa Herberta„Tren Fortynbrasa” to można mieć pewność, ze zaraz padnie nazwisko autora wiersza. Gdzie tu finezja?

Nie będę ukrywał, że dla mnie „Rycerz kielichów” to jedno z największych rozczarowań ubiegłego roku. Zamiast interesującej i wciągającej opowieści otrzymaliśmy nudnawą książkę, okraszoną na dodatek mało ciekawym bohaterem, którego losy są nam obojętne. Cóż, można mieć tylko nadzieję, ze jest to klasyczny „wypadek przy pracy”, a autor pokaże swój lwi pazur w „Czarnej zarazie”. Obyśmy tylko nie musieli na nią czekać zbyt długo.
Ocena 4/10

Tigana - 2008-01-16, 22:15
:
„Każdy duży hotel ma swojego ducha. Dlaczego?
No bo ludzie przyjeżdżają i odjeżdżają”
Stephen King

„Lśnienie” jest powszechnie uważane nie tylko za jedną z najwybitniejszych powieści autorstwa Stephena Kinga, ale także za arcydzieło horroru. Biorąc tę książkę do ręki czytelnik oczekuje, więc spotkania z książką wybitną – czy słusznie? Zdecydowanie tak.
Na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z klasyczną opowieścią o nawiedzonym dom. W „Lśnieniu” rolę tą odgrywa, położony wysoko w górach hotel „Panorama”. Przyjeżdża do niego Jack Torrance niespełniony pisarz borykający się z problemem alkoholowym z żoną i synem. Zatrudniony do opieki nad hotelem w okresie zimowym Jack pragnie poświęcić cały wolny czas na napisanie dzieła swojego życia. Niestety, pogrążony w niemocy twórczej coraz częściej sięga po kieliszek. Zmienia się jego zachowanie, ale przemianie ulega także hotel. Gasną światła, słychać tajemnicze odgłosy, czuje się obecność kogoś obcego.
I w tym momencie rodzi się pytanie, czym zostały spowodowane te zmiany. Czy to „Panorama” oddziałowuje na Jacka czy może on sam na hotel? A może ma to związek z „jasnością” tajemniczym darem, którym obdarzony jest jego kilkuletni syn, Danny? Być może to właśnie on obudził drzemiące w budynku siły, stając się ich nieświadomym katalizatorem. A jeśli tak naprawdę tych duchów nie ma? Co jeśli mamy do czynienia z alkoholowymi wizjami Jacka lub wytworami nadmiernie wrażliwego chłopca? Wtedy „Lśnienie” przeistoczy się z horroru w frapującą powieść psychologiczną sięgającą w głąb ludzkiej psychiki.
Trzy postaci – trzy postawy. Jack to alter ego Kinga z okresu jego choroby alkoholowej. Niespełniony pisarz, który pod wpływem alkoholu staje się bestią. Nałóg to sposób ucieczki przed problemami, niezrozumieniem, własną słabością, ale i ścieżka do samo destrukcji. Początkowo Jack próbuje walczyć, ale szybko się poddaje, wybiera mroczną stronę osobowości. Wendy – żona, a zarazem ofiara męża, która wciąż podświadomie tkwi w toksycznym związku z własną matką. Przyjazd do hotelu miał być próbą uratowania małżeństwa, tymczasem stał się początkiem jego końca. Początkowo Wendy ma nadzieje, że wszystko się ułoży i dlatego ignoruje, wypiera z pamięci pierwsze symptomy obłędu Jacka. Wmawia sobie, że nie czuje od męża zapachu alkoholu, a napady furii tłumaczy chwilową niedyspozycją. W końcu Danny - dziecko, które rozumie więcej niż daje po sobie poznać. Obdarzony darem „jasności”, będącym połączeniem telepatii i jasnowidzenia, jest jedyną osobą, która tak naprawdę zdaje sobie sprawę z drzemiącego w hotelu zła. Wyczuwa je i boi się.
Pusty hotel pełen pokoi, korytarzy, piwnic i wspomnień po gościach. Wydaje się ogromny, ale poczucie klaustrofobii jest wszechogarniające. Dodatkowo potęguje je śnieg, który odcina możliwość ucieczki - „Panorama” staje się więzieniem. Ten klimat jest wyczuwalny, wręcz namacalny. Przemierzając wraz z bohaterami powieści opustoszały budynek czujemy, że hotel żyje. Każdy z gości pozostawił, bowiem tutaj jakąś cząstkę siebie – uczucia, emocje czasami życie. To one przez lata „nasączyły” hotel nadając mu własną jaźń, osobowość. W książce „Seans z wampirem” Andrzej Kołodyński opisując ekranizacje powieści używa bardzo ciekawej (i trafnej) metafory porównując nawiedzony hotel do Labiryntu, a opętanego Jacka do Minotaura. W decydującym momencie nie zabraknie również Tezeusza, a „jasność” odegra rolę nici Ariadny. Zresztą, moim zdaniem, powieść Kinga wiele zawdzięcza dziełu Stanleya Kubricka. To właśnie dzięki temu filmowi, a przede wszystkim demonicznej kreacji Jacka Nicholsona „Lśnienie” jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych horrorów na świecie.
Często można spotkać się z opinią, że powieści grozy czy horrory to literatura niższego rzędu. Tymczasem utwór Kinga, chyba jak żaden inny, zadaje kłam temu stwierdzenia. Rozbudowane portrety psychologicznie postaci, ciągłe napięcie oraz atmosfera strachu i zagrożenia powodują, że „Lśnienie” na długo pozostaje w pamięci czytelnika. Jeśli więc jeszcze nie mieliście okazji do zapoznania się z tą książką to zachęcam do przekroczenia wrót hotelu „Panorama”. Tylko pamiętajcie, ze robicie to na własne ryzyko.

Ocena 10 / 10.

Tigana - 2008-01-20, 00:41
:
Antologia „Kochali się, że strach” to już kolejny zbiór opowiadań, który w ostatnim czasie pojawił się w naszych księgarniach. Jednak w odróżnieniu od „A.D. XIII” czy „Księgi strachu” tym razem otrzymaliśmy książkę składająca się z utworów debiutujących autorów. Jest to, jak podejrzewam, spowodowane boomem na rodzimą fantastykę, któremu nie są w stanie sprostać znani twórcy – w przepastnych szufladach biurka zaczyna już brakować starych tekstów, a na nowe trzeba poczekać. Stąd ten pomysł na przejrzenie zaplecza polskiej fantastyki i kto wie, wylansowania nowych gwiazd?
Debiutantów łączą 3 rzeczy: tematyka opowiadań – różne aspekty miłości; młody wiek oraz staż w „fahrenheitowskich” ZakuŻonych Warsztatach. To właśnie tam, pod okiem profesjonalistów, szlifowali swoje teksty, zbierając pierwsze pochwały i baty. Z czasem kilku z nich udało się zamieścić swoje opowiadania w „SFFiH” lub „Magazynie Fantastycznym”, a Aleksandrze Janus nawet wydać powieść „Dom Wschodzącego Słońca" – niemniej dla większości „Kochali się, że strach” to książkowy debiut.
Antologia składa się z trzynastu różnorodnych utworów. Warto zwrócić uwagę na to, jak rozkłada się podział gatunkowy: mamy trzy opowiadania grozy, cztery fantasy oraz sześć, które można zaliczyć do science-fiction. Jest to o tyle ciekawe, że nowe, polskie książki z gatunku s-f można policzyć na palcach jednej reki. Czyżby szły lepsze czasy? Oby.
Prezentowane w zbiorze opowiadania przedstawiają różny poziom – kilka z nich: „Głóg” Daniela Grepsa, „Na końcu świata” Andrzeja Sawickiego czy „Serca na dłoni” Pawła Grochowalskiego są stosunkowo krótkie i tak naprawdę trudno jednoznacznie ocenić potencjał autorów. Z kolei „Tylko mnie kochaj” Wiktorii Semrau czy „A imię jej Grace” Aleksandry Zielińskiej to wariacje na znane tematy i w ich wypadku do podziwiania zostaje jedynie warsztat pisarski.
Przyjemne wrażenie pozostawiają trzy opowiadania fantasy „Imponderabilia” autorstwa Aleksandry Janusz, „Wielkie, magiczne… hm…”Konrada Romańczuka i „Cała prawda o PPM” Martyny Raduchowskiej. Wszystkie te utwory łączy lekkość pióra, spora dawka humoru, a także miłosne perypetie bohaterów. Dodatkowo zostały one wzbogacone o mniej lub bardziej oryginalny pomysł: małego demona szukającego żony dla maga, kopulujące (dosłownie) budynki czy tytułowy PPM. W efekcie otrzymujemy miłą, bezpretensjonalną lekturę.
Rozczarował mnie natomiast „Detox” Karola Makawczyka – utwór niejasny, napisany przyciężkawym stylem, szczególnie te partie, które przybierają formę monologu. Także „Wielbłądy za Annę”, historia wiecznego studenta, który zapałał miłością do siostry genialnego naukowca, nie wywarł na mnie większego wrażenia – czegoś mi w tym opowiadaniu brakowało. Iskry prawdziwego szaleństwa?

Gdyby rozdawano medale za opowiadani, to moim zdaniem na podium powinny stanąć trzy utwory: „Fantastyczna miłość” Karoliny Majcher, „Miód z moich żył” Rafała W. Orkana oraz „Dożywocie” Marty Kisiel. Ktoś zarzuci im brak oryginalności, ale zapewniam, że każde z nich ma w sobie to coś, które nie pozwala o nich długo zapomnieć. W wypadku opowiadania Orkana to przede wszystkim ciekawie skonstruowany świat, zamieszkany przez niebanalne postaci. Może i puenta, iż szukamy daleko tego, co tak naprawdę jest na wyciągniecie ręki wyda się banalna, ale w tym utworze idealnie wkomponowuje się w całość. „Dożywocie” broni się przede wszystkim ciepłym humorem i przewspaniałą kreacją uczulonego na pierze anioła o wdzięcznym imieniu Licho. Mam tylko nadzieje, że autorka nie zarzuci pomysłu i jeszcze nie raz będziemy mogli odwiedzić Lichotkę i jej niesamowitych mieszkańców. Siła „Fantastycznej miłości” tkwi w jej zwyczajności. Spotykają się dwie osoby: On i Ona. Widzą się pierwszy raz, ale już za chwilę się pokochają. Nie będzie to jednak miłość od pierwszego wejrzenia, a efekt wypicia „cudownej” tabletki. Podoba mi się, kiedy tych dwoje samotnych ludzi rozmawia o życiu, a w tle widzimy obraz bezdusznego społeczeństwa, gdzie nie ma miejsca na prawdziwe uczucia. Proste i prawdziwe.

Antologia „Kochali się, że strach” to eksperyment ze wszech miar udany. Udowadnia on, że warto dawać szansę młodym pisarzom. Być może ten pierwszy krok stanie się dla nich początkiem wspaniałej kariery na miarę dzisiejszych mistrzów Andrzeja Sapkowskiego czy Anny Brzezińskiej. Na razie jednak czeka ich jeszcze mnóstwo pracy, na której efekty już dziś niecierpliwie czekam.

Ocena 7/10
Dabliu - 2008-01-20, 13:20
:
Dzięki, Tigana, za słowa uznania :mrgreen:
Smoczyca - 2008-01-20, 13:32
:
To ja też dorzucę swoje 5gr - recenzja ukazała się orginalnie w tawernie.rpg

Niedobry Królewicz Karolek

Uwielbiam zabawy konwencją. Uwielbiam inteligentnie napisane, dowcipne książki. Dlatego też uwielbiam Niedobrego Królewicza Karolka, który oprócz wymienionych powyżej zalet posiada jeszcze niebanalnie zbudowane postaci, świetną fabułę i estetyczny wygląd. Czegóż więcej chcieć?

Cóż, można by pragnąć perfekcyjnego tłumaczenia. Ale coś takiego nie istnieje, dostajemy więc tłumaczenie bardzo dobre, na dodatek odpowiednio spolszczone, zapisane ze swadą i profesjonalizmem. Wielkie dzięki pani Dominice Schimscheiner, która jest osobą odpowiedzialną za przekład, także za to, że zamiast Charliego mamy Karolka. Z mojej strony – wyrazy szacunku.

Rzecz jasna, nie dałoby się dobrze przetłumaczyć gniota. Na całe szczęście John Moore, znany już z Heroizmu dla początkujących napisał kolejną naprawdę dobrą książkę. Udało mu się połączyć aluzje do naszej rzeczywistości (vide – markiz de Zadek), a także kpinę z typowych, fantastycznych ról, jak Wierny Sługa Rodziny (okazjonalnie też Wierny Swat Rodziny).

Z tyłu książki umieszczono ostrzeżenie Zawiera humor. Potwierdzam, zawiera. W ilościach odpowiednich, by wyleczyć nas z melancholii i smutku, spowodować chichot, ale bólu brzucha ze śmiechu nie należy się obawiać. Można natomiast rozkoszować się hukiem rozpadających się pod celnymi uwagami pisarza stereotypów. Czy Zły Uzurpator musi się ubierać na czarno? Czemu gwałt w wykonaniu szlachcica nazywa się uwiedzeniem? Odpowiedzi na te i inne pytania szukajcie w tej właśnie książeczce.

Złą stroną tego wszystkiego jest fakt, iż Niedobrego Królewicza Karolka czyta się aż nazbyt szybko. Intryga goni intrygę, zwroty akcji wręcz depczą sobie po piętach, i niestety... Kończą się po raptem 300 stronach.

Pomijając te drobne niedogodności, mogę powiedzieć jeszcze jedną rzecz: Marsz do księgarni!
Tytuł: Niedobry Królewicz Karolek [Bad Prince Charlie]
Autor: John Moore
Wydawca: Red Horse
Rok wydania: 2007
Stron: 312
Ocena: 5
Tigana - 2008-01-20, 13:36
:
Dabliu napisał/a:
Dzięki, Tigana, za słowa uznania :mrgreen:

Nie dziękuj tylko bierz się za pisanie powieści ;) Z góry przepraszam, że tym razem w mojej recenzji zabrakło szczegółowego opisywania każdego utworu, ale postanowiłem ciut zmienić formę.
Dabliu - 2008-01-20, 17:44
:
Tigana napisał/a:
Dabliu napisał/a:
Dzięki, Tigana, za słowa uznania :mrgreen:

Nie dziękuj tylko bierz się za pisanie powieści ;)


Właśnie kończę... znaczy poprawiam... znaczy niedługo skończę poprawiać :mrgreen:
MadMill - 2008-01-22, 01:30
:
Władcy marionetek - Robert A. Heinlein

Robert A. Heinlein uznawany jest za klasyka literatury science fiction. Jego powieści zalicza się do kanonu fantastyki naukowej: „Obcy w obcym kraju” czy „Żołnierze kosmosu” to najbardziej znane jego powieści. Tak samo jest z książką „Władcy marionetek”.

Wydana przed ponad pięćdziesięciu laty powieść mówi o inwazji obcych na Ziemię, jest wizją swoistej zagłady ludzkości, która zdarza się z dnia na dzień w największym mocarstwie świata, w Stanach Zjednoczonych. Od tego należałoby zacząć, na terytorium USA ląduje statek kosmiczny. Organizacja zwana Sekcją wyrusza aby zbadać ów obiekt i znajduję przedziwne stworzenie, naszego gościa z kosmosu. Wszystko by było cudownie, tylko że ten gość wcale przyjacielsko nastawiony nie jest i przyleciał ze swoimi pobratymcami aby przejąć kontrolę nad ludzkością. Brzmi to trochę mało oryginalnie, ale zwróćmy uwagę, że książka ma swoje lata i nie jeden autor czy to książki czy filmu na Robercie Heinleinie się wzorował, nie mówiąc o samych ekranizacjach tej powieści.

Ciężko sadzić książkę, która już ponad 50 lat znajduje się w kanonie i jej obecność tam jest niezagrożona. Zarzucić można na pewno to, że książka trochę się przedawniła. Alegoria komunizmu, która występuje w książce, miejscami jest, nawet można rzec nachalna, w dzisiejszych czasach już tak aktualna nie jest, Amerykanie nie mają z komunizmem aż takiego wielkiego problemu. Podczas Zimnej Wojny obcy z powieści byli utożsamiani z Sowietami, ale dzisiaj już takiego wroga Stany Zjednoczone nie mają. Wiele osób narzeka także na nielogiczne rozwiązania fabuły, które są, ale nie w takiej ilości aby mogły kłóć w oczy na tyle, że nie dałoby się czytać i czerpać przyjemności z lektury.

W science fiction bardzo często mamy do czynienia ze skupianiem się na człowieku i jego przeżyciach, także u autora „Władcy marionetek” człowiek stanowi ważny punkt powieści. Wątek miłosny jest jednak przedstawiony w dość nieudolny sposób, trochę niezrozumiały. Sam – główny bohater - zakochuje się od pierwszego wejrzenia, traci głowę dla wybranki swojego serca, robi jej wywody jak nastolatek i się jej oświadcza. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie to, że Sam jest dorosłym mężczyzną, który przez całe życie był typem maczo. Trochę wygląda to śmiesznie, wielu osobą wyda się nawet żenujące czy też naiwne.

Książka nie pozbawiona jest też głębszych treści. Mamy ironizowanie z armii i Stanów Zjednoczonych, zaślepienie polityków, ostre atakowanie komunizmu, ale także poparcie działań siłowych. W życiu codziennym to także traktowanie ważnych spraw rzeczowo i z dużym dystansem.

Podsumowując wszystkie za i przeciw wychodzi prawdę mówiąc na zero. Książka jest powieścią dobrą i w dodatku klasyką s-f. Z drugiej strony trąci myszką i to wielu się nie spodoba i zniechęci do lektury. Ci co szukają książki naszpikowanej nowinkami technicznymi, wielkimi wizjami i bitwami kosmicznymi też się zawiodą, bo tego w tej powieści nie uraczą. Z drugiej strony „Władców marionetek” czyta się bardzo przyjemnie i lekko. Z czystym sumieniem powieść polecić mogą czytelnikom szukającym klasyki, co do reszty osób to miałbym opory.

Ocena: 7,5/10
ASX76 - 2008-01-22, 13:18
:
Ajsber :arrow: Zgadzam się z Twoją oceną "Ostatnich promieni słońca" w całej rozciągłości. :-) Korzyść z tego płynie również i taka, że nie muszę sam się "reprodukować", jeno podpisać pod opinią osoby, która zrozumiała przesłanie książki i należycie doceniła to, co w niej piękne. :-)
Tigana - 2008-01-25, 00:30
:
Czy jest coś gorszego od humorystycznej powieści fantasy, w trakcie czytania której trudno jest znaleźć chociaż jedną zabawną scenkę? Chyba nie. Szkoda tylko, że takie przypadki są wręcz nagminne i to również na naszym rodzimym podwórku. Prawda jest bowiem okrutna – napisać zabawną książkę to prawdziwa sztuka i tylko nieliczni pisarze wychodzą z takiej próby obronną ręką. Jedną z takich zwyciężczyń jest debiutująca na naszym rynku Olga Gromyko, a dobitnie udowadnia to jej książka „Zawód: wiedźma”.
Główną bohaterką powieści jest W. Redna – studentka Wyższej Szkoły Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa. Dociekliwa, wściekle inteligentna i bezkompromisowa wyrusza z rozkazu swego mistrza w tajną misję do sąsiedniego państewka Dogewy. Na pierwszy rzut oka nie różni się ono niczym specjalnym od innych krajów. Jeśli jednak wnikliwie się przyjrzymy, to zauważymy, że Dogewa jest zamieszkana niemal wyłącznie przez ... wampiry.
Powieść Olgi Gromyko to fantasy pisana lekkim piórem, a stawiające sobie za nadrzędny cel wywołanie uśmiechu na twarzy czytelnika. I z tego zadania wywiązuje się ona bez zarzutu. Tom pierwszy (książka została wydana w 2 woluminach) to przede wszystkim zabawa z konwencją horroru. Redna przyjeżdżając do państwa wampirów wie o nich tyle, co przeciętny śmiertelni: piją krew, nie posiadają odbicia w lustrze, unikają czosnku, alergicznie reagują na znak krzyża. Tylko ze teoria nie zawsze idzie w parze z praktyką. Młoda wiedźma staje więc przed nie lada wyzwaniem – nie tylko rozwiązać sprawę serii tajemniczych morderstw, ale i zgłębić naturę wampirów.
Druga część powieści to z początku mnóstwo żartów związanych ze szkołą magii. Gromyko żywym językiem opisuje liczne psikusy nawzajem płatają sobie studenci, nie oszczędzając przy tym swej kadry nauczycielskiej. Tu mikstury pomieszają, to z kolei kogoś przestraszą. Porządne fantasy nie może się jednak obyć bez Questu - wierna tej zasadzie Redna wyrusza w nową podróż, tym razem w towarzystwie trolla najemnika oraz przystojnego młodziana. Ta wyprawa to idealna okazja do delikatnej kpiny z heroic fantasy. Szybko się okazuje, że nasi bohaterzy nie mają złamanego grosza przy duszy, a jeść trzeba i nowe tarapaty gotowe.
Ten żartobliwy ton, który przewija się przez całą książkę, nie oznacza, że autorka zrezygnowała z przemycenia do fabuły nieco poważniejszych treści. Szczególnie w pierwszym tomie można odnaleźć garść ciekawych spostrzeżeń dotyczących ludzkiej natury. Gromyko porusza, bowiem poprzez klasyczne odwrócenie ról, zawsze aktualny problem inności. To wiedźma jest tą obcą wśród wampirów i musi przystosować się do ich zwyczajów. Inna sprawa, ze robi to bardzo niechętnie, doprowadzając swym zachowaniem wampiry do białej gorączki, a czytelników do łez. W powieści pada też sporo słów o tolerancji w myśl zasady: „najpierw poznaj - później oceń”, ale na całe szczęście nie ma w tym moralizatorskiego zadęcia i czytelnik „przyswaja” te nauki niejako mimochodem.
Autorka zrezygnowała w swojej powieści z rozbudowanych opisów czy wywodów dotyczących powstania świata. W zamian otrzymujemy żywą, wciągającą powieść akcji, a wiadomości o otaczającym Redną świecie dowiadujemy się dosłownie „po drodze”. Raz jakiś zaczepiony wieśniak coś opowie, chwile później najemnik doda, co nieco od siebie. Dzięki temu czytelnik nie nudzi się nawet minutkę i z przyjemnością przerzuca kolejne strony powieści.


„Zawód: wiedźma” nie jest powieścią, która przejdzie do kanonu fantasy, ale nie było to też celem autorki. Gromyko postanowiła napisać książkę lekką, miłą i przyjemną, a na dodatek okraszoną dużą dawką niewymuszonego humoru. I taką właśnie książkę otrzymujemy. Jeśli zatem zmęczyła was kolejna heroiczna walka Dobra ze Złem, wypełnianie przeznaczenia czy krwawa rodowa waśń proponuję W. Redną odtrutkę.
Ocena 6/10
MadMill - 2008-01-28, 21:39
:
Brian W. Aldiss - Non stop

Społeczność, która nie potrafi albo nie chce sobie uświadomić, jak znikomą zajmuje część wszechświata, nie jest tak naprawdę cywilizowana.

Ile to już mieliśmy wizji statków kosmicznych i ich podróży. W Star Treku było wszystko, od mostka kapitańskiego po kawiarnię. W Gwiezdnych Wojnach za to statki poruszały się z niezwykłą prędkością po całej galaktyce i służyły raczej za prosty środek transportu. U Janusza Zajdla w „Całej prawdzie o planecie Ksi” statek to jeden wielki hotel, służący do przewozu osadników, którzy mają zasiedlić nową planetę. Podobnie rzecz miała się początkowo z statkiem kosmicznym u Briana Aldissa, w jego powieści „Non stop”.

Oczywiście Brian Aldiss i „Non stop” to już klasyka, która powstała wiele lat wcześniej niż wyżej wymienione utwory. Autor stworzył niezwykle oryginalną powieść, pomysł powieści powala biorąc pod uwagę to, że napisana została w roku 1958.

Opowieść zaczyna się w małym plemieniu. Plenię Greena zamieszkuje jeden z pokładów w okolicy Martwych Dróg. Jest to zacofana, żyjąca regułami narzuconymi przez Naukę społeczność, którą rządzą równie zacofani przywódcy. Wśród ludzi krążą różne przesądy i legendy, ale głównym dogmatem jest to, że wszyscy oni żyją w statku. Pojawiają się też opowieści o Obcych i Gigantach, którzy mieliby czyhać na bogactwa plemienia i życie jego mieszkańców. Głównym bohaterem jest Roy Complain, myśliwy i niczym nie wyróżniający się obywatel tej społeczności, Roy jednak przeżywa pewną bardzo bolesną stratę, a następnie zostaje wciągnięty w wyprawę na osławiony Dziób.

„Non stop” można bez problemu potraktować jako powieść przygodową. Masa akcji, odkrywanie świata, przygoda, zagadki i tempo jakiego niejeden twórca książek sensacyjnych mógłby Brianowi Aldissowi pozazdrościć. Te zalety połączone z bardzo przystępnym stylem oraz jak na science fiction prostym językiem dają nam świetną rozrywkę na zimne wieczory.

Pozostaje jednak jedno „ale”, otóż „Non stop” nie jest tylko i wyłącznie powieścią przygodową, ma jej cechy, ale autorowi chodziło o inne, o wiele ważniejsze rzeczy. Najistotniejszym wątkiem jest przemiana wewnętrzna głównego bohatera, który z zabobonnego dzikusa, staje się człowiekiem światłym. Razem z nim czytelnicy odkrywają prawa rządzące światem, uświadamiają sobie wiele rzeczy, dochodzą do prawdy. Z tym wątkiem łączy się też cel podróży statku i sens czemu ciągle pozostaje w ruchu. Wiele rzeczy przypomina mi motywy z „Medalionów” Zofii Nałkowskiej, czy też niektóre utworzy Janusza Zajdla. Powieść ma mocne zakończenie, nieoczekiwane i poruszające.

Powieść „Non stop” jak już wcześniej wspomniałem jest klasyką science fiction, od wielu lat znajdująca się w kanonie lektur obowiązkowych dla każdego fana s-f oraz ogólnie pojętej fantastyki. Nie tylko ze względu na to każdy powinien ją przeczytać. „Non stop” jest po prostu świetną książką, która wszystkim powinna sprawić wiele przyjemności podczas czytania i nikt się po lekturze nie zawiedzie. Gorąco wszystkim więc tę powieść Briana Aldissa polecam.

Ocena: 9/10
andy - 2008-01-28, 22:06
:
MadMill, To i tak mod wytnie, ale gratuluję zapoznania się z klasykiem i fajnej recki. Ja to czytałem ze 20 latek temu to z głowy bym tak nie napisał, a przeczytać ponownie? pewnie kiedyś, ale jest tyle nowych pozycji a czas goni niestety.
Tigana - 2008-01-28, 22:26
:
Dla Dhuaine a co nie wolno? :mrgreen:

Z twórczością John Connolly' ego po raz pierwszy zetknąłem się przy okazji lektury jego debiutanckiej powieści „Wszystko martwe”. Jej głównym bohaterem jest expolicjant Charlie „Bird” Parker, który po tragicznej śmierci swojej żony i córki, zrzuca mundur i zostaje prywatnym detektywem. Od tej pory wraz z dwójką przyjaciół: zawodowym mordercą Louisem i genialnym włamywaczem Angelem, wspólnie prowadzą dochodzenia z pogranicza jawy i sennego koszmaru. Jednak Connolly to nie tylko autor poczytnych powieści, ale również twórca opowiadań zebrany w zbiór „Nokturny”.
Kiedy przeczytałem na okładce książki, że Connolly nawiązuje swoimi utworami do twórczości Howarda Philipsa Lovecrafta pomyślałem, że to jakiś żart. Byłem bowiem przekonany, że trzymam w ręce zbiór opowiadań będących połączeniem kryminałów z thrillerami. W przekonaniu tym, dodatkowo, utwierdził mnie spis treści, gdzie przy jednym z utworów było wyraźnie napisane – „Oko innego świata: Opowieść o Charliem Parkerze”. Tymczasem już dawno okładkowy blurb nie był tak blisko prawdy.
Rzeczywiście, część opowiadań zawartych w „Nokturnach” przypomina swoją konstrukcją oraz tematyką prozę „samotnika z Providence”. Ich akcja rozgrywa się głównie na początku XX wieku – najczęściej zaraz po zakończeniu I wojny światowej. Do zapomnianej przez Boga miejscowości przyjeżdża ktoś obcy – czasami jest to ksiądz, w innym wypadku turysta. Nieświadomy grożącego niebezpieczeństwa zaczyna badać historie okolicy i bardzo szybko natrafia na kult Starych Bogów. I chociaż nie padają tu nazwy Cthulu czy Dagon podobieństwo jest znaczne. Niestety opowiadania te nie dorównują oryginalnym dziełom Lovecrafta. Brakuje w nich atmosfery niesamowitości, długich opisów potęgujących napięcie czy wreszcie stopniowego pogrążania się bohaterów w szaleństwo. U Connelly'ego wszystko dzieje się bardzo szybko i zanim czytelnik zdąży wejść w klimat opowiadania następuje koniec. Szkoda, bo widać, że autor dobrze czuje się w stylistyce grozy i wystarczyłoby jedynie rozbudować poszczególne utwory, aby uzyskać naprawdę zadowalający rezultat.
Drugą grupę stanowią krótkie, mroczne historyjki oparte na znanych motywach: metamorfoza jednego z dzieci, wampir z sąsiedztwa, nawiedzony dom czy złowieszcze klowny. Nawiasem mówiąc - chyba nigdy nie zrozumiem, dlaczego Anglosasi tak często opisują klowny jako potwory z piekła rodem. Jakiś uraz z dzieciństwa? Opowiadania czyta się bardzo dobrze, ale powielanie starych wzorców powoduje, że brakuje w nich elementu zaskoczenia, a zakończenie jest łatwe do przewidzenia.
Najciekawiej w całym zbiorze prezentują się dwa najdłuższe teksty: „Rakotwórczy kowboj” oraz wspomniane już wyżej „Oko innego świata: Opowieść o Charliem Parkerze”. Pierwsze to historia małego, sennego miasteczka Easton, do którego przybywa tytułowy kowboj. A wraz z nim zagłada. Wystarczy dotyk jego ręki, a zdrowy człowiek w ciągu dwóch, trzech dni zaczyna chorować na raka. Mocne utwór, miejscami dość obrzydliwy, wywołuje u czytających ciarki na plecach. Szkoda tylko, ze bardzo dobre wrażenie psuje sztampowe zakończenie.

Charlie „Bird” Parker wraca. Tym razem prowadzi dochodzenie w sprawie fotografii małej dziewczynki. Brzmi banalnie, ale jeśli zdjęcie zostaje znalezione w skrzynce pocztowej należącej do martwego od lat mordercy dzieci to oznaczać to może tylko jedno - kłopoty. Głupi żart czy wyzwanie od naśladowcy? Śledztwo zaczyna zataczać coraz szersze kręgi, lista podejrzanych wydłuża się, a czasu jest coraz mniej. Znakomite opowiadanie idealnie łączące w sobie elementy kryminału i grozy. Sama zagadka nie jest łatwa do rozwiązania, a jej finał zaskakuje. Do tego sugestywny, mroczny klimat oraz wzbudzająca niepokój postać Egzekutora. Jedynym minusem, wyczuwalnym głównie dla fanów prozy Connolly 'ego, jest za małe wykorzystanie w utworze tandemu Louis-Angel. Cóż nie można mieć wszystkiego.
„Nokturny” Johna Connolly' ego nie są książka idealną. W jej skład wchodzą opowiadania bardzo dobre, przeciętne, a nawet słabe. Łatwo zauważyć, za autor pewniej czuje się w dłuższej formie – nie bez przyczyny najlepsze opowiadania są równocześnie najbardziej rozbudowane. Krótsze, chociaż niepozbawione zalet pozostawiają poczucie niedosytu. Pomimo tego „Nokturny” to rzecz warta polecenia – choćby dlatego, że na naszym rynku wciąż jest za mało tego typu pozycji.

Ocena 6/10
Sunshine - 2008-02-02, 20:05
:
„Rockowy Armagedon” George Martin*

- Wiecie co, frajerzy? Przed przerwą zdrowo mnie wkurzyliście!
- Jak bardzo się wkurzyłeś, Rick?
- Cholera, koleś- odparł Maggio. – Jestem po prostu wściekły!


Sandy Blair był w latach sześćdziesiątych cenionym undergroundowym dziennikarzem, a obecnie stał się znanym powieściopisarzem. Ma piękny sportowy samochód, żyje z przebojową businesswoman i jest właścicielem połowy domu w Nowym Jorku. Mimo to nie czuje się szczęśliwy. Ugrzązł na trzydziestej siódmej stronie swej czwartej powieści, agent grozi mu, że zerwie z nim stosunki, jego przyjaciółka robi to samo i nie opuszcza go poczucie, że jego najlepsze lata nieodwracalnie minęły.
Gdy redaktor gazety, do której ongiś pisał, prosi go niespodziewanie o napisanie reportażu o brutalnym morderstwie Jamiego Lyncha, menażera legendarnej supergrupy z lat sześćdziesiątych - The Nazgul - korzysta z tej szansy bez zastanowienia. Prześladowany przez wspomnienia przeszłości i wizje przyszłości, przemierza kraj w poszukiwaniu zabójcy Lyncha. Spotyka starych przyjaciół i odkrywa niezwykły spisek mający na celu wskrzeszenie rewolucji lat sześćdziesiątych dzięki mocy muzyki rockowej. Sandy mimo woli staje się kluczowym aktorem w niebezpiecznym dramacie złożonym z tekstów klasycznego albumu Nazguli - Music to Wake the Dead.

- Tak jest! No dobra, skurwysyny, spokój. Teraz zagramy rocka, aż krew poplynie wam z uszu!

Powieść osadzona w latach osiemdziesiątych, przywołuje we wspomnieniach głównego bohatera wspomnienia lat sześćdziesiątych – czasy jego burzliwej młodości, demonstracji przeciwko rządowi, wolnej miłości, hipisów, a przede wszystkim – muzyki, rocka, z jego mocą porywającą tłumy, który umarł w chwili zamachu na West Mesa, w którym zginął charyzmatyczny wokalista kultowej grupy The Nazgul.
Małe śledztwo, które pisarz początkowo planuje przeprowadzić jedynie na potrzeby artykułu, przeradza się w szalony powrót sentymentalny – odwiedzanie dawnych znajomych, których znal ze studiów. Wzruszenie, złość, niesmak, szok, zdziwienie, gorycz – żadne ze spotkań dawnymi znajomymi nie pozostawia Sandy’ego obojętnym, nie są to zwykłe kurtuazyjne odwiedziny.
Odwiedza także dawnych, żyjących członków The Nazgul – Świstaka Johna, właściciela małego pubu, usiłującego dać szansę młodym zespołom, by miały choć cień nadziei, że mogą być w przyszłości tak samo znani. Ricka Maggio, który po gwałtownym końcu swego zespołu stoczył się, zaczął pić, ćpać i grać w podrzędnym barze, żyjąc z nic nie wartą, a do tego dużo młodszą od niego kobietą. Petera Faxona, stateczną głowę rodziny i miłośnika baloniarstwa, który skrycie komponował muzykę, marząc o wydaniu kolejnego winyla The Nazgul.
Na swej drodze bohater spotyka różne osoby – a najbardziej z nich wszystkich wyróżnia się Edan Morse, człowiek, który chce doprowadzić do wskrzeszenia legendarnej rockowej grupy oraz Ananda Caine – zagadkowa, piękna kobieta.

I wszystkie swe nadzieje przynoszę,
Och, czy słyszysz, jak śpiewają te glosy?
I wszystkie swe marzenia przynosze,
No, czy nie słyszysz, jak śpiewają te glosy?


Żyjąc i obracając się w kręgu ludzi pragnących wskrzeszenia dawnych czasów za pomocą muzyki, nie jest świadomy, że to on staje się kluczowym pionkiem w grze. Że od niego zależy bieg wydarzeń.

Bo ty też jesteś zabójcą
I polegli są podobni do ciebie
Kiedy grają rag Armagedonu!
Tak jest! Grają rag Armagedonu!


A za nimi stali inni, tak wielu innych, dziesiątki, może setki, promienne i mroczne cienie z niespokojnego dnia wczorajszego, które dopiero teraz odnalazły spokój. Wszyscy byli umarli i wszyscy będą żyć wiecznie w muzyce, w dźwiękach, które nigdy nie umrą.

Gdybym miała oceniać tę książkę, nie uniknie ona oceny poprzez pryzmat innych dokonań Martina (PLiO). Język autora zdążyłam już poznać i dałam się mu porwać. Umiejętność budowania napięcia, spójna wartka fabuła, to niewątpliwe plusy „Armageddonu”. Ksiązka wciąga jak bagno i nie pozwala się oderwać.
Pozycja dla każdego miłośnika George’a Martina, dobrze napisanych thrillerów i… rocka.
Minus za to, że taka krótka.
5/6



*wszelkie wulgaryzmy są zamierzone i mają na celu podkreślić przekaz recenzji. Jeśli modzi uznają, że slownictwo jest nie na miejscu, wygwiazdkuję co trzeba.
Tigana - 2008-02-03, 00:27
:
„Przeciw wszystkim" pióra Łukasza Orbitowskiego & Jarosława Urbaniuka wywołało na naszym rynku wydawniczym duże poruszenie, chyba nawet większe niż „Lód” Jacka Dukaja. Autorzy byli gośćmi programów telewizyjnych, audycji radiowych, rozpisywała się o nich prasa. Przyczyn tego zamieszania należy szukać w dwóch rzeczach: umieszczeniu akcji książki w okresie gorącego lata 1989 roku, a także jej tematyce – szatańskim spisku, grożącym naszej ojczyźnie.
Główni bohaterzy powieści to porucznik MO Zbigniew Enka i ksiądz Andrzej Gil, postacie znane czytelnikom z serii opowiadań „Pies i Klecha” zamieszczonych na łamach „SFFiH”. Tym razem zostają oni oddelegowani do sprawy „czarnej mszy”, która odbyła się w jednym z krakowskich mieszkań. I pewnie nie byłoby śledztwa, gdyby nie fakt, że jej uczestnicy trafili do szpitala psychiatrycznego, a co ciekawsze okazali się przedstawicielami opozycji niepodległościowej. Kolejne tropy prowadzą od przedstawicieli świata nauki, po przez środowisko okultystów aż, w końcu, do tajemniczego szpitala pod auspicjami Służby Bezpieczeństwa.
Już dawno nie czytałem książki, która tak dobrze oddawałaby ducha opisywanej epoki. Czytając „Przeciw wszystkim” słyszałem wręcz disco polo („Mydełko Fa”), a przed oczyma stanął mi dawno zapomniany widok sprzedawców handlujących z łóżek polowych. Na ulicach wiszą plakaty z Garym Cooperem, Polacy poznają smak pierwszych hot dogów, telewizja wciąż kłamie. Świetnie udało się także autorom pokazać, jak wielkie zmiany zachodziły wtedy w mentalności ludzi. I tak na przykład zatwardziali esbecy czując „wiatr historii”, z dnia na dzień przechodzą „głęboką” metamorfozę i stają się wierzący. Czas wielkich nadziei i równie wielkich rozczarowań. Magiczny czerwiec 1989 roku. Teraz księża – jak sarkastycznie podsumowuje ten okres jeden z bohaterów – jeżdżą w milicyjnych radiowozach na przednich siedzeniach, a nie w bagażnikach.
Niestety, w moim odczuciu, odtworzenie ówczesnych realiów to jedna z nielicznych zalet książki. Po pierwsze – zawodzą pierwszoplanowe postaci – Pies i Klecha. Zarówno Enka, jak i Gil to już nie ludzie z krwi i kości, ale figury, na których kolejne wydarzenia nie pozostawiają żadnych śladów. Brakuje także jakiegoś iskrzenie pomiędzy bohaterami: milicjant przyjmuje wszystkie wyjaśnienia księdza w ciemno i nic go nie dziwi. Szkoda, bo istniała realna szansa na stworzenie polskiego odpowiednika tandemu Scully-Mulder. Co gorsza można odnieść wrażenie, że autorzy nie mają już nic ciekawego do powiedzenia o swoich bohaterach. Na dobrą sprawą to, co dowiedzieliśmy się na ich temat z poprzedzającego powieść opowiadania „Żertwa” to wszystko. Owszem później dowiadujemy się jednego, jedynego szczegółu na temat młodości księdza Gila, ale stanowi to wyjątek potwierdzający regułę.
Pomimo tego, że otrzymujemy do rąk książkę, która liczy ponad 500 stron (w tym samo „Przeciw wszystkim” około 450) nie ma w niej za dużo akcji. Owszem zaczyna się mocnym uderzeniem („czarna msza”, poszukiwania w Krakowie), ale później fabuła wyraźnie zwalnia. Najdłuższy fragment powieści poświęcony pobytowi w esbeckim psychiatryku jest tego najlepszym przykładem - to, co ważne dla fabuły książki rozgrywa się w dwóch, trzech scenach. Owszem może ktoś powiedzieć, że Orbi & Urbi budują klimat, ale jak dla mnie czynią to nieudolnie – o wiele ciekawiej w podobnej konwencji (zbrodnia za murami) pisał Umberto Eco w „Imieniu róży”. A propos klasztoru i tajemnic. Rozwiązanie zagadki szpitala psychiatrycznego mocno przypomina czwarty tomu „inkwizytorskiego” cyklu Jacka Piekary. Kto przeczyta, tez zrozumie. Na marginesie warto również zauważyć, że w świetle późniejszych wydarzeń sam fakt skierowania głównych bohaterów do tego szpitala wydaje się nielogiczny. Z jednej strony Enka i Gil dostają do ręki cenny trop, z drugiej ktoś za wszelką cenę stara się im przeszkodzić w śledztwie. A najciekawsze jest to, że wygląda to na umyślne działanie tych samych osób.
Nie znam intencji autorów co do głównej intrygi książki, czy czytelnik miał traktować ją na poważnie czy z przymrużeniem oka. Mnie ona, najzwyklej na świecie, rozbawiła – szczególnie wizja PRL-u jako państwa oddanego przez polskich komunistów pod władzę sił nieczystych. Nie przekonała mnie także końcówka powieści: hotel poselski będący połączeniem Sodomy i Gomory, czy sceny rozgrywające się wokół Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Pomimo najlepszych chęci potrafię traktować ich na serio.
Powieściowy debiut tandemu Orbi & Urbi to dla mnie duże rozczarowanie. Po lekturze ich wcześniejszych opowiadań miałem bowiem nadzieję na naprawdę dobrą książkę. Niestety „Przeciw wszystkim” cierpi na przerost formy nad treścią. Autorzy, którzy potrafili stworzyć ciekawe i dynamiczne opowiadani, zgubili gdzieś swój talent. W zamian otrzymaliśmy powieść, która po bliższym przyjrzeniu okazuje się zbiorem pustych stron w pięknej okładce. A ciąg dalszy pewnie i tak nastąpi.

Ocena 5/10
Lady_Aribeth - 2008-02-03, 22:23
:
Właśnie skończyłam czytać A.D. XIII, tom pierwszy. Po przeczytaniu antologii Zajdla 2006 byłam naprawdę przyjaźnie nastawiona do polskiej fantastyki. Sięgając po A.D. XIII miałam spore oczekiwania. Oczywiście nie liczyłam na to, że to będzie zbiór tak dobry jak antologia Zajdla, ale liczyłam na kilka perełek. No i się kurna, zawiodłam.
Gdybym miała streścić ten zbiór w kilku słowach byłyby to: brutalność, nuda, niezrozumiałość i brutalność o_O
Opowiadanie Urbanowicz które miało poruszać do głębi spławiłam ziewnięciem, czytając Komudę i Piekarę było mi niedobrze, prawie w ogóle nie pamiętam o czym było opowiadanie Przechrzty, Kozak przez 60% opowiadania nie rozumiałam o czym ona do cholery pisze, Kochański miał fajny zamysł a poszedł jak większość wymienionych wyżej autorów w brutalność, a Dębski sięgnął do motywu "dobro nie koniecznie jest dobre, a zło niekoniecznie złe" który kojarzy mi się z moimi opowiadaniami które pisałam mając 15 lat, a nie z poważnym autorem, który wydaje swoje utwory.
Tak na dobrą sprawę naprawdę spodobało mi się tylko jedno opowiadanie - "Angelidae". Białołęcka pokazała, że można napisać ciekawe opowiadanie z wykorzystaniem motywu aniołów i demonów, bez brutalności, a z humorem. Bardzo fajny styl Białołęckiej sprawił, że czytało się je naprawdę przyjemnie i był świetną odskocznią od reszty przybijających opowiadań. Ale jeszcze w tym zbiorze odnalazłam dwa opowiadania, o których warto chociaż wspomnieć - "Piękne jesteście, przyjaciółki moje" Wrońskiego i "Bardzo zły" Bochińskiego. To pierwsze opowiada bardzo wciągającą historię. Z niecierpliwością przerzucałam kolejne strony, chcąc się dowiedzieć jak się ona skończy. Natomiast "Bardzo zły" (zresztą tak jak "Enklawa Łobzonka") podobało mi się tylko do pewnego momentu. Tak to już jest, kiedy prowadzi się bardzo ciekawą historię i daje się mało satysfakcjonujące zakończenie (przynajmniej dla mnie O.o). Hm, jeszcze Sędzikowskiej udało się napisać ciekawe opowiadanie, ale brakowało mu czegoś, właściwie nawet nie potrafię powiedzieć czego.
Najbardziej zmęczyło mnie opowiadanie Magdaleny Kozak. Odniosłam wrażenie, że autorka myślała, że gdy będzie pisać niezrozumiale, to nada to opowiadaniu fajny klimat. Myliła się.
Ogólnie rzecz biorąc uważam, że kilku autorów miało fajne pomysły (Kozak, Kochański, Bochiński, Urbanowicz), ale z ich wykonaniem poszło o wiele gorzej.

4/10 ~~
MadMill - 2008-02-05, 23:36
:
"Galeony Wojny" - Jacek Komuda

Jacek Komuda jest najbardziej znany jako autor powieści osadzonych w Rzeczpospolitej Szlacheckiej, jego ulubionym zdaje się miejscem są Kresy Wschodnie, Zaporoże, Dzikie Pola. Jednak w ostatniej swojej powieści autor odchodzi od tych miejsc i przenosi nas do XVII wiecznego Gdańska. „Galony Wojny”, bo o nich mowa to jedna z niewielu książek marynistycznych, które zaliczane są do ogólnie pojętej fantastyki, chociaż fantastyki tam tyle co przysłowiowy „kot napłakał” i o wiele lepiej pasuje do tej książki określenie jej mianem powieści historycznej.

„Galeony Wojny” to opowieść o Arendtcie Dickmannie z pochodzenia Holendrze, admirale polskiej floty wojennej, głównodowodzącemu floty podczas bitwy pod Oliwą. Głównym wątkiem powieści nie jest jednak potyczka z samymi Szwedami, a historia bestii z morza zwanej Lewiatanem. Ów stwór w owym czasie staje się postrachem morza i szkodzi Gdańskowi, a Dickmann postanawia zapolować na potwora i za nagrodę wyznaczoną za uwolnienie miasta od groźby Lewiatana spłacić własne długi i spróbować wyleczyć chorą od lat żonę. W tym zadaniu ma mu pomagać i nadzorować jego działania tajemnicy szlachcic Marek Jakimowski, który uważa legendę Lewiatana za bajania i przesądy marynarzy.

Książka z początku przypomina raczej scenariusz filmu. Pierwsza scena to straszny bałagan i chaos, lepiej uchwyciłoby to oko kamery niż karty powieści. Niemniej jednak autor chciał pokazać pewną scenę, która zapoczątkowała całą historię, na szczęście się udało. W „Galeonach Wojny” podobnie jak w „Diable Łańcuckim” pierwsze strony, rozdziały to wprowadzenie, dość powolne w całą historię. Po tym osobliwym wstępie następuje wzrost tempa akcji, które już trzyma w napięciu do samego końca książki.

Powieść można także uznać za thriller, mamy zbrodnię, która jest nie do końca jasna. Zagadkę którą trzeba rozwiązać, bohatera który skrywa jakąś zdaje się potworną tajemnice. Mamy także niesamowite zwroty akcji, nie raz wydaje się że już wszystko jest wiadomo, a tutaj nagle cała historia się komplikuje i trzeba zaczynać od początku. Jest to wielki atut powieści, czytelnik nigdy nie jest wszystkiego do końca pewnie. Nawet fakty historyczne stają się w pewnym momencie nieważne i zaczyna się wierzyć, że wszystko skończy się inaczej. Kulminacyjne sceny, bo jest ich więcej niż jedna, są także świetnie wykonane. Sam opis bitwy pod Oliwą, działania zbrojne, atmosfera podczas abordażu, wartka akcja czynią z tek książki fascynującą lekturę.

Czy „Galeony Wojny” maja jakieś mankamenty? Pewnie mają, ale ulatują one gdzieś, są zepchnięte poza plan przez zalety tej powieści. Jak wypada ta książka w porównaniu do innych pozycji które wyszły spod pióra Jacka Komudy? Można ją porównać z „Diabłem Łańcuckim” i powiedzieć, że literacko stoją na podobnym, dobrym poziomie. Jedyne co je może różnic to klimat i w tej materii mogą pojawić się głosy za jedną jak i drugą pozycją. Jeśli ktoś woli Bieszczady i klimat kresów to bardziej odpowiadać mu będą poprzednie książki autora, jeśli woli klimaty marynistyczne to „Galeony Wojny” są dla niego. Serdecznie polecam!

Ocena: 9/10
Toudisław - 2008-02-09, 20:40
:
"Wybrakówka" Olega Diwowa to książka, o której w Rosji było swojego czasu bardzo głośno i to nie tylko wśród czytelników fantastyki, ale i na politycznych salonach. Najwidoczniej trafiła w czuły punkt i niewiele minęła się ze społecznymi oczekiwaniami. Sama powieść jest bardzo kontrowersyjna, nie tylko z powodu samej treści, ale też dlatego, iż nie ocenia w sposób jednoznaczny systemu społecznego w " Związku Słowiańskim". Daje czytelnikowi szansę oceny, jednocześnie podsuwając mu wiele aluzji i podtekstów.
Na uwagę zasługuje konstrukcja powieści. Dostajemy nie tylko samą Wybrakówkę ale i obszerne komentarze. Książka, którą czytelnik ma w ręce, jest wydana w 2099 roku i jest wznowieniem książki z 2015 roku, opisującej wydarzenia sprzed kilku lat. Oba wydania (z 2099 i 2015) zostały opatrzone obszernymi komentarzami, opisującymi sytuacją polityczną, lub wyjaśniającą pewne "Nieścisłości".
Komentarze te nie są bezstronne, przez co "Wybrakówkę" czyta się inaczej, niż gdyby ich nie było. Są bardzo ważną częścią całości i tak samo jak przypisów na końcu książki, nie powinno się ich pomijać.
"Wybrakówka" przedstawia nam społeczeństwo rządzone przez totalitarny system nie znoszący sprzeciwu, oparty na kontroli państwa i hasłach narodowych. W dużej mierze przypomina III Rzeszę.
W Związku Słowiańskim prawie zlikwidowano przestępczość. Na ulicy można położyć złotą monetę i wrócić za tydzień, by ją z powrotem podnieść.
Jednak taka zmiana nie była łatwa. Aby tego dokonać powstała ASB. Agencja Społecznego Bezpieczeństwa. Nazywana też Wybrakówką. To organizacja budząca sprzeczne uczucia, z jednej strony budzi lęk i przerażenie, znaczek ASB jest powszechnie kojarzony z niebezpieczeństwem, aresztowaniami itp. Ale też agencja zapewnia bezpieczeństwo i jest gwarantem stabilności w społeczeństwie.

Bohaterem książki jest Agent Gusiew. Znany jako „Pe” weteran i stary wyga. To postać nietuzinkowa i trudna do oceny. Gusiew był jednym z pierwszych Agentów Wybrakówki, przez co cieszy się szacunkiem kolegów, mimo że nie jest powszechnie lubiany przez swój ciężki charakter.

Pewnego dnia Gusiew dostaje nowego partnera. Młodego agenta chcącego realizować swoje szczytne cele i należącego już do nowego pokolenia zmienionego przez Wybrakówkę.
Szkolenie „kota” jest okazją, by zapoznać się z praca ASB. Dowiadujemy się jak działają Agenci, jak myślą i jakie maja procedury. Możemy ich zobaczyć jako ludzi, z ich ludzkimi problemami i rozterkami. Trudno jest jednoznacznie uznać ich za krwawych katów. Z drugiej jednak strony widzimy w nich oręż totalitarnego systemu i ludzi groźnych, surowych.
Fabuła „Wybrakówki” nie powala na kolana, czasem jest trochę naciągana, czasem mało ciekawa, ale to nie fabuła jest siłą tej powieści. Psychika bohaterów, to jak oceniają system, w jakim przyszło im żyć, jak ideologia wpływa na człowieka i na co gotowy jest się zgodzić, by społeczeństwo, w którym żyje, było bezpieczne i wolne od patologii. Dostajemy obraz świata, w którym ludzie, mimo że nie zawsze podobają się im metody działania Wybrakówki, cieszą się jej sukcesami.
"Wybrakówka" nie jest antyutopią, choć zawiera pewne jej cechy. Próbuje pokazać społeczeństwo bezpieczne, ale za straszną cenę. Nie idealizuje jednak Wybrakówki ani jej nie krytykuje w 100%. Niewątpliwym plusem książki jest klimat Rosji i samej Moskwy, która jest teraz miastem spokojnym i bezpiecznym, ale w którym unosi się atmosfera strachu i pamięci po niedawnych czystkach. Jest też niemało sytuacji, które powodują, że „Wybrakówka” nie jest manifestem polityczno - społecznym ale po prostu dobrą książką.

Komu mogłaby ta książka się spodobać?
Jeżeli oczekujesz tylko rozrywki, to chyba książka nie dla ciebie, jeżeli chcesz polityczny traktat o tym, jak powinno wyglądać społeczeństwo, to też daj sobie z nią spokój.
"Wybrakówka" to książka zrównoważona. Polityczne treści są raczej wplecione w fabułę powieści, dzięki czemu nie męczą i tworzą harmonijną całość.

Subiektywna Ocena Toudiego
7/10
Tigana - 2008-02-10, 00:57
:
„Echo Park” Michaela Connelly’ego to już trzynaste spotkanie z Harrym Boschem , policjantem z „Miasta Aniołów”. Tym razem główny bohater musi zmierzyć nie tylko z groźnym przestępcą, ale i własnym błędem z przeszłości. Okazuje się, bowiem, że prowadząc przed dziesięciu lat śledztwo w sprawie zaginięcia młodej kobiety zaniedbał jeden z tropów. W rezultacie sprawca pozostał na wolności, gdzie kontynuował swoją zbrodniczą działalność.
Nie będę ukrywał, że należę do grona zagorzałych fanów książek o Harrym Boschu. Do tej pory przeczytałem większość powieści z serii i jak dotąd nigdy się na nich nie zawiodłem. Ich główną zaletą jest charakterystyczny styl autora. Connelly przez wiele lat był dziennikarz kryminalny i pisywał do „Los Angeles Times”. Pozostałością po tej pracy jest właśnie styl – surowy, reporterski, rzeczowy. Tutaj każde zdanie ma swoją wartość, a w całej książce trudno byłoby znaleźć chociaż jedno zbędne słowo. Cierpi na tym może bogactwo językowe – brakuje plastycznych i barwnych opisów, ale mnie osobiście taki sposób pisania przypadł bardzo do gustu.
Styl Connelly’ego ma duży wpływ na samą fabułę powieści, a także kreacje bohatera. Harry Bosch, weteran wojny w Wietnamie i wieloletni policjant, to człowiek z krwi i kości. Brakuje mu geniuszu na miarę Sherlocka Holmesa czy Herkulesa Poirot, a swoje sukcesy zawodowe zawdzięcza przede wszystkim katorżniczej pracy – głównie papierkowej. Stąd też dużą część książki zajmują drobiazgowe opisy rutynowej, policyjnej roboty: analiza starych akt i nagrań z przesłuchań, tworzenie portretów psychologicznych podejrzanych. Podejrzewam, że w wykonaniu innych pisarzy takie fragmenty byłyby po prostu nudne – tymczasem u Connelly są one fascynujące.
„Echo Park, jak na prawdziwy "czarny kryminał” przystało, to przede wszystkim ciekawa, skonstruowana z iście zegarmistrzowską precyzja intryga. Pisarz bawi się z czytelnikiem kilkakrotnie podsuwając mu fałszywe wskazówki. W powieści nie zabraknie również emocjonujących scen akcji i efektownych pościgów. Spodobać się może także wątek pokazujący jak wielki wpływ na prace policji ma polityka. W Los Angeles zbliżają się wybory do władz miasta i każdy chce „ugrać” coś dla siebie, a głośna sprawa kryminalna to idealna okazja, aby zaistnieć w mediach. Stąd wizja lokalna w świetle jupiterów albo zatajanie kompromitujących faktów. Czy w świecie korupcji i wielkich pieniędzy jest więc miejsce na sprawiedliwość? Tak dopóki jest ktoś taki jak Harry Bosch.
W „Parku Echo” Bosch to mężczyzna koło 60-ki, który nadal wierzy w swoją misję. Zatrudniony w wydziale spraw zamkniętych wciąż obsesyjnie wraca do nierozwiązanych spraw próbując je rozwikłać. I nieważne, jakie to pociągnie ze sobą ofiary – w swej krucjacie Bosch jest gotów złamać prawo, zaprzepaścić karierę, narazić na niebezpieczeństwo najbliższych. Wymierzenie sprawiedliwości to jego obsesja, a zarazem sens życia. Prywatnie – samotnik stroniący od alkoholu i wielbiciel dobrej muzyki - głównie jazzu.

Liczba „13” to potocznie synonim pecha. Tymczasem trzynaste spotkanie z Harrym Boschem to powieść ze wszech miar udana. Wciągająca fabuła, „krwiści” bohaterzy, a także spojrzenie na policyjną pracę od podszewki to największe atuty „Echo Park”. W moim prywatnym rankingu najnowsza książka Connelly’ego znajduje się na drugim miejscu tuż za „Zagubionym blaskiem”, a przed „Cmentarzyskiem” i „Ostatnim kojotem”.Wierzę, że wielbicieli tej serii nie muszę przekonywać, resztę zachęcam do wizyty w najbliższej księgarni. Naprawdę warto.
Ocena 8/10
Tigana - 2008-02-10, 14:47
:
Chyba każdy z nas chociaż raz w życiu marzył o życiu w idealnym państwie. Uczciwi politycy, dobrze płatna i ciekawa praca dla każdego, zero przestępczości. Istny raj na ziemi. W swojej książce "Wybrakówka" Oleg Diwow też zamarzył o takim miejscu.
Rosja rok 2007 - przestępczość spadła prawie do zera - jest to głównie efekt działania Agencji Społecznego Bezpieczeństwa, organizacji rządowej, która ma prawo "wybrakować" - czyli zabić za złamanie prawa . Oczywiście nie każde wykroczenie podlega "wybrakowaniu"- kradzież samochodu to 10 lat obozu, ale przestępstwo popełnione po raz 3 to już wyrok śmierci.
Książka O. Diwowa to historia dwóch brakarzy: starego wygi Gusiewa oraz nowo przyjętego Waluszki duet niczym Radziwiłowicz i Sthur z "Gliny" Pasikowskiego. Towarzyszymy im w różnego rodzaju akcjach, odkrywamy tajemnice Gusiewa a także jesteśmy świadkami chmur, które zbierają sie nad Agencją bo brakarz bez zajęcia zaczyna szukać ofiar.
Ciekawa jest sama konstrukcja książki część zasadniczą poprzedza fikcyjny wstęp z roku 2099 a także wstęp do wydania I - które miało miejsce już po załamaniu się systemu. Książkę uzupełniają dane dotyczące samego funkcjonowania Agencji a także realiów Rosji z początków XXI wieku.
Łomot do drzwi- to ASB przyszła po mnie- muszę kończyć. Już słyszę pierwsze zdanie "ptaszka" : "Masz prawo do stawiania oporu"
Lady_Aribeth - 2008-02-11, 22:21
:
Harry Potter i Insygnia Śmierci

Cóż można powiedzieć o serii traktującej o Harrym Potterze, Chłopcu, Który Przeżył? Naprawdę wiele. Że odciągnął setki dzieciaków chociaż na te kilka godzin od telewizorów, komputerów. Że równie wiele dzieciaków przekonał, iż książki wcale nie gryzą. Że wywołał ogromną sensację na świecie, a swoją autorkę uczynił multimilionerką. Tylko... co z tego? o_O
Fabuła siódmej i (jak wskazują wszystkie znaki na niebie i ziemi) ostatniej części HP po prostu... kuleje. Harry w cudowny sposób unika śmierci średnio co pięć rozdziałów (chociaż im bliżej zakończenia, tym częstotliwość cudów na rozdział wzrasta), przez co wskaźnik "uratowalności" jest wyższy niźli u Drizzta i całej ferajny razem wziętej o_O . Oczywiście, ma to jakieś swoje logiczne wyjaśnienie, niemniej uważam, że Rowling po prostu przedobrzyła.
Tak, doskonale sobie zdaję sprawę z tego, że HP to książka skierowana do dzieci. Niemniej nasłuchawszy się opinii, że ta książka "dorasta" wraz z czytelnikiem, liczyłam zatem na coś więcej od ckliwej gadki, jaką raczyła nas Rowling przez wszystkie poprzednie tomy. No i, kurna, się zawiodłam.
Oczywiście, są też rzeczy, które mi się w książce podobały - takim czymś było między innymi zakończenie wątku Dumbledora - fajne, konkretne i logiczne. No i zakończenie wątku Snape'a też jest godne uwagi. A reszta? Średnio zadowalająca, średnio ciekawa, średnio zaskakująca, średnia w ogóle.
Ogólnie rzecz biorąc, książka przez lwią część po prostu nuży, naprawdę interesująco się robi dopiero kilka rozdziałów przed końcem. A gdy już mija punkt kulminacyjny, to znowu jest nudno. Mało rzeczy w niej zaskakuje, wzruszająca też jakoś nie jest (często płaczę pod koniec książek, ale tutaj lekko wilgotne oczy zrobiły mi się dosłownie raz : o). Ale generalnie da się to przeczytać bez większych bólów, po czym odstawić na półkę i zapomnieć... Heh, można było to napisać o wiele lepiej, imo.
Książkę polecam fanom i tylko fanom. Reszta może sobie przeczytać ostatni rozdział i wyjdzie na to samo o_O

Pozwolę sobie nie wydawać oceny, bo właściwie sama nie wiem jak ją oceniam... o_O
Toudisław - 2008-02-16, 14:47
:
„Zamieć”

Neal Stephenson powoli zdobywa tytuł pisarza kultowego. W Polsce ukazuje się coraz więcej jego książek i wznawia się już wydane wcześniej pozycje. Na fali tego zainteresowania i ja postanowiłem przeczytać „Zamieć”. Wcześniej znałem Neala Stephensona tylko z Cyklu Barokowego, który, co prawda, zrobił na mnie spore wrażenie, jednak miał dość specyficzny charakter, który w powieści innej niż historyczna mógłby nie być już tak ciekawy.
Biorąc do ręki „Zamieć” obawiałem się, czy pisarz poradzi sobie w gatunku, jakim jest Cyberpunk. Okazało się jednak, że moje obawy były zupełnie nieuzasadnione.

„Zamieć” to historia Hiro Protagonisty, człowieka o wielu twarzach: Haker, Samuraj i dostawca pizzy. Co i rusz chwyta się różnych zajęć, by móc spłacić swój dług wobec mafii.
Hiro należy do elity hakerów, do starej gwardii, która tworzyła podwaliny pod Wirtualne miasto. Obecnie jego praca polega na zdobywaniu informacji i umieszczaniu ich w bibliotece z nadzieją, że komuś będą potrzebne i za nie zapłaci. Przypadkowo trafia na ślad dziwnego narkotyku działającego w wirtualnej jak i naszej rzeczywistości. Zamieć - bo tak nazywa się narkotyk - ma bardzo dziwne właściwości i kryje się za nim wiele tajemnic.

Oprócz Hito śledzimy losy D.U. młodej dziewczyny, kurierki, która przez przypadek spotyka Hiro, by później zostać jego wspólniczką. Ta postać dodaje książce sporą dawkę humoru, ale też pozwala spojrzeć na wiele sprawa z innej perspektywy. Razem próbują odpowiedzieć na wiele pytań związanych z „Zamiecią”, co ma przynieść im zysk.

"Zamieć" jest książką nieprzeciętną pod wieloma względami. Świat, jaki obserwujemy, jest bardzo odmienny od naszego. Wiele ze starych państw już nie istnieje. Zastąpiły je mniejsze korporacyjne struktury tworzące małe enklawy. W tym świecie pozornego chaosu udaje się zachować ład. Ludzie spędzają wiele czasu w wirtualnej rzeczywistości, a dowożenie pizzy jest ważną gałęzią gospodarki. USA prawie nie istnieje, zostały tylko mało znaczące enklawy, rządzone przez niesamowicie rozrośniętą biurokratyczną strukturę.

Ciekawym akcentem są małe kraje jak Nowa Sycylia czy Hongkong Pana Lee, mamy tez bardziej egzotyczne twory, jak jednoosobowe mocarstwo atomowe, czy Flotę admirała Boba.

"Zamieć" nie jest książką typowo rozrywkową. Podejmuje wiele ciekawych i ważnych tematów. Zagłębia się w kwestie religijne i ewolucji społeczeństwa.
Możemy dowiedzieć się, jak mogły wyglądać pierwsze rozwijające się społeczeństwa i jak zmieniały się na przestrzeni dziejów. Bardzo ciekawym nawiązaniem jest przedstawienie mitów sumeryjskich i dość oryginalna ich interpretacja. Nasuwa to skojarzenie z „Welinu” H. Duncana.
"Zamieć" ma też wiele humorystycznych aspektów. Wspomniane już jednoosobowe mocarstwo atomowe, „słuchanie głosu rozumu”, czy rozmowy z bibliotekarzem powodują, że powieść nie jest śmiertelnie poważna i czyta się ją bardzo dobrze.

Niewielu jest pisarzy potrafiących odnaleźć się w tak wielu gatunkach i jednocześnie tworzących za każdym razem coś niepowtarzalnego i oryginalnego. Zawsze pisarzy na wysokim poziomie. Stephenson to jeden z tych pisarzy, których można czytać w ciemno nawet, gdyby to miała być instrukcja obsługi miksera. To warto, bo będzie to najlepsza instrukcja, jaką kiedykolwiek czytaliście.

"Zamieć" to książka zdecydowanie warta polecenia. Każdy, kto oprócz dobrej rozrywki oczekuje od książki czegoś więcej, nie powinien czuć się zawiedziony.

9/10 Subiektywna ocena Toudiego
Tigana - 2008-02-17, 00:47
:
Gdybym zrobił sondę uliczną i zapytaj się: „Czy pan/pani czytała „Iliadę” i „Odyseję” Homera?” to podejrzewam, że nie znalazłbym zbyt dużo takich osób. Z drugiej strony, któż z nas nie zna dziejów wojny trojańskiej – epickiej opowieści o wielkiej miłości Parysa i Heleny, dzielnym Hektorze, mężnym Achillesie, przebiegłym Odysie? Zaiste wielka jest potęga mitu. Wiedza o tym współcześni twórcy – kilka lat temu na ekranach kin mogliśmy obejrzeć film Wolfganga Petersena, dzisiaj możemy się zachwycać „Tarczą gromu” drugim tomem „trojańskiej” trylogii Dawida Gemmella.
„Tarcza gromu” składa się jakby z dwóch części. W pierwszej obserwujemy przygotowania do ślubu tebańskiej księżniczki Andromachy z Hektorem. Do Troi zjeżdżają się władcy z całej Grecji, z których każdy wiąże z przyjazdem własne plany. Jedni pragną pozyskać przychylność króla Priama, inni marzą o podboju Ilionu. Do potężnego miastu zmierzają także dwaj mykeńscy wojownicy-renegaci Kalliades i Banokles oraz młodziutka kapłanka Piria. Jeszcze nie wiedzą, jak wielką rolę przyjdzie im odegrać w nadchodzących wydarzeniach. W drugiej części powieści Gemmell koncentruje się na wydarzenia rozgrywających się trzy lata później – wojna już wybuchła, a na ziemiach Tracji toczy się bój pomiędzy wojskami Priama i Agamemnona. Kto wygra tą batalię?
Drugi tom trylogii „Troja” to ostatnia książka w bogatym dorobku brytyjskiego pisarza . Czytając ją zastanawiałem się, jaki wpływ na jej treść wywarła choroba autora. Odniosłem, bowiem wrażenie, że końcowe fragmenty opisujące zmagania o Trację nie pasuję do reszty książki. Diametralnie zmienia się klimat opowiadanej historii – staje się on mroczny, wręcz ponury. Czyżby autor przeczuwał zbliżającą się śmierć?
Przeznaczenie i obowiązek te dwa słowa jak żadne inne warunkują wydarzenia „Tarczy gromu”. Większość decyzji odejmowanych przez bohaterów jest zdeterminowana przez więzy krwi, dawne wydarzenia, przepowiednie. Odyseusz gardzi Agamemnonem, ale jako król Itaki w nadchodzącym konflikcie musi opowiedzieć się po jego stronie. Andromacha, chociaż kocha Heliakona, musi poślubić Hektora. Tutaj nie ma łatwych rozwiązań, a każdy czyn ma swoje konsekwencje.
W porównaniu do „Pana Srebrnego Łuku” zmieniają się bohaterzy powieści. Dotychczasowi Heliakon i Andromacha schodzą na dalszy plan, a ich miejsce zajmuje wspomniana wcześniej trójka bohaterów Kalliades, Banokles oraz Piria. Warto przyjrzeć się uważniej zwłaszcza dwójce wojowników, która zaskakująco przypomina głównych bohaterów serialu „Rzym” Lucjusza Vorenusa i Tytusa Pullo. Podobnie jak swój filmowy odpowiednik (Vorenus) Kalliades to inteligentny, obdarzony charyzmą wojownik często podejmujący decyzje za swego towarzysza. Z kolei Bonokles to z pozoru typowy osiłek, ale w chwilach zagrożenia potrafiący zaskoczyć nietuzinkowym pomysłem. Dodatkowo, identycznie jak bohaterowie „Rzymu” posiedli oni dar, a może przekleństwo, znajdowania się w nieodpowiednim miejscu, o nieodpowiednim czasie, co kilkakrotnie pozwoli im wpłynąć na bieg historii.
Warto spojrzeć na „Tarczę gromów”również przez pryzmat samej „Troi” Homera. U Gemmella Helena nie zostaje porwana, ale i tak staje się pretekstem do rozpoczęcia wojny. Konflikt opisany przez Homera koncentruje się tylko wokół Troi - tutaj ogarnia wszystkie kraje starożytnej Hellady. Są to jednak tylko zmiany kosmetyczne i wydaje się, że w ostatnim tomie swego dzieła Gemmell nie zmieni przeznaczenia bohaterów Homera. Nie bez powodu drugie imię Heliakona brzmi Eneasz, a gdzieś za horyzontem kryje się miasto na siedmiu wzgórzach . Pozostaje jednak kilka znaków zapytania – mnie najbardziej intryguje, w jaki sposób w trzecim tomie zostanie wygrany motyw „konia trojańskiego” oraz jaka rola zostanie przeznaczona egipskiemu księciu Gershom.
„Tarcza gromu" to barwna i porywająca powieść, która przenosi nas w czasy antycznej Grecji. Dawidowi Gemmellowi raz jeszcze udało się ożywić dawno umarły świat, gdzie ludzkie namiętności: chciwość, pycha, ale i miłość oraz honor decydowały o losach państw i narodów. Świat, który choć tak odległy jest nam bliski. Świat wzniosłych idei i wielkich ludzi. Świat Troi.
Ocena 7/10
Tigana - 2008-02-24, 00:46
:
Oj dana dana nie ma Szatana
Agnieszka Osiecka


Polska literatura sensacyjna od pewnego czasu przeżywa prawdziwy renesans w naszym kraju. Po marazmie lat 90-tych, kiedy to została skutecznie wyparta z rynku przez powieści Kena Folletta, Roberta Ludluma czy Jacka Higginsa, dzisiaj, co rusz to pojawia się nowa książka rodzimego autora. Część z nich jest mocno osadzona w naszych realiach („Drzymalski przeciw Rzeczypospolitej” Artura Baniewicza), inne stanowią krajową odpowiedzią na najnowsze trendy z Zachodu np. teorie spiskowe związane z kościołem katolickim („Klucz do Apokalipsy”Marcina Wolskiego). I właśnie do tej drugiej grupy można zaliczyć książkę Irka Grina „Pan Szatan”.
W Warszawie od ciosów zadanych krucyfiksem giną dwaj dziennikarze. Policyjne śledztwo szybko utyka w martwym punkcie, a próbę odnalezienia mordercy podejmuje przyjaciel zamordowanych Józef Maria Dyduch – obecnie prywatny detektyw, a jeszcze nie dawno dominikanin. Okazuje się, że obaj mężczyźni byli współpracownikami islamskich terrorystów, którzy w zamian za pomoc mieli im dostarczyć dowody na nieistnienie Szatana. Początek ciekawy, wręcz intrygujący szkoda tylko, że na tym się kończy.
W trakcie lektury „Pana Szatana” odniosłem wrażenie, że autor do końca nie wiedział, jaką książkę pisze. Początkowo miał to chyba być klasyczny kryminał – mamy zagadkowe zabójstwa i bohatera chcącego odszukać sprawcę. Tymczasem wątek ten szybko zostaje odłożony na boczny tor, a w mniej więcej połowie książki sam Dyduch mówi, że ta cała sprawa go nie interesuje. Irytujące jest również samo zakończenie wątku sprawiające wrażenie jakby zostało wyjęte z kapelusza.
Może więc mamy do czynienia z thrillerem opowiadającym o spisku, którego celem jest ukrycie przed światem faktu nieistnienie Szatana? Też pudło – wędrówka po miejscach związanych z obecnością sił nieczystych (Jerozolima, Barcelona Loudun) nie ma bezpośredniego wpływu na akcję powieści - Dyduch wędruje, jak po sznurku, od jednego miasta do drugiego, spotyka się z różnymi dziwakami, ale nic z tego nie wynika. W rezultacie otrzymujemy barwne pocztówki z mniej lub bardziej egzotycznych miejsc.
Powiem szczerze, że nie wiem, jaki cel przyświecał autorowi wprowadzając do powieści „szatański element”. Uatrakcyjnieniu fabuły? A może autor chciał pokazać, że jeśli dowody na istnienie Szatana nie istnieją to za wszelkie zło na ziemi odpowiedzialny jest tylko i wyłącznie człowiek? Koniec końców – uważam cały ten motyw za doczepiony niejako na siłę w celu zachęcenia do zakupu wielbicieli książek spod znaku Dana Browna.
A co z terrorystami? Po pierwsze duży minus dla wydawnictwa za umieszczenie na okładce spoilera, który psuje przyjemność z czytania książki. Pomijając już ten fakt – sama intryga jest szyta bardzo grubymi nićmi, a działanie terrorystów mało prawdopodobne. Chyba, że robienie wszystkiego żeby postawić na nogi służby specjalne na całym świecie, a następnie pozwolić się schwytać uznamy za świetny pomysł. Ja tak nie uważam. Do tej pory wydawało mi się, że zamachy terrorystyczne wymagają szczegółowego planu i maksymalnego zachowania tajemnicy – cóż byłem w błędzie. Grunt to improwizacja i liczenie na łut szczęścia.

Dużym grzechem książki jest brak interesujących bohaterów, którzy mogliby ukryć mielizny fabuły. Niestety Józef Maria Dyduch jest osobą wyjątkowo nieciekawą, której największym problemem jest życie erotyczne, a właściwie jego brak. Przemierzając świat w towarzystwie bogatej prostytutki Marii, przez cały czas głowi się jak nie iść z nią do łóżka i dochować wierność narzeczonej. I jak w takich warunkach rozwiązać zagadkę kryminalną? W sprawach zawodowych – przeciętniak: nie jest zbyt błyskotliwy, chociaż naiwniakiem też nie można go nazwać.
Równie mało intrygująco, jak główny bohater wypada drugi plan. Obojętnie czy mamy do czynienia z terrorystą czy stróżem prawa każda z tych postaci wydaje się być wyprana z osobowości. Jedyny wyjątek to pułkownik ABW, który przynajmniej kilka razy ładnie zaklnie. Warto natomiast zwrócić uwagę na samą „politykę kadrową” autora. Otóż Grin lubi wprowadzać do akcji bohaterów, tylko po to żeby uśmiercić ich parę stron dalej. Już dawno nie widziałem takiego marnotrawienia postaci.
Zazwyczaj staram się zachęcać do czytania książek polskich autorów zamiast zagranicznych. W wypadku „Pana Szatana” zrobię wyjątek. Zamiast marnować czas na zaznajomienie się z przygodami Józefa Marii Dyducha lepiej sięgnąć po prozę Dana Browna „Anioły i demony” czy „Kod Leonarda da Vinci” - nie są to może książki dużo mądrzejsze, ale chociaż ciekawsze i lepiej napisane.

Ocena 3/10
Lesij - 2008-03-02, 10:25
:
Jak się okazało, trochę za wcześnie oceniłem "Wybrankę Bogów: Przepowiednia" Jane Mysen.
Ale szczerze mówiąc na początku trudno stwierdzić czy ksiązka coś wnosi czy nie.
Ta książka mimo trochę, moim zdaniem, dziwacznego stylu i charakteru opowiadania, okazuje się być bardzo ciekawą analizą psychologiczną, którą można równie dobrze odnieść do naszych czasów, choć akcja dzieje się w realiach wikińskich. A po zagłębieniu się w lekturę i do stylu można sie przyzwyczaić bo i znowu nie taki on straszny ;P
Powieść ta, a przynajmniej jej pierwszy tom z trzydziestu ( O_O ) przedstawia dzieje jedengo z ważniejszych wodzów wikingów- Asmunda, jego żony- Idunn i całego ich dworu. Sama wybranka bogów, nazwana, niby przez Odyna i całą resztę, Gydą, na razie tylko gulga w pieluszkach, ale większość akcji kręci się wokół niej i jej młodszej o parę sekund siostry Gro.
Szczególnie ciekawe jest dosyć mocne zróżnicowanie postaci i idealny obiektywizm narratora (wszechwiedzącego swoją drogą).
Jane Mysen przedstawia fakty i pozwala je nam samodzielnie oceniać. Podkreśla tylko co inni myslą lub mówią o danej osobie, ale nie stwierdza ostatecznie czy jest to osoba dobra czy zła i nie narzuca nam sympatyzowania z nią (tak jak to robi wielu autorów).
Nie ma tu bohaterów do końca białych i do końca czarnych. Nie znaczy to też, że można ich porównać do różnych odcieni szarości :P
Każdy ma na swoim konie jakieś grzeszki, mniejsze lub większe i jest na tyle silnie przedstawiony jego rys psychologiczny, że wydaje się czasami, że ktoś taki NAPRAWDĘ istnieje, bądź istniał...
Resztę sami sobie wywnioskujcie po przeczytaniu :P
8/10- za fabułę
6/10- za styl
10/10- za psychologię
9/10- za oryginalność

Średnia: 8,25
Tigana - 2008-03-02, 19:08
:
Robin Cook to już klasyk thrillerów medycznych. Począwszy od słynnej „Comy” w prawie każdej jego powieści główni bohaterzy muszą się zmierzyć z zagadką kryminalną mającą swe korzenie we współczesnej medycynie. Raz jest to eksperyment balansujący na cienkiej granicy pomiędzy geniuszem a zbrodnią, innym razem epidemia grożąca śmiercią setkom czy tysiącom ludzi.
„Czynnik krytyczny” to najnowsza powieść Robina Cooka. Jej akcja rozgrywa się w Nowym Yorku – ofiarami zakażenia gronkowcem padają pacjenci sieci prywatnych klinik. Epidemia? Karygodne zaniedbanie lekarz? Seria nieszczęśliwych wypadków? A może jeszcze coś innego? Jaka by to nie była przyczyna, para patologów z nowojorskiego Inspekoriatu Medycyny Sądowej Laurie Montgomery i Jack Stapleton znów będzie miała ręce pełne roboty.
Do tej pory czytałem bodajże jedną książkę Cooka, „Oślepienie”, trudno jest mi więc powiedzieć jak „Czynnik krytyczny” ma się w stosunku do innych pozycji tego autora. Na podstawie tej konkretnej pozycji można jednak pokusić się o wyodrębnienie kilku cech charakterystycznych dla twórczości tego autora.
Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy to jak dużo miejsca zostało poświecone na samo omówienie zagadnienia „gronkowca”. Kolejni bohaterzy powieści wygłaszają mini wykłady na temat możliwości zakażenia, rozwoju choroby oraz sposobów walki z infekcją. Niestety opisy te, jak dla mnie, zieją nudą i stanowią najbardziej nużącą część książki. Do tego należy dodać sporą ilość fachowych określeń, których zrozumienie zajęło mi dobrą chwilę. Podobnie ma się rzecz z opisami pracy patologów – to co wygląda intrygująco na ekranie TV (serie filmów CSI) w książce wzbudza o wiele mniejsze emocje. Na osłodę pozostaje spora dawka czarnego humoru jakże często kojarzonego z pracą w prosektorium.
Nieco lepiej wygląda sama intryga kryminalna. Na życie głównych bohaterów czyhają liczne niebezpieczeństwa; mafia, zawodowi mordercy, a także wirus. Niepomny ostrzeżeń żony Jack Stapleton chce poddać się operacji kolana w jednym z feralnych szpitali stając się w ten sposób jedną z potencjalnych ofiar. Szkoda tylko, że akcja powieści rozwija się w dosyć ślimaczym tempie i dopiero utrzymana w szybkim tempie końcówka zwiększa nieco poziom adrenalinę u czytelnika. W tym miejscu małe ostrzeżenie. „Czynnik krytyczny” to kolejna powieść z serii o parze patologów i brak znajomości poprzednich części nieco utrudnia zrozumienie wszystkich niuansów. Szczególnie powiązania pomiędzy poszczególnymi postaciami są początkowo, dla osób nieznających twórczości Cooka, trudne do zrozumienia np. kwestia wyglądu jednego z gangsterów czy jego nienawiści do głównej bohaterki.
Głównymi bohaterami powieści jest wspomniana para lekarzy, ale o wiele ciekawiej prezentuje się postać Angela Dawson. Jest ona właścicielką sieci szpitali, w których doszło do serii zgonów i teraz za wszelką cenę stara się ukryć ten fakt przed opinią publiczną. Tym bardziej, że zbliża się moment wejścia firmy na giełdę i taki skandal jest ze wszech miar niewskazany. Postać o tyle ciekawa, że z jednej strony pokazana jako kochająca matka, z drugiej wyrachowana biznes woman gotowa na wszystko, by nie stracić swych klinik. W tym celu decyduje się na oszustwa finansowe oraz wdaje w ciemne interesy z byłym mężem. Wydaje mi się jedynie, że Cook w końcówce książki nieco na siłę ją wybiela, robiąc z niej niczego nie świadomą ofiarę.
Reszta bohaterów jest już o wiele mniej ciekawa i stanowi raczej klisze: oddani swojej pracy lekarze, mściwi gangsterzy, dzielni policjanci - wszyscy są mało zindywidualizowani i specjalnie się od siebie nie różnią.
„Czynnik krytyczny” nie jest złą powieścią, ale największą przyjemność sprawi zagorzałym miłośnikom thrillerów medycznych. Dla pozostałych ciekawe może być samo porównanie warunków amerykańskiej opieki zdrowotnej do polskiej. Okazuje się, bowiem że pewne problemy są uniwersalne dla wszystkich. W sumie nic dziwnego – w świecie, gdzie w grę wchodzą miliony dolarów życie i dobro pacjenta zbyt często są stawiane na drugim miejscu.

Ocena 5/10
Tigana - 2008-03-03, 22:25
:
Postać Siergieja Łukjanienki nie wymaga bliższej prezentacji. W ciągu kilku lat autor „Labiryntu odbić” czy „Linia Marzeń” stał się jednym z najpopularniejszych pisarzy w Polsce. Jego kolejne książki są niecierpliwie oczekiwane przez rzesze wiernych czytelników, a ich recenzje zamieszczane są nie tylko w prasie branżowej, ale i opiniotwórczych czasopismach. Nie inaczej ma się rzecz z „Brudnopisem”.
Pewnego pięknego dnia życie Kiryła Maksymowa staje na głowie. Kiedy wraca do własnego mieszkaniu okazuje się, że mieszka tam nieznana kobieta, sąsiedzi go nie rozpoznawać, rodzice okazują się obcymi osobami, a dokumenty, dosłownie, rozpadają się w rękach. Sytuacja pogarsza się z minuty na minutę, a odpowiedzi wciąż nie ma. Dopiero tajemniczy telefon daje Kiryłowi nadzieję, że jednak nie zwariował i wszystko, no prawie wszystko, można logicznie wytłumaczyć. O ile wyjaśnienie, że właśnie zostało się funkcyjnym celnikiem, który pilnuje przejścia do innych światów można uznać za logiczne.
W trakcie lektury „Brudnopisu” czytelnik kilkakrotnie doznaje uczucia „deja vu”. Łukjanienko wykorzystał, bowiem w swej najnowszej książce sporą ilość pomysłów z wcześniejszych utworów. Podróże pomiędzy światami za pomocą specjalnych bram („Spektrum”), czy grupa osób obdarzona nadludzkimi właściwościami (seria „Patrole”) to tylko czubek góry lodowej. A że nie samą rosyjską popkulturą człowiek żyje na dokładkę dostajemy iście „matrixowskie” sceny walki przypominające kolejne starcia Neo i agenta Smitha.
Również postać głównego bohatera wydaje się dziwnie znajoma. Kirył to klasyczny dla prozy Łukjanienki przeciętny człowiek, który mniej lub bardziej przypadkowo zostaje wciągnięty w wir wydarzeń. Co ciekawe te koleje losy nie zmieniają go – w dalszym ciągu jest zwykłym człowiekiem i reaguje na wydarzenia tak jak większość z nas. Raz popełnia błędy, innym razem staje się bohaterem. Dzięki temu nie staje się kolejnym herosem w czerwonych rajtuzach, a kimś bardzo nam bliskim.
Miłośnicy poprzednich powieści rosyjskiego autora znajdą w „Brudnopisie” również tak charakterystyczne dla jego prozy „słowiańskie klimaty”. Mnie szczególnie zapadła w pamięci scena, kiedy główny bohater w poszukiwaniu pomocy, trafia do domu pisarza książek science-fiction Dmitrija Mielnikowa. Ten bierze na warsztat współczesnych autorów fantastyki i omawia, jak podobny temat (utrata z dnia na dzień swojej tożsamości) opisałby każdy z nich. Zabawy przy tym mnóstwo, a dodatkowej satysfakcji dostarcza dopasowywanie poszczególnych pseudonimów do istniejących twórców. „Brudnopis” to także zapis mentalności dzisiejszych Rosjan i barwna panorama Moskwy – miasta, gdzie pod wierzchnią warstwa luksusu i zachodnich reklam wciąż można odnaleźć pozostałości starego systemu. No i koniak. Odnoszę wrażenie, ze powieść Łukjanienki bez tego trunku nie mogłaby się obejść. Tutaj też bohaterowie wypijają litry tego alkoholu, a że są wierni „rodzimym” produktom głównie raczą się gruzińskim i armeńskim koniakiem. Zresztą z zagadnieniem z pogranicza rosyjskiej mentalności i alkoholu wiążę się jeden świetny epizod – proszę poszukać sceny, w której Kirył i jego przyjaciel Kotia piją piwo „Obołoń”. Ciekawe czy podobne rozwiązanie mogłoby mieć miejsce w polskich realiach?

W dalszym ciągu wielkie wrażenie robi niczym nieskrępowana wyobraźnia autora. Mało, który pisarz posiada tak lekkie pióro do tworzenia nowych światów - ja porównałbym go w tym elemencie do samego Roberta Silverberga. Najważniejsze jest jednak to, że w odróżnieniu od swoich zachodnich kolegów Łukjanienko nie wykorzystuje starych, wyświechtanych schematów, ale tworzy coś oryginalnego. I obojętnie czy będą one żywcem wyjęte z wizji Juliusza Verne’a czy sprawiały wrażenie narkotycznej wizji - nieodmiennie zachwycają. Na plus powieści należy również zaliczyć dobre tempo akcji. Czytelnik nie ma czasu się nudzić, a rozwiązanie jednej zagadki powoduje powstanie następnej. Szkoda tylko, że na ostateczne wyjaśnienia przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać. „Brudnopis” stanowi jedynie pierwszą część dylogii, której drugi tom zatytułowany „Czystopis” jest dopiero w planach wydawniczych „Maga”. I to jest chyba największy mankament książki. Po przeczytaniu ostatniej strony książki zostaje poczucie niedosytu, a czytelnik pragnie jedynie sięgnąć po jej ciąg dalszy.

Ocena 7/10
Tigana - 2008-03-11, 22:21
:
Dla ASX - chociaż i tak tego nie przeczyta :P

Zacznę niejako od końca – „Czerwona maska” to kolejny „produkcyjniak” ze stajni Grahama Mastertona i koronny dowód na to że czas tego pana bezpowrotnie przeminął. Papierowe, i to dosłownie, postaci, drewniane dialogi i fabuła będące jedynie pretekstem do zamieszczenia opisów szatkowania ludzkich ciał to części składowe tego dzieła. Zabrakło jedynie firmowych „ pikantnych kawałków”. Jak na dłoni widać, że angielskiemu pisarzowi kończą się mniej lub bardziej oryginalne pomysłu, które wielokrotnie ratowały jego powieści przed całkowitą katastrofą. Wprowadzenia do akcji indiańskiej magii, klubu kanibali czy przeklętego lustra zawsze było miłą odmianą od wampirów, duchów albo zombie. Niestety „Czerwona maska”dobitnie pokazuje, że autor zaczyna gonić własny ogon. Po raz kolejny mamy do czynienia z magią obrazów, z tym, że o ile w „Wizerunku zła” bohaterzy mogli wchodzić „między ramy”, tutaj schodzą z płótna w realny świat. Ot taki odpowiednik czeskiego serialu animowanego „Chłopak z plakatu” w wersji dla dorosłych.
I nie pomoże tu wzmianka o Wincencie van Goghu czy Aleksandrze Dumas, których nazwiska przemykają na kartach książki.
Drażnią bohaterzy. Na pierwszy plan wysuwają się dwie kobiety Sissy Sawyer oraz jej synowa Molly. Pierwsza z nich to 72-letnia medium, druga malarka dorabiająca, jako policyjny ekspert od portretów pamięciowych. Pech chciał, że w ręce malarki wpadł magiczny wisior, dzięki któremu ożywiają narysowane przez nią osoby czy przedmioty. I od razu jest weselej – w końcu, co dwóch namalowanych psychopatów z nożami to nie jeden. Najzabawniejsze jest to, że Molly nie ma jakiś specjalnych wyrzutów, iż stworzony przez nią morderca wyżyna pół miasta. Cóż stało się. Gorzej z Sawyer – ta cały czas biadoli, że pomimo użycia talii magicznych kart DeVane (coś a’la Tarot) nie jest w stanie powstrzymać mordercy. Zresztą z tymi kartami też się Masterton nie popisał.
W treści książki wielokrotnie jest wspomniane jak długo znajdują się one w posiadaniu medium. Tymczasem można odnieść wrażenie, że w czasie każdej wróżby Sawyer widzi je pierwszy raz na oczy. Nagle na jednej z kart zauważa postać nieżyjącego męża albo noże czy nożyczki, których wcześniej nie dostrzegała. Śmiech u czytelnika wywołuje dokładność przepowiedni – nie tylko można z nich odczytać datę i miejsce kolejnej rzezi, a nawet i liczbę ofiar. Jest tylko jeden problem - większość tych proroctw staje się „jasna” dopiero po fakcie. No i mam pytanie - czy taka dosłowność wróżby oznacza, że za każdym razem, gdy taka karta zostaje odkryta musi umrzeć dokładnie 17 osób? Ja bym się bał brać ich do rąk. Masterton nie zapomniał również o swoim ulubionym „mięsie armatnim”, czyli dzielnym i prawym policjancie, który, jak zwykle, ginie w wyjątkowo paskudny sposób. O reszcie postaci nie da się powiedzieć nic więcej oprócz tego, że są.
Czy warto czytać „Czerwoną maskę”? Nie warto – bardziej zaskakujące i emocjonujące są kolejne odcinki „Mody na sukces” lub „M jak miłość”. Inna sprawa, ze tych ostatnich też nie polecam. Idzie wiosna –może więc lepiej umyć okna lub wytrzepać dywany? Zajmie to niewiele więcej czasu, a pożytek zdecydowanie większy

Ocena 2/10
Tigana - 2008-03-23, 00:13
:
Ahoj szczury lądowe! Lubicie opowieści o bezlitosnych piratach, przeklętych skarbach i morskich potworach? Jeśli tak to trafiliście pod właściwy adres – najnowszy zbiór opowiadań Jacka Komudy „Czarna bandera” – dostarczy wam tych wszystkich atrakcji, a nawet więcej.
Sześć opowiadań- sześć różnorodnych historii. Komuda pisząc swoją najnowszą książkę stanął przed nie lada wyzwaniem. Okazało się bowiem, że cała „ piracka literatura” to tak naprawdę kilka pomysłów, w dodatku niemiłosiernie wyeksploatowanych. I bądź tu oryginalny. Na szczęście pan Jacek szabli nie złożył i pola dotrzymał. Owszem część historii to nic innego jak wariacje na mniej lub bardziej znane tematy – Latający Holender („Oprawca”), zaginiony skarb („Sześćset cetnarów piekła”), El Dorado („Na szlaku chwały, krwi i złota”). Szczęśliwie dla czytelników na każdym z nim pisarz odcisnął swoje piętno, dzięki czemu zyskują one nową jakość. Wystarczyło przesunąć pewne akcenty, wprowadzić świeże wątki, dodać szczyptę magii i opisać barwnym językiem. Równie ciekawie prezentują się opowiadania będące samodzielnym wytworem autora. No może nie całkiem samodzielnych, ponieważ Komuda nawiązał w nich do autentycznych historii – odnalezienia okrętu we wnętrzu góry lodowej („Lodowy szkwał”), katastrofie morskiej („Ark Raleigh”) czy handlu niewolnikami („Czarny heban”).
Napisanie dobrej książki o piratach wymaga od pisarza stylu, który umożliwiłby mu wierne oddanie kolorytu tamtej epoki. I chyba nie będzie większego zaskoczenia, gdy napisze, że Jacek Komuda wywiązał się z tego zadania wybornie. Tak jak udało mu się na kartach poprzednich książek ożywić Rzeczpospolitą Obojga Narodów, teraz wiedzie nas w barwny świat Karaibów. W trakcie lektury nie raz poczujemy powiew morskiej bryzy, usłyszymy wiatr grający na wantach czy poczujemy oddech śmierci na ramieniu. A wszystko to w towarzystwie najgorszych łotrzyków, jakich ostatnimi czasy udało się ożywić piórem polskiego pisarza. Są źli, okrutni i bezlitośni, a równocześnie (na swój sposób) uczciwi, honorowi i wolni. Tego ostatniego chyba im najbardziej można pozazdrościć – ciągle w drodze, nie myślący o przyszłości, żyjący chwilą. Dziś bogacze – jutro nędzarze. Królowie życia. Piraci.
Powyższe peany nie oznaczają jednak, że „Czarna bandera” to książka pozbawiona wad. W kilku miejscach Komuda nadużywa terminologii morskiej, co powoduje, że tekst traci na czytelności. Mam również pewne zastrzeżenia w związku z końcówkami poszczególnych utworów – zdecydowanie za często finałem jest eksplozja beczki z prochem. Inny istotny mankament – przewidywalność, w kilku wypadkach nawet mniej oczytany czytelnik, już w połowie lektury może domyślić się zakończenia. Wady te są jednak w pełni rekompensowane dzięki, iście wirtuozowskim, językowym popisom pisarza.

Książki beletrystyczne poświęcone piratom czy korsarzom autorstwa naszych rodzimych twórców można policzyć na palcach. Mamy trylogię Janusza Meissnera o Janie Martenie, ze dwie powieści Feliksa Kresa, „Karaibską krucjatę” Marcina Mortki. Nie tak dawno ukazały się „Galeony wojny” Jacka Komudy i choćby dlatego z „Czarnej bandery” należy się cieszyć. Tym bardziej, że recenzowany zbiór to dawka solidnej lektury, która powinna zadowolić większość miłośników „pirackich klimatów”. Zatem jeśli tęsknicie za Karaibami, pięknymi żaglowcami, skrzyniami pełnymi złota i butelką rumu zalecam obranie kursu na najbliższą księgarnie. Ahoj.
Ocena 7/10
Tigana - 2008-03-29, 15:36
:
Jednym z największych sukcesów komercyjnych TVP ostatnich lat jest serial „Ranczo”. Puszczany w czasie najlepszej oglądalności, niedzielny wieczór, nie tylko przyciąga paru milionową rzeszę fanów, ale i zyskuje dobre noty u krytyków. Spora w tym zasługa aktorów, zwłaszcza Cezarego Żaka w podwójnej roli Wójta-Proboszcza, ale także ciekawego i autentycznie dowcipnego scenariusza. Jego autorzy pokazują widzom w krzywym zwierciadle obraz współczesnej wsi wraz z jej zaletami, jak i przywarami. Nie unikają przy tym jednak poruszenia poważniejszych tematów jak alkoholizm czy przemoc w rodzinie. Nasuwa się więc pytanie: „Czemu nie spróbować przenieść tak udanego pomysłu na karty książki?” Tak, być może narodził się pomysł na „Wiedźmę.com.pl” najnowszą powieść Ewy Białołęckiej. I chociaż pewnie nigdy nie dowiemy się prawdy o „korzeniach” tej książki, podobieństwo jest uderzające.
W obu przypadkach mamy do czynienia z prawie identycznym zawiązaniem fabuły. Główna bohaterka, filmowa Lucy i książkowa Krystyna Szyft (aka Reszka), otrzymuje spadek, który stanowi dom położony, gdzieś na zabitej deskami wiosce. Obydwie panie dzielnie walczą o przezwyciężenie niechęci „tubylców”, próbują wprowadzić nieco cywilizacji, a przede wszystkim znajdują wielką miłość. Co ciekawe za każdym razem ich wybrańcem jest miejscowy alkoholik, który po bliższym poznaniu okazuje się całkiem sensownym człowiekiem (o ile jest trzeźwy) Szkoda tylko, że u Białołęckiej zabrakło kogoś równie wyrazistego jak para Wójt/Proboszcz – w zamian dostajemy za to kilku „wioskowych dresiarzy” a także całą gromadkę różnych duchów. Ano właśnie „Wiedźma. com. pl” to tak naprawdę powieść z gatunku urban fantasy, w której elementy nadprzyrodzone egzystują obok naszej szary rzeczywistości.
Nie oczekujmy jednak jakiś fajerwerków w stylu pojedynków na różdżki czy fireballe. U Białołęckiej „wiedźmia” magia sprowadza się przede wszystkim do rzucania uroków, leczenia chorych oraz widzenia umarłych. No jeszcze od czasu do czasu można zafundować podróż astralną (wyjść duchem z ciała), aby w ten sposób oddziaływać na ludzi lub przedmioty. Niby repertuar magicznych sztuczek nie jest zbyt duży, ale autorce udało się bardzo dobrze poprowadzić ten wątek i czytelnik nie odczuwa znużenia powtarzającymi się czarami. Niemniej i tak największym walorem powieści jest jej humor.
Białołęcka buduje większość scen, podobnie jak ma to miejsce w serialu, wokół konfrontacji pomiędzy miejską a wiejską mentalnością. Bohaterki rzucone w zupełnie obce środowisko próbują się przystosować do nowych warunków, ale nie jest to łatwe. Reszce doskwiera brak Internetu, telewizji czy innych miejskich wygód. Nie potrafi nawet porządnie rozpalić w piecu. Na dodatek musi sprostać wizerunkowi wioskowej wiedźmy i pomóc ludziom w potrzebie. Ot chodźmy takie odczynienie uroku czy zabezpieczenie domu przed nie zawsze przyjaznymi duchami. Na szczęście zawsze może liczyć na siłę i potęgę wszechmocnego „Google” i połamanych płyt CD.

Nie można również narzekać na tempo książki – akcja toczy się wartko, a autorka sprawnie prowadzi zarówno wątki kryminalne, jaki romansowe czy metafizyczne. A na deser czytelnicy biorą udział w szalonym pościgu na motocyklu z nie z tego świata. Zresztą kierowca też jest dosyć nietypowy.
Ostatnie powieści Ewy Białołęckiej wywołuje u jej wielbicieli mieszane uczucia. Zawiedzeni są miłośnicy przygód Kamyka, którzy z utęsknieniem czekają na jego dalsze przygody. Z drugiej strony „Róże Selerbergu” czy „Wiedźma.com.pl” to kawał dobrej rozrywkowej literatury, jakiej ze świecą szukać na księgarskich półkach. Sprawnie napisane, oparte na ciekawych pomysłach i autentycznie zabawne. Trudno powiedzieć, w którym kierunku podąży teraz autorka – jedno jest jednak pewne – warto czekać na jej kolejne książki.

Ocena 6/10
Maeg - 2008-04-14, 02:12
:
Kobieta z wydm, Kōbō Abe

Kobieta z wydm to książka z gatunku realizmu magicznego, nic więc dziwnego, że niektóre sytuacje opisane przez autora mogą po prostu dziwić. Tak było gdy czytałem Sto lat samotności czy choćby książki Murakamiego. Ów nurt w literaturze został o wiele lepiej przyjęty od fantastyki, która uważana jest często za literaturę niższych lotów. A realizm magiczny takiej etykiety przypiętej nie ma.

Czytając blurba wypracowałem sobie pewne wyobrażenie o tej książce. W trakcie lektury rzeczywistość okazała się zupełnie inna, nawet ciekawsza niż sugerowała rekomendacja z tylnej okładki. To kolejny przykład, że blurbów czytać nie warto. Główny bohater Niki Junpei, nauczyciel oraz entomolog wyrusza na wyprawę w celu odkrycia jeszcze nieznanego gatunku owada. Z różnych powodów wybrał piaszczyste tereny nad morzem. Podczas swych poszukiwań na wydmach, poznaje mieszkańców niedaleko położonej wioski, oni zaś oferują mu nocleg. Niki Junpei się zgodził i wtedy zaczęły się jego problemy.

Możliwe spoilery.
Jednym z głównych motywów książki jest piasek. Ten wszędobylski piasek, ten który organizuje życie mieszkańców wsi. Muszą oni co wieczór walczyć z jego napływem, żeby nie zasypał wioski. Pasiek ten też nieodgarniany, może powodować gnicie. Dlatego trzeba z nim walczyć. Z piaskiem jest jak z głazem, który wtacza Syzyf pod górę, ta praca nie ma, wydawało by się sensu, gdyż następnego dnia wszystko wygląda tak samo

Warto wspomnieć też o kobiecie z którą Junpei „mieszka” w wiosce. Trzeba wziąć poprawkę na to, że akcja powieści dzieje się w Japonii i relacje damsko-męskie wyglądają odrobinę inaczej. Tak też jest na początku tej znajomości, na pewno wpływ na to miały okoliczności w jakich Junpei znalazł się w jej domu. Może były to wyrzuty sumienia? Nie można na 100% tego powiedzieć, gdyż kobieta dla czytelnika jest równie nieprzenikniona jak dla głównego bohatera.

Kobieta z wydm ma też w sobie element dobrego thrillera. Mroczny klimat, trzymająca prawie cały czas w napięciu akcja. Próby ucieczki bohatera z domu-pułpaki pokazują jak daleko może zaprowadzić człowieka determinacja. A ich opis doskonale uzupełnia klimat całej książki. Mamy więc cała gromadę tematów poruszanych w tym tekście. Wolność, zniewolenie, determinacja, determinizm. A wszystko zamknięte w niewielkiej formie. Książka jest krótka, liczy tylko 188 stron. Jakby porównać to z innymi autorami, którzy piszą po 500, 600 i więcej, wydaje się to nie wiele. Ale Kōbō Abe pokazuje jak w małej ilości stron przedstawić tak wiele problemów, a w dodatku napisać powieść którą czyta się z zapartym tchem, z niecierpliwością przechodzi się do następnej strony i następnej, itd. Po Kobieta z wydm warto, a nawet trzeba sięgnąć by samemu się przekonać czy wizja świata którą wykreował autor przemawia do nas.
derbullaw - 2008-05-06, 23:56
: Temat postu: Piekara Jacek "Alicja"
Po „Alicję” Jacka Piekary sięgnąłem w czasie wychodzenia z dosyć głębokiego kryzysu czytelniczego. Właściwie jedynym powodem, który skłonił mnie do zaznajomienia się z tym utworem, był jego autor. Jeden z moich ulubionych, jeżeli chodzi o pisarzy krajowych.
Ponadto muszę przyznać, że notka na okładce, była dosyć intrygująca. Jednakże nie do końca w moim spaczonym przez fantastykę guście. Przynajmniej tak mi się wydawało...

Głównym bohaterem „Alicji” jest niejaki Aleks. Niespełniony scenarzysta, który poświęcił karierę dziennikarską, by spełnić swoje marzenie.
Krótko mówiąc stoczył się na skraj nędzy, a do rozpaczy też wiele mu nie brakuje. Pewnego dnia spotyka nastolatkę, tytułową Alicję (w tym momencie następuje dobry moment na banał). Wydarzenie to odmienia jego życie...

Pytanie w jaki sposób?

Tego niestety nie wiem i nikt po pierwszym tomie raczej się nie dowie. Można co najwyżej podejrzewać, snuć domysły, albo się zirytować na Piekarę. Otóż stworzył on niewątpliwie książkę bardzo dobrą, tajemniczą. Niejasny związek pomiędzy postaciami. Z jednej strony z niewinnym podtekstem nie powiem erotycznym, bardziej sercowym. Z drugiej być może nie do końca taki nieskazitelny.
Z resztą któż to wie?

Myślę, ze ocena „Alicji” mogła by być nawet wyższa, gdyby fabuła zmieściła się w jednej książce, a tak... Dostaliśmy deser, wyśmienite danie, wykwintne.
Takie wiktuały charakteryzują się tym, ze na ogół czuje się niedosyt. Trzeba mieć świadomość, ze niedosyt jest zjawiskiem jak najbardziej pozytywnym. Dlatego boję się tylko jednego. Dostać „schaboszczaka z ziemniakami i zasmażką”. Dostać „siermiężne fantastyczne” wytłumaczenie, bez finezji charakteryzującej pierwszy tom.

Panie Jacku proszę Pana tylko o jedno. Niech pan gotuje z wyczuciem.
Romulus - 2008-05-11, 20:02
:
Uff, znowu przeklejanie. Ale nie dam rady napisać trzy razy o tym samym, za każdym razem inaczej. Na moją obronę: robię to (przeklejanie) rzadko.

Przeczytałem Mojego własnego diabła M. Careya.

Troszeczkę jestem rozczarowany, muszę przyznać.

Wydaje mi się, że powieść ta ma potencjał na rozwój, więc nie przekreślam jej od razu. Ale w trakcie lektury towarzyszyło mi uczucie, że mam do czynienia z przerośniętym opowiadaniem, w którym intryga jest przysłonięta mało efektywnymi rozważaniami głównego bohatera i jego długim przewodem myślowym. W zasadzie, mogę się zgodzić z tym, co napisał w swojej recenzji na Katedrze, Żerań.

Akcja jest jednostajna, leniwa, dużo czasu nic się nie dzieje. Poza faktem, że różne potępione lub nie, dusze krążą po świecie, niewiadomo więcej na temat przyczyn takiego stanu rzeczy: kto, jak, dlaczego... Składam to na karb tego, że już z okładki wynika, że jest to tom I dopiero. Jednak, czy z tego powodu cała fabuła musiała być tak... nieskomplikowana i odsłaniająca tak mało? W zasadzie dopiero po jakimś, długim czasie udało mi się w nią wciągnąć (rację miała Elektra). A to jest wina stylu którym (podejrzewam) autor próbował zasłonić być może komiksowe "skażenie". Przez co momentami szło mi naprawdę opornie - i nie była to wina (tylko) mojego zmęczenia i przepracowania w ostatnich dniach.

Głównemu bohaterowi, mimo deklaracji (jego), brak humoru i ikry. Raczej snuje się po kolejnych kartach tej powieści, czekając aż kolejne części układanki pojawią się i zaczną do siebie pasować.

Plusem jest intryga: mimo że niezbyt skomplikowana w ostateczności, to jednak ciekawa, na tyle, że wytrwałem do końca i dałem autorowi niewielki kredyt a konto następnej powieści. Głównie dzięki finałowi i pewnej hmm... uroczej postaci, która się w finale sprzymierzy z głównym bohaterem. W zasadzie dopiero finał tej powieści zaczyna wyglądać obiecująco, ale wtedy następuje koniec. Może to obiecujące zakończenie mimo wszystko będzie niezłym wstępem do następnej powieści? Oby tak było, bo kredyt jest naprawdę mały. Na razie oceniam tą powieść jako niezłą, lecz przeciętną jednak. Po usunięciu elementów fantastycznych i niewielkim przerobieniu w fabule byłby to poprawny lecz nudny kryminał.

Nie znam komiksowej twórczości autora, więc nie wiem, na ile powieść jest napisana w jego stylu.

Jako horror, czy jako czarny kryminał, ta powieść nie sprawdza się. Za mało klimatyczna, za bardzo jednostajna, a ciekawi bohaterowie pojawiają się na krótko. Polecanka napisana przez Richarda Morgana jest przesadzona. Ale CONSTANTINE (film) podobał mi się bardzo więc wierzę, że w następnej Mike Carey rozwinie (czarne) skrzydła :)

Póki co, stawiam na półce i dam jej drugą (czytaj: ostatnią) szansę za jakiś czas. Niewiele "niepewnych" powieści zyskuje u mnie tak wiele :)
Tigana - 2008-05-15, 16:25
:
Andrzej Pilipiuk "Droga do Nidaros"


Długo przyszło nam czekać na nową powieść Andrzeja Pilipiuka. Pierwsze przecieki na temat „Oka Jelenia” pojawiły się już kilka lat temu, ale oprócz wzmianek, że ma to być cykl nie było wiadomo nic więcej. Raz pisano o kolejnej serii książek skierowanych do młodzieży a’la „Norweski dziennik”, innym razem, już wedle słów samego autora, że czeka nas powieść pełna seksu i przemocy. Tyle teorii, a jak to wygląda w praktyce?
„Droga do Nidaros”, bo tak zatytułowany jest pierwszy tom cyklu, zaskakuje od samego początku. Chociażby wybór na głównego bohatera Marka Oberecha z zawodu nauczyciela informatyki, a więc przedstawiciela jednej z najbardziej znienawidzonych przez autora profesji. Dalej jest równie ciekawie - świat, który znamy ulega w wyniku kosmicznej katastrofy całkowitej zagładzie. Na szczęście dla Oberecha spotyka on kosmitę, który w zamian za obietnice służby ratuje mu życie. Teraz przeniesiony w czasie do XVI wiecznej Norwegii informatyk wraz z inną podróżniczką w czasie polską szlachcianką Heleną, wyruszają do Nidaros. Celem ich misji jest odnalezienie tajemnicze Oko Jelenia. W równolegle toczącym się wątku poznajemy losy polskiego kupca Mariusa Kowalika, który w towarzystwie jednego z przywódców bałtyckiej Hanzy także podąża w kierunku norweskiego miasta. Początek książki wydaje się więc obiecujący, niestety pozory mylą.
Nie sądziłem, że to kiedyś napisze, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz – najnowsza książka Andrzeja Pilipuka jest nudna. Może nie aż tak jak przysłowiowe flaki z olejem, ale w porównaniu z poprzednimi książkami autora, chociażby „Operacją Dzień Wskrzeszenia”, widać zasadniczą różnicę. Owszem sam początek elektryzuje, ale z czasem tempo powieści siada. Szczególnie jest to widoczne w opisie przygód Mariusa Kowalika, na które to prawie wyłącznie składają się rozmowy dotyczące kwestii geopolitycznych XVI-wiecznej Europy. Co gorsza, przynajmniej w pierwszym tomie cyklu, cały ten wątek nie ma bezpośredniego wpływu na główną linię fabularna książki. Podejrzewam, że już w kolejnej części cyklu splotą się losy wszystkich bohaterów , ale póki co trzeba na to poczekać.
Również sam wątek dotyczący podróżników w czasie nie jest zbyt ekscytujący. Owszem Andrzej Pilipiuk z pietyzmem i dbałością o najdrobniejsze szczegóły odtwarza życie codzienne w XVI wiecznej Norwegii, ale to za mało. Na dobrą sprawę mamy do czynienia z jednym prawdziwym zwrotem akcji, a później fabuła toczy się w dość ślamazarnym tempie. Większość czasu bohaterowie powieści poświęcają nie kwestii wypełnienia zadania, ale dyskusją jakby by tu zarobić i przeżyć z dnia na dzień. Ja rozumiem, ze dla nich jest to kwestia życia i śmierci, ale współczesna książka rozrywkowa, a za taką uważam „Drogę do Nidaros” rządzi się pewnymi regułami i objaśnienie budowy schronienia na zimę czy produkcji mydła niezbyt tu pasują. Chyba, że w ten sposób pan Andrzej chciał w ten sposób złożyć hołd Juliuszowi Verne i jego „Tajemniczej wyspie”, gdzie tego typu opisy stanowiły istotną część książki. Drażniła mnie także sama postawa bohaterów, a raczej ich znajomość realiów życia w dawnych czasach. Bardzo często czytelnik napotyka się na wzmiankę, że dana postać coś tam słyszała, zapamiętała. I pal licho gdyby tu chodziło o rzeczy powszechnie wiadome z lekcji historii – tutaj jednak chodzi o wiedzą szczegółową: zasady istnienia cechów, zwyczaje katów czy system zarządzania wczesnorenesansowym państwem. Pogratulować pamięci.
Irytuje również pewna niekonsekwencja autora. Z jednej strony kosmita, któremu służą powieściowi bohaterowie, potrafi wessać Bibliotekę Narodową i przenosić ludzi w czasie, z drugiej sam nie potrafi odnaleźć jednego przedmiotu. Odniosłem wręcz wrażeni, że pewne ograniczenia, które zostały na „obcego” nałożone są sztuczne i służą jedynie usprawiedliwieniu fabuły. Chociażby taka kwestia jak odpowiednie wyposażenie postaci w strój z epoki czy jakieś pieniądze, że niby to pochłonęłoby mnóstwo energii. A wysyłanie w czasie kolejnych ludzi to nie? A tak – nie licząc umiejętności do mówienia w dowolnym języku i rozpoznawania przedmiotów podróżnicy w czasie są zdani na łaskę i niełaskę losu.
Spodobać się może za to sama polityka bohaterami, których autor nie oszczędza. Pobicia, gwałty, przymieranie głodem są tu na porządku dziennym. Bez wątpienia najmocniej doświadczona przez los jest Helena, ale ta pomimo licznych nieszczęść nie traci hartu ducha i jest godną spadkobierczynią kuzynek Kruszewskich.
W książce, na szczęście, brakuje uproszczeń politycznych, jakich było sporo w poprzednich książkach Pilipiuka. Owszem zdarzają się przytyki czy aluzje, nie są one jednak zbyt nachalne.
Misja odszukania „Oka Jelenia” dopiera się rozpoczęła i trudno stwierdzić w którym kierunku poprowadzi nas autor. Na pewno możemy spodziewać się połączenia wątku Hanzy i podróżników w czasie, a co dalej? Dokąd podążą nasi bohaterowie? To wie tylko autor. Nie będę ukrywał -„Droga do Nidaros” nie jest powieścią wybitną, czy nawet dobrą. Zresztą nie od dziś uważam, ze Andrzej Pilipiuk lepiej sprawdza się w krótszej formie. Pierwsza część cyklu to przeciętne, aczkolwiek dobrze napisane czytadło, które posiada pewien potencjał, by stać się początkiem czegoś ciekawego. Wszystko w rękach autora.

Ocena 6/10
Tixon - 2008-05-15, 16:39
:
Ben Bova i "Wschód Księżyca", czyli jeden z początkowych tomów sagi Droga Przez Układ Słoneczny. Czyli czyste SF.
Historia opowiada o kolonizacji Księżyca, o losach Bazy Księżycowej – dla jednych ogromnego kroku naprzód, jedynej możliwości rozwoju ludzkości, dla innych studni bez dna, w którą pompuje się tylko pieniądze, a rezultatów nie widać. Korporacja Masterson Aerospace staje przed trudnym wyborem, trudnym o tyle, że główny konflikt rozegra się pomiędzy rodziną.
Książkę zacząłem czytać w pociągu, gdy skończyła mi się poprzednia. Jej wygląd mógł przerazić – 464 stron tekstu, prawie najwięcej z tego co kupiłem. Ale zaryzykowałem, a po paru stronach nie mogłem się już oderwać. Fabuła zaczyna się podręcznikowym trzęsieniem ziemi – Paul Stavenger jest w dosyć kłopotliwej sytuacji – jego dwóch towarzyszy zostało zabitych, zamordowanych, a on sam znajduje się na Księżycu, trzydzieści kilometrów on najbliższego schronu. Pojazd jest uszkodzony, komunikacja również, nie ma jedzenia, a wody i tlenu wystarczy mu na krótko. Bardzo krótko. Jednak zostać w miejscu, to zginąć. Wyrusza więc w stronę najbliższego schronu z perspektywą 10 bardzo długich i być może ostatnich godzin jego życia. Jego ciało ciągle jest na naturalnym satelicie naszej planety, lecz jego myśli wracają na Ziemię, tam gdzie wszystko się zaczęło. On sobie przypomina, a my poznajemy. Nie mogąc się oderwać.
To pierwsza zaleta – wciąga. Wciąga i zgodnie z napisem na okładce – do samego końca trzyma w napięciu.
Kolejną jest sugestywna wizja. Nie wiem, czy autor ją faktycznie zawarł w książce, czy tylko ja ją widzę, niemniej odebrałem ją i jest fantastyczna. A na czym polega?
Słyszałem gdzieś i zapamiętałem powiedzenie, że skutecznym sposobem zaprowadzenia pokoju na świecie było by wysłanie ludzi w kosmos. Nie, nie w celu zostawienia ich tam, ale żeby na niego popatrzyli, żeby go doświadczyli całym swoim jestestwem. Może wtedy by uświadomili jacy są mali, jak nikłe są ich problemy, jakiej współpracy wymaga dostanie się tam w górę. Może wrócili by odmienieni. Po przeczytaniu książki Bova to może zmienia się na prawie pewne. O ile oczywiście by chcieli. Oraz byli w stanie pojąć lekcje, jaką daje im Księżyc.
Jeszcze chwila odejścia od tematu – Księżyc uwielbiam od najmłodszych lat, więc takie a nie inne ukazanie tego „kawałka skały” bardzo przypadło mi do serca.
A jaką lekcję daje Luna? Poprawka – jakie lekcje. A może lepiej czym? Tak, czym będzie znacznie bardziej zrozumiale. Przede wszystkim barwą. Na Księżycu brak jest kolorów. Jest tylko szarość w setkach odcieni. Oddzielona od czerni kosmosu horyzontem niczym granica między dobrem a złem. Granica którą widać, ale do której nie można dojść. Tak więc można stać albo po jednej stronie, albo drugiej. Tu jest życie, tam – śmierć.
Kolejną lekcją jest współpraca – człowiek zostawiony sam sobie, to martwy człowiek. Tylko dzięki ścisłej współpracy można przeżyć, można coś zdziałać. To kosztuje. Ale nawet jeśli ceną jest prywatność, należy ją zapłacić. Bo po prostu innego wyjścia nie ma. Jeżeli myślimy o dobrze ogółu, to tak – jednostka musi zostać poświęcona w tym celu. Nie oznacza to całkowitego podporządkowania się, bezwzględnego posłuszeństwa. Nie, to nie jest metoda – przymus zupełnie nie sprawdzał się w bazie; dyrektorka siłą trzymana gotowa była zwolnić się z pracy, bo nie chciała poświęcić swoich planów. Lecz kiedy jest potrzeba, sytuacja krytyczna – zjawia się sama z siebie, zupełnie nie proszona, gotowa do działania. Nie myśli wtedy o sobie, ani o rodzinie – myśli o dobru grupy, dobru całej bazy.
Trzeci wykład to szacunek. I ten wykład powinna przyswoić sobie cała ludzkość. Sami osądzie, czy nie mam racji: na Księżycu szanuje się wodę – jej wytworzenie jest kłopotliwe, sprowadzenie kosztowne, więc oszczędza się ją. Nie skąpi, lecz nie marnuje.
Tlen również jest cenny – nikt nawet nie pomyśli o zanieczyszczaniu powietrza, z którego korzysta, które jest mu niezbędne do życia. Bez niego zginie i ROZUMIE TO.
Trawa wyhodowana w Grocie (kawiarni, miejscu spotkań i stołówce) traktowana jest prawie z nabożną czcią, bowiem kosztowała wiele pracy. Tak samo jak rośliny – wiele pracy jest włożone w wyhodowanie marchewki, lecz równie wielką wagę kosmonauci (a raczej kosmonauta :D ) poświęca kwiatom. A skoro wkładają w to pracę i serce, cenią otrzymany wynik.
Osoba która spędziła by rok czasu w Bazie Księżycowej, miała by zupełnie inne podejście do rzeczy na Ziemi. Na pięknej i kolorowej Ziemi, pełnej życia i dźwięku. Na pewno nie zanieczyszczał by jej świadomie, czy też bezmyślnie. Rozumiałby, że ochrona miejsca, na którym żyje to jego obowiązek.
Czym jeszcze książka mnie urzekła? Humorem. Jest w wielu miejscach i rodzajach. Czasami narrator rzuci dowcipne sformułowanie, czasami bohaterowie będą przekomarzać się słownie. Czasami będziemy mieli smaczki, a czy je zauważymy będzie zależało tylko od wnikliwego czytania.
A skoro mowa o postaciach i ich rozmowach. Bohaterów jest dużo, a każdy jest na swój sposób ciekawy. Rozmowy zaś są dobre, często soczyste, ale wulgaryzmy są użyte w celu ekspresyjnym, nie zaś dla samego rzucania mięsem, jak to wielu autorów czyni.
To sprawiło, że książka jest taka dobra. Ale im książka lepsza, tym wady, widoczne wady, są bardziej dokuczliwie.
Pierwszą z nich – tą która doprowadzała mnie niemal do zgrzytania zębami – jest wada nazwana przez Esencję Dynastją. Chodzi mianowicie o wątek (jeden z głównych) matki i syna – on jest zły, a ona go cały czas kryje i niańczy. Szczytem jest, gdy prawie trzydziestoletni synalek klęczy i wypłakuje się przytulony do kolan mamusi. Denerwuje mnie to, gdyż ten układ decyduje o większości wydarzeń w fabule, jest ich sprawcą. Owszem, wydarzenia i konfrontacje są dobre, ale ich przyczyna żałosna. A w tak dobrej książce, przy wysokim poziomie pozostałych składników to boli.
Punktem drugim jest organizacja zwana Nową Moralnością, odpowiadająca za wszelkie formy ograniczenia rozwoju nanotechnologi. Oraz nauki.
Jej wpływ na fabułę jest olbrzymi, powoduje też wielkie emocje, z tym, że tak naprawdę to kolos na glinianych nogach. Po prostu autor potrzebował taką siłę i stworzył ją, chociaż faktycznie nie miała by mocy powstać i być taką silną, jaką jest. Dopóki organizowała pikiety, strajki i wzmagała strach oraz nienawiść ludzi do nano, była do przyjęcia. Jednak od kiedy pod jednym kierunkiem połączyły się różnego rodzaju organizacje chrześcijańskie, muzułmańskie i żydowskie… Cóż, to przestało być takie ładne. Gdy zaś przerodziła się w siłę zdolną do nacisku na ONZ… cóż, Korporacja potrzebowała przeciwnika i go dostała. Szkoda tylko, że na sterydach.
Dobrą informacją może być jednak to, że autor nie umoralnia – technologia nano u niego nie jest ani dobra, ani zła. Po prostu jest, a to ludzie decydują się w jaki sposób ją wykorzystać. W powieści służy zarówno jako piekielna broń, zdolna do zabicia człowieka (rozłożenie węgla z organizmu na atomu), ale również do ratowania jego życia poprzez zwalczanie nowotworu… Można dzięki niej tworzyć, ale też i niszczyć. Ostatecznie można też polepszyć życie na ziemi. Ale ale – prawdziwe korzyści uzyskają tylko ludzie, których na to stać (co powoduje zazdrość u szarych obywateli, co Nowa Moralność bezbłędnie wykorzystuje), jak też prowadzi do pytania co zrobić z 10 miliardową ziemią, której mieszkańcy nie chorują oraz żyją długo. Bardzo długo. Cóż, zostaje to do osądzenia czytelnikom.
Książka zrobiła na mnie wielkie wrażenie, początkowo byłem w stanie dać jej wszystko w skali, ale im dalej, tym wymienione błędy były bardziej upierdliwe, bardziej zmniejszające radość z lektury. Dlatego też ocena jest obniżona o dwa punkty. Czyli 8 oczek.
Romulus - 2008-05-15, 18:18
:
Ben Bova to była swego czasu moja mała ekstaza fantastyczna. ale nie czytałem niestety dwóch lub trzech ostatnich tomów tego ciekawego cyklu...

A teraz będzie nie - fantastycznie trochę:

IMPERIUM. JAK WIELKA BRYTANIA ZBUDOWAŁA NOWOCZESNY ŚWIAT Nialla Fergusona.

Niall Ferguson uznawany jest za jednego z najwybitniejszych na świecie historyków średniego pokolenia (tako rzecze wikipedia, ale nie tylko). Jego "działka" to historia polityczna i gospodarcza czasów nowożytnych. Jest profesorem historii Uniwersytetu Oksfordzkiego i Uniwersytetu Harvarda i cenionym analitykiem sytuacji geopolitycznej świata. Stały współpracownik "Los Angeles Times", "Sunday Telegraph" oraz polskiego "Dziennika".

Jako historyk jest on zwolennikiem i orędownikiem historii kontrafaktycznej, którą wykorzystuje do krytyki deterministycznych teorii dziejów, głównie marksizmu.

IMPERIUM i jego drugie słynne dzieło COLOSSUS (odpowiednio wydane w 2003 i 2004 r.) to rzeczy traktujące o historii imperium brytyjskiego i amerykańskiego.

Kupiłem Imperium dlatego, że czytałem jego artykuły w polskim Dzienniku i bardzo mi przypadły do gustu. Nie tylko za, momentami nieszablonowe podejście do - wydawałoby się - oczywistych problemów, ale i za ciekawy, lekki i dowcipny styl, który pozwalał sądzić, że nie jest to kolejny bufon w rodzaju Fukuyamy, czy Barbera, których "się czyta", bo moda nakazuje. Czytałem długo, bo nie chciałem prześlizgiwać się "po łebkach" po treści (ale i dlatego, że jestem niewolnikiem fabuł, jak się okazało, a zacięcie historyczne u mnie to już przeszłość).

Autor starał się w tej książce odpowiedzieć na pytanie, jak doszło do tego, że archipelag deszczowych wysp na północno - zachodnim wybrzeżu Europy stworzył imperium, które rządziło światem i czy imperium to było dobre, czy złe. Próba odpowiedzi na to pytanie bywa momentami niepoprawna politycznie bo stoi w poprzek liberalnych ciągot historycznych, które starają się wykazać, jakim złem był kolonializm i jaki mamy dług u narodów Afryki. Ferguson bynajmniej nie rozgrzesza ani niewolnictwa ani kolonializmu, ani - bynajmniej - imperializmu. Jednak nie rysuje tego w takich złowrogich barwach dla samobiczującego się liberalnego społeczeństwa. Wreszcie, książka ta - może zamierzenie, może nie - pokazuje jakim strasznym miejscem byłby świat bez imperiów. I tu też jednak Ferguson nie uogólnia bynajmniej po to, aby za wszelką cenę stanąć w kontrze do poprawności politycznej, czy podlizać się konserwatystom. Rzeczowo, rozdział po rozdziale, ściśle trzymając się źródeł, a czasami po prostu odwołując się do korzeni własnej rodziny (zasiedlanie Australii) stara się udowodnić swoje tezy, pozostawiając jednak sporo miejsca na dyskusję.

Bardzo mi się ta książka podobała. Nie tylko przez sentyment do historii, ale przez te wszystkie cechy, o których wspomniałem wcześniej. Ferguson to równy gość i bez wątpienia kupię sobie jeszcze Colossus-a i Cash Nexus. Money And Power In The Modern World - ale nie ukazały się chyba jeszcze w Polsce. Póki co pozostają mi jego komentarze i artykuły w Dzienniku, szkoda że ich tak mało.
andy - 2008-05-15, 18:51
:
romulus napisał/a:
ale nie czytałem niestety dwóch lub trzech ostatnich tomów tego ciekawego cyklu...

Warto jak kto lubi hard SF w sumie o niezbyt odległej przyszłości.
romulus napisał/a:
którą wykorzystuje do krytyki deterministycznych teorii dziejów

tego nie czytałem, ale może kiedyś? Ale jako fizyka to mnie dawno nauczono i poparto to rachunkami, że czegoś takiego jak determinizm nie ma. No może humaniści nie opracowali jeszcze odpowiedniego aparatu matematycznego - cuś podobnego do mechaniki kwantowej? Pewnie nie i dlatego jak się mówi historia to nauczycielka narodów. Tylko kurde dlaczego ludzie te same błędy popełniają? Historia nic nie nauczyła?
Tigana - 2008-05-18, 17:47
:
Ragnarok nadciąga a Imperium Brytyjskie drży w posadach. Niezwyciężone wojska normańskie okupują już Irlandię, a zajecie Anglii i Szkocji wydaje się być kwestią czasu. W odległym Watykanie papież wznosi modły o pokój, Francja wciąż się wahają, i tylko Polska, jak zwykle honorowa do końca, potrząsa szabelką. Czy w świecie ogarniętym chaosem i wojną jest jeszcze choćby iskierka nadziei? Tak. Gdzieś w środku wojennego zamętu niezależny dziennikarz i szpieg z przypadku Jeremy Baldwin zostaje zmuszony do wzięcia udziału w niebezpiecznej grze. Mając do pomocy grupę, często nieoczekiwanych, sprzymierzeńców oraz tajemnicze wizje zwiastujące niebezpieczeństwo zrobi wszystko by ocalić Europę.
Druga część „Ragnaroku 1940” Marcina Mortki to bezpośrednia kontynuacja pierwszego tomu. Akcja rozpoczyna się dosłownie kilka chwil od momentu gdy rozstawaliśmy z głównymi bohaterami. Wciąż więc tkwimy w alternatywnym świecie, gdzie współcześnie potomkowie wikingów stanowią wielką potęgę polityczno-gospodarczą i marzą o podboju świata. Jednakże w odróżnieniu od pierwszej części tym razem zamiast książki szpiegowski dostajemy powieść wojenną.
Otwarty konflikt pomiędzy Normanami a Anglią stał się dla autora pretekstem do licznych opisów batalistycznych. Mamy więc do czynienia z walkami powietrznymi, bitwami (pod) morskimi oraz śmiałymi rajdami komandosów. Największą ich zaletą, oprócz dynamicznych opisów, jest fakt, że autor na potrzeby książki stworzył całkowicie nowe rodzaje broni. Tutaj na pierwszy plan wysuwają się przede wszystkim normańskie bombowce sleipnirry czy wiatrakowce będące ciekawym połączeniem śmigłowca i samolotu. O ich zaletach i wadach czytelnik szybko się dowiaduje czytając opisy ich powietrznych pojedynków ze znanymi z naszych czasów Spitfire’ami czy Hurrican’ami. Autor nie zapomniał także o takich szczegółach jak broń osobista (surtry), mundury czy nazewnictwo poszczególnych jednostek bojowych.
Carl von Clausewitz twierdził , iż "wojna stanowi przedłużenie polityki za pomocą innych środków". Nie zapomina o tym także Mortka, który poświęca jej dużo miejsca w swojej książce. Tak jak w prawdziwym świecie – tutaj każda decyzja militarna ma drugie dno, a ruchy wojsk są dyktowane korzyściami politycznymi. Równie ważną rolę w fabule drugiej części „Ragnaroku 1940” odgrywają szpiedzy. Brytyjskie MI 6 toczy ze swoim normańskim odpowiednikiem (Kringlan) równie zażartą, co cichą wojną. Szyfry, podwójni agenci, fałszywe ślady to ich codzienność. Zawsze w cieniu, ale to właśnie od ich bohaterstwa w dużej mierze zależą losy świata.
Gdybym miał szukać słabych stron powieści Mortki na pewno wskazałbym postać głównego bohatera Jeremy’ego Baldwina. Wedle słów autora miała to być postać impulsywna, działająca pod wpływem chwili, emocji. I to się udało. Inna sprawa, ż e bohater, który potrafi zaskoczyć zawodowego zabójcę, by w chwilę później dać się oszukać jak dziecko, mnie irytuje. Zaznaczam kwestia gustu. Inne postaci, może oprócz szefa Kringlanu Olava Valgrimsona, nie wzbudzają u czytelników większych emocji. Większość akcji powieści dzieje się w dosyć zimnym klimacie i może dlatego bohaterowie są „chłodni”. Jeden Valgrimson ma w sobie pewien, nie do końca wykorzystany, potencjał i potrafi okazać emocje – gniew, zawiść, ale i miłość czy szacunek dla wroga.
Pisząc recenzje pierwszej części narzekałem na małą ilość magii. Niestety w drugiej części na fajerwerki również nie ma co liczyć. Nielicząc tajemnicy związanej z jednym z obrazów Baldwina, a także sceny kończącej powieść o magii możemy zapomnieć.
Przed odłożeniem książki na półkę warto kilka minut poświęcić na lekturę posłowia, w którym Mortka przedstawia w nim główne założenie, jakie przyświecały mu przy tworzeniu alternatywnego świata. I chociaż mnie osobiście do pewnych rzeczy nie przekonał (np. wprowadzenie postaci Churchilla i Chamberlania) chylę głowę przed katorżniczą praca, którą autor wykonał. Stworzyć wizję alternatywną dotyczącą najnowszych dziejów jest stosunkowo łatwo, ale już spójną wersję świata obejmującą ponad 600 lat to prawdziwie karkołomne zadanie. I chociażby z tego powodu po „Ragnarok 1940”warto sięgnąć.
Ocena 6/10
Tigana - 2008-05-22, 16:09
:
„Drapieżcy” Grahama Mastertona to kolejne wznowienie jednej z lepszych powieści angielskiego autora horrorów. Książka powstała na początku lat 90-tych w czasie, kiedy pisarz miał jeszcze ochotę pisać a nie tylko produkować kolejne powieści i zbiory opowiadań. I chociaż sama fabuła przypomina inne jego „dzieła” czyta się ją dużo przyjemniej.
Początek jest klasyczny. Dawid Williams wraz z siedmioletnim synem przyjeżdżają do małego miasteczka, gdzie ma zająć się remontem starej i opuszczonej posiadłości. Oczywiście dom będzie miał swoją mroczną tajemnicę. Oczywiście główny bohater spotka seksowną dziewczynę, z którą będzie uprawiał seks. Oczywiście nie obędzie się bez rozpruwania żołądków i obdzierania żywcem ze skóry. Oczywiście…
A i tak „Drapieżcy” biją na głowę wszystkie nowe książki Mastertona. Przede wszystkim powieść broni się fabułą, która jak na standardy angielskiego pisarza, zadziwia powiewem świeżości. Autorowi udało się bowiem całkiem pomysłowo połączyć wątki rodem z prozy Lovecrafta (Starzy Bogowie), mitologii sumeryjskiej (zigguraty), angielskiego folkloru, a nawet dodać wątek ekologiczny. Warto również zwrócić uwagę, że pisarz na początku książki, zamiast epatować od razu klimatami rodem z filmów gore, stopniowo dawkuje napięcie i poczucie zagrożenia. Nie jest to może żadne mistrzostwo świata niemniej prezentuje się całkiem dobrze.
Na plus „Drapieżców” zapisałbym także postaci. I podobnie , jak fabułą, Masterton nie stworzył żadnej nowej jakości, a jednak bohaterowie sprawiają wrażenie dużo mniej „papierowych” niż w jego ostatnich „dziełach”. Chociażby Dawid Williams - rozwodnik, który stara się za wszelką cenę zarobić na utrzymanie swoje i syna. Wydarzenia, w których bierze udział przerastają go i dlatego za wszelka cenę szuka pomocy – czy to u księdza , czy policji. Kiedy jednak przyjdzie samemu stawić czoła niebezpieczeństwu nie zawaha się, by ratować swoich najbliższych. Jak dla mnie całkiem racjonalne i logiczne zachowanie. Inna sprawa, że chyba nikt o zdrowych zmysłach nie czekałaby na kolejne trupy tylko szybko ewakuowała się z przeklętego domu. Szkoda, że pozostałe postaci są nakreślone znacznie grubszą kreską i niekiedy sprawiają bardziej wrażenie manekinów niż postaci z krwi i kości.
Po książkę warto sięgnąć jeszcze z jednego powodu – postać Brązowego Jenkinsa. Co by nie mówić Masterton sporą dozę wyobraźni posiada i spod jego pióra często lęgną barwne kreatury. Wystarczy wspomnieć Zielonego Wędrowca i jego świtę („Ciało i krew”), hybrydę człowieka i karalucha („Dziecko ciemności”) czy tytułowych „Bezsennych”. Tym razem mamy do czynienia z istotą będącą , wedle słów samego autora, „karykaturą ludzkiego ciała i karykaturą zwierzęcia, od której zalatywał słodki odór zgnilizny”. Przebiegły i bezwzględny, a dodatek uzbrojony w ostre jak brzytwa pazury gwarantuje sporą dawkę wrażeń i krwi.
Minusy – jak to u Mastertona – schematyzm i przewidywalność np. łatwo domyślić się, która postać straci życie. Dobre wrażenie, jakie pozostawia książka, psuje również kiepskie zakończenie rodem z tasiemcowych horrorów.

„Drapieżcy” udowadniają, ze Graham Masterton jak chce to potrafi napisać ciekawą i zajmującą powieść. Niestety ostatnimi czasy coraz rzadziej mu się to zdarza. Może wiec lepiej zamiast kupować jego najnowsze „dzieła” lepiej sięgną po kolejne wznowienie wcześniejszych, dużo lepszych, książek?
Ocena 6/10
Tigana - 2008-05-22, 23:50
:
Budzi się o świcie. Wstaje, zjada śniadanie. Wychodzi z domu. Naprawia szkody. Wyrusza do miasta w poszukiwaniu niezbędnych do życia przedmiotów. Czasami się upija i próbuje zapomnieć albo pogrąża w badaniach. Noc zawsze nadchodzi za wcześnie. A z nią wampiry. Tak, dzień po dniu, wygląda życie Roberta Nevilla –ostatniego człowieka na Ziemi, a równocześnie bohatera wstrząsającej powieści Richarda Mathensona „Jestem Llegendą”.

Kiedy pod koniec XIX wieku Brian Stoker powołał do życia postać Draculi, zapewne nie zdawał sobie sprawy, jak wielki wpływ wywrze on swoją powieścią na kulturze masowej. Setki książek, filmów, komiksów, gier komputerowych, a nawet musicale i sztuki teatralne – a wszystko to poświęcone wampirom. Nieliczne jednak utwory zdołały wygrać walkę z czasem i wejść na stałe do kanonu kultury: pierwsze filmy z „Nosferatu- symfonią grozy” na czele, ekranizacja Coppoli, a z książek oprócz samego dzieła Stokera, „Wywiad z wampirem” Anny Rice czy „Gobelin z wampirem” Suzy McKee-Charnas. I „Jestem Legendą”
Powieść Richarda Mathensona jest jak na horror nietypowa. Autor odwraca w niej bowiem proporcje – zazwyczaj jesteśmy świadkami walki ludźmi z nielicznymi wampirami, tutaj mamy do czynienia z jednym człowiekiem, który broni się przed całym światem. Za dnia szuka i niszczy gniazda potworów, w nocy samotny i przerażony czeka na nowy wschód słońca. Tylko czy „Jestem Legendą” to tylko i wyłącznie powieść o wampirach?
Warto zwrócić uwagę na datę wydania powieści – rok 1954. Zaczyna się „zimna wojna”, wykonano karę śmierci na małżeństwie Rosenbergach, ZSRR przeprowadziło pierwszą eksplozję bomby wodorowej. Świat wydawał się znajdować na krawędzi samozagłady , a co gorsza szykował do wykonania kroku naprzód. A gdyby tak zastąpić epidemię- atakiem jądrowym, a wampiry – ludźmi, którzy przeżyli nuklearną zagładę? Neville stara się znaleźć lekarstwo, odtrutkę na zarazę. Bada kości, eksperymentuje z czosnkiem, kołkami, ale kolejne odkrycia dostarczają więcej pytań niż odpowiedzi. Tak jak skutki wybuchu nuklearnego – wampiryzm jest nieuleczalny i tylko nieliczni mogą liczyć na przeżycie. Być może jest to zbyt daleko idąca interpretacja, ale jeśli przypomnimy sobie wojenne losy Władysława Szpilmana to fikcja stanie się rzeczywistością.
Równie ważny aspekt powieści, kto wie czy nie najważniejszy, to walka z samotnością. Z każdym dniem Neville traci człowieczeństwo i swoim zachowaniem zaczyna przypominać istoty, które niszczy. Nie ma nikogo z kim mógłby porozmawiać, dotknąć, obdarzyć uczuciem. Jego jedynym sprzymierzeńcem jest alkohol, ale nie może on zastąpić żywej istoty. Najmocniej samotność bohatera oddają chyba scena oswajania psa, który staje się dla niego namiastką normalności. Co ciekawą drugą istotą będącą dla głównego bohatera więzią z poprzednim życiem jest Ben Cortman - kiedyś sąsiad i przyjaciel, teraz wampir. Pomimo nienawiści jaką go darzy Neville nie chce, a może nie jest w stanie go zabić.

„Jestem Legendą” została napisana dość surowym stylem, w kilku miejscach wręcz dokumentalnym. Przypomina nieco pod tym względem „Drogę” Cormaca McCarthy’ego, choć nie ma aż tak ascetycznej formy. Pomimo upływu ponad pięćdziesięciu lat od chwili powstania w trakcie czytania nie ma się wrażenia, że straciła na aktualności. Oczywiście przedstawione w niej realia są dla nas już archaiczne, ale w żaden sposób nie umniejsza to wartości samej książki.
Powieść Richarda Mathensona zaliczam do grona tych, do których często będę wracał. Może nie do całości, ale poszczególnych scen, akapitów, pojedynczych zdań. Posiada ona bowiem w sobie pewien ładunek emocjonalny, który nie pozwala przejść koło niej obojętnie. Czuć w niej wielkość, a jej zakończenie już na zawsze pozostaje w pamięci czytelników. Gorąco polecam.

Ocena 10/10
Tigana - 2008-05-30, 14:34
:
Tak z 10 ostatnich postów to czysty spam :P
"Mój własny diabeł" to ciekawe połączenie kryminału i horroru. Autor korzystając z doświadczenia jakiego nabył w trakcie tworzenia komiksu o Constantine wykreował kolejną postać detektywa parającego się sprawami z pogranicza jawy i rzeczywistości. W sumie dostajemy do ręki klasyczny "czarny kryminał" z nieodzownym cynicznym samotnych bohaterem doprawiony elementami rodem z "Egzorcysty". Na szczęście autor potrafił utrzymać równowagę pomiędzy oboma elementami i w rezultacie dostajemy naprawdę dobrą książkę. Duża w tym zasługa tłumacza - Pauliny Braiter - która bezbłędnie wyczuła klimat książki - poszczególne dialogi są "ostre" i często lecą mięchem. Sama intryga kryminalna jest przemyślana i dopracowana, mamy również sporo barwnych postaci w drugim planie np paranoicznego informatyka-zombie. Można troszkę ponarzekać na przydługawy początek, ale to już kwestia gustu.
Ocena 7/10
Tigana - 2008-06-07, 15:33
:
"Z mgły zrodzony” to druga, po „Elantris”, książka Brandona Sandersona na naszym rynku. Akcja powieści rozgrywa się w krainie rządzonej przez okrutnego Ostatniego Imperatora. Nieśmiertelny, potężny niczym bóg, bezlitośnie niszczy wszystkich chcących mu się sprzeciwić. Jest jednak garstka śmiałków, którzy pod wodzą „Zrodzonego z Mgły” Kelsiera podejmują się zadania obalenia tyrana i wyzwolenia mieszkańców Imperium.
Nie będę ukrywać, że powieść Sandersona to przeciętna książka, jakich wiele można znaleźć w księgarniach. Magiczna kraina, zły władca, demoniczni inkwizytorzy, grupka bohaterów i jeszcze na dokładkę klasyczna sierotka, której przyjdzie ocalić świat. Jednym słowem nihil novi sub sole. Tak na dobrą sprawę "Z mgły zrodzony” broni się jedynie dwiema rzeczami: stylem i ciekawie skonstruowanym systemem magii.
Nie czytałem „Elentris” trudno jest mi więc porównywać obie te pozycje. Niemniej na podstawie opinii przeczytanych w Internecie pokuszę się o stwierdzenie, że obie książki Sandersona są bardzo spranie napisane. Owszem sama fabuła jest w dużej mierze przewidywalna, a dla bardziej oczytanych wielbicieli fantasy wręcz sztampowa, ale i tak widać, że autor ma lekkie pióro. W wypadku najnowszej powieści amerykańskiego pisarza obojętnie czy mamy do czynienia z opisem arystokratycznego przyjęcia czy magicznym pojedynkiem czytelnik czerpie dużą przyjemność z lektury. Opisy są żywe i barwne, gdzie trzeba dynamiczne, aby po kilku akapitach zaskoczyć łagodnością. Nie można również nic zarzucić dialogom są dobrze skonstruowane, a w dodatku od czasu do czasu jeden z bohaterów błyśnie jakąś wartą zapamiętania ripostą. Nie czyni to może jeszcze z Sandersona mistrza pióra, ale na tle innych autorów wydawanych w Polsce jest to bez wątpienia wyróżnik. Zganić należy za to słabe tłumaczenie i korektę książki. Najbardziej rzucające się w oczy niedopatrzenie to bezwątpienia jednorazowe przetłumaczenie pseudonimu jednego z bohaterów (Spook) na Upiorek. Dobrą chwilę zajęło mi zrozumienie, że to nie jest żaden nowy bohater. Dodatkowy mankament to brak w wielu miejscach wyróżnika pomiędzy dialogami a opisami przez co rozmowy giną, gdzieś w tle. Nie są to oczywiście jakieś rażące niedociągnięcia, niemniej psują one przyjemność obcowania z książką.
Drugim mocnym punktem "Z mgły zrodzonego” jest oryginalny system magii, a w zasadzie dwa systemy. Pierwszy z nich to Allomancja oparta na „spaleniu” metali. Wystarczy żeby osoba obdarzona magicznym darem, dosłownie, spożyła jeden z ośmiu metali , aby ujawniły się jej właściwości. Można tłumić lub rozpalać ludzkie emocje; przyciągać i odpychać metalowe przedmioty, wyostrzać zmyły albo zwielokrotniać siłę fizyczną. Allomancja ma jednak swoje ograniczenia – metale szybko się „spalają”, a w niektórych wypadkach ich nadużywanie może doprowadzić do uzależnienia. Dodatkowo większość obdarzonych mocą potrafi korzystać tylko z jednego, określonego metalu – stając się ekspertami w swojej dziedzinie. Są jednak wyjątki – „Zrodzeni z Mgły”, osoby umiejące nie tylko używać ośmiu podstawowych metali, ale również innych. Największe możliwości daje tu bez wątpienia – atrium umożliwiające zobaczyć najbliższą przyszłość .
Drugim systemem magicznym występującym w powieści jest Feruchemia. W odróżnieniu od Allomancji nie polega ona jednak na „spalaniu” metali, a na magazynowaniu w nich pewnych cech fizycznych, atrybutów. Nie jest to jednak łatwa sztuka. Jeśli chcesz być silny – najpierw, odpowiednio długo, musisz osłabić swe ciało. Pragniesz lepiej widzieć – wcześniej musisz oszczędzać wzrok.
Czy "Z mgły zrodzony” to książka warta przeczytania? I tak , i nie. Osoby, które jużod lat czytają fantasy nie znajdą w tej powieści niczego nowego. Z drugiej strony otrzymują sprawnie napisane czytadło, które może umilić kilka wieczorów i stanowić przerywnik pomiędzy poważniejszymi pozycjami. Z kolei osoby dopiero zaczynające przygodę z fantastyka mogą po tę książkę sięgnąć w ciemno – wartka akcja, liczne zwroty akcji oraz oryginalny system magiczny powinny przypaść im do gustu i zachęcić do sięgnięcia po kolejne książki.

Ocena 6/10

Romulus - 2008-06-09, 22:34
:
Zmienię klimat trochę. Rzadko kiedy bowiem pobudza mnie jakaś publicystyka. Rzadko - bo też Rafał Ziemkiewicz nie wydaje co miesiąc nowej książki. Ale tym bardziej czekanie na nią i czytanie jej to podwójna przyjemność. Lubię RAZ-a za jego publicystykę i cenię ją wysoko. Może dlatego, że stanowi ona celne i cudnie jadowite usystematyzowanie moich własnych myśli nieuczesanych na tym polu. Jednym słowem: dzięki niej mogę sam siebie podsumować. Nawet, jeśli to może świadczyć o mnie negatywnie.

Tak samo było z CZASEM WRZESZCZĄCYCH STARUSZKÓW. Tu się przyznam: do końca jeszcze nie przeczytałem, zostało mi jakieś 50 stron. Nie zmieni to jednak mojej już wyrobionej opinii na temat tej pozycji. Jak to u RAZ-a jest ostro. Ale bicie na odlew nie jest u niego sztuką dla sztuki i nie sprawia mu też sadystycznej przyjemności. Nie służy rozładowaniu własnych frustracji i oczyszczenia się z własnej żółci. Ziemkiewiczowi zależy - a im bardziej widzi, jakie wszystko wokół podłe i zakłamane, tym bardziej go chyba boli. Ale krzyczy już nie z własnego bólu lecz z wściekłości, że źle się wiedzie jego krajowi. Trochę może pomelodramatyzowałem (albo popełniłem klasyczną projekcję...), ale w mojej ocenie, do tego się właśnie rzecz sprowadza.

Książka ta to kontynuacja zarówno POLACTWA, jak i MICHNIKOWSZCZYZNY. Napisana tym samym tonem. Wątki poruszane tam, marginesowo pojawiają się i tu - ten sam kraj, ci sami ludzie - uciec od tego się nie da. Mocne lanie spotyka zatem także (ponownie) cały zakłamany salon z Michnikami, Geremkami i ich klonami mentalnymi - całą tą śmierdzącą zgrają, która swego czasu z tego kraju zrobiła Rywinland. Oczywiście, typowy wykształciuch zapatrzony w swe bożki od razu zaklasyfikuje RAZ-a jako PiSowca. Bo to łatwe i nie wymaga wczytywania się lub - po prostu - czytania ze zrozumieniem. Jednak RAZ nie oszczędza także tzw. prawicy. Mimo że Kaczyńskiego szanuje to nie zostawia na nim suchej nitki i krytykuje na całego. Nie staje w tym sporze po żadnej stronie bezlitośnie wykpiwając nieudolność tego obozu politycznego i jego przerażającą czasami komiczność.

Jak napisałem jednak wyżej, nie dołącza on mimo to do chóru wściekłych staruszków bijących pianę, jak to za Kaczorów demokracja w Polsce była zagrożona, jak to kwitł faszyzm i prawie że pełzał zamach stanu. W tym mi RAZ jest bliski bardzo, bo ja do tej bandy tzw. inteligentów także żywię nie skrywaną odrazę (Geremek, Michnik to dla mnie takie same szuje jak Rydzyk, czy Jankowski do spółki za Antkiem Macierewiczem i całą tą idiotyczną menażerią - druga strona tego samego medalu). I czytając jego publicystykę i książki lżej mi na sercu: oto nie jestem sam. Nie jestem jedynym w stadzie, który zadał sobie trud dotarcia do znaczenia słowa "wykształciuch", a kiedy już do niego dotarłem z przerażeniem odkryłem, jak bardzo Ludwik Dorn miał rację. Udowodniły to zresztą same "wykształciuchy" przyjmujac ten termin jako swój znak rozpoznawczy, nie rozumiejąc nawet jego znaczenia.

O czym jest ta książka? Przeczytacie, zrozumiecie. Jest o sieroctwie po POPiSie. O tęsknocie za zdrowym krajem. O niemożności wszystkiego, jej korzeniach, przyczynach i o podłym zakłamaniu karzącym widzieć w niej typowo polską cechę. Dostają po łbach wszyscy (moje środowisko również - ale tu, poza kilkoma przejaskrawieniami wynikającymi z nieznajomości prawa, czego RAZ nie ukrywa - ma on, niestety rację :oops: ) i wydaje mi się, że dobre zakończenie, czy też nadzieja na nie to odległa przyszłość liczona w pokoleniach.

Książka pobudza do myślenia i sporu. I nie można się od niej (zasadniczo) oderwać - ale to RAZ-a wizytówka, nic nowego :)
Metzli - 2008-06-10, 17:37
:
Zakupiłam tą książkę, nawet zaczęłam ją czytać, ale że wzięłam się za inne to poszła w kąt. Nie przepadam za Ziemkiewiczem, chociaż przyznaję był to pogląd do tej pory oparty na dość powierzchownych przesłankach ;) "Czas wrzeszczących staruszków" kupiłam, bo uważam, że czasami trzeba przeczytać coś z czym można się pospierać, a nie czytać tylko to co jest po naszej myśli. Tak btw. mam zamiar odszukać inne teksty/artykuły Ziemkiewicza, podobno żadnego się nie wstydzi. No zobaczymy ;)
Romulus - 2008-06-12, 11:57
:
Nie tylko żadnego się nie wstydzi, ale i w dużej mierze jego publicystyka w ogóle się nie zdezaktualizowała. Warto znać. Co nie znaczy, że trzeba się zgadzać. Ale dobrze czasami od zupełnie innej strony spojrzeć na wiele spraw.
Tigana - 2008-06-13, 20:39
:
Wyobraź sobie miasto zbudowane na łańcuchach.

„Noc Blizn”
to książkowy debiut Alana Campbella i od razu trzeba dodać, że debiut udany. Podstawowy walor powieści to jej scenograficzna oryginalność. Campbell postanowił zrezygnować z wyświechtanych wzorców, schematów gatunkowych i w zamian stworzył coś nowego. Mamy więc zbudowane na łańcuchach miasto Deepgate i jej niezwykłych mieszkańców. Poznajemy codzienność oraz stajemy się świadkami życia i śmierci aniołów, asasynów, fanatycznych kapłanów, sieciarzy - wszyscy oni tworzą barwną mozaikę, tętniącą i intensywną.

na ciąg dalszy zapraszam do "Katedry"
Beata - 2008-06-23, 21:38
:
Joan D. Vinge - Królowa Zimy (Hugo 1981), Królowa Lata, Phantom Press 1993, przełożył Janusz Pultyn,

SPOILER

Ludzkość skolonizowała kosmos. Powstało Stare Imperium. Upadło. Utracono bardzo wiele - m.in. możliwość podróżowania z prędkością nadświetlną. Ale ludzie nie poddają się - powstaje technokratyczna Hegemonia, trwają badania naukowe...
Planeta Tiamat, w większości pokryta oceanem, ma tylko jedno bogactwo - wodę życia, wyciąg z krwi morskich zwierząt, merów. Jednak substancja jest nietrwała, aby zapewnić sobie wieczną młodość, należy ją pić codziennie. Próby sztucznego zsyntetyzowania wody życia spełzły na niczym, zatem rzezie merów trwają.
Ze względów astronomicznych na Tiamat panują dwie pory roku, trwające po około 150 lat, Lato i Zima. Podczas Zimy przyloty na Tiamat są możliwe - Zimacy współpracują z Hegemonią, która za wodę życia zapewnia im dostawy urządzeń technicznych. Podczas Lata okno astronomiczne zamyka się i Hegemonia traci możliwość kontaktu z planetą, a tym samym dostęp do wody życia. Latem Tiamat pogrąża się w zacofaniu, do władzy dochodzą Letniacy, zabobonni i konserwatywni, odrzucający wszelki postęp. Dla merów jest to jedyna szansa na odbudowanie populacji.
Zbliża się koniec Zimy i czas Zmiany. Panująca od 150 lat Królowa Zimy nie chce pogodzić się z koniecznością oddania władzy i własną śmiercią podczas rytualnego święta. Postanawia się sklonować...

KONIEC SPOILERA

Barwna opowieść, wielość wątków i postaci, każda z własnym życiorysem i wiarygodnymi motywacjami - zarówno bohaterowie pozytywni, jak i przestępcy. Autorka zderza ze sobą różne kultury i wierzenia - nie tylko na poziomie pojedynczych ludzi, ale również na poziomie społeczeństw. W miarę rozwoju akcji bohaterowie dojrzewają, rozwijają się, nabywają doświadczeń, które wpływają na ich późniejsze postępowanie. Jednym słowem - warstwa psychologiczna powieści dobrze rozbudowana. Mimo, że całość liczy 535+568+490 stron ("Królowa Lata" w dwóch tomach) - nie ma się wrażenia, że akcja jest sztucznie przeciągana.
Amatorzy hard SF mogą nie być usatysfakcjonowani - Autorka unika opisów rozwiązań technicznych i nie wyjaśnia wielu kwestii. Po prostu pomija je milczeniem, traktuje jak sprawy oczywiste, co może być denerwujące.
Nie jest to zatem klasyczna SF, nie jest to powieść drogi, ani powieść łotrzykowska czy fantasy, nie jest to również opowieść ekologiczna (choć może się taka wydawać). To opowieść o ludziach, którzy zmuszeni są dokonywać wyborów w sytuacjach, w których nie mogą wybrać dobrze. I często postępują nieracjonalnie, nielogicznie, źle. Ale jednak się starają...
Choć zakończenia niektórych wątków grzeszą pewną hollywoodzką naiwnością, to jednak opowieść jest warta lektury.
7/10
Tigana - 2008-06-23, 23:46
:
„Ofiara 44”

W jaki sposób przyciągnąć zachęcić czytelnika do nabycia nowej książki? Jednym ze skutecznych sposobów, zwłaszcza w wypadku kryminałów lub thrillerów, wydaje się być umieszczenie akcji powieści w staranie dobranych realiach historycznych. Mamy więc serie książek rozgrywających się w antycznym Rzymie, średniowiecznej Anglii, czy międzywojennym Wrocławiu żeby wymienić pierwsze z brzegu. Na ich tle wyróżnia się „Ofiara 44” autorstwa Toma Roba Smitha, której fabuła została osadzona w stalinowskiej Rosji.
Głównym bohaterem powieści jest Lew Demidow, młody funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Do zadań Demidowa należy przed wszystkim walka z wszelakimi objawami niechęci czy wrogości do systemu komunistycznego, dlatego rozkaz przełożonego, aby zajął się sprawa zabójstwa małego chłopca traktuje bardzo niechętnie. Co ciekawe jego głównym zadaniem nie jest bynajmniej odnalezienie sprawcy, ale wmówienie rodzinie dziecka oraz świadkom, że doszło jedynie do nieszczęśliwego wypadku . Wszak w ZSRR, kraju miodem i mlekiem płynącym, coś takiego jak morderstwo nie istnieje. Kiedy jednak wychodzi na jawi, że zbrodnia popełniona w Moskwie nie była odosobnionym przypadkiem Demidow postanawia na własną rękę rozwiązać zagadkę. Teraz będzie miał za przeciwnika nie tylko maniakalnego mordercę, ale również własnych przełożonych.
Czytając książkę, której akcja rozgrywa się w określonych realiach historycznych największą uwagę zwracam na to, czy autorowi udało się oddać ducha epoki. I z tego zadania Smith wywiązał się bez zarzutów. Warto pochwalić autora, że odtwarzając realia życia w stalinowskiej Rosji sięgnął do źródeł i oparł swoją powieść na „Archipelagu Gułag” Aleksandra Sołżenicyna czy „terrorze i rewolucji” Borysa Lewickiego. Dzięki temu nie mamy do czynienia z wyobrażeniami „człowieka z Zachodu” o komunizmie, lecz opartą przynajmniej częściowo na faktach książce . Smith dobrze oddaje tamtą atmosferę ciągłego zagrożenia oraz nieufności, kiedy wystarczał donos albo chociaż cień podejrzenia, by z dnia na dzień stać się wrogiem państwa. W „Ofierze 44” strach i niepewności są dominantą działań większości postaci, wręcz jej pełnoprawnymi bohaterami. Z drugiej strony w kilku miejscach autor nieco przeszarżował i zamiast wartkiej fabuły dostajemy mini wykład dotyczący funkcjonowania stalinowskiej Rosji. O ile dla czytelników z Europy Zachodniej mogą to być rzeczy szokujące (powszechne donosicielstwo, wyroki kapturowe, restrykcyjny system kar) to dla osób z byłych „demoludów”, które na własnej skórze odczuły „słuszność” systemu, nie są one niczym odkrywczym. Denerwują także licznie występujące w tekście wyróżniki (zdania pisane kursywą w osobnych linijkach), których autor używa do podkreślenia okrucieństwa i bezduszności systemu totalitarnego. Szkoda tylko, że zabieg ten sprawia wrażenie „łopatologicznego”.
Nie można natomiast narzekać na samo tempo prowadzenia akcji – fabuła toczy się wartko, a autor od czasu do czasu zaskoczyć czytelników. Przy czym pierwsza część książki pokazuje głównie samo funkcjonowanie państwa komunistycznego, a dopiero z czasem wątek zabójstw staje się wiodący. Rozczarowuje za to zakończenie, które w kontekście całej powieści wydaje się być niewiarygodne. a samo odkrycie prawdziwej tożsamości mordercy przypomina rozwiązanie rodem z „oper mydlanych”.
Mam również zastrzeżenia, co do samego głównego bohatera. Nie przekonało mnie jego nawrócenie z gorliwego funkcjonariusza MGB mającego na sumieniu setki niewinnych ofiar we wroga systemu. Jego metamorfoza przypomina tą z filmu „Życie na podsłuchu”. W obu wypadkach wystarcza kolejne rutynowe śledztwo by osoba, która do tej pory nie kwestionowała żadnych rozkazów, zapragnęła odkupienia. Kuleje również motywacja seryjnego mordercy, a raczej jej brak, bo kilka zdań dialogu nie uznaje za wystarczające wyjaśnienie jego pobudek. Najciekawszą postacią w powieści wydaje się być żona Dawidowa Raisa, której motywacje i powody postępowania są najbardziej wiarygodne. W pewnym sensie przykład ich małżeństwa pokazuje prawdę o systemie totalitarnym. Lew poślubia ją z miłości, ale i by błyszczeć inteligentną żoną, ona ze strachu, przed konsekwencjami odmowy. Czy w takim związku jest miejsce na prawdziwe uczucia?

Nie wiem jaki cel przyświecał Smithowi tworząc „Ofiarę 44”. Czy bardziej chciał napisać bestseller wyróżniający się doborem realiów czy też pragnął pokazać nieludzkie oblicze systemu komunistycznego w formie, która przyciągnie czytelników. Jakby nie było dostajemy do ręki intrygujący thriller o psychopatycznym mordercy i nieustępliwym policjancie, a równocześnie przypomnienie gorzkiej lekcji historii.
Ocena 6/10
Romulus - 2008-06-27, 18:31
:
Iain M. Banks WSPOMNIJ PHLEBASA

Nie jest to powieść nowa. Znalazłem ją w bibliotece miejskiej. Pochodzi z 1987 r. W Polsce ukazała się 10 lat temu, w 1998 r. Wydał ją Prószyński w - czasami - kultowej serii z Nową Fantastyką, która zawsze będzie mi się kojarzyła z Grą Endera i Mikem Resnickiem.

Wracając do powieści: na okładce napisali, że jest to połączenie najlepszych elementów klasycznej hard SF i space opery itd. Jest to trochę, moim zdaniem naciągnięte, ponieważ hard sf tam znalazłem mało. A gdyby nie tekst na okładce pewnie w ogóle bym nie pomyślał, że to też jest hard sf. Piszę to dlatego, aby nie zniechęcił się jakiś potencjalny czytelnik, który hard sf unika. Powieść ta jest bowiem bardzo dobrze napisaną space operą.

W galaktyce szaleje wojna między dwiema cywilizacjami. Wojna ma charakter ideologiczny, nie jest wojną o przetrwanie, ale "tylko" o zwycięstwo jednej ideologii nad drugą. Przewagę zdają się mieć Idirianie, ale ich przeciwnik Kultura zaczyna odrabiać straty. W konflikcie biorą udział wszyscy - a jakże. W ideologicznym sporze nie ma miejsca na neutralność: albo jesteś z nami albo przeciwko nam. Głównym bohaterem jest przedstawiciel pewnej specyficznej rasy Metamorfów, dźwięcznie tytułujący się jako Bora Horza Gobuchul (przypadło mi do gustu to miano, zastanawiam się nad przeniesieniem go do mojej nazwy użytkownika :) ). Czytelnik zastaje go w bardzo poważnych tarapatach. Można powiedzieć, że - dosłownie - tkwi po uszy w g....., ponieważ został zdekonspirowany. Ale to dopiero początek powieści, która nie jest jak francuski film z lat 70-tych, w którym główny bohater umierał po 15 minutach. Bohater oczywiście ocaleje, dostanie nową niebezpieczną misję, która - oczywiście - zadecyduje o losach wojny. Tak rozpocznie się jego podróż, pełna niebezpieczeństw, przygód i róznych tym podobnych zdarzeń.

Na razie zatem - nihil novi. Autor nie stara się wywarzać na nowo otwartych drzwi i zmieniać konwencję zastałego wydawałoby się gatunku. Nie jest to wcale wadą tej powieści. Nie każdy pisarz musi, czy nawet chce być takim rewolucjonistą. A i ja - Czytelnik Ze Spsiałego Miasta - od niego takich heroicznych wysiłków nie oczekuję. Liczy się to, że Banks umiejętnie stworzył bardzo ciekawą fabułę. Kiedy zacząłem czytać, trudno mi było przestać, choć przecież zdawałem sobie sprawę, że "to już było" (albo: "to dopiero będzie" zważywszy na rok wydania). Zabierałem ją do pracy poczytując w przerwach między mieleniem papieru i gaworzeniem na forum.

Przynajmniej jednak Banks dobrze się bawi znając granice gatunku i - najważniejsze - w tą zabawę wciąga czytelnika. Za każdym razem kiedy myślałem: a herosi teraz zrobią to, wówczas herosi robili coś zupełnie innego. Główny bohater Bora Horza Gobuchul (co za imię!) wcale nie musi być pozytywnym herosem ratującym wszechświat, wcale nie musi być sympatycznym typkiem spod ciemnej gwiazdy. Może być - a jakże - prawdziwym szubrawcem bez skrupułów. To że Ma Misję nie oznacza też, że Misja Ma Się Dobrze Skończyć. dla niego lub wszechświata.

Polecam ta książkę bo jest świetnie, wciągająco napisana. Muszę jej teraz poszukać, bo moja biblioteczka będzie z nią na pewno smaczniejsza.

Aha, już na pierwszej (a tak naprawdę 11) stronie pada nadzwyczaj urokliwe zdanie, które sobie zmienię na pewno na podpis w profilu, jeśli się zmieści:
"Jimnoci z Bozlena Dwa likwidują dziedzicznych zabójców z najbliższej rodziny nowego Rocznego Króla, topiąc ich w łzach Kontynentalnego Współczucia, na samym początku jego Pory Smutku".

Ma swój urok. Jak cała ta powieść, która jest zapowiedzią cyklu, aczkolwiek można ją traktować jako zamknięta całość, jeśli chodzi o Misję, Bohaterów - ogólnie: fabułę. Warto przeczytać, warto kupić, warto znać. Spróbuję kolejnych dziełek Banksa na pewno.
Tigana - 2008-06-27, 23:58
:
O najnowszej książce Mirosławy Sędzikowskiej „Eus deus komsateus” można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, iż jest to powieść, którą można zaliczyć do nurtu szeroko pojętej fantastyki. Odmienne zdanie ma w tym zakresie natomiast wydawca książki, który na okładkowym blurbie sugeruje prawie, że horror. A jak wiemy „prawie” czyni dużą różnice. Chyba, że uznamy sam zawód nauczyciela i jego prace za czyste science-fiction. Z mojego, „belferskiego”, punktu widzenia nie odbiega to zbyt daleko od prawdy.
O czym opowiada sama książka? Jest to ubrana w formę pamiętnika historia kilku grudniowych tygodni z życia pewnej polonistki – Mirki. Główna bohaterka książki, równocześnie alter ego pisarki, to postać nieprzeciętna. Świetny nauczyciel i wychowawca, a na dodatek obarczona rodzinką z piekła rodem składającej się z jej własnych pociech oraz ich obecnych, byłych i przyszłych współmałżonków. Wszystko to powoduje, że jej życia nie można zaliczyć do najnormalniejszych – rosyjska mafia, blokersi, dresiarze, ale i wściekli rodzice stanowią integralną część jej żywota. Jakby tego był mało, po szkole rozchodzi się plotka o powrocie byłego ucznia, tajemniczego „Bladego”, który ma się mścić za domniemane krzywdy.
„Eus deus komsateus” to książka zabawna. Sędzikowska już we wcześniejszych utworach udowodniła, że potrafi wywołać uśmiech na twarzy czytelnik, a jej ostatnie dzieło tezę tą potwierdza . Mamy więc zarówno humor słowny, jak i sytuacyjny, a co najważniejsza inteligentny i utrzymany w ciepłym tomie. Zapada w pamięć rozmowa uświadamiająca z rodzicami o homoseksualizmie ich syna czy nocne przygody w internacie. Nie oznacza to jednak, że dostajemy do rąk zbiór skeczy z życia szkoły.
Autorka oprócz pokazania w nieco krzywym zwierciadle pracy nauczyciela pokusiła się o zabranie głosu w dyskusji dotyczącej kondycji naszej młodzieży. Sama będąc nauczycielką ma stały kontakt z młodym pokoleniem i w „Eus deus komsateus” próbuje swoje doświadczenie i obserwacje przelać na papier. Obraz, który pisarka kreśli w książce nie jest ani przesłodzony, ani zbytnio gorzki. Część młodzieży uczy się i snuje plany na przyszłość, inni żyją od imprezy do imprezy, większość planuje emigracje. Są inteligentni, zdolni, ale też leniwi i wyprani z ambicji. A przede wszystkim są zagubieni we współczesnym świecie. I tutaj pojawia się pani Mirka, która wraz ze swoją nieodłączną przyjaciółką Olą czuwa niczym anioł stróż i próbują wyprostować drogi swoich wychowanków. Najbardziej jednak uderza to, że porównując zawirowania losu rodziny głównej bohaterki i jej uczniów to ci pierwsi wydają się o wiele bardziej niedostosowani do współczesności. Zawsze w biegu, totalnie zakręcona (pyszne sceny w kafejce internetowej), nawet wigilia Bożego Narodzeniu w ich wykonaniu musi wcześniej lub później zakończyć się katastrofą. Czyżby więc młode pokolenie było nadzieją na normalność?

A co z tą fantastyką? Jeśli już będziemy się bardzo upierać to można od biedy odnaleźć w książce wątek metafizyczny (prawie że prorocze sny Mirki) oraz postaci kilku uczniów, którzy bardziej sprawiają wrażenie duchów niż żywe istoty. Inna sprawa, że ja sam jestem w stanie w każdej mojej klasie odnaleźć równie, o i ile nie bardziej barwne indywidualności.
„Eus deus komsateus” to książka wymykająca się klasyfikacją – przynajmniej tym ‘katedralnym”. Nie jest to bowiem ani powieść fantasy, horror czy kryminał. Dostajemy do rąk kameralną opowieść o (nie)zwykłym życiu (nie)przeciętnego nauczyciela, jakich wiele w naszym kraju. Równocześnie autorka ucieka od obrazu współczesnej „Siłaczki” – heroizm swoją drogą, ale poczucie humoru i dystans też ważne. W rezultacie otrzymujemy książkę niebanalną, która jest w stanie rozbawić, ale i zmusić do chwili refleksji. Jak dla mnie lektura obowiązkowa zarówno dla uczniów, jak i nauczycieli.

Z powodu wakacji ocena zawieszona :P
coorchuc - 2008-06-29, 01:59
:
Obok kawy na niedzielnym stoliku znalazłem książkę Thomasa Mertona Nikt nie jest samotną wyspą. Tytuł wydawał się mówić wszystko o książce. Równie dużo ukrywał – o czym miałem się zaraz przekonać.

Nie będę próbował nikomu wmawiać, że to książka lekka i łatwa. Trudno też mówić tu o przyjemności, bo też nie jest to książka pisana z taką właśnie intencją. Nikt nie jest... to zbiór krótszych i dłuższych esejów i myśli stanowiących rodzaj poradnika. Ustalenie, kto jest jego adresatem nie bylo już takie proste i takie oczywiste. Całkiem prawdopodobne, że ja nim nie jestem.
Myśli i nauki tu zebrane sprawiają bowiem wrażenie, jakby były wskazówkami i poradami dla zakonnego nowicjatu, jak postrzegać i pojmować wiarę i Boga.
Książka, mimo że nie jest prosta (bo i sam temat prosty nie jest), zmusza do myślenia i za to oceniam ją pozytywnie. Jeżeli Ty również po lekturze zauważysz ruch we własnych poglądach, nawet jeśli nie zgadzasz się z Mertonem, to znaczy,że nauki z Nikt nie jest samotną wyspą, spełniły swoje zadanie.

Więcej opowiem przy kominku
batou - 2008-06-30, 11:23
:
Skończyłem wreszcie Dworzec Perdido Chiny Mieville’a i szczerze pisząc pewnie jeszcze długo będę pod wrażeniem. Książka jest świetna z wielu powodów. Po pierwsze wręcz poraża wyobraźnia autora i sposób w jaki przelewa ją słowami w świadomość czytelnika. Miasto Nowe Crobuzon poznajemy ulica po ulicy, a za każdym rogiem czeka nas coś fascynującego. Różnorodność architektoniczna i kulturowa poszczególnych dzielnic najlepiej pokazuje potencjał pisarza. Mamy do czynienia z różnymi rasami, stylem życia i religiami. Ogromny wielonarodowy tygiel kipiący życiem.

Ale sceneria to jedno. Oprócz tego przyciąga sposób prowadzenia fabuły, który daje miejsce na bogate opisy miasta nie zaburzając tempa powieści. Dzieje się na tyle dużo, że w pewnym momencie Mieville stanął chyba przed wyborem: co uczynić głównym wątkiem i na czym skupić się mocniej. Wybrał ścieżkę, w zasadzie horroru, a mógł pójść bardziej w sci-fi.
Bardzo podobał mi się też pomysł z wplataniem krótkich opowieści jednego z głównych bohaterów – Yagharka między poszczególne części powieści. W tych momentach poznajemy jego historię i widzimy wydarzenia z jego perspektywy, co jest bardzo interesujące, a mało jest tego w innych częściach tekstu.

Bardzo dobrze jest też pod względem kreacji bohaterów. Historie Lin i Yagharka mocno przykuwają uwagę, same postacie są bardzo charakterystyczne, a ich wybory solidnie umotywowane. Jest też mnóstwo twarzy drugiego planu, wśród których są takie „perełki” jak chociażby Tkacz, czy Ambasador Piekieł.

Powieść jest kwintesencją tego co określono mianem New Weird. Koktajl różnych gatunków literackich i zero zahamowań w kreacji rzeczywistości. To nie jest zlepek rzeczy już wymyślonych, to coś na wskroś nowego. Jacek Dukaj na okładce napisał:

Cytat:
Kogo znużyły powtarzane w nieskończoność schematy fantasy tolkienowskiego i tęskni do światów naprawdę innych, niepodobnych do niczego, co zna, powinien odwiedzić Nowe Crobuzon Chiny Mieville’a – tędy prowadzi droga do fantastyki XXI wieku.


W pełni się z Dukajem zgadzam, a moja ocena może być tylko jedna:
6/6
Tigana - 2008-07-01, 23:49
:
Na początku lat 90-tych w polskiej fantastyce powstało sporo utworów, w których autorzy na różne sposoby , i z różnym skutkiem, mierzyli się z zagadnieniem Boga, Kościoła i wiary. Za ojca tego subgatunku najczęściej uważa się, za sprawą opowiadania „Złota galera”, Jacka Dukaja. Ukoronowaniem tego okresu była antologia opowiadań „Czarna msza” pod redakcją Wojtka Sedeńki z 1993 roku. W ten sam nurt wpisuje się także „Przenajświętsza Rzeczypospolita” Jacka Piekary.
Po raz pierwszy zetknąłem się ze wzmianką na temat tej powieści na łamach ś.p miesięcznika „Fenix”. W numerze 2 (18) z 1993 roku redaktor naczelny magazyny, a był nim wtedy sam Rafał A. Ziemkiewicz, w dosyć ostrych słowach potraktował prozę Piekary, a także samego twórcę. Padły zarzuty o populizm, megalomanie, porównania do hien i sępów. A co najciekawsze, wedle słów samego autora, „Przenajświętsza” istniała wtedy dopiero w formie maszynopisu. Nie wiem, ile dzisiaj, po 15 latach, ostało się z pierwotnej wizji Piekary – jedno jest pewne - książka, chociaż już dwukrotnie wydana, przeszła bez echa. Znak czasu?
Sama powieść nie zachwyca ani pod względem fabuły, ani stylu, jakim została napisana. Akcja książki rozgrywa się w bliskiej przyszłość na terenie Polski, a raczej tego co z niej zostało. Kolejne rządy nieudaczników, a także wszechmocny Kościół doprowadziły nasz kraj do ruiny. System komunistyczny został zastąpiony przez nowe rządy totalitarne a o życiu człowieka decyduje teraz nie przynależność do partii, ale ilość obecności na mszy świętej i uczestnictwo w pielgrzymkach. Wybrańców losu czeka, dosłownie, życie pod kloszem w wydzielonej zonie; tych, którzy się nie podporządkowali, lub mieli pecha czeka piekło na ziemi – Śląsk. Jedyną nadzieją na zmianę wydają się być świeżo odkryte na Suwalszczyźnie nieprzebrane złoża ropy naftowej. Tylko czy Polakom uda się wykorzystać tę szansę?
Nie da się zaprzeczył, że autor kreśli sugestywnej wizji zrujnowanej Polski. Starając się pokazać blaski i cienie życia w naszej ojczyźnie wędrujemy z bohaterami po rządowych rautach, ekskluzywnych posiadłościach, ale też widzimy nędzę dnia powszedniego: zanieczyszczone miasta, wszechmocnych urzędników kościelnych. Tylko czy ta wizja to coś więcej niż zdjęcia z folderów wycieczkowych? Mnie brakuje w tym jakiejś myśli przewodniej, miejscami czułem się wręcz jak turysta w muzeum oglądający eksponaty zza grubej tafli szkła.
Często bywa, że poprzez kreacje odpowiednich bohaterów autor potrafi zachwycić lub wstrząsnąć czytelnikiem. Niestety nie tym razem – zdecydowana większość postaci stworzonych przez Piekara jest wręcz odpychająca. I obojętnie czy będziemy mieli do czynienia z politykiem, drobnym urzędnikiem czy poetą - sens ich życia i postępowania sprowadzony jest do zaspokojenia najprostszych czynności fizjologicznych. Nie jest to zresztą dzieło przypadku czy brak wprawy pisarskiej. Już sam dobór nazwisk – Pastuch, Dymała, Kardupell świadczy dobitnie, że mamy do czynienia ze świadomym zabiegiem autora. Do tego należy dodać mnóstwo wulgaryzmów używanych zarówno w dialogach, jak i opisach mających , chyba, na celu wzmocnienia wizji Piekary. Na tle tych wszystkich elementów gubi się wprowadzony przez autora, jakby żywcem wyjęty z „Dziadów”, wątek mesjanistyczny czy ciekawe rozważania na temat Kościoła i wiary. Szkoda, bo być może mielibyśmy wtedy okazje do przeczytania naprawdę ciekawego kawałka prozy.
Warto natomiast zauważyć, że w pewnym sensie wizja stworzona przez autora sprawdziła się. Wystarczy obejrzeć dowolny program informacyjny, aby utwierdzić się w niekompetencji kolejnych ekip rządzących czy puścić pewną stacje radiową, by przekonać się o mocy tkwiącej w władzy. Z drugiej strony wciąż istnieją niezależne media, swoboda słowa, wolność wyznania. Nie żyjemy w doskonałym świecie, ale do wizji Piekary wciąż nam dużo brakuje.
Są książki od momentu powstania skazane na wieczne tkwienie na półkach. Inne żyją bardziej medialnie, niż literacko. Są też pozycje, które w chwili wydania wzbudzają kontrowersje, by później popaść w zapomnienie. Do tej trzeciej kategorii można zaliczyć „Przenajświętszą Rzeczypospolitą” Jacka Piekary. Dlaczego? Może zaspały zastępy czujnych, zwartych i gotowych, którzy wszędzie węszą prowokację? A może stwierdzono, że robienie nagonki na książkę spowoduje jedynie zwiększenie jej sprzedaży? Nie odpowiem na te pytania. Wiem natomiast, że pod względem literackim „Przenajświętsza Rzeczypospolita” jest słabą pozycją – mało ciekawa fabuła, odpychający bohaterzy, liczne wulgaryzmy, prosty, by nie rzec prostacki styl. Czytać na własną odpowiedzialność.

Ocena 4/10

MadMill - 2008-07-05, 17:42
:
Miasto szaleńców i świętych - Jeff VanderMeer

„Miasto szaleńców i świętych” ukazało się jakiś czas temu wydane przez Solaris i promowane hasłem new weird. Jeff VanderMeer stworzył na potrzeby swojej twórczości nowy świat i wielkie wspaniałe miasto położone wzdłuż Bulwaru Albumuth – Ambergris. Nowe, dziwne nazwy czasami odstraszają czytelników, a czasami intrygują. W tym wypadku ciężko stwierdzić na pierwszy rzut oka co VanderMeer chciał przekazać konstruując swój świat. Zbiór zaczyna się od wstępu Michaela Moorcoka, który potraktować można jako ciekawostkę. Ta prawdziwa treść zaczyna się opowiadaniem już autorstwa Jeffa VanderMeera pod tytułem „Zakochany Dradin”

„Zakochany Dradin” jest opowiadaniem o kapłanie, który wrócił z misji i zakochuje się w kobiecie z okna. Miłość od pierwszego wejrzenia, marzenia, rozmyślanie o wybrance serca, próba dotarcia do niej i jej zdobycia. Niby nic oryginalnego, ale napisane jest to bardzo dobrze. Fabuła zawiła nie jest, ale podczas historii autor odkrywa przed czytelnikiem aspekty życia i kultury Ambergris. Mamy pierwsze spotkania z grzybianami czy też opis Festiwalu Słodkowodnych Kałamarnic. U VanderMeera nie znajdziemy wielu dialogów, czy też oszołamiającej akcji, dużo jest za to opisów miejsc i osób, historia jest snuta powoli, bez pośpiechu, a obraz tworzący się w głowie czytelnika jest naprawdę oryginalny i ciekawy. Jednego autorowi zarzucić nie można, tego że nie posiada wyobraźni. Posiada ją i to bardzo rozwiniętą.

„Hoegbottoński przewodnik po wczesnej historii miasta Ambergris” to opis historii Ambergris, a raczej historii założenia miasta i pierwszych jego władców. Bogaty w przypisy, których dokładnie na niecałych 100 stronach eseju – jak go nazywa narrator – jest 137 i zajmują znaczną jego część. W nich podane są dygresję narratora i wiele ciekawszych rzeczy związanych z historią, kulturą i tradycją niż w samym głównym tekście. Czyta się to bardzo ciężko, ze względu właśnie na tą formę – przypisy, cytaty, wtrącenia. Autor zdecydował się na taki zabieg, aby wyjaśnić wiele zagadnień i odpowiedzieć na pytania które powstają w głowach czytelników po przeczytaniu pierwszego opowiadania. Większość robi to powoli w kolejnych utworach odkrywając powoli karty historii, VanderMeer zdecydował się na taki zabieg. Jak wyszło to już każdy oceni sam.

Kolejnym utworem jest chyba najlepsze opowiadanie w tym zbiorze, czyli „Przemiana Martina Lake’a”. Świetny pomysł, bardzo dobre wykonanie, czegóż więcej potrzeba? „Niezwykły przypadek Iksa” niewiele poprzedniemu utworowi ustępuje. Trzyma w napięciu czytelnika od początku do końca, a w zakończeniu jeszcze zaskakuje.

Po tych opowiadaniach następuje część książki którą można uznać za totalną wariację formy i pomysłów autora. Mamy tutaj notatki, historie rodzinne, broszurki, książki w książce, przypisy pod głównymi opowieściami stanowiące dialog z czytelnikiem, a całość zakończona została glosariuszem.

Czy warto sięgnąć po Miasto szaleńców i świętych? Odpowiedź taka prosta nie jest, bo wiele osób będzie narzekać na styl autora, na jego toporność i ciężkość. Dużo opisów może spowodować znużenie, a forma niektórych utworów zagubienie. Niemniej jednak jak czytelnik nie boi się czegoś nowego, jak szuka świeżości to powinien zaryzykować i spróbować. Sam też patrzyłem na tę pozycję z dystansem, ale nie żałuję poświęconego jej czasu. Fanem VanderMeera nie zostałem i to się raczej nie zmieni, ale samo Ambergris mnie urzekło swoim wyglądem – oj tak, właśnie wyglądem, ponieważ opisy VanderMeera działają na wyobraźnię – Ambergris to miasto gdzie po ulicach obok prawdziwych szaleńców chodzą żywi święci.
Romulus - 2008-07-07, 22:34
:
BIAŁA NOWA ANGLIA Stephena L. Cartera.
Po powieść tą sięgnąłem, ponieważ poprzednia książka tego autora, "Władca Ocean Park" bardzo przypadła mi do gustu. Choć irytowała mnie safandułowatość głównego jej bohatera. Bardzo odpowiadała mi jednak leniwie rozwijająca się fabuła skupiona wokół odkrywania przez niego rodzinnych sekretów oraz sekretów pewnej szacownej uniwersyteckiej społeczności. Podróż ta wiodła poprzez kulisy uczelniano - politycznych intryg, uprzedzeń rasowych, hipokryzji.

W nowej powieści wydaje się, że schemat jest podobny. Rektor uniwersytetu (drugo- a nawet trzecioplanowa postać z "Władcy...") wraca z żoną z jakiejś kolacji. Niefortunnie lądują w zaspie śnieżnej, gdzie odkrywają zwłoki pewnego profesora ekonomii, który - tak się składa - był chłopakiem żony rektora, zanim jeszcze się pobrali. Główną bohaterką powieści jest właśnie żona rektora, która zostaje wbrew sobie zmuszona do rozwiązania zagadki śmierci swego byłego chłopaka. Zmuszona - dodać trzeba - przez okoliczności, bo okazuje się, że od odpowiedzi na pytanie: kto i dlaczego, zależy przetrwanie jej rodziny. Dodatkowo rodzina głównej bohaterki również skrywa niejeden sekret... Tak to się zaczyna i z każdą stroną, z każdym rozdziałem jest rewelacyjnie. Stephen L. Carter rozwinął skrzydła, bo powieść ta jest pozbawiona ociężałości debiutu. Akcja rozwija się leniwie, ale nie jest na moment - w mojej ocenie - przegadana, jak to bywało czasami we "Władcy..." Intryga jest skonstruowana precyzyjnie i wciąga czytelnika w wykreowany świat. Przy tym, nie jest to świat koturnowy. Autor zadbał bowiem o nakreślenie (ponownie) bogatego tła obyczajowego, intrygująco przedstawiając portret intelektualnych elit Ameryki, z naciskiem na ich czarnoskórych przedstawicieli. Mimo że fabuła gdzieś tak około połowy powieści staje się już przewidywalna, to jednak trzeba czytać do końca - bo (naprawdę zaskakujące) odpowiedzi na wszystkie pytania padną dopiero w finale. Misterna intryga ma też swoją smutną, poważniejszą pointę. Po raz kolejny bowiem autor starał się rzucić kilka pytań dotyczących pozycji i przyszłości "ciemniejszej nacji", jej własnych ambicji i dążeń jej najbogatszych przedstawicieli, którzy wygodnie umościli się na samym szczycie łańcucha pokarmowego.

Powieść ta - mimo że osadzona w poprzedniej rzeczywistości opisanej w debiutanckim "Władcy Ocean Park", nie jest jej kontynuacją. Można swobodnie czytać ją nie znając literackiego debiutu Cartera. Jest to literatura popularna najwyższej próby tworzona przez inteligentnego pisarza dla (mam nadzieję) inteligentnego czytelnika. Carter dobrze zna środowisko, które sportretował po raz kolejny, ponieważ sam jest przedstawicielem afroamerykańskiej elity intelektualnej Ameryki. Jest wykładowcą Yale (odżegnuje się jednak od porównywania książkowego uniwersytetu z tym rzeczywistym. I ma niewątpliwy talent do snucia wciągającej, doskonale skonstruowanej opowieści. Nie można przez nią pędzić jak przez powieści Harlana Cobena, bo tu właśnie podróż jest istotniejsza od finału. Choć ten - jak napisałem wcześniej - nie pozostawi w niedosycie nawet miłośników Harlana Cobena.

To bardzo dobra książka.
Tigana - 2008-07-11, 00:23
:
ZAWIERA SPOILERY

„Kto nie buduje musi palić”
Ray Bradbury

Jednym z obrazów, które nieodłącznie kojarzą mi się z III Rzesza, są płonące książki na ulicach niemieckich miast. Olbrzymie stosy „żyjące” dziełami Tomasza Manna, Bertolda Brechta i innych nieprawomyślnych artystów. Przed oczyma wciąż widzę tłumy ludzi, którzy podchodzą do ognia i podsycające jego potęgę. Widok trudny do zapomnienia. A gdyby pójść dalej i spalić wszystkie książki? Czy w ogóle możliwe jest stworzenie społeczeństwa, w którym nie ma książek?
Odpowiedzi na pytania można odnaleźć w „451 Fahrenheita” Raya Bradbury’ego, jednej z najsłynniejszych powieści mówiąca o systemie totalitarnym, która pomimo tego, że od jej powstania upłynęło już ponad pół wieku, nie straciła na swej aktualności. Zmienił się jedynie sens jej wymowy, a może raczej interpretacja. Początkowo była traktowana tylko i wyłącznie jako wizja społeczeństwa zniewolonego przez System, dzisiaj bardziej stanowi komentarz do kondycji współczesnej cywilizacji.
Bradbury sugestywnie pokazuje obraz stopniowej degrengolady kultury – nie można było przecież książek zakazać z dnia na dzień. Najpierw pojawiły się ich skrócone wersje – wyprane z ideologii, emocji, uczuć. Później przestano dotować teatr, uniwersytety (zwłaszcza kierunki humanistyczne), zamknięto gazety. Równocześnie ich miejsce zajmują ścianowizje – nieodłączny element wyposażenia każdego domu. To nieistotne, że większość widzów tak naprawdę nie wie, co dzieje się na ekranie – ważne, że ekranowi bohaterzy stają się dla widzów czymś realnym, wręcz żywym. „Rodzinka mnie kocha” – mówi jedna z bohaterek. Czy czegoś wam to nie przypomina?
Strażacy – profesja, która chyba jak żaden inna cieszy się wielkim szacunkiem wśród przeciętnych obywateli; ale w „451 Fahrenheita” stają się ona symbolem systemu. W epoce ognioodpornych domów pierwotna funkcja strażaków uległa zmianie, wypaczeniu. Teraz to oni podkładają ogień, kiedy uzbrojeni w miotacze płomienia niszczą książki. Dlaczego akurat one? Bo zmuszają do myślenia, indywidualizują, czynią z człowieka jednostkę. Są nośnikami niebezpiecznych idei.
Jednym ze strażaków jest główny bohater książki – Guy Montag. Poznajemy go w przełomowym dla jego życia momencie – zaczyna wątpić w sens swojego życia, powoli dostrzega obłudę otaczającego go świata. „Niby mamy wszystko, czego potrzeba do szczęścia, ale nie jesteśmy szczęśliwi. Czegoś brakuje. Jedyną rzeczą , o której z całą pewnością wiedziałem, że zniknęła, były książki (…) Pomyślałem, więc, ze one mogą mi pomóc” – tłumaczy się w jednej ze scen. Szuka także mentora, który pomógłby mu zrozumieć świat i znajduje go w osobie byłego nauczyciela akademickiego Fabera. Równocześnie Montag jest kuszony przez „ciemna stronę” reprezentowaną przez dowódcę strażaków Beatty’ego. Widzi on przemianę swego podwładnego i pragnie ją powstrzymać. Oczytany równie dobrze, jak Faber próbuje wypaczyć samą ideę „książek” Rozdarty pomiędzy chęcią bycia naprawdę szczęśliwym, a starym trybem życia Montago znajduje w końcu nieoczekiwanego sprzymierzeńca w ogniu. Scena, w której używa miotacza płomienia przeciwko dawnym towarzyszą ma w sobie coś mistycznego. Ogień w tym wypadku oczyszcza - nie niszczy.
Czy wizja świata stworzonego przez Bradbury’ego, kiedyś się urzeczywistni? Nie wiem. Patrząc na malejący odsetek osób czytających książki perspektywy nie są zbyt optymistyczne. Zamknięci w czterech ścianach, ograniczający kontakt z innymi ludźmi do Sieci i sms’ów zatracamy cechy człowieczeństwa. Niczym bohaterowie Bradbury’ego zaczynamy słuchać nie słuchając i mówić nie rozmawiają, stajemy się żywym trupem. Dla rządzących - obywatelem-idealnym, dla którego sprawy polityczny sprowadzają się do tego jak prezentuje się polityk, a nie co ma do powiedzenia. W bibliotekach książki zarastają kurzem, a telewizja, w imię „misji”, serwuje intelektualną papkę na wszystkich kanałach. Tylko strażacy jeszcze nie podpalają książek.
Wierzę jednak, że dopóki żyć będzie chociaż jeden Guy Montag, jest zawsze nadzieja.

Ocena 10/10
Romulus - 2008-07-16, 10:07
:
Iain M. Banks "Gracz"

Po miłym oczarowaniu poprzednią powieścią Banksa "Wspomnij Phlebasa", sięgnąłem po kolejny tom "cyklu" o Kulturze. Cykl, to w tym przypadku pojęcie dosyć umowne, ponieważ akcja "Gracza" osadzona jest po prostu w tym samym Wszechświecie co we "Wspomnij Phlebasa". Fabularnie jednak nie jest zbyt blisko przez to związana z tamtą powieścią.

W tym przypadku bohaterem jest najsławniejszy gracz Kultury, mistrz nad mistrzami w grach wszelakich, nie mający sobie równych (prawie). Dlatego też zostaje mu złożona (przez decydentów Kultury) propozycja udania się do odległego Imperium Azad, w celu rozegrania bardzo trudnej gry, bodaj najtrudniejszej we Wszechświecie (a co, rozmach musi być...). I główny bohater poleciał, a czytelnik mógł przez to śledzić ową dziwną rozgrywkę, w której zwycięska stawka to... imperium. Nie jest to jednak tak oczywiste od początku, jak wynika z opisu na okładce. Nie będę też w to tu wnikał, aby nie psuć przyjemności.

Trochę się rozczarowałem tą powieścią. "Wspomnij Phlebasa" było jednak... żywsze. Nie jest to powieść niedobra. Mimo wszystko dobrze mi się nad nią spędzało czas. A rozczarowanie wynikało z oczekiwań fabularnych. Tu było trochę statycznie i smutno a i główny bohater nie był tak interesujący, jak poprzednio. Styl Banksa nie zmienił się. To bardzo wciągająca powieść napisana w żywym stylu, co pewnie jest także zasługą tłumacza. Udało się Banksowi pokazać różnice kulturowe między dwoma mentalnościami: sztuczno-inteligentną Kulturą, coś jak liberalna demokracja a Imperium Azad, które przypominało mi orientalne imperium (Chiny, Japonia?) hermetyczne i izolujące się od reszty (wszech)świata. Nie było specjalnie odkrywcze ukazanie zderzenia takich dwóch mentalności i też autorowi, zdaje się, nie na tym przede wszystkim zależało, bo jest to pokazane mimochodem. Wynika niejako samo, z założeń fabularnych.

Na czym więc - na wszystkie demony piekieł - autorowi zależało, zapyta znudzony, a może już i zirytowany czytelnik tego posta. Odpowiadam: nie wiem, do diabła.

Gdybym wiedział, to albo podobałaby mi się ta powieść bardziej, albo bym ją przeklął i rzucił w kąt biblioteki miejskiej, skąd ją wyciągnąłem. Ot, fajna przygodowa powieść. Może trochę zatrzymana "na rozstaju dróg". Przeczytałem bez zbędnej ekscytacji, ale i bez nudy. Następnym razem sięgnę i po "Najemnika" Banksa. Gdybym miał ją jakoś luźno z czymś skojarzyć, to przychodzi mi tylko Mike Resnick na myśl, ale bez lekkości, dowcipu i ironii tegoż.
Tigana - 2008-07-24, 23:54
:
Jacek Piekara "Ani słowa prawdy"

Arivald z Wybrzeża to, chyba, obok Mordimera Madderdin najbardziej znana postać wymyślona przez Jacka Piekary. Po raz pierwszy sympatyczny mag pojawił się w opowiadaniu „To co najważniejsze” na łamach miesięcznika „Fenix” w 1992, aby od tej pory regularnie gościć na łamach czasopism i książek .
Kim jest Arivald? To samozwańczy mag, który dzięki wrodzonemu sprytowi, sile fizycznej, ale i mocnej głowie do trunków jest w stanie rozwiązać każdy problem - a tych autor mu nie oszczędza. Odparcie najazdu piratów, pokonanie wampira, czy sprawdzenie, co w krasnoludzkiej kopalni piszczy to tylko czubek góry lodowej. Nie mamy jednak do czynienia z fantasy pisaną „na serio”. Opowiadania o Arivaldzie to oprócz nieprawdopodobnych przygód maga przede wszystkim duża dawka humoru. Największą frajdę daje odnajdywanie nawiązań do klasyków gatunku (Tolkien, ale i Sapkowski), a także opisy działania lub powstania czarów. Chociażby takie zaklęcie teleportacyjne Gaussa, które powstało z bardzo prozaicznej przyczyny – umożliwiało jego twórcy wymykanie się na piwo i dziewki. Do tego mnóstwo barwnych dialogów, a także zabawa z konwencją fantasy.
„Ani słowa prawdy” to oprócz dobrej zabawy, równocześnie okazja to prześledzenia jak literacko rozwijał się Piekara, a także jak zmieniała się jego koncepcja cyklu – bądź co bądź poszczególne opowiadania dzieli prawie dziesięć lat. Tak jak już wspomniałem początkowo Arivald to nieudacznik, który jedynie swoją inteligencja tuszuje braki w magicznych arkanach. Z czasem staje się on coraz potężniejszym czarodziejem, a kolejne problemy, z którymi przychodzi mu się zmierzyć dotyczą losów nie jednego państwa, ale całego universum. Widać w tym paralelę do cyklu o Mordimerze Madderdin. Tam również, początkowo, autor bardzo oszczędnie dawkował informację o świecie i dopiero z czasem zaczął ujawniać szczegóły. O ile jednak w wypadku przygód inkwizytora był to duży plus, tutaj mam pewne wątpliwości. Porównując kolejne utwory widać jak mocno zmienia się ich charakter – ulatuje gdzieś lekkość i humor, a całość sprawia wrażenie pisanej bardziej na serio. Pojawiają się nagle nieznane krainy, dowiadujemy się o ciągnącej się latami wojnie, o której do tej pory była cisza. Co gorsza ta zmiana powoduje, że główny bohater przemienia się z rubasznego maga w tajnego agenta niewahającego się zabić wroga. W jego działaniach nie ma miejsca na subtelność czy spryt – w wypadku zagrożenia Arivald macha swoją magiczną różdżką i rozwiązuje problem.
Nie zmienia to jednak postaci rzeczy, że „Ani słowa prawdy” to jedna z najlepszych polskich książek fantasy. Kolejne przygody dzielnego maga i jego przyjaciół dostarczają czytelnikom mnóstwo przedniej zabawy. Oczywiście, że można zarzucić autorowi pewien schematyzm czy przewidywalność fabuły, ale przeważają zalety: humor, wartkość akcji, nieszablonowe postaci. I chyba tylko życzyć sobie trzeba żeby Jacek Piekara wrócił jeszcze do Arivaklda z Wybrzeża.
Tigana - 2008-07-29, 00:15
:
- This is madness.
- Madness? This is VanderMeer !


Miasto. Czy kiedykolwiek zastanawialiście się czym tak naprawdę jest? Czy miasto to budynki, ulice, drzewa? A może ludzie, którzy tam mieszkają? Istota rozumna czy też martwy twór naszych rąk? Co powoduje, że chętnie odwiedzamy niektóre z nich, a inne omijamy? Położenie geograficzne, historia, atmosfera? Odpowiedzi na te pytania nigdy nie były i nie będą proste i jednoznaczne. Pomimo tego, a może właśnie dlatego, miasta bezustannie nas fascynują. Stają się natchnieniem i przekleństwem poetów, pisarzy, naukowców. Jedną z takich „nawiedzonych” osób jest bez wątpienia Jeff VanderMeer, a dowodem jego fascynacji Ambergris.
O „Mieście szaleńców i świętych” łatwiej powiedzieć czym nie jest. Nie mamy na pewno do czynienia ze zbiorem opowiadań. Owszem są cztery czy pięć utwory spełniającą normy gatunkowe, ale nie stanowią one o charakterze książki. Nie jest to również dramat, pamiętnik ,komiks, czy opracowanie naukowe, chociaż odnajdziemy ich elementy. Książka VanderMeer’a jest po trochu wszystkim i niczym. Historią miłosną („Zakochany Dradin”), wykładem („Król Kałamarnic”), encyklopedią („Glosariusz Ambergriański”)
Jeśli jednak ktoś sądzi, że mamy do czynienia z książką składającą się z kilku odrębnych i niezwiązanych ze sobą części będzie w dużym błędzie. Tak jak w każdym mieście drogi się łącza, tak w Ambergris poszczególne opowieści stanowią część większej całość i żeby w pełni pojąć geniusz (szaleństwo?) autora należy przeczytać cały tekst od wstępu pióra Michaela Moorcocka, aż po notę biograficzną. Dopiero wtedy poszczególne kawałki układanki trafiają na swoje miejsce tworząc pełen obraz.
Co oprócz misternej konstrukcji oferuje „Miasto szaleńców i świętych”? Czytając jego książkę nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co czeka nas kilka stron dalej. Uczona monografia przeistacza się w bełkot szaleńca, a rozprawa o historii miasta przemienia się w ciąg długich przypisów, których, wedle słów autora, i tak nikt nie czyta. Jeśli dostajemy coś na kształt historii obrazkowej to razem z jej interpretacja i sylwetką twórców. Będąc świadkami rozmowy lekarza z doktorem tracimy poczucie rzeczywistości i sami nie wiemy, gdzie się znajdujemy.
Do tego dochodzi niepowtarzalny styl VanderMeer’a. Ciężki, barokowy dający czytelnikowi dużo satysfakcji, ale i wymagający pełnego poświecenia uwagi. „Miasto szaleńców i świętych” nie należy bowiem do grona książek lekkich, miłych i przyjemnych. Pisarz potrafi zaczarować plastycznymi opisami, oddziaływać na emocje, ale żeby osiągnąć ten stan trzeba naprawdę mocno „wejść” w tekst. Miejscami chce się przerwać lekturę, porzucić książkę i nigdy do niej nie wracać. I nie zdziwię się jeśli spora liczba czytelników tak robi.


W końcu samo Ambergis. Moloch, którego mieszkańcy poruszają się z planem miasta, chociaż i on nie obejmuje całości. Grzybianie, nawiedzeni artyści, żywi święci, karły i szaleńcy. Zapadłe dzielnice, opuszczone domy, festyny i wernisaże. Miłość, nadzieja i przekleństwo. Miasto, które nigdy nie zasypia. Miejsce, które nigdy nie zostanie poznane do końca.
Ocena „Miasta szaleńców i świętych” nie jest sprawą łatwą, ponieważ jak żadna inna książka wymaga ono indywidualnego podejścia. Niewątpliwie mamy do czynienia z dziełem nieszablonowym, w którym jednych zachwyci koncepcja, drugich styl autora, innych urzeknie sama treść. I każda z tych osób może być równocześnie usatysfakcjonowana i rozczarowana. Znajdą się też tacy, którym wizja VanderMeera nie przypadnie do gustu. Jedno jest pewne – ta książka nie pozostawia nikogo obojętnym. I jeśli taki nadrzędny cel postawił sobie autora to został on spełniony.

Ocena 9/10
Tigana - 2008-07-31, 00:38
:
Po okresie „artystycznej ciszy” Andrzej Pilipiuk zaatakował ze zdwojoną siłą. Jeszcze nie umilkły echa pierwszego tomu cyklu „Oko Jelenia” a na księgarskich półkach pojawiła się już kontynuacja „Srebrna Łania z Visby”. Wielbiciele Wielkiego Grafomana mogą więc być wniebowzięci, gorzej z recenzentami.
Podstawowym zarzutem, który postawiłem „Drodze do Nidaros” była mało wartka akcja. I niestety pod tym względem prawie nic się nie zmieniło. Przez większość fabuła najnowszej książki Pilipiuka toczy się w iście ślimaczym tempie i dopiero pod koniec nieco przyśpiesza. Oby był to dobry prognostyk na przyszłość. Inna sprawa, że z podobnym zabiegiem mieliśmy do czynienia również w pierwszej części więc wątpliwości pozostają.
Podobnie jak tempo książki zmianie nie ulega także zachowanie poszczególnych bohaterów. Marek i Staszek wciąż, w oparciu o zasłyszaną wiedzę, kombinują jak ułatwić sobie życie, ewentualnie zbić fortunę. Pomysł zacny, ale sceny, kiedy usiłują wytworzyć penicylinę albo dosłownie, strugają drewniany kalkulator wzbudzają uśmiech politowania. I przypominają jedną z przygód komiksowego Tytusa, który wykuł telewizor z kamienia. O wiele bardziej racjonalnie zachowuje się trzecia podróżniczka w czasie Hela – dla niej XVI wieczna Norwegia to prawie, że dom. Drze pierze, szyje, gotuje, dogląda podręcznej zbrojowni. Nie brakuje jej, tak jak towarzyszom, elektryczności, samochodu czy telefonów komórkowych. Co prawda trudno natknąć się na Moskali , ale kilku protestantów do zabicia zawsze się znajdzie. Przy postaci Heli warto zatrzymać się jeszcze z jednego powodu; otóż jej poglądy polityczne coraz bardziej zaczynają przypominać te lansowane przez samego autora np. rozmowa o Unii Europejskiej. Na szczęście jest to jeden z nielicznych wtrętów dotyczącej naszej współczesności.
Kiedy zawodzi element ludzki najlepsze okazują się zwierzęta, w tym konkretnym wypadku, Łasica. Kosmitka w futerku jest bezpośrednim nadzorcą chrononautów i non stop próbuje ich zmobilizować do intensywniejszych poszukiwań „Jeleniego Oka”. Początkowo stosuje głównie przemoc (zarówno fizyczna, jak i mentalną), z czasem stara się lepiej poznać swych podopiecznych. W oparciu o zasoby Biblioteki Narodowej pragnie zrozumieć emocje i motywy kierujące człowiekiem, a następnie wykorzystać je. Dzięki swej nieporadności Łasica wprowadza sporo zamieszania, a jej metodę na likwidacje chorób wenerycznych zapamiętam na długo.
Zgodnie z moimi przewidywaniami w „Srebrnej Łani z Visby” doszło do połączenia wątku podróżników w czasie i Hanzy, co stanowi jedną z nielicznych zalet powieści. Zamiast usypiać przy kolejnych rozważaniach dotyczących handlu na Bałtyku, opisach składania ksiąg, czy produkcji penicyliny możemy ekscytować się bitwami morskimi i chociaż do klasy„Galeonów wojny” Jacka Komudy im daleko, jest to jakaś atrakcja. Jeśli wierzyć słowom pisarza pojawiła się także szansa na alternatywną wizje świata – co jednak z tego wyniknie zobaczymy w kolejnych tomach. Być może to właśnie „wariacje historyczne” nadadzą cyklowi rumieńców.


Póki co dostaliśmy do rąk przeciętną powieść przygodową z elementami science-fiction. Co gorsza druga odsłona „Oka Jelenia” nie wnosi prawie nic nowego do cyklu, a dodatkowo powiela wady pierwszego tomu. Mamy więc wiernie (aż do znudzenia) odwzorowany świat późnośredniowiecznej Europy, nieciekawych bohaterów oraz, poza samą końcówką, za grosz wartkiej akcji. I chyba tylko talent pisarski Pilipiuka pozwala doczytać „Srebrnąj Łanę z Visby” do końca. Aż boje się pomyśleć, co będzie jeśli kolejne tomy będą pisane w podobnym stylu.

Ocena 5/10
Tigana - 2008-08-06, 00:36
:
„My name is Bond. James Bond” to bez wątpienia jedna z najsłynniejszych kwestii w historii kina. I nie ma się czemu dziwić, gdyż stanowi ona wizytówkę agenta Jej Królewskiej Mości, człowieka z licencją na zabijanie, miłośnika Martini (koniecznie wstrząśniętego) i niepoprawnego kobieciarza w jednej osobie. Równocześnie Bond to ikona popkultury, symbol jakości, niedościgniony wzorzec męskości. A wszystko to zawdzięczamy jego twórcy Ianowi Flemingowi, który w 1951 roku powołał do życia agenta 007. W sumie za życia angielskiego powieściopisarza powstało 12 powieści i 9 opowiadań o Bondzie; kolejne, mniej lub bardziej udane, książki ukazują się do dnia dzisiejszego. Jedną z nich jest „Piekło poczeka” pióra Sebastiana Faulksa.
Przyznam się, ze do tej pory postać Jamesa Bonda była mi znana jedynie z filmów. Pomimo tego, że jestem wielbicielem jego przygód, nie miałem zbytniej chęci aby sięgnąć po książkowy oryginał. Dla mnie agent 007 na zawsze pozostanie już Seanem Connory, Rogerem Moorem czy Pierce Brosmanem. Stąd też pierwszą trudnością, którą musiałem przezwyciężyć przy czytaniu „Piekło poczeka” było przyzwyczajenie się do czytania o Bondzie. Wystarczyło jednak parę stron, by przestało to mi przeszkadzać i mogłem oddać się przyjemności płynącej z lektury. Szkoda tylko, że nie było jej za wiele.
Połowa lat 60-tych. Szalony miliarder Juliusz Gorner pragnie za wszelką cenę zniszczyć Wielka Brytanie i tylko James Bond jest w stanie powstrzymać jego diaboliczny plan. Jest więc klasycznie i przewidywanie. Oczywiście nie można oczekiwać, że w tego typie książki główny bohater nagle zginie lub nie uda mu się pokonać szaleńca, ale sama fabuła składająca się z klisz znanych z książek i filmów nudzi. Tak jak w poprzednich książkach i filmach Bonda nie ominą dalekie i egzotyczne podróże (min Włochy, Iran), spotkanie z piękną kobietą czy pojedynek sportowy z głównym oponentem. Dobrze chociaż, że ten ostatni nie odbywa się w kasynie, a na korcie tenisowym. Tak naprawdę to do kompletu zabrakło tylko wizyty w pracowni Q i tak charakterystycznych dla cyklu gadżetów, ale to jedyne odstępstwa. Od utartego schematu Faulks nie uciekł nawet przy tworzeniu postaci. Gorner, podobnie jak poprzednicy, dr No czy Scaramanga, jest obdarzony skazą fizyczną („małpia ręka”), a za pomocnika służy mu charakterystyczny zabójca. No i oczywiście jest gadułą, która zamiast zgładzić 007 woli z detalami zdradzić mu cały plan, a na końcu się dziwi, ze mu się nie udało.
Oczywiście ktoś powie, że cała seria składa się właśnie z takich schematów, ale wystarczy spojrzeć na film „Casino Royal” by zauważyć, że Bonda można „uczłowieczyć”, uczynić go ciekawszą postacią. Zresztą sam początek „Piekło poczeka” był pod tym względem bardzo zachęcający – 007 jest zmęczony służbą i zastanawia się nad odejściem z wywiadu. Ba nawet odmawia pięknej kobiecie wypicia z nią drinka wieczorowa porą. Niestety wystarczyło kolejne zadanie od M, by nasz bohater poczuł wiatr w żaglach i akcja toczy się utartymi kolejami.

Nie udało się także Falkusowi oddać atmosfery odwiedzanych miejsc – nie poczułem orientu Iranu, ani przaśności sowieckiej Rosji. Sceny akcji są słabo napisane i nie czuć w nich ogóle emocji czy napięcia. Brakuje zwrotów akcji, a mająca zaskoczyć czytelników końcówka jest łatwa do przewidzenia. Nawet jeśli pojawia się w tekście szansa na niespodziankę to autor bardzo szybko wyjmuje asy z rękawa i psuje całą zabawę.
Czy warto więc sięgnąć po „Piekło poczeka” ? Jeśli jest się zagorzałym fanem 007 to na pewno tak. Oprócz poznania nowych przygód Bonda można wtedy bawić się w szukanie nawiązań do poprzednich części cyklu albo delektować się schematemrodem z klasycznych filmów z Seanem Connory. Osobom, które nie mają dużego sentymentu do cyklu zalecałbym raczej zakup innej książki.

Ocena 6/10
Ł - 2008-08-07, 21:24
:
Tyraela napisał/a:
Ł napisał/a:
Zabieram się tak wogóle do Nowego umysłu cesarza.

O ile pamiętam, to książka szalenie polecana przez mojego (nota bene zajebistego) fizyka - więc Łaku czekam na relację czy warto ;P

To zależy od tego jakie stawiasz wymagania. Piszę tę mini-recke głównie po to żeby nakreślić czego ja oczekiwałem od tej książki a mini dlatego że nie czuje się kompetentny do całościowej recenzji, pozatym ksiązka ta była/jest na tyle nośna że wiele skrajnie różnych opinii znajdziesz w sieci.
Mnie interesowały głównie związki przedmiotów zwyczajowo określanych jako ścisłe z dziedzinami trudnymi do rozpisania na cyferki (m.i. tytułowym umysłem), oraz ogólne kwestie związane z filozofią nauki. Pod tym względem ksiązka spełniła moje oczekiwania z nawiazką, jednak na dobrą sprawe tylko rozdziały I i X są tak naprawdę sednem książki. Wszystko co znajduje się po drodze to omówienie teorii z dziedzin matematyki, logiki, fizyki (klasycznej, m. kwantowej i postulowanej przez autora kwantowej teorii grawitacji), które są niejako wyjaśnieniami terminów z rodziałów I i X, również nazwiajzując do siebie nazwjzame. Czyli na dobrą sprawe mam wrażenie że gdyby była to publikacja naukowa to 80% wyleciałoby jaka zbyt banalna - za to dla zwykłych czytelników są to informacje jak najbardziej przydatne. Mnie tutaj różne rzeczy interesowały różnie - np większość o matematyce, m. kwantowej, przleciałem trochę po łebkach - doceniam piękno wzorów i przekształceń(któryych momentami jest sporo jak na książka popnaukową - zwykle w tego typu wydawnictwach wogóle nie ma wzorów i przeliczeń) ale interesowały mnie konkluzje (pozatym częśc wywodów wątpie iżbym był wstanie ogarnąć na szybko). Tak samo jak rozdział o kwantowej teori grawitacji też tylko przejżałem, mając na uwadze że ksiązka ta ma już sporo lat i poprostu nie opłaca się wnikać w teorie w powijakach, skoro obecnie prace nad nią posuneły się pewnie znacznie do przodu.Może dziwić co mają czarne dziury do funkcjonowania mózgu, ale na końcu książki autor łączy bardzo umiej\ętnie niemal wszystkie poruszane wcześniej tematy.
Autor nie sili się na obiektywność i wykłada swoje poglądy co bardzo cenie - jednocześnie zaznaczając że są to JEGO poglądy i wiele osób się z nimi nie zgadza - co cenię jeszcze bardziej. Posługuje się też językiem próbującym przybliżyć nawet krzesłu świat pojęć matematyczno-fizycznych, posługując się licznymi przykładami, angedotami i tym co lubimy najbardziej - obrazkami. W wielu miejscach wyraźnie sygnalizuje że upraszcza na potrzeby tej publikacji a problem w rzeczywistości jest bardziej zawiły.
Mnie osobiście książka bardzo podeszła, skończyłem ją czytając równomiernie w tydzień, co jak na 500 stron nie-beletrystyki uważam za niezły wynik. Urzekło mnie końcowa synteza w której autor miesza fizyke, matematyke i pamiętniki Mozarta, dając wyraz zaskakującej i fascynującej konkluzji. Szczerze polecam, szczególnie osobą które będa podchodziły do tej książki z podobnym mojemu kluczem zagadnień wanna-see, możliwe że w tak szerokiej tresci z innym kluczem można nacieszyć się innymi rzeczmi albo zabrać stanowisko sceptyczne.

(Nowy umysł cesarza - Roger Penrose)
coorchuc - 2008-08-07, 23:18
:
Ewangelia według Marii, matki Jezusa - Marek Halter

Przyznam, że miałem z tą książką serię mniejszych i większych zgryzów. Wybrałem ją, bo od dziecięcych czasów mam słabość do bajkowo opowiadanych historii – zwłaszcza takich z nutką autentycznośći. Działa to również i na histori autentyczne opowiadane z dużą nutką bajkowości...
Zadziałał więc stary dobry grzech ciekawości.

Zanim otworzyłem okładki tej książki zastanawiałem się czy nie mam do czynienia z którymś kolejnym apokryfem, czy może jednak kolejna współczesna fikcja próbująca żerować na chwytliwych tytułach tajemnic biblijnych. Moje pierwsze rozmyślania wzbudził fakt, że autorem jest Polak o żydowskim pochodzeniu. Wydawało mi się to o tyle dziwne, że do tej pory ewangelie
wszelkiego typu kojarzylem z czasami opisanymi w Nowym Testamencie – czyli w tej części historii religii, której wyznanie mojżeszowe nie uznało. Jak więc rozumieć ten przypadek?
Druga myśl pojawila się jako efekt błędu - jednego z największych i najchętniej popełnianych wśród czytelników kryminałów. Zajrzałem na ostatnią stronę i ujrzałem tam coś, co sprawiło, iż byłem przekonany, że mam właśnie do czynienia z następną, standardową książką o tułaczce i cierpieniach Ludu Wybranego. Poczułem się tym zniechęcony, ale słowo się rzekło i rozpocząłem lekturę.

I tu książka mnie zaskoczyła – czytałem ją i cały czas zastanawiałęm się, gdzie i kiedy pojawi się nawiązanie, do sekretu z ostatniej strony. Ne pojawiło się. W zamian autor opowiedział mi baśń o losach rodzin z Galilei. Baśń obfitowała w kolorowe pejzaże, wnikliwe spojrzenie na charaktery bohaterów oraz nieoczekiwane wydarzenia. Postaci wydawały się jakoś znajome, ale zawsze było z nim coś nie tak,... albo inne imię, albo stan cywilny, albo charakter. Wszystko się poukładało, gdy na koniec Herod przeprowadził spis powszechny.

Nie mogę do końca przekonać się czy jest to “Ewangelia według...” czy raczej “Ewangelia o...”. Jeśli za materiał porównawczy weźmiemy czterech ewangelistów – to nie jest nawet ewangelią, gdyż opowiada o kilku latach przed narodzinami Jezusa. Niemniej jednak jest tu element tytułowej “Dobrej Nowiny” - choć podany w dość nietypowy i trochę zaskakujący sposób, gdy główna postać zdaje sobie sposób, iż rewolucję przeprowadzić może tyko jedna osoba.

Pomijam własne czepliwe myśli związane ze standarowym rozumieniem pewnych słów i pojęć. Książka jest dla mnie zaskakująca przynajmniej w kilku aspektach – mężczyzna pisze o kobiecie umniejszając role męskie; rodak Marii z Nazaretu pisze o nadejściu nowej religii, a powszechnie znana historia zyskuje jeszcze jedno oblicze.
Tigana - 2008-08-08, 23:15
:
Kiedy zaczynałem lekturę „Upadek królów” Dawida Gemmella obawiałem się, że książka, która powstała już po śmierci pisarza nie dorówna wcześniejszym tomom Uczucie niepokoju podsycało także samo polskie wydanie. Dotychczasowego tłumacza (Zbigniew A. Królicki) zastąpił nowy (Patryk Sawicki), a pierwsze blurby sugerowały wprowadzenie przez niego nowego nazewnictwa( zamiast Wielka Zieleń - Wielką Łąką) . Z drugiej strony byłem ciekawy jak autor zakończy historię dzielnego Heliakona, pięknej Andromachy i gawędziarza Odyseusza. Na szczęście dla czytelników skończyło się na obawach – finałowa część trylogii nie ustępuje poprzednikom, a nawet je przewyższa, zaś tłumacz sprawił się bez zarzutów. Owszem na siłę można się przyczepić, że w 2-3 momentach zabrakło ciągłości tekstu (zdania - łącznika pomiędzy poszczególnymi akapitami), ale to drobiazgi.
Tworząc „Upadek królów” Gemmell stanął chyba przed najtrudniejszym zadaniem w swojej pisarskiej karierze. Ostatnia część „Troi” jest bowiem najmocniej z całej trylogii oparta na eposie Homera. Jak więc napisać książkę, która pozostając w zgodzie z treścią „Iliady”, nie będzie równocześnie przewidywalna? Nie chcę tutaj wchodzić w szczegóły i psuć przyjemności z czytania powiem krótko – na kartach książki raz jeszcze okazało się, że każdą, nawet najbardziej znaną opowieść można opowiedzieć w nowy, zajmujący sposób. Mamy więc zarówno wszystkie kluczowe elementy znane z dzieła Homera : oblężenie miasta, pojedynek Achillesa z Hektorem, „konia trojańskiego”, a jednocześnie Gemmell przyszykował dla czytelników wiele niespodzianek.
„Upadek królów” to przede wszystkim powieść batalistyczna. Tutaj już nie ma miejsca na zawiłe intrygi polityczne, o racjach stron konfliktu decyduje liczba wojowników i okrętów. Tak jak u Homera po jednej stronie stają żądny władzy Agamemnon, dzielny Achilles, przebiegły Odys , po drugiej dumny Priam, szlachetny Hektor, odważny Heliakon. Co istotne pisarz nie koncentruje się na samym oblężeniu Troi - walka będzie się także toczyć na równinie otaczającej Ilion jak i Wielkiej Zieleni.
Chyba żaden inny pisarz nie potrafi tak plastycznie opisać bitwy jak czynił to Gemmell. Czytając opisy zmagań Mykeńczyków i Trojan można wręcz odnieść wrażenie, że sami znajdujemy się na polu walki. Czujemy zapach krwi, ciężar zbroi, pot zalewający oczy. Stajemy się świadkami wielkiego męstwa, ale i zwykłego tchórzostwa. Bitwy pokazywane są zarówno z perspektywy pojedynczych żołnierzy, jak i z „lotu ptaka” co znacznie ułatwia śledzenie przebiegu walk, a także pozwala wczuć się w rolę uczestników konfliktu. Warto jednak zaznaczyć, że podobnie jak w poprzednich tomach sympatia pisarza jest zdecydowanie po stronie obrońców Troi – poza nielicznymi fragmentami Agamemnon i jego wojska są przedstawiani jako barbarzyńcy lubujący się w zabijaniu i gwałtach. Tylko Andromacha nie widzi zbytniej różnicy pomiędzy czynami Heliakona i Mykeńczykami, jest to jednak odosobniony przypadek.

Opis działań wojennych nie przesłania jednak tego, co w prozie Gemmella zawsze było najważniejsze – bohaterów. Na kartach „Upadku królów” nie ma za wiele nowych postaci. Autor, moim zdaniem słusznie, wolał domknąć wszystkie stare wątki niż tworzyć kolejne. Nie oznacza to jednak, ze wciąż będziemy mieli do czynienia z tymi samymi bohaterami. Poszczególne postaci zmieniają się, dojrzewają, a jednocześnie nie tracą cech, za które czytelnicy zdążyli je polubić. Największą metamorfozę przechodzi chyba postać Achillesa, który w „Tarczy gromu” przypominał bardziej bezmózgą maszynę do zabijania niż człowieka, a teraz nabiera cech prawdziwego herosa. Ta przemiana jest tak mocna, że w trakcie jego pojedynku z Hektorem trudno jest powiedzieć komu powinniśmy życzyć zwycięstwa. Zresztą każda z postaci , może oprócz Agamemnona, ma swój ludzki wymiar – popełniają błędy, potrafią zabić bez zmrużenia oka, ale i okazać szlachetność. W dodatku los jaki przeznaczył im autor jest trudny do przewidzenia – nawet trzymając się przekazu Homera Gemmell nie raz potrafi zaskoczyć
Już w poprzednich tomach o losach bohaterów decydowało przeznaczenie. W ostatniej części „Troi” jest to jeszcze bardziej widoczne. Pomimo ludzkich starań słowa delfickiej przepowiedni i wróżby Kasandry muszą się spełnić. Bo chociaż w świecie stworzonym przez Gemmella bogowie zdają się nie mieć bezpośredniego wpływu na ludzkie czyny i tak nad mieszkańcami Wielkiej Zieleni ciąży fatum. Inna sprawa, że te słowa mogą być interpretowane na wiele sposobów.
Pod koniec książki Andromacha mówi do syna ” (…)bajarze nie giną dopóty, dopóki żyją ich opowieści” prorocze to słowa. Dawid Gemmell umarł, ale pozostawił po sobie książki, które są i będą świadectwem jego życia. Podobnie z Troją – pomimo tego, że zniszczona pozostała nieśmiertelna w strofach Homera. Historia o cudownym mieście, wielkich bohaterach i zwykłych ludzkich namiętnościach. „Upadek królów” to zwieńczenie tej legendy – a dzięki talentowi pisarza i jego żony Stelli szansa na odkrycie jej na nowo. Warto.

Ocena 8/10
Tigana - 2008-08-10, 22:59
:
Na najnowszą książkę z cyklu o Mordimerze Madderdin czekałem z ciekawością. Otwarte zakończenie „Łowców dusz” dawało Jackowi Piekarze duże możliwości na poprowadzenie fabuły w najmniej przewidywalnym kierunku. Tymczasem autor zrobił nieoczekiwaną woltę i zamiast oczekiwanej przez wszystkich powieści „Czarna zaraza” zapowiedział pojawienie się trzech zbiorów opowiadań traktujących o młodości głównego bohatera. Nasuwa się pytanie: czy autor nie ma koncepcji na ciąg dalszy serii? A może postanowił wyeksploatować pomysł do ostatniej litery? Jakby nie było przed „Płomieniem i krzyżem” stanęło trudne zadanie – książka musiała nie tylko sprostać oczekiwaniom czytelników, ale także udowodnić, że autor wciąż ma świeże pomysły, którymi jest w stanie zaciekawić .
Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy po przeczytaniu pierwszego akapitu to rezygnacja z narracji pierwszoosobowej. Ma to przynajmniej dwie zalety. Po pierwsze autor darował nam ciągłe zapewnienia Mordimera, co do jego pobożności i skromności, a dodatkowo zyskaliśmy okazje na spojrzenie na alternatywny świat z różnych perspektyw, a nie tylko okiem fanatycznego inkwizytora. Ostrzegam jednak, że osoby, który spodziewają się rozległych opisów czy historycznego wykładu o „piekarowym” uniwersum mogą poczuć się zawiedzione. Autor, podobnie jak w poprzednich książkach cyklu, wciąż dawkuje informacje i nie ujawnia wszystkich szczegółów.
Wraz ze zmiana narracji zmienili się także bohaterzy. Mordimer, chociaż jest kluczową postacią wokół której rozgrywa się cała intryga, bierze czynny udział tylko w jednym opowiadaniu („Płomień i krzyż”) W pozostałych o wiele większa rolę odgrywają jego matka (tytułowa „Piękna Katarzyna”) oraz inkwizytor Arnold Lövefell, którego kreacja to bodajże największy atut książki. Jest to postać podobna z charakteru i usposobienia do Madderdina, a równocześnie mocno się od niego różniąca. Łączy ich szczere oddanie służbie oraz łatwość w podejmowaniu nawet najtrudniejszych decyzji z nią związanych. Jednocześnie Lövefell wydaje się bardziej ludzki – potrafi wynagrodzić czyjś bezinteresowny dobry uczynek. O ile po Mordimerze zostawał tylko zapach spalonych ciał i łzy poszkodowanych, działania nowego bohatera potrafią odmienić czyjeś życie i to na lepsze. Równie, a może nawet ciekawsza, od doraźnej służby Lövefella wydaje się być jego przeszłość, która rzuca nieco światła na sekrety Wewnętrznego Kręgu Inkwizycji.
Wprowadzenie nowych postaci nie oznacza jednak, że na kartach opowiadań nie spotkamy starych, dobrych znajomych. Wręcz przeciwnie takie postaci jak ówczesny kanonik Gersard czy tajemniczy Marius von Bohenwald również będą miały spory wpływ na koleje losu młodego Mordimera.
Kilka słów warto poświecić samym opowiadaniom. Tak jak już wspomniałem traktują one o wydarzeniach poprzedzających te ze „Sługi bożego” i pokazują kluczowe momenty, które ukształtowały przyszłego inkwizytora. Poznajemy zatem dzieciństwo Madderdina, ujawnione zostają szczegóły jego udziału w bitwie pod Schengen , w końcu dowiadujemy się w jaki sposób dostał się do szkoły dla inkwizytorów. W porównaniu z poprzednimi zbiorami opowiadań najnowsze utwory są ciekawsze i nielicząc pierwszego mniej przewidywalne Co ważne Piekara zrezygnował z kumulowania zbyt dużej liczby zagadek bez odpowiedzi. Owszem, na część z ich przyjdzie nam poczekać, ale sporo znajduje rozwiązanie w kolejnych opowiadaniach. Nie odczuwa się także schematyzmu – każdy z utworów jest nieco inny. Jak dla mnie numerem jeden w zbiorze jest tytułowe „Płomień i kurz”, którego akcja rozgrywa się na ziemiach ogarniętych chłopską rebelią. Już pierwsze zdanie świetnie wprowadza nas w klimat tamtych wydarzeń: „Arnold Lövefell siedział na pniu drzewa i ogryzał podpieczone w ogniu, na pół surowe ludzkie mięso” A to dopiero początek jego wyprawy w krainę, która mogłaby posłużyć Dante jako wzór do opisu piekła.
„Płomień i krzyż” to zbiór czterech, wartych przeczytania opowiadań. Książka jest skierowana przede wszystkim do wielbicieli cyklu, ale dzięki swojej konstrukcji mogą po nią śmiało sięgnąć osoby, które do tej pory nie miały okazji czytać opowiadań o Mordimerze Madderdin. Ciekawie skonstruowany świat, intrygujące postaci, mroczny, niepowtarzalny klimat to bezsporne atuty zbioru. Do tego należy dodać sporą dozę okrucieństwa i wisielczego humoru. Jeśli więc ktoś jest wielbicielem takich klimatów zachęcam do lektury.

Ocena 7/10

Tigana - 2008-08-12, 22:40
:
Od samego początku „Fabryka Słów” była kojarzona z polskimi autorami. To właśnie dzięki temu wydawnictwu na księgarskich półkach zaistnieli Andrzej Pilipiuk, Jarosław Grzędowicz, Anna Kańtoch czy Jakub Ćwiek. Jednakże od pewnego czasu coraz więcej miejsca w zapowiedziach „Fabryki” zajmuje literatura obcojęzyczna. Zmiana profilu? A może rodzimi twórcy nie są w stanie zaspokoić potrzeb rynku? Jaki by nie był powód fakt pozostaje faktem – seria „Obca krew” już na dobre zagościła na naszym rynku. Nie zmienił się tylko poziom.
„Cena krwi” Tanyi Huff otwiera cykl powieściowy, którego głównymi bohaterami są prywatna detektyw Vicki Nelson i pięćsetletni wampir Henry Fitzroy. Oś fabuły stanowi polowanie na sprawcę serii zabójstw. Ofiary nie łączy nic poza jednym faktem – ich ciała zostały pozbawione krwi. Dla niej dochodzenie stanowi miłą odmianą od śledzenia niewiernych małżonków, on traktuje je jako zabezpieczenie swojej prawdziwej tożsamości. Samotnie żyjący mężczyzna, który porusza się tylko po zmroku idealnie pasuje do gazetowego wizerunku krwiopijcy. Kiedy los łączy ich ścieżki rozpoczynają wspólne polowanie na nieuchwytnego mordercę.
Sztampa – to słowo najbardziej pasuje mi do oceny „Ceny krwi” . Książka począwszy od mało zajmującego początku, poprzez standardowy środek prowadzi do przewidywalnego finału. Zabrakło natomiast miejsca na nieoczekiwane zwroty akcji, ciekawych bohaterów czy choć odrobinę własnej fantazji. Czytając powieść Huff odniosłem wrażenie, że cały czas stykam się z kliszami z seriali w stylu „Buffy - pogromca wampirów” czy „Archiwum X”. I to takimi z ze słabszych odcinków. Pomimo najszczerszych chęci udało mi się odnaleźć w „Cenie krwi” jedynie kilka elementów (i to trzeciorzędnych), które wyróżniałby tą powieść. Tylko czy fakt, ze główna bohaterka jest prawie niewidoma, a wampir to porządny katolik stanowią o nowej jakości?
Same postaci to kolejny standard. Vicki Nelson, która z powodu wzroku odeszła z policji przypomina setki prywatnych detektywów zamieszkujących powieści kryminalne. Diabelnie inteligentna, uwikłana w romans, non stop wpadająca w kłopoty. A Fitzroy? Szarmancki krwiopijca obdarzony nadludzką siłą i szybkością, a równocześnie obawiający się promieni słonecznych. O czosnku i srebrze nic nie wiadomo.
Słabo wypada także świat przedstawiony. Akcja rozgrywa się w Toronto, ale równie dobrze mogłaby mieć miejsce w każdej innej metropolii. Zabrakło cech charakterystycznych dla tego miasto, czegoś co świadczyłoby o jego niepowtarzalności. W wielu kryminałach czy horrorach miejsce akcji jest samo w sobie ważnym bohaterem książki, tutaj niemym i ślepym świadkiem dokonywanych zbrodni. Być może mieszkańcy Toronto odnajdą tu swojskie klimat, ja nie byłem w stanie.
Pojawienie się w fabule książki wampira sugerowało, że gdzieś poza granicami normalności istnieje inny, bardziej złowrogi świat. Niestety w „Cenie krwi” nie będzie nam dane się o tym przekonać. Oprócz Fitzroya i dwóch czy trzech demonów świat nadprzyrodzony jest nieobecny. Porównując wizję Huff do takiego „Mojego własnego diabła” Mike’a Careya nawet nie wypada. Ktoś mi zarzuci, że nie ta półka, ale przecież wspomniana już „Buffy” to podobny poziom, a autorka nawet do niego nie jest w stanie się zbliżyć.
Czy „Cena krwi” ma więc jakieś zalety? Na dobrą sprawę w „Cenie krwi” spodobał mi się jeden wątek – podgrzewanie „wampirzej” atmosfery przez brukowce prowadzi do „polowań na czarownice”, na których efekty nie trzeba długo czekać. No i jeszcze ciekawostka – powieść powstała w 1991rroku, a więc bohaterowie nie posiadają jeszcze telefonów komórkowych. Fajnie się czyta jak szukają budek telefonicznych lub odbierają pagery.
Reasumując – „Cena krwi” to mierna książka. Stereotypowe postaci, mało wciągająca akcja, przewidywalne zakończenie to podstawowe wady. Do tego tłumaczenie – nie jestem w stanie podać konkretnych przykładów, ale ogólnie odniosłem wrażenie, że jest ono mało płynne, zgrzytało. Mam trochę żalu do „Fabryki”, że wydała tak słabą pozycję. Nie wierzę, że wśród setek, a może i tysięcy zachodnich autorów nie znalazłoby się kilku lepszych. I tylko mam nadzieje, że inne cykle wydane w ramach „Obcej krwi” będą stały na wiele wyższym poziomie.

Ocena 3/10
Tigana - 2008-08-15, 00:04
:
Gdybym najnowsza powieść Jakuba Ćwieka „Ciemność płonie” powstała załóżmy na to rok wcześniej to jej recenzję zaczął bym od narzekania na kondycje polskiego horroru. Że książek jak na lekarstwo, a jak już powstaną to ich jakość woła o pomstę do nieba. Tymczasem ostatni rok określiłbym przełomowym. Pojawiły się dwie książki Łukasza Orbitowskiego, antologia współczesnych opowiadań grozy, „Błędy” Jakuba Małeckiego, a na jesień wydawnictwo "Red Horse” szykuje jeszcze parę atrakcji. Powodów do narzekania więc specjalnie nie ma i z czystym sumieniem mogę zabrać się do recenzowania.
Budynek dworca centralnego PKP w Katowicach to jedna z najbardziej charakterystycznych budowli w mieście. Budowany przez ponad 10 lat początkowo był miejscem reprezentacyjnym, z czasem zaniedbany zaczął tracić swój pierwotny blask. Jego nową wizytówką stały się brudne i śmierdzące hale, powybijane szyby, gromady koczujących bezdomnych. I to właśnie miejsce niebezpieczne, a zarazem w jakiś sposób fascynujące, stało się miejscem akcji najnowszej książki Ćwieka.
Jej głównych bohaterów stanowi grupka bezdomnych skupiona wokół charyzmatycznego „Literata”. Każdy z nich ma swoją historię – najczęściej smutną i gorzką. Kiedyś żyli pośród nas, dzisiaj z powodu różnych kolei losu zmuszeni są do dworcowej egzystencji. Pomimo tego, a może właśnie dlatego posiadają swój specyficzny honor i kodeks – opiekują się sobą nawzajem, starają się nie żebrać, a na utrzymanie zarabiają mniej lub bardziej uczciwą pracą. Bezdomni przypominają tutaj nieco wampiry, z tym, że „dzienne”. Dopóki świeci słońce mogą przebywać poza dworcem, prowadzić w miarę normalne życie. Z chwilą, gdy zapada zmrok wracają i kryją się na terenie swojego azylu. Jeśli nie zdążą mogą stać się ofiarami Ciemności, która płonie.
Powieść Ćwieka tchnie realizmem - gdyby wątek zrezygnować z wątku metafizycznego dostalibyśmy przejmujący obraz współczesnej Polski. Autor w posłowie nie ukrywa, że opis życia na dworcu nie jest wymyślony, ale w dużej mierze oparty na jego własnych obserwacjach. Podejrzewam, że podobnie jest z samymi bohaterami powieści – pisarz zna katowickich bezdomnych i spędził na rozmowach z nimi wiele godzin. Być może to co dostaliśmy do ręki to, niczym zapiski „Literata”, fragment ich prawdziwego życia. Ze swojej strony, jako bywalca dworca w Katowicach, mogę dodać, że większość opisanych miejsc ma swoje prawdziwe odpowiedniki, a sama książka może spełnić rolę przewodnika.
Jednak „Ciemność płonie” to przede wszystkim horror. Autor wie jak straszyć i pamięta o tym, co najważniejsze: najgorsze koszmary kryją się wewnątrz człowieka. Stąd brak „krwawych” opisów rodem z Mastertona; w zamian Ćwiek koncentruje się na stanie psychiki bohaterów. Sceny, kiedy bezdomni muszą stawić czoła Ciemności, a równocześnie walczą z własnymi lękami zrobiły na mnie olbrzymie wrażenie. Na plus powieści zaliczyłbym także liczne niedomówienia. Wielu twórców horrorów stara się w swoich książkach wytłumaczyć wszystko co niezwykłe, nie zostawiając czytelnikom cienia szansy na własną interpretacje. Nawiasem mówiąc nie uniknął tego błędu w swojej debiutanckiej książce „Liżąc ostrze” sam Ćwiek. Tym razem nie dostajemy jasnej i klarownej wykładni czy jest sama Ciemność, dlaczego dworzec stanowi azyl, czym są tajemnicze medaliony. Pada parę hipotez, być może, któraś z nich jest prawdziwa, ale tego nigdy się nie dowiemy.
Co można zarzucić najnowszemu dziełu twórcy „Kłamcy”? Mimo wszystko zbyt duże tempo akcji – dzieje się dużo i chwilami brakuje chwili na uspokojenie i przemyślenie tego , co przed chwilą przeczytaliśmy. Niedopowiedzenia, o których wyżej chwaliłem mają też pewną wadę – nie wiemy dokładnie, co spowodowało agresję Ciemności. Dlaczego bezdomni, którzy z nią przez całe lata nagle stają się jej ofiarami? Kara za złamanie nie pisanych zasad czy przemyślana długofalowa ofensywa? Zakończenie również wydaje się nieco nie dopracowane, jakby urwane; zabrakło jakiejś finałowej sceny. No i jeszcze wątek Heńka – po pierwsze jak na takiego wygę to za łatwo daje się podejść, po drugie chociaż jego postać jest dobrze wpompowana w „dworcowe” środowisko mnie osobiście nie pasuje do całej książki.
„Ciemność płonie” to kolejny sygnał że Jakub Ćwiek z każdą książką pisze coraz lepiej. Po interesującym, chociaż nie pozbawionym wad „Liżąc ostrze”, dostajemy kolejny horror. Znacznie lepszy, ciekawszy, a przed wszystkim oryginalniejszy. Okazuje się, że nie trzeba „budować” gotyckich zamków z lochami, a wystarczy rozejrzeć się wokół siebie. Przecież prawdziwy strach i lęk zawsze mieszkają blisko nas. Nie wierzysz? Pociąg do Zamkowej Górki codziennie czeka na ciebie.

Ocena 7/10
Romulus - 2008-08-19, 21:13
:
Tytułem wstępu :) :
a) powiedzmy, że to recenzja, ale jeśli tu nie pasuje to przeklejcie gdziekolwiek :)
b) "przeklejam się", ale nie dam rady w tym przypadku wysilić się na "dwa razy inaczej o tym samym" :)

Do rzeczy:

IAIN M. BANKS - NAJEMNIK
Za mną kolejne spotkanie z Banksem, po Wspomnij Phlebasa i Graczu.
Powieść ponownie rozgrywa się w "realiach" (wszech)świata Kultury i ponownie nie jest związana fabularnie z poprzednimi powieściami.

Wydaje się, że bohaterem jest osobnik, który nazywa się Cheradenine Zakalwe - były tajny agent Kultury, który wiedzie "leniwe" życie: spiski, intrygi, przewroty wojskowe, dopóki na jego drodze nie staje Diziet Sma, groźna, piękna i wyuzdana kobieta, która werbuje go do kolejnej misji w szeregach Kultury. Tak rozpoczyna się akcja. A dla mnie dosłownie ta powieść rozpoczęła się od początkowej, smakowitej wymiany zdań (cytuję, bo smakowite - umieściłem zresztą w swoim podpisie):

"- Powiedz mi, co to jest szczęście.
- Szczęście? Szczęście... to budzić się w jasny wiosenny poranek po wyczerpującej pierwszej nocy spędzonej z piękną...namiętną... wielokrotną morderczynią.
- O cholera. Tylko tyle?"

Kiedy je przeczytałem, wiedziałem, że w odróżnieniu od GRACZA (mojego poprzedniegop spotkania z twórczością tego autora), ta powieść da mi wszystko czego oczekuję od dobrej rozrywki: niezbyt skomplikowaną, ale jakże inteligentną i przewrotną intrygę (w życiu się nie domyślicie jednej "przewrotki"), w wiarygodnym i nie-koturnowym świecie, bez rozbuchania epickiego prowadzącego do rozdymania powieści na setki stron (Banks zmieścił się w trochę ponad 350) - uwaga! pisze to człowiek, dla którego jedną z miar dobrej powieści jest jej objętość.

Iain M. Banks jest zdecydowanie utalentowanym pisarzem, bo książka "niesie" lekko poprzez stworzoną fabułę, obdarowując czytelnika naprawdę ciekawymi i niebanalnymi postaciami. Wydawałoby się na początku, że to Cheradenine Zakalwe będzie tu postacią główną, ale to chyba zasugerowanie się blurbem każe tak przypuszczać, bo "rządzi" tak naprawdę wyuzdana i groźna Diziet. Jak widać, wizytówką powieści Banksa (przynajmniej tych trzech, które przeczytałem) są niebanalne nazwy głownych bohaterów, co więcej - idą za nimi równie niebanalne charakterystyki postaci.

Celowo nie wnikam głębiej w fabułę, aby niezdarnością nie zepsuć tej świetnej uczty. Ogólnie napiszę, że to (dla mnie) fantastyka (czy też s-f) rozrywkowa najwyższej próby. I chyba nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że takich powieści powstaje współcześnie bardzo mało, albo giną one w natłoku ohydnej pulpy zalewającej rynek. A sam Banks jest przykładem pisarza głównonurtowego, który w sposób inteligentny potrafi stworzyć ciekawą i świetnie napisaną powieść z nurtu "rozrywkowego". Jedyną wadą Banksa jest to, że jest wojującym socjalistą, ale mu to wybaczam, bo świetnie pisze. Waham się jeszcze przed nazwaniem tej powieści arcydziełem w swoim gatunku. Śmiem twierdzić (w porywie uczuć), że to nie jest "tylko" fantastyka, bo obserwacje społeczne, obyczajowe i polityczne są tu obecne i znaczące. A finał zwalił mnie z nóg. Powieść ta pewnie jakieś wady posiada, ale nie będę ich szukał (stąd ta recenzja to bardziej "recenzja"), bo w zasadzie niczego mi one nie zepsuły, niczego nie przesłoniły, więc zatem może nie są to i wady...

Nie wiem, czy znajdziecie tą powieść w księgarniach. Ja ją wygrzebałem w bibliotece miejskiej. Została wydana przez Prószyńskiego w 1999 r. (jeszcze w serii z Nową Fantastyką). Bez wątpienia dla mnie to rarytas i muszę jej poszukać, bo po przeczytaniu odczuwam głęboką potrzebę włączenia jej do mego księgozbioru.
Tigana - 2008-08-20, 23:43
:
„Niespokojni” to kolejny kryminał z serii książek o Charlie „Bird” Parkerze autorstwa Johna Connelly’ego. W Polsce do tej pory ukazały się cztery części cyklu („Wszystko martwe”, „Kraina cieni”, „Morderczy gatunek” „Biała droga”) , wciąż niewydana pozostaje powieść „The Black Angel” . Na szczęście poszczególne książki są tak skonstruowane, że można je bezproblemowo czytać bez znajomości poprzednich części, chociaż czytelnik traci w ten sposób sporo smaczków.
Cechą wyróżniającą twórczość Connolly’ego spośród setek pisarzy jest umiejętne połączenie wątków kryminalnych i metafizycznych. „Bird” po stracie rodziny zyskał umiejętność kontaktowania się ze światem zmarłych. Nie mamy jednak do czynienia z kolejnym detektywem-medium. Tutaj więź jest bardziej subtelna – Parker wyczuwa obecność duchów, czasem miewa przeczucia. Niestety co wielu nazwałoby darem staje się przekleństwem. Ciągły kontakt z „tamtą stroną” utrudnia założenie nowej rodziny, a kolejne śledztwa dziwnym zbiegiem okoliczności często prowadzą go poza granice ludzkiego poznania.
Nie inaczej jest w wypadku „Niespokojnych” . Rutynowa sprawa, w założeniu mająca polegać na zapewnieniu bezpieczeństwa klientki zmienia się w koszmar. Osobą nachodzącą młodą kobietę okazuje się były płatny morderca Frank Merrick, a śledztwo wiedzie w świat dziecięcej pornografii i siatki pedofilii. Na domiar złego pojawiają się „Wydrążeni Ludzie” i już nic nie jest normalne.
Najnowsza powieść Connolly’ego jest „brudna”. Już sama tematyka, molestowanie seksualne dzieci, nie daje żadnych złudzeń. Od samego początku wiadomo, że nawet odnalezienie i ukaranie winnych nie cofnie czasu. Zbrodnia została popełniona, a bohaterom książki pozostaje tylko zemsta. Frank Merrick to człowiek ogarnięty obsesją odnalezienia córki. Kiedyś obiecał, że będzie ją zawsze chronił i teraz nie spocznie dopóki nie wyjaśni okoliczności jej zniknięcia. I nie wymierzy swojej wizji sprawiedliwości. Sam Parker, chociaż stoi po właściwej stronie, nie waha się złamać prawa, by dopiąć celu. Szantaż, włamanie czy zastraszanie to jego podstawowe metody pracy. Tylko czy szlachetne pobudki usprawiedliwiają każdy czyn? To może ocenić tylko Egzekutor.
Chociaż „Niespokojni” to dobry i wciągający kryminał nie jest on pozbawiony kilku wad. Przede wszystkim bardzo powoli rozkręca się intryga – przez pierwsze dwieście stron śledztwo stoi w miejscu i dopiero później tempo powieści wzrasta. Jest to o tyle dotkliwe, że „Bird” niemal od początku domyśla się, gdzie leży kryje się źródło zła. Niestety – zamiast szybko rozwiązać sprawę główny bohater woli zbierać informacje, oglądać obrazy, odwiedzić kochankę. Spory minus to również łatwość, z jaką czytelnik domyśla się, kto stoi na czele grupy pedofilii. Jako wielbicielowi cyklu o Parkerze bardzo brakowało mi ostrych wejść pary jego nieodłącznych współpracowników – Louisa i Angelo. Niestety tym razem ich udział w książce to jedynie epizod. A szkoda, bo opis krwawych jatek, które urządzali do spółki z „Birdem”, kolejnym rodzinom mafijnym zawsze był mocnym punktem powieści Connolly’ego. Nie znajdziemy również w „Niespokojnych” barwnych kreacji „czarnych” charakterów na miarę Cyrusa Nairna („Biała droga”) czy pana Pudda („Morderczy gatunek”) Owszem Frank Merrick ma spory, ale nie został on, według mnie, do końca wykorzystany. Zabrakło w nim jakiejś nutki szaleńca, która wyróżniłaby go z tłumu.
Pomimo tych wszystkich wad najnowsza powieść irlandzkiego pisarza jest rzeczą godną uwagi. Powyższe mankamenty są bowiem zrekompensowane przez oryginalne połączenie kryminału z elementami grozy, specyficzny klimat oraz sporą dozę czarnego humoru. „Niespokojni” z pewnością nie są książką dla każdego, ale zarówno czytelnicy poprzednich książek Connolly’ego, jak i wielbiciele „mocniejszej” prozy powinni być zadowoleni.

Ocena 6/10
Tigana - 2008-08-24, 18:41
:
Nie sądziłem, ze przyjdzie mi dożyć chwili, kiedy w moje ręce trafi ostatni tom „Miecza Prawdy” Terry’ego Goodkinda. Pomimo tego, że cykl rozrósł się już do monstrualnej wielkości fani wciąż chcieli nowych przygód Richarda i Kahlan. Co więcej kolejne książki okupowały czołowe miejsca na amerykańskich listach przebojów sprzedając się w wielomilionowych nakładach. Czy ktoś przy zdrowych zmysłach zdecydował by się zarżnąć taką kurę przynoszącą złote jaka? Tymczasem Goodkind ku ogólnemu zaskoczeniu zapowiedział w 2005 roku, że seria nieodwołalnie dobiegnie końca z 11 tomem. I słowa dotrzymał.
„Spowiedniczka” to z założenia opis finałowego starcia sił dobra reprezentowanych przez „Poszukiwacza Prawdy” Richarda Rahla i sił ciemności na czele z wszechwładnym Jataganem. Tylko czy można wygrać wojnę z wielomilionową armią fanatycznych żołnierzy wspomaganych przez magie? Nie powiem – autor postawił przed swoimi bohaterami arcytrudne zadanie, z którym… radzą sobie bez większego trudu. A to tylko jedna z mniejszych bolączek powieści.
Nie da się ukryć, że najnowsza powieść Goodkinda najzwyklej mu się nie udała. Największym grzechem „Spowiedniczki” jest nuda. Książka licząca ponad pięćset stron tak naprawdę „rozkręca” się dopiero grubo po połowie. Początek to klasyczne „wodolejstwo” nie wnoszące nic do fabuły, a mające na celu przypomnienie wydarzeń z poprzednich tomów. Tylko jaki ma to sens? Przecież z góry można założyć, że po „Spowiedniczkę”sięgną głównie fani serii. Nawet jeśli przymkniemy oko na ten mankament to od razu pojawia się kolejny. Dialogi – bardzo złe dialogi. Tutaj bohaterowie nie rozmawiają – oni wygłaszają niekończące się przemówienia, jakich nie powstydził by się sam Fidel Castro. Zero ciętych ripost czy wartych zapamiętania haseł. A najzabawniejsze jest to, że ich sedno można streścić w trzech, góra czterech zdaniach.
Nieco lepiej prezentuje się końcówka powieści, chociaż łatwość z jaką przychodzi pozytywnym bohaterom w odniesieniu zwycięstwa woła o pomstę do nieba. Wszystkie przeszkody będące, jak wydawałoby się do tej pory, nie do pokonania nagle okazują się banalnie proste. Wystarczy nagły przebłysk inteligencji Richarda by odnaleźć jedyne słuszne wyjście. I obojętnie czy będzie tu chodziło o złowroga przepowiednia czy bestię z zaświatów – główny bohater niczym „pomysłowy Dobromir” dostaje olśnienia i zło nie ma szans. Od czasu do czasu zdarza się jednak, że pozytywni bohaterzy znajdują się w sytuacji bez wyjścia - wtedy Goodkind stosuje manewr zwany„odsieczą kawalerii”. Znienacka pojawiają się dawno niewidzeni sojusznicy i wspomagają poczynania Richarda i spółki.
Co do samych postaci to„Spowiedniczka” nie odbiega od dobrze znanego wzorca z poprzednich tomów. Od początku wiadomo, kto jest po czyjej stronie - charakter bohaterów do samego końca nie ulega metamorfozie. Szlachetni pozostają wciąż bez skazy, źli co najwyżej stają się jeszcze gorsi. No chyba, że na ich drodze stanie Richard, który nawet łysego Jatagana potrafiłby przekonać do trwałej ondulacji. Niemniej są to jedynie odstępstwa potwierdzające regułę, że w świecie wykreowanym przez Goodkinda nie ma miejsca na „szarość” .
Oczywiście, że powyższe mankamenty w oczach zagorzałych fanów „Miecza Prawdy” mogą okazać się atutami. W końcu Goodkind daje im dokładnie to za co pokochali jego twórczość: papierowi bohaterzy, przewidywalność, dozorowana dawka emocji. Dołóżmy do tego jasny i klarowny podział na dobrych i złych, sceny perwersyjnej przemocy (oczywiście nie obyło się bez gwałtów), przeplatane peanami o tym, jak ważna jest indywidualność każdego człowieka.
„Spowiedniczka” broni się jedynie jako kolejny tom cyklu i dlatego tak naprawdę nie mam jej komu polecić. Zarówno wielbiciele jak i przeciwnicy „Miecza Prawdy” już dawno zdążyli ją kupić i przeczytać (każdy z innych powód), a osoby chcące poznać serię zaczną raczej od pierwszego tomu.
Na koniec kilka słów pocieszenia dla fanów Goodkinda. Autor powiedział, że dotychczasowe jedenaście to jedynie wstęp do nowego dzieła. Czyżby więc „Spowiedniczka” nie była stacją docelową, a jedynie przystankiem w jeszcze dłuższej podróży? Czas pokaże.

Ocena 4/10
Jander - 2008-08-28, 17:59
:
Yiddish Policemen's Union Michaela Chabona
Książka dotyczy alternatywnej historii w czasach obecnych - w amerykańskim senacie przegłosowana zostaje ustawa dająca Żydom schronienie przed holocaustem, w wyniku czego kilka milionów Żydów osiedla się na Alasce, w miejscu o nazwie Sitka. W 1948 Żydzi przegrywają wojnę o niepodległość, tym samym nie powstaje Izrael i Żydzi muszą sobie radzić na Alasce - problem jest w tym, że po 60 latach obecny prezydent USA chce oddać Sitkę ich rodowitym mieszkańcom, więc Żydzi będą musieli się wynieść, nie mając gdzie się podziać.
Na tym tle znajdujemy głównego bohatera - Meyera Landsmana, policjanta, który rozwiódł się z żoną, umarła mu siostra i jest alkoholikiem, czyli lekko mówiąc nie układa mu się.
Już w pierwszym akapicie książki Meyer trafia na trupa i jak nietrudno się domyślić będzie starał się dowiedzieć kto chciał jego śmierci.
Akcja jest wartka, fabuła zaskakująca (jak na kryminał przystało), a bohaterowie bardzo interesujący. Czyta się cholernie szybko, napisane jest zabawnym językiem, pojawia się trochę sitkowskiego slangu (słowniczek na końcu książki) związanego z językiem jidysz (żydowskim, zamiast hebrajskiego, który jest obecnie głównym językiem Żydów). Poza tym wszystko jest w ciekawych żydowskich realiach - lokalna mafia to czarne-kapelusze, czyli z tego co się zorientowałem ortodoksyjni Żydzi. Istotną rolę w rozwiązaniu stanowią szachy, które autor po części demonizuje, bo jak sam mówi nie znosi ich.
Świetna, rozrywkowa literatura, jedyna tu fantastyka to alternatywna historia. Jak dla mnie mocne 8, chociaż jestem świeżo po lekturze i po pewnym czasie moja ocena może się zmienić.
Lady_Aribeth - 2008-09-04, 21:14
:
Pierwszy Krok Adam Przechrzta.

Mój pierwszy kontakt z tym autorem miał miejsce w chwili, gdy czytałam to nieszczęsne A.D. XIII. Niewiele pamiętam z jego opowiadania "Agentes in rebus" (czy jakoś tak), skąd z łatwością można wysnuć wniosek - nie zachwycił mnie jakoś. Ale postanowiłam dać mu drugą szansę. Powiedzmy, że żałuję.
Wieczna sielanka, poza chwilami gdy nie ma sielanki - tak w skrócie można opisać tę książkę. Postaci są tylko dobre, albo tylko złe. Główny bohater Adam de Sarnac jest idealny. Idealny wojownik, idealny dowódca, idealny kochanek, idealny przyjaciel, idealny mąż, idealny... dajcie wiadro, bo słabo mi się robi, a to jeszcze nie koniec, bo Adama jeszcze nic nie jest w stanie pokonać, z każdej rany się wyliże, a poza tym lecą na niego wszystkie szlachcianki w promieniu 100 kilometrów, a on nawet ich nie tknie, bo kocha jedną. Idealni także są król i królowa (doskonała para, która najchętniej by z łóżka nie wychodziła). Idealne są ich dzieci (Alijah była tak fantastyczna, że gwardziści mówili o niej 'chciałbym mieć takiego dowócę' [ o_O ], a Norman był po prostu fajny). Idealna jest gwardia pałacowa i wszyscy dowódcy. I na dodatek - wszyscy są jedną, wielką rodziną... ba! Chętnie przyjmują do niej kolejnych, często przypadkowych ludzi.
Autor nie jest mistrzem opisów i chyba zdaje sobie z tego sprawę, ale w tym przypadku nie jestem pewna, czy to dobrze - Przechrzta stara się wypełnić tę pustą przestrzeń między okładkami, wymyślając setki wydarzeń, które porządnie opisane wystarczyłyby na co najmniej trzy opasłe tomiska. A tak to czytelnik dostaje setki zdarzeń potraktowanych po łepkach, najczęściej wyrażonych w postaci dialogu, lub krótkich opisach (wielka bitwa morska zajmująca dwie 'fabryczne' strony, ujęta w postaci dialogu, to mój absolutny faworyt xD) . Na szczęście, widać to bardzo dobrze tylko na pierwszych 150 stronach, gdzie akcja tak galopuje, że po prostu nie idzie za nią nadążyć i ma się serdecznie dość tej książki. Potem autor opamiętał się i akcja zwalnia do jakiegoś ludzkiego tempa i muszę przyznać, że robi się trochę ciekawiej - miejscami (tylko miejscami!) nawet wciągająco. Nawet autor pokusił się o kilka dłuższych opisów. Niestety nadal zdarzało się, że nie pamiętałam co się działo kilka stron wcześniej. Ogólnie rzecz biorąc, można by wywalić parę wątków bez uszczerbku na fabule, a w zamian za to uzyskać większą przyjemność z czytania.
Ta książka jest zwyczajnie naiwna. Dobre postaci są mądre i niepokonane. Złe postaci są chytre, ale ciągle robią głupie błędy. Rodzina władająca Francją jest idealna, a ich sługi/gwardziści/cokolwiek zawsze są gotowe oddać za nich życie. Natomiast rodzina rządząca Rzymem jest 'prawie' idealna, na szczęście z ratunkiem nadchodzą Francuzi i szybko to zmieniają! A poza tym wszyscy są szczęśliwi, żyją w szczęśliwych związkach małżeńskich i mają doskonałe pożycie seksualne (ja to odbierałam jako wyrażenie kompleksów autora o_O ). Taką książkę mógłby napisać 15-nastolatek, a nie dorosły facet.

Ogólnie rzecz biorąc nie polecam, chyba że ktoś naprawdę potrzebuje czegoś na odmóżdżenie.

4/10 bo chwilami było naprawdę ciekawie, a ta cała sielanka była nawet zabawna.
Tigana - 2008-09-05, 23:20
:
Keith Ablow "Architekt"

Thomas Harris pisząc „Czerwonego smoka” i „Milczenie owiec” stworzył podwaliny pod nowy gatunek literacki – thriller psychologiczny, a jednocześnie zawiesił bardzo wysoko poprzeczkę dla tłumu naśladowców. I chociaż od tamtej pory minęło już dużo czasu twórcy to moim zdaniem żadnemu z literatów nie udało mu się dorównać. Jego książki stały się bowiem wyznacznikiem jakości, takim literackim wzorcem metra z Sevres pod Paryżem. Co ciekawe sam Harris stał się ofiarą własnego geniuszu – jego kolejne powieści były raczej odcinaniem kuponów od sukcesu niż czymś godnym zauważenia. Jednym z nielicznych autorów, który z powodzeniem próbuje iść ścieżka wytyczoną przez twórcę „Milczenia owiec” jest Keith Ablow - twórca cyklu powieści z psychiatrą sadowym Frankiem Clevengerem w roli głównej.
Przyznam się, że po „Architekta” sięgałem dosyć niechętnie. Początkowo byłem przekonany, że w moje ręce trafił kolejny standardowy thriller z serii o genialnym psychopacie i nie mniej genialnym policjancie. Tymczasem książka z każdą kolejną stroną pozytywnie zaskakiwała. Bo chociaż sama fabuła nie jest zbyt skomplikowana to autorowi udało się stworzyć intrygujące postaci seryjnego zabójcy oraz poszukującego go psychiatry.
West Cross to genialny architekt, którego dzieła idealnie oddają charakter i pasję ludzi dla których pracuje, czasami stanowią wręcz kronikę ich życia. Jednakże każdy, nawet najlepszy projekt nie jest w stanie zadowolić Crossa. Tworząc idealny dom – chce by mieszkała w nim perfekcyjna rodzina. Jeśli więc uważa, że ktoś stoi na przeszkodzie do osiągnięcia ideału – zabija go. Najciekawsza jest jednak reakcja rodziny ofiar – nie płaczą, nie rozpaczają, one odżywają. Odnosi się wręcz wrażenie, że zabójca wyświadcza im przysługę, uczynił szczęśliwymi. Czy można zatem winić Crossa za te zbrodnie? Paradoksalnie czujemy do niego sympatię - owszem jest zabójcą, ale tak naprawdę nie krzywdzi ludzi.
Oponentem tytułowego „Architekta” jest psychiatra sądowy Franki Clevenger. Nie przypomina on jednak stereotypowych, pozytywnych bohaterów thrillerów. Prowadzone śledztwo jest dla niego odskocznią od życia prywatnego: walki z alkoholizmem, kłopotów z adoptowanym synem, nieudanego związku z przełożoną. Te „przyziemne” kłopoty czynią go bardziej ludzkim, prawdziwym. Powiem więcej – jego życie prywatne jest przedstawione dużo ciekawiej od prowadzonego śledztwa. W sferze zawodowej Clevenger to inteligentny facet, który bezbłędnie potrafi łączyć elementy łamigłówki. Nie jest on jednak typem geniuszem, który doznaje nagłego olśnienia – do wszystkiego dochodzi na drodze żmudnego śledztwa.
Co jeszcze ma do zaoferowania „Architekt”? Książkę czyta się bardzo i szybko, a czytelnik nie ma czasu na nudę. Umiejętne przeplatanie wątku śledztwa, opisów kolejnych zbrodni Crossa i prywatnych problemów Clevengera powodują, że od powieści trudno jest się oderwać. Czytelnikom powinno także spodobać się zakończenie książki, w którym autorowi udało uciec się od banalnego happy endu. Osobiście do szczęścia zabrakło mi tylko nieco bardziej rozbudowanego profilu psychologicznego mordercy.
„Architekt” Keitha Ablowa powinien przypaść do gustu wszystkim miłośnikom thrillerów psychologicznych. Duża dawka emocji, ciekawe postaci i nieszablonowe rozwiązania powodują, że czas poświęcony na jej przeczytanie nie będzie stracony. Może i nie jest to „Czerwony smok”, ale jak często spotykamy się z arcydziełami?
Ocena 7/10
Jander - 2008-09-06, 13:47
:
Kroki w Nieznane 2006
Skończyłem po dokładnie pięciu miesiącach od rozpoczęcia czytania (oczywiście nie była to jedyna czytana przeze mnie książka, ale zawsze zbiory opowiadań idą mi dosyć powoli, gdy skończę jedno to nie jestem mocno zachęcony do czytania następnego, w przeciwieństwie do kolejnych rozdziałów powieści).
Większość opowiadań jest bardzo dobra, a tematyka przeróżna -
bohater nie potrafi odczuwać cierpienia, a później w wyniku operacji dzieje się dokładnie odwrotnie; ludzie przestają śnić; bohater jest synestetykiem (np. widzi dźwięki); w dziwnym średniowieczu o wynikach pojedynków decyduje siła motywacji; dzięki pewnego rodzaju wehikułowi czasu odbywany jest sąd nad budowniczym niemieckiej bomby atomowej Heisenbergiem; przez budowę pewnego urządzenia ludzie tracą poczucie posiadania wolnej woli; w rosyjskim laboratorium wytwarzana jest nowego rodzaju broń - koty.
Zestaw autorów (m.in. Chiang, VanderMeer, Crowley, Ford, Link, Diaczenkowie) jest porządny, szkoda, że niektóre opowiadania są bardzo krótkie i trudno wyrobić sobie opinię o autorze.
Kroki 2006 polecam każdemu zainteresowanemu zagranicznymi autorami (niekoniecznie znanymi) oraz fantastyce spekulatywnej. Zbiór jest bardzo dobry, minusem jest, że najdłuższe opowiadanie (wręcz nowelka) jest zarazem najsłabsze - zamiast niego można by wrzucić kilka dłuższych opowiadań.
Beata - 2008-09-07, 00:39
:
Samuel R. Delany - "Babel-17"

Książka została wydana w 1966 roku i uhonorowana Nebulą. Doprawdy, nie jestem w stanie pojąć, dlaczego dopiero teraz trafiła na polski rynek. Ale bardzo dobrze, że w ogóle trafiła...

Fabuła książki jest zwodniczo prosta: podczas kosmicznej wojny dochodzi do sabotażu w ważnych strategicznie miejscach. Tuż przed każdym atakiem rejestrowane są krótkie transmisje w tajemniczym języku, roboczo określanym jako Babel-17. Wojsko zatrudnia Rydrę Wong – słynną poetkę i lingwistkę – do rozszyfrowania transmisji. Rydra kompletuje załogę statku kosmicznego i wyrusza w misję... oczywiście, napotyka na trudności... mają miejsce zamachy na jej życie... a na koniec, oczywiście, odnosi sukces. Niby nic niezwykłego, na pierwszy rzut oka wygląda jak opowieść spod sztancy, pisana według schematu „zabili go i uciekł”.

Nic bardziej błędnego, w tym przypadku pozory mylą. Autor już w pierwszych scenach opisujących kompletowanie przez Rydrę załogi – jakby mimochodem – przemyca barwny obraz społeczeństwa przyszłości – bezcielesnych członków załogi, przechowalnię dla samobójców, których zawsze można zawezwać (o ile „odcieleśnili” się zgodnie z procedurami), pojedynki chirurgicznie zmodyfikowanych zapaśników. Poszczególne sceny opisane są bardzo oszczędnie, wiele wyjaśnień Czytelnik otrzymuje dzięki naturalnie brzmiącym dialogom. Już od początku książki jest jasne, że bohaterka porusza się w konkretnym, przemyślanym i dobrze przedstawionym świecie. Świecie, który ma własną historię. Taka oszczędność opisu okazała się nadprogramową i niezamierzoną przez Autora zaletą – Czytelnik w ogóle nie czuje, że czyta 42-letnią książkę.

Ale nie przygody Rydry i jej załogi są najważniejsze. Głównym bohaterem tej powieści jest język, tytułowy Babel-17. Język tak jednoznaczny i tak skondensowany, że dla opisu skomplikowanej instalacji kosmicznej, zamiast tomów dokumentacji technicznej, wystarczy dziewięć słów. Język, który u użytkownika wywołuje wrażenie spowolnienia czasu (a może to nie tylko wrażenie?). Język, którego używanie może skutkować zmianami psychiki... W latach 60., kiedy powstawała powieść, panowało przekonanie, że stworzenie uniwersalnego języka technicznego jest możliwe i leży niemal w zasięgu ręki – Autor oparł się na przykładzie języków komputerowych. A skoro istnieją takie języki, to dlaczego nie miałby istnieć jeden, uniwersalny język dla wszystkich ludzi? Język oderwany od naleciałości kulturowych, idiomów i związków frazeologicznych tak trudno przyswajalnych przez obcokrajowców. Język zbliżający ludzi, niwelujący różnice. Język tak precyzyjny, że wszelkie niedomówienia byłyby niemożliwe, język bez niuansów i podtekstów, język maksymalizujący wykorzystanie czasu.

Szczerze mówiąc, mnie taka wizja przeraża. Obawiam się, że nie potrafiłabym funkcjonować w społeczeństwie porozumiewającym się takim językiem. Językiem, którego jedynym i nadrzędnym celem jest precyzja i efektywność. Językiem, w którym nie ma miejsca na niuanse, na gry słowne, na metafory. Językiem bez etymologii, kompletnie oderwanym od kultury. Wcale się nie dziwię, że posługiwanie się takim językiem może wywołać zaburzenia psychiczne. Na szczęście to tylko niespełniona wizja. I oby nigdy się nie spełniła...

Książka Delany’ego jest uważana za jeden z kamieni milowych fantastyki. Słusznie.
8,5/10
Jander - 2008-09-11, 22:05
:
Axis, Robert Charles Wilson
Kontynuacja Spina (Hugo 2006), które uważam za jedną z najlepszych powieści. O fabule nie ma co gadać, bo wszystko byłoby spojlerem dla osób, które poprzedniej części nie czytały
Spodziewałem się właśnie czegoś równie dobrego, niestety autor jest bliżej tylko niezłych Chronolitów. Może za dużo oczekiwałem, ale wszystko w porównaniu ze Spinem wypada blado - postacie nie przekonują, są raczej proste i niespecjalnie ciekawe, po prostu sobie są. Jakiś potencjał mają, ale w większości niewykorzystany. Kobieta poszukująca zaginionego ojca, jej były mąż pracujący w rządzie i mający etyczne wątpliwości, pilot mający problemy finansowe, naukowiec mający obsesję na pewnym punkcie, poza tym chłopiec nie rozumiejący swoich zdolności i jeszcze trzy kobiety, niby istotne, ale jednak poza ogólnikami niewiele o nich wiemy.
Cała akcja dąży do jednego, kulminacyjnego wydarzenia i na nim opiera się cała książka - jednak o ile Spin dawał parę strzałów z Magnum, które rozwijały różne domysły obecne w naszym świecie, tak tutaj mamy jeden celny snajperski strzał, oparty wyłącznie na wydarzeniach z poprzedniej części. Zakończenie mocne, trudne do zapomnienia, ale reszta powieści tylko dobra. Rozumiem, że autor chciał napisać kontynuację inaczej niż Spin, ale nie wyszło mu to tak znakomicie. No i w gruncie rzeczy dowiedziałem się mało o "istocie rzeczy" stworzonego uniwersum, najważniejsze, wyjaśniające akapity nie wyjaśniały tak wiele, aczkolwiek i tak niektóre fragmenty dają nieźle do myślenia.
Książka jest całkiem dobra, ale po poprzedniej spodziewałem się czegoś znacznie lepszego. Za dużo siły powieści autor oparł na zakończeniu, postaciom poskąpił duszy. Czekam na kontynuacje kończącą ten cykl, choć już nie tak bardzo jak po Spinie.
Beata - 2008-09-14, 13:47
:
Trzynasta noc - Alan Gordon

Czy pamiętacie scenę pożegnania Williama z Violą w zakończeniu filmu „Zakochany Szekspir”, gdy oboje wymyślają fabułę komedii, którą młody Szekspir ma zadebiutować przed Elżbietą I? To właśnie „Wieczór trzech króli” (Twelfth Night, Or What You Will), początek tej historii…

Viola, po katastrofie statku, odzyskuje przytomność na nieznanym wybrzeżu. Jest sama, nigdzie nie może natrafić na ślad brata bliźniaka, Sebastiana. Przekonana, że tylko ona ocalała i niepewna swego losu, postanawia przebrać się za mężczyznę. Rozpoczyna służbę na dworze księcia Orsino, zakochanego w pięknej damie, Oliwii, do której z kolei zaleca się Malwolio, a ten ostatni jest obiektem nieustannych dowcipów i żartów błazna, Feste. Zresztą Malwolio – ze względu na prezentowane cechy charakteru – nie jest lubiany przez nikogo. Oliwia nie kocha Orsina, lecz on – nie tracąc nadziei na pozyskanie jej względów – postanawia użyć rozbitka jako posłańca miłości. Tymczasem Viola zakochuje się w księciu, a Oliwia – nieświadoma maskarady – w przystojnym posłańcu. Znienacka na scenie pojawia się Sebastian, z którym Oliwia potajemnie bierze ślub. W końcu dochodzi do spotkania czwórki głównych bohaterów i całe zamieszanie szczęśliwie się wyjaśnia. Na lodzie pozostaje jedynie odrzucony i ośmieszony Malwolio…

Przyzwyczailiśmy się, że wersja Williama Szekspira jest jedyna. A jednak Alan Gordon – dzięki odnalezieniu pewnego tajemniczego manuskryptu – opowiada, jak było naprawdę. Otóż, przedłużające się i bezowocne zaloty Orsina do Oliwii spowodowały, że książę zaniedbał rządzenie. Miastu groził atak ze strony saraceńskich piratów, Wenecjanie – chciwi rozszerzenia swoich wpływów – intrygowali coraz śmielej, Malwolio wyraźnie miał nieczyste intencje. Jednym słowem – konieczna była interwencja. I tak na dworze Orsino pojawił się wysłannik tajnej gildii – błazen Feste, który – sprowadzając do miasta Violę i Sebastiana – rozwiązał ów węzeł gordyjski. Wydawało się, że wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie… niestety, był jeszcze Malwolio…

Akcja książki „Trzynasta noc” rozpoczyna się piętnaście lat później, gdy do Feste, zażywającego zasłużonego odpoczynku nad kuflem piwa, przybywa posłaniec z informacją, że Orsino nie żyje. Podobno zginął w wypadku. Feste podejrzewa morderstwo i postanawia wyruszyć do Orsino i wyjaśnić wszystkie okoliczności. Jego obecność jest także pożądana z innego powodu – książę osierocił jedenastoletniego syna, a ponieważ regenta jeszcze nie wyznaczono, sytuacja polityczna w mieście powoli staje się niestabilna. Feste ma pewne przeczucia… a nad wszystkim unosi się wspomnienie żądnego zemsty Malwolio…

Przyznaję, że na zapowiedź wydania „kontynuacji opowieści Szekspira” (a tak w zachętach Wydawcy przedstawiano „Trzynastą noc”) zareagowałam w pierwszej chwili z niesmakiem. Jak to? Ktoś śmiał Mistrzowi coś dopisać? Nieco później ów niesmak przerodził się w ciekawość, co prawda bardzo ostrożną. Czas płynął, a maleńkie ziarenko ciekawości rosło. I w końcu – pękło i zakiełkowało – kupiłam książkę. I nie żałuję. Autor wykorzystuje fabułę „Wieczoru trzech króli” z dużym wdziękiem i elegancją – wcale nie próbuje poprawiać Mistrza – dla Czytelnika bardzo szybko staje się jasne, że Szekspir po prostu nie mógł znać prawdziwego, utajnionego przez Gildię Błaznów, biegu wydarzeń.

Przede wszystkim historia Violi i Orsina zostaje jednoznacznie zlokalizowana w czasie i przestrzeni, dzięki czemu Autor może przedstawić zgodne z historią średniowiecza tło kulturowe i polityczne. Tu pragnę uspokoić wszystkich tych Czytelników, którzy do tekstów rymowanych nie czują przesadnie ciepłych uczuć – Alan Gordon posługuje się prozą i nie stylizuje języka. Narracja jest lekka, łatwa w odbiorze, dialogi – naturalne, riposty – celne, akcja nigdzie nie utyka. Błazen Feste, który w tej opowieści relacjonuje wydarzenia, nie unika zgryźliwych i sarkastycznych komentarzy – także pod swoim adresem, nie usiłuje się wykreować na wszechwiedzącego i mającego-zawsze-rację bohatera, który ratuje świat.

Jedynym elementem wzbudzającym moją irytację, była zastosowana w książce pisownia nazwiska Orsino (przez „y” – Orsyno). Uważam, że w książce reklamowanej jako kontynuacja komedii Szekspira powinna być zachowana pisownia oryginalna. Nie wiem, do kogo mieć pretensje – do Autora czy Tłumacza.

Podsumowując – „Trzynastą noc” Alana Gordona czyta się lekko, miło i przyjemnie, od czasu do czasu chichocząc, wątek kryminalny znajduje satysfakcjonujące rozwiązanie, a dobro i miłość zwycięża (choć nie bez ofiar). I już czekam na kontynuację – jestem ciekawa historii kolejnych zakulisowych machinacji Gildii Błaznów, opisanych w tajemniczym manuskrypcie.

PS. Lubię Szekspira i dlatego dla mnie ta opowieść ma dodatkowy urok.

8/10
Elektra - 2008-09-14, 16:28
:
W przeciwieństwie do poprzedników nie potrafię pisać takich rozwiniętych recenzji, więc zamieszczę tylko krótkie podsumowanie.

Przeczytałam ostatnio trylogię pt. Neandertalska paralaksa, autorstwa R. Sawyera. Opowiadającą o spotkaniu współczesnych ludzi z pochodzącymi ze świata równoległego (powiedzmy) neandertalczykami (którzy u siebie stali się gatunkiem najbardziej inteligentnym i rozwinęli cywilizację).
Pierwszy tom, pt. Hominidzi był bardzo interesujący. Zderzenie dwóch inteligentnych gatunków i ich osiągnięć technologicznych, przyprawione sporą dawką nauki, podane w przystępnej formie sprawiło, że książkę czytało się naprawdę dobrze. Niestety w kolejnych tomach nie było już tak pięknie. Autor za bardzo skupiał się na tym, jacy to jesteśmy źli, niszczymy środowisko, wybijamy inne narody, itp. No dobrze, może i ma rację, ale to wszytko jest przedstawione zbyt łopatologicznie. W trzeciej części zaczęła też szwankować psychologia postaci, szczególnie kobiecych (może wcześniej też tak było, ale jakoś nie rzucało się w oczy), niektóre zachowania są opisane tak, jak wyobrażałby sobie to mężczyzna. A na koniec jeszcze fabuła robi się banalna i przewidywalna.

W sumie jest tak, że wątki naukowe bardzo mi się podobały i zachęciły nawet do poszukania dodatkowych wiadomości (np. o przebiegunowaniu magnetycznym Ziemi), a wątki psychologiczne i religijne wydały mi się niedopracowane.

Mimo wszystko polecam, przynajmniej pierwszy tom, a resztę, to jak kto chce.
coorchuc - 2008-09-17, 16:22
:
Ja ostatnio przeczytalem Czarujące obiekty latające. doceniłbym ją na 8 w proponowanej skali.

Muszę przyznać, że nie lubię książek kompilacyjnych. Odbieram to często, jako swoistą bajaderkę – kucharz nie miał ochoty upichcić nic nowego, więc wrzucił dania poprzednie i podgrzał.

Za zbiorem “Czarujące obiekty latające” przemawiał tylko jeden argument – otwierające opowiadania autorstwa Terrego Pratchetta. Jak się okazało – miałem już kiedyś przyjemność czytać je po angielsku.
Zacząłem lekturę i wtedy wszystko się zmieniło. Podzielona na trzy działy kompilacja wydała mi się wręcz idealnie dobrana pod kątem jednolitości nastroju. Fantazja, horror i fantastyka naukowa - zbiór najróżniejszych autorów z najróżniejszych środowisk, z jakże różnymi stylami – praktycznie pisarska, fantastyczna wieża Babel. Mimo to poczułem się, jakbym siedział z kamratami w tawernie przy drugiej... może trzeciej pincie Guinnessa, wymieniając się opowieściami z ostatnich podróży.
Książka nie pachniała farbą drukarską, tylko drewnem stołu, w które wsiąkły litry podobnych historii oraz dymem fajki palacza siedzącego przy stoliku obok.

Szczególnie kilka opowiadań wartych jest gorętszego polecenia.

Wspominane już otwierające opowiadanie Pratchetta Wirujące kręgi nocy. Nie jes to opowiadanie ze Świata Dysku, ale dość swobodnie zachacza o postaci z tego cyklu. Czyni to z zachowaniem pełni znanego już poczucia humoru i absurdu.

Harrison Bergeron Kurta Vonneguta zaś, to opowieść krótka i raczej przygnębiająca, dająca do myślenia równie mocno jak Rok 1984 Orwella. Nadzieja, na zmiany, na rewolucję jest od początku kontrolowana i tłamszona, gdy tylko próbuje dać znak życia. Poziom prewencji zdecydowanie przekracza tę z Raportu mniejszości Dicka. Mimo to arto przeczytać i pomyśleć.

Zupełnie inne odczucia – czasem nawet niekontrolowany śmiech w autobusie wywołało we mnie opowiadanie Kozetka Roberta Blocha. Krótka i humorystyczna opowieść o lekarzu, pacjentce i sfrustrowanym Incubie. Cięty dowcip, szybkie riposty i oczywista dwuznaczność.
Beata - 2008-09-18, 17:42
:
Marcin Przybyłek – „Gamedec. Granica rzeczywistości”

Dobiega końca XXII wiek. Warsaw City jest największym w Europie środkowo-wschodniej centrum rozrywkowym. Część społeczeństwa żyje w realium, inni – w wirtualnym środowisku gier komputerowych. Ale jakich gier! Dzięki pełnej stymulacji sensorycznej wystarczy zażyć preparat spowalniający metabolizm, założyć kask podłączony do komputera i już można przekroczyć wirtualne wrota… można być kimkolwiek – ponętną blondynką, przystojnym brunetem… można smakować wykreowany świat wszystkimi zmysłami – czuć zapach kwiatów, smak potraw, ciepło słońca, ból ran… Oczywiście, w świecie gier pojawiają się od czasu do czasu kłopoty – atak wirusów, dowcip hakera czy niedopracowana wersja gry. I wtedy z pomocą śpieszą gamedecy – detektywi wyspecjalizowani w rozwiązywaniu gierczanych zagadek. Proszę Państwa, oto jeden z nich: Torkil Aymore – wielbiciel kobiet, trenczy i Jacka Danielsa.

Czy postać Torkila nie jest jakby znajoma? Czy to czasem nie Philip Marlowe wychyla się zza pleców Torkila z cynicznym uśmieszkiem na wargach? Nawet jeśli tak, to gratulacje dla Autora – czerpiąc wzory z klasyki, nie kalkował ich bezkrytycznie – Torkil nie jest tak samotny i zgorzkniały, jak jego chandlerowski pierwowzór. Zresztą twórczego czerpania z literackiego dziedzictwa nie sposób uznać za zarzut – w moich oczach to zaleta. Ale to nie jedyny klasyczny akcent – w jednym z opowiadań Torkil zleca przeniesienie zaprojektowanej przez siebie cyfrowej osobowości przyjaciółki do syntetycznego mózgu tak, aby mogła mu towarzyszyć w realium. Czy to czasem nie jest przeniesiona w przyszłość historia profesora Higginsa z „Pigmaliona” G.B. Shawa?

Opowieść o wirtualnych zmaganiach gamedeca składa się z dwunastu opowiadań, tak ściśle ze sobą powiązanych, że sprawiających wrażenie kolejnych rozdziałów powieści. Wrażenie to potęguje się miarę lektury, gdyż opowiadania ułożone są w kolejności chronologicznej, rozstrzygnięcie jednej zagadki jest wykorzystywane przy rozwiązywaniu kolejnego problemu. I z każdym kolejnym rozdziałem pojawia się więcej szczegółów o realiach świata przyszłości – dzięki temu Czytelnik ma szansę na aklimatyzację w świecie Torkila i na oswojenie się z terminologią tego świata (nb. Autorowi należą się specjalne podziękowania za wyjątkowo zręczny neologizm: „gierczany”). To istotne, bo każdy drobiazg jest ważny dla rozwiązania kolejnej zagadki. Mimo, że w dwóch opowiadaniach Autor stanowczo za dużo wyjaśnia („Małpia pułapka” i „Mrok”), „Granica rzeczywistości” to solidna porcja detektywistycznej rozrywki. Ale to nie jedyny walor opowieści o gamedecu.

Premią dla uważnego Czytelnika są delikatnie sygnalizowane problemy świata przyszłości. Około 10% populacji spędza swoje życie w wirtualnym świecie gier. Dzięki postępowi nauki możliwe jest sztuczne podtrzymywanie istnienia samego mózgu i pełny transfer osobowości do wirtualnej rzeczywistości – wielu nieuleczalnie chorych i/lub dysponujących odpowiednim zasobem gotówki ludzi decyduje się na taką sieciową egzystencję. Pojawia się podział na homo realium i homo virtual

Wielkie korporacje bezwzględnie walczą o klientów i to one, a nie politycy, kształtują oblicze świata przyszłości. W pogoni za zyskiem nie cofają się przed niczym – jedna z firm farmaceutycznych, mając wyprodukowany stosowny zapas antybiotyków, wdraża marketingowy plan zakażeń… Akurat ten pomysł zdenerwował mnie wprost wyjątkowo – wszak bakterie wypuszczone „na wolność” bardzo szybko wykształcają oporność na antybiotyki, a ponieważ dawki leku nie można zwiększać w nieskończoność, opanowanie epidemii wcale nie jest pewne. Ponadto każdy kolejny szczep bakterii będzie bardziej zjadliwy i niebezpieczny. W efekcie niemożliwy jest powrót do stanu sprzed zakażenia – akurat w tej dziedzinie nie ma opcji „reset”.

Historia o przygodach gamedeca ma swoją kontynuację – w 2006 r. na rynku księgarskim zagościła część druga pt.: „Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw”, a na 19 września 2008 r. zapowiedziano wydanie trzeciej części pt.: „Gamedec. Zabaweczki. Błyski”. Już dziś – mimo, że miłośnikiem gier komputerowych nie jestem – mogę z czystym sumieniem zadeklarować, że przeczytam.

8/10
Tigana - 2008-09-21, 23:47
:
Siergiej Łukjanienko "Dzienny patrol"


Gdyby dokładniej się przyjrzeć literaturze fantasy okazałoby się, że w większości z nich dominującym wątkiem jest walka Dobra ze Złem. Z drugiej stronie tylko nieliczni twórcy zdecydowali się na pokazanie tego konflikt z perspektywy „drugiej strony barykady”. Wymieniłbym tutaj pierwszy tom „Czarnej kompanii” Glena Cooka, „Ostatniego powiernika pierścienia” Yeskowa i może jeszcze ze dwie, trzy mniej znane pozycje powieści. Teraz do tej listy można dopisać „Dzienny patrol” Siergieja Łukjanienki i Władimira Wasiljewa.
„Dzienny patrol” to, podobnie jak pozostałe części cyklu, trzy zazębiające się opowieści. W pierwszej, młoda wiedźma Alicja po nieudanej misji w Moskwie wyjeżdża na obóz młodzieżowy do Arteku. Ma tu odpocząć i zregenerować siłę. Nie wie jeszcze jaką rolę przyjdzie jej odegrać w misternej intrydze jej byłego kochanka Zawulona. Później przenosimy się do Moskwy, gdzie śledzimy przebieg wizyty tajemniczego Ciemnego Witalija Rogozy. Wizyty, która będzie miała brzemienne skutki dla obu Patroli. Głównym wątkiem ostatniej opowieści jest magiczny proces w Pradze, gdzie w majestacie Inkwizycji raz jeszcze zetrą się racje Jasnych i Ciemnych.
W świecie wykreowanym przez rosyjskich pisarzy żyjący pośród nas Ciemni (Dzienny Patrol) i Jaśni (Nocny Patrol) prowadzą odwieczną walką o władzę nad światem. W obawie przed całkowitą zagładą obie strony są ograniczone Traktatem, a nad ich poczynaniami dodatkowo czuwa Inkwizycja. W pierwszym tomie serii akcja była pokazana z punktu widzenia sił dobra, teraz nadszedł czas na ich oponentów.
Jaki jest więc świat widziany oczyma Zła? Paradoksalnie nie różni się zbyt od tego widzianego z perspektywy Nocnego Patrolu. Chociaż bycie złym kojarzy się z wszechmocą i łamaniem wszystkich reguł to u Łukjanienki nie jest to takie proste. Tutaj każdy czyn ma swoje konsekwencję i wywołuje reakcję drugiej strony. Największą różnicą jest sposób pozyskiwania mocy oraz samo podejście do życia. O ile Jaśni opierają swą potęgę na dobrych uczynkach i pozytywnych reakcjach (radość, szczęście), ich przeciwnicy bazują na mrocznej stronie naszej natury. Gniew, nienawiść, wściekłość, zwykłe przekleństwo to pożywka dla Ciemnych. Wystarczy zwykła, rzucona w gniewie klątwa, by szala zwycięstwa choćby minimalnie przesunęła się na stronę Zła.
Bycie Ciemnym oznacza również odmienny styl życia. Są indywidualnościami, osobami niezależnymi, wierzą w wolność rozumianą jako rezygnacje z barier krępujących człowieka – norm, zwyczajów, prawa. Uważają, ze Jaśni swoim działaniem starają się tak naprawdę ubezwłasnowolnić ludzi, zniewolić ich umysł. Sami nie uważają się za złych – po prostu mają własny punkt widzenia.
Jednakże pomimo interesujacego punktu wyjścia „Dzienny patrol” nie do końca spełnia pokładane w nim nadzieje. Nie wiem jaki był wkład Wasiljew w całość książki, ale odcisnął na niej swoje piętno. Skąd moje podejrzenia? Wystarczy porównać niesławne „Oblicze Czarnej Palmiry”, a następnie przeczytać kilku stron drugiej części „Patroli” by znaleźć wspólne cechy. Przede wszystkim dużo miejsca zajmują wewnętrzne przemyślenia bohaterów. Owszem to głównie dzięki nim poznajemy prawdziwa naturę Ciemnych, ich sposób myślenia, system wartości. Niestety po pewnym czasie te wewnętrzne monologi stają się męczące. Osobiście uważam, że autorzy powinni skoncentrować się na czynach, które dobitniej świadczą o człowieku niż słowa. W podobnym, nużącym tonie utrzymana jest również część dialogów, które przypominają akademickie dysputy, a nie rozmowy normalnych ludzi.
W książce zabrakło mi także nieco rosyjskich klimatów. Owszem wódka leje się strumieniami, a czar leczący kaca należy do jednych z najczęściej używanych, ale to jednak nie to - gdzieś zabrakło magii „Nocnego patrolu”. Najbardziej „klimatyczne” jest drugie opowiadanie, którego akcja rozgrywa się w stolicy Rosji. Sugestywne opisy autora (nocne lokale, hotele, mroczne ulice) powodują, że czujemy tą metropolię. Nieco gorzej, gdy akcja przenosi się do Arteku i Pragi – oba miejsca, chociaż ciekawe nie mają potencjału Moskwy.
Pomimo wymienionych zastrzeżeń „Dzienny patrol” to wciąż powieść godna polecenia. Na jej kartach powraca fascynujący świat Innych, niejednoznacznych bohaterów, niełatwych odpowiedzi, a ukazany przez Łukjanienkę konflikt Dobra i Zła nie przypomina tego z setek książek fantasy. Miłośników prozy rosyjskiego pisarza nie muszę chyba zachęcać do lektury, resztę gorąco namawiam. Naprawdę warto.

Ocena 7/10
Maeg - 2008-09-22, 19:08
:
Oh zaległa recka z Droga do Nidaros, Andrzeja Pilipiuka.

Kto nie zna Andrzeja Pilipiuka? Wśród osób czytających fantastykę, chyba nie znajdziesz takiej osoby. Jest to najpłodniejszy autor Fabryki Słów i jeden z najpoczytniejszych. Nie przekłada się to jednak na powszechne uznanie wśród czytelników. Pilipiuk pisze książki typowo rozrywkowe (seria o Wędrowyczu, „Kuzynki” czy „Operacja Dzień Wskrzeszenia”), więc przeważnie mamy w nich dużo akcji, dzięki czemu podczas lektury zmorzenie snem nam nie grozi. Taka literatura, mimo że poza funkcją rozrywkową nie niesie ze sobą nic więcej, również jest potrzebna. Z takim też założeniem podchodziłem do lektury „Drogi do Nidaros”, pierwszego tomu cyklu „Oko Jelenia”.

Na samym początku moją uwagę zwrócił średniej jakości prolog. Nie wiem dlaczego, ale od razu skojarzył mi się z wprowadzeniem do przygody. Wprowadzeniem tworzonym po raz pierwszy przez osobę, na którą padł ciężar zostania mistrzem gry. Wiadomo, że początki są trudne i takiemu MG można wiele wybaczyć, ale nie pisarzowi. Zaraz też przyszło kolejne skojarzenie, tym razem z „Panem Lodowego Ogrodu”. Sama idea wstępu do właściwej części utworu wygląda podobnie. Zaryzykuje stwierdzenie, że Pilipiuk przyjął ten sam model co Grzędowicz, tylko inaczej go zrealizował. W „PLO” jak i „Drodze…” główny bohater lub bohaterowie zostają wysłani do innego świata, więc mamy podróż międzyplanetarną i podróż w czasie. Oczywiście wiele innych książek zaczyna się podobnie, więc prawdopodobnie jest to tylko przypadkowa zbieżność.

Po przebrnięciu przez szczęśliwie krótki prolog, nadszedł czas na danie główne. Oczekiwałem wartkiej akcji, odpowiedniej dawki humoru i w miarę mile spędzonego czasu z „Drogą do Nidaros”. Nie doczekałem się; co prawda nie męczyłem się, ale na pewno wynudziłem jak nigdy dotąd czytając książkę Pilipiuka. Akcja w pierwszej części cyklu prawie nie występuje, to znaczy wszystko toczy się w ślimaczym tempie. Na początku tylko jeden raz udało się autorowi przykuć moją uwagę na dłużej. Później zaś śledzimy jak bohaterowie radzą sobie z trudami życia codziennego w innej epoce. Humor też gdzieś przepadł lub może gdzieś się przede mną ukrył.

„Droga do Nidaros” nie jest pozbawiona kolejnych wad. Nie lubię moralizatorstwa, a Pilipiuk nie wystrzegł się go. Może nie było takich momentów dużo, jednak wystarczająco wiele, by utkwiły mi w pamięci. Wychodzę z założenia, że osoby posiadające zdolność czytania, to osoby myślące i nie potrzebują wskazywania palcem, co jest be. Autor też próbuje wpędzić w kompleksy swoich czytelników, obdarzając bohaterów nadludzką pamięcią. Ilość zapamiętanych szczegółów dotyczących epoki, w której się znaleźli, jest imponująca. Można by przypuszczać, że Marek Oberech nie studiował informatyki, lecz archeologię. A przecież mógł autor wykorzystać w tym celu postać Łasicy, tak jak to zrobił w przypadku języków obcych. Efekt byłby lepszy, bardziej wiarygodny. Łasica zresztą wydaje mi się nie tylko najciekawszym bohaterem, ale również najciekawszym elementem całej książki. Jest ona kimś na kształt szefa wyprawy, który z powodu pozaziemskiego pochodzenia ma pewne problemy ze zrozumieniem ludzi. Efektem tego są różnego rodzaju nieporozumienia. Zaś w porównaniu z pozostałymi bohaterami została obdarzona najwyrazistszą osobowością – niekiedy jej postępowanie potrafi wzbudzić emocje u czytelnika, czego nie można powiedzieć o reszcie postaci.

Wracając do wad, nie podoba mi się również to, że akcję powieści budują głównie dialogi, opisy zaś są dla nich jedynie marnym tłem. Do tego pojawia się w książce wątek poboczny, który można by spokojnie wyciąć. Główna część fabuły niewiele by na tym straciła, a czytelnikowi oszczędzono by szczególnie dojmującej nudy. Pragnę zauważyć, że czytelnicy narzekający na tę część przygód Niecnych Dżentelmenów Lyncha, która rozgrywała się na morzu, po przeczytaniu opisu przygód Kowalika zmienili by zdanie. Nie jestem przeciwnikiem opisywania polityki, jednak nie w sposób, w jaki robi to autor.

Jeszcze jedna rzecz, choć to już kwestia niezwiązana z treścią, a z wyglądem książki. Nie podoba mi się, jak Fabryka ozdobiła rogi stron. Rozumiem, strona tytułowa, pierwsza strona rozdziału i basta, ale po co każdą stronę? Nie przeszkadzało mi to w czytaniu, choć na początku żywiłem taką obawę. Dla mnie rzecz zupełnie zbędna i nie da się ukryć, że szczegół, który nie przypadł mi do gustu.

„Droga do Nidaros” okazała się nie być powieścią przygodową, chyba że ktoś za przygodę uważa opis pozyskania kamienia do budowy bądź próbę stworzenia mydła. Do mnie to nie trafia. Nie poleciłbym tej pozycji nikomu. Książka jest po prostu słaba, spod pióra Pilipiuka wyszły o wiele lepsze. Muszę zaalarmować, że tym razem biuro podróży Pilipiuk Travel nie spisało się i wyprawa przez nie oferowana okazała się niewypałem.
Beata - 2008-09-23, 07:49
:
Marcin Przybyłek - "Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw"

Biorąc do ręki kolejny tom przygód gamedeca aż chciałoby się krzyknąć: Torkil Aymore powraca! Ale to nie byłaby prawda – to my powracamy do Warsaw City u schyłku XXII wieku. Torkil nadal tu jest. Żyje, pracuje, spotyka się z przyjaciółmi (i przyjaciółkami, oczywiście) – mówiąc krótko: to Torkil odsłania się przed nami, pozwala nam zajrzeć do swojego życia, towarzyszyć sobie przy rozwiązywaniu kolejnego problemu. A problem przed nim nie lada...

W sieci dochodzi do serii poważnych ataków – tym razem haker-psychopata przekracza niewidzialną, niepisaną granicę... to już nie jest tylko intelektualna łamigłówka – w prywatnym rankingu Torkila sprawa zyskuje status: „osobista”. Ale nie da się prowadzić śledztwa w pojedynkę – konieczne staje się wykorzystanie ostatnich zdobyczy techniki i gamedec musi przyjąć pomoc jednej z konkurujących na rynku firm, a tym samym zaakceptować pewne ograniczenie swojej niezależności. Tymczasem okazuje się, że do, dotychczas międzykorporacyjnej, rozgrywki przystąpili zupełnie nowi uczestnicy...

Drugi tom przygód Torkila zapiera dech w piersi – zwolennicy szybkiego tempa akcji będą usatysfakcjonowani – tym bardziej, że każdy zwrot fabuły jest uzasadniony. Torkil stopniowo zrywa kolejne zasłony tajemnicy (zagadki wewnątrz zagadek w zagadkach) i – choć zdaje sobie sprawę z tego, że jest manipulowany i wykorzystywany przez poszczególnych uczestników rozgrywki – wie, że nie może zrezygnować. Wysokość stawki, o którą toczy się gra, jest tylko jednym z powodów. Gamedec przekracza psychologiczną barierę pt.: co jeszcze możecie mi zrobić gorszego, niż to, co już się stało?

Częsta zmiana miejsca wydarzeń pozwala na spojrzenie z szerszej perspektywy na świat przyszłości. A świat ten wcale nie jest taki piękny... Warsaw City jest bezpieczne, czyste i błyszczące neonami tylko w bogatych dzielnicach i tam, gdzie mają szansę dotrzeć turyści – pozostałe stare kwartały są de facto slumsami zamieszkanymi przez „nieprzystosowanych”, gdzie wśród nagromadzonych przez lata hałd śmieci i odpadków gnieżdżą się hordy szczurów. Ze względu na stopień zanieczyszczenia środowiska, miasta chronione są barierami ABB (Anty Bios Barrier) – każde opuszczenie obszaru chronionego grozi poważnymi konsekwencjami: zapadnięciem na śmiertelną chorobę lub atakiem zmutowanych zwierząt.

Moim zdaniem na szczególną pochwałę zasługuje złamanie ciągu narracji fragmentami newsów medialnych lub tekstami reklam. Dzięki temu zabiegowi czytelnik może skonfrontować rzeczywisty – opowiedziany przez Torkila – przebieg wydarzeń z jakością i poziomem oficjalnych doniesień (jak widać, obecna moda na „dziennikarskie ślizganie się po powierzchni wydarzeń” przetrwała w świecie przyszłości). Zamieszczone przykłady reklam sugerują, że podświadomym dążeniem człowieka jest udział w wyścigu do osiągnięcia najwyższego stopnia konsumpcjonizmu.

Dzięki załączonemu „Słownikowi neologizmów i trudnych terminów” autor nie tylko z wdziękiem wyjaśnił rdzennie polskie korzenie rodu Aymore, ale i leciutko zakpił z najbardziej dociekliwych i żądnych szczegółowych danych czytelników – wszak po wielkim krachu temporalnym każda informacja historyczna jest równie prawdopodobna.

Podsumowując – druga odsłona przygód gamedeca jest historią zmagania się z jedną zagadką, historią opowiedzianą sprawnie, bez dłużyzn i irytujących streszczeń poprzednich przygód. Postępowanie bohaterów jest logiczne, motywacja, którą kierują się poszczególne postaci, nie budzi wątpliwości. A dodatkowo – autor wzbogacił opis świata przyszłości o nowe detale, budując co prawda mało optymistyczną wizję, ale dzięki temu – bardziej skłaniającą do zastanowienia. Mówiąc krótko – „Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw” trzyma poziom.
Ł - 2008-09-24, 12:50
:
Kira Izmajlowa- Wyższa magia

Każdy z nas zna osobę ze szkoły/uczelni/pracy, z którą można porozmawiać tylko na temat szkoły/uczelni/pracy, bo innych tematów po prostu brak. Taką osobę ani się lubi, ani się nie lubi, po prostu akceptuje jej istnienie i czasem zamieni parę słów o jednym jedynym, co nas łączy. To skojarzenie przeszło mi przez myśl czytając pierwsze -dziesiąt stron „Wyższej magii”, gdzie główna bohaterka, szara myszka z rosyjskiego PUM (Państwowy Uniwersytet Magiczny), zwierza się w narracji pierwszoosobowej ze swoich problemów studenckiego życia. Ale od początku…

Książkę zaintrygowała mnie i skłoniła do przeczytania fragmentem blurba: tylko tu dowiesz się, dlaczego nie można wyczarować banknotów, złota i diamentów. Oho, jeśli ktoś się porywa na racjonalizowanie magii (racjonalną motyką na irracjonalne słońce), to niezależnie od efektu powinno być ciekawie. Nie było. Autorka zbywa całą kwestię pomysłem, że zaklęcie materializacji wymyślił ktoś potężny hen hen dawno temu i nałożył mu takie a nie inne ograniczenia. Koniec. Zatem jeśli ktoś chciał się dać nabrać marketingowcom z Fabryki, to może uczyć się na moich błędach. Izmajłowa nie stara się budować niczego zawiłego. W rezultacie świat „Wyższej magii” wygląda bardzo zwyczajnie; cała konstrukcję świata oparto na założeniu, że jest to nasza rzeczywistość tylko ze zrutynizowaną magią, która jest po prostu kolejną dziedziną badań naukowych, tak samo rozwijaną i wykładaną w normalnym trybie jak chemia czy fizyka. Magia ma zresztą poważne ograniczenia, które autorka próbuje czasami wyjaśniać, ale robi to nadzwyczaj mętnie. Natomiast same czary-mary występują w książce okazyjnie. Wydaje się, że „Wyższa magia” była pisana w silnej opozycji do Harrego Pottera i autorka nawet nie stara się o subtelne aluzje – w pewnym momencie główna bohaterka naigrywa się z tej książki, kręcąc nosem na pokryte kabalistycznymi znakami ciuszki tamtejszych czarodziejów. Jestem w stanie to zrozumieć, bo u Izmajłowej używają fartuchów laboratoryjnych, ale tego, że później ta sama autorka opisuje eksperyment z pentagramami na podłodze, już nie bardzo. Widocznie pentagram to tak kultowa rzecz, że zawsze można dorzucić. Podsumowując, konstrukcja świata jest dla mnie nieprzekonująca. Jestem skłonny bardziej uwierzyć pani Rowling w ulice Pokątne i zaczarowane dworce niż Izmajłowej w tę jej szarą magię, która jak gdyby nigdy nic występuje w naszej rzeczywistości, w ogóle jej praktycznie nie modyfikując.

Może jest to efekt zamierzony, który ma pokazać, że nauka magii to nie sama radość, ale po prostu ciężka praca, przynajmniej z perspektywy uczącego się, a nie kogoś, kto widzi czary tylko w momencie ich wykonywania. Główna bohaterka przeżywa troski znane każdemu studentowi – zaliczenia, dziwni wykładowcy, pisanie pracy dyplomowej. Zgaduję, że autorka sama niedawno skończyła studia (ur. 1982 r. dop. red.) – czasem opisy tchną nieco slangiem młodzieżowym, a Nowy Rok kojarzy się jej z oglądaniem „Kevina samego w domu” (skąd my to znamy?). Znowuż chyba efektem zamierzonym jest mała liczba bohaterów drugo- i trzecioplanowych, ich opisów i dialogów z ich udziałem – Naina Czernowa to w końcu przysłowiowa szara myszka, odludek z wyboru, kujon. Na dobrą sprawę panuje tu skrajny minimalizm; widzimy dwójkę bohaterów z pierwszego planu, długo-długo nic, i postacie trzecioplanowe. Z czasem w opowieści zmienia nieco rozłożenie akcentów – pojawia się wątek ciekawskiej studentki i wykładowcy po przejściach, a na końcu nawet zręcznie rozwiązany kryminał. Najsolidniejszą częścią książki są właśnie relacje między postaciami. Konkretnie jedna relacja. Pozostałe postacie są jedynie tłem, nie wspominanymi dłużej, niż być powinny. Niestety na 400 stronach (choć to fabrykanckie 400, czyli można pomnożyć przez 0,7) trochę się to ślimaczy. Choć właśnie takie ślimaczenie jest typowe dla życia. Autorka dystansuje się od hollywoodzkich historii miłosnych, i robi to dużo dyskretniej i zręczniej niż w przypadku polemiki „światotwórczej” z Rowling. W tym wypadku blurb nie kłamał: Najwyższa magia to ludzka chemia – to właśnie uczucia (i ich brak) bohaterów są największą nieprzewidywalną siłą w książce.

Czasami bywa tak, że osoba, z którą prowadzimy rutynową pogadankę „a co na uczelni?”, okazuje się dużo bardziej złożona, niż byśmy byli w stanie wywnioskować z pierwszych dziesięciu minut rozmowy. Tak jest z tą książką. Trzeba dać jej i sobie trochę czasu, wytrzymać trochę nudy i przymknąć oko na toporne formułowanie poglądów na niektóre kwestie techniczne, by jednak poczuć pewną sympatię (ale w żadnym razie nie oczarowanie) i zdekonstruować pierwsze wrażenie. Pytanie – czy masz ten czas i wyrozumiałość cechującą dobrego słuchacza?
Beata - 2008-09-25, 20:20
:
Margaret Atwood - "Opowieść podręcznej"

Zniewolenie ciała i umysłu

Opowieść podręcznej… czyli właściwie czyja? Słownik języka polskiego definiuje przymiotnik „podręczny” jako: znajdujący się w łatwo dostępnym miejscu, pod ręką; dający się użyć w każdej chwili; np. stolik podręczny, apteczka podręczna, bagaż podręczny. Według słownika jest to przymiotnik używany jako określenie rzeczy, przedmiotu… nie człowieka. Ale tutaj użyto tego wyrazu jako rzeczownika rodzaju żeńskiego. Wpatrywałam się w tytuł i usiłowałam poprawnie odczytać sugestię autorki… czyżbym miała w rękach opowieść kobiety, traktowanej jak przedmiot, znajdującej się zawsze na podorędziu, zawsze gotowej do „użycia”? Zastanawiałam się, jaki koszmar zamknięto pomiędzy okładkami…

Od pierwszych stron powieściowa wizja owładnęła mną z niesamowitą siłą. Znalazłam się w bardzo dziwnym kraju, w którym kobiety nie mają imion, tylko wytatuowane na nadgarstkach numery. W kraju, w którym kolor stroju określa status kobiety – czerwony zarezerwowany jest dla Podręcznych, biały – dla Córek, niebieski – dla Żon, a wszystkie Marty (to nie imię, to nazwa profesji) noszą się na ciemnozielono. W kraju, w którym kobietom nie wolno posiadać żadnej własności, a nawet samotnie wyjść na spacer. W kraju, w którym nie wolno czytać ani pisać pod groźbą utraty ręki. W kraju, w którym na każdym kroku trzeba się legitymować. Witajcie w Republice Gileadzkiej – totalitarnej antyutopii fundamentalistów religijnych.

Podręczne to młode kobiety, których jedynym zadaniem jest rodzenie dzieci. Nie wolno im pracować, nie udzielają się społecznie, w zasadzie nie robią nic – po odpowiednim szkoleniu (a raczej praniu mózgu) są przydzielane odgórnym nakazem do domów zasłużonych ojców rodzin, gdzie służą jako bierne reproduktorki, takie żywe inkubatory. Jeśli urodzą, są przenoszone do innego domu, a jeśli się nie sprawdzą, trafiają do kolonii karnych, jako bezużyteczne niekobiety – ich miejsce zajmują kolejne wyszkolone kandydatki. W Gileadzie nie ma miłości, śmiechu, radości – jest tylko obowiązek, powinność, powaga. I paraliżujący strach. I bezwarunkowe przestrzeganie przepisów, które regulują wszystkie dziedziny życia – łącznie z częstotliwością kąpieli. Podręczna nie decyduje o niczym, nawet o terminie zmiany odzieży zimowej na letnią…

„Opowieść podręcznej” można śmiało porównywać z „Rokiem 1984” George’a Orwella. Jednak obraz społeczeństwa nakreślony przez Margaret Atwood jest o wiele bardziej przerażający – bohaterowie książki Orwella, choć zniewoleni, mają własne mieszkania, pracę, mogą korzystać z telefonu, wysyłać listy, wyjechać na łono natury… Tymczasem gileadzkie kobiety nie mogą nawet poświęcić się żadnemu hobby. Podczas lektury zastanawiałam się, jak to możliwe, że społeczeństwo zaakceptowało taki system? Otóż, społeczeństwa nikt nie pytał; zmiany wprowadzono stopniowo… a zresztą niektóre z nich były wręcz witane z aprobatą – wszak reformowały „społeczeństwo ginące z nadmiaru wyboru”.

Książka napisana jest pięknym, bardzo sugestywnym i pełnym niuansów językiem, tytułowa podręczna snuje swą opowieść powoli, nie unika dygresji i retrospekcji. Takie leniwe tempo narracji nie budzi jednak sprzeciwu – wszak kobieta, której przez cały dzień nie wolno nic robić, celebruje najprostsze nawet czynności, choćby to było tylko jedzenie jajka. „Opowieść podręcznej” ma jednak jeszcze jedną zaletę – nie da się jej skrócić. Niestety, dość często natrafiam na książki, którym wcale „wycinanki” by nie zaszkodziły – jednak w tym przypadku przyznaję, że ta opowieść nie zawiera ani jednego zbędnego słowa. Wręcz przeciwnie – należy ją czytać z najwyższą uwagą, aby z bardzo skąpo dozowanych okruchów informacji próbować odtworzyć obraz wypadków.

Autorka pozostawiła zakończenie otwarte – nie znamy dalszych losów bohaterki. A jednak załączony „komentarz historyczny” z 2195 r. pozostawia nadzieję – skoro naukowcy debatują nad niuansami historii i systemu społecznego Republiki Gileadzkiej, to znaczy, że ta absurdalna próba stworzenia społeczeństwa doskonałego zakończyła się niepowodzeniem. Książka jest ostrzeżeniem przed pokładaniem nadmiernej ufności w słowa tych, którzy – „dla naszego własnego dobra” – oferują łatwe wyjaśnienia i jeszcze łatwiejsze rozwiązania. Gdyż niebo jednych jest piekłem innych.

10/10
Ł - 2008-09-26, 15:13
:
Tarantula- Thierry Jonquet

Jonquet prezentuje w tej krótkiej i wielowątkowej historii różne rodzaje tego, co nasza kultura nazywa tradycyjnie złem. Zło prymitywne, zło dewiacyjne, zło wynikające z rachunku korzyści i strat, zło irracjonalne bez przyczyny, zło jako kaprys i zło jako zemsta. Odstępstwa od norm moralnych, obyczajowych, przełamanie tabu fizyczności i płciowości. Wszystko to charakteryzuje garstkę bohaterów. Napis z okładki głosi, że jest to historia kata i ofiary i jest to prawda o tyle, o ile pojęcia te odrywają się od poszczególnych jednostek i wydają się istnieć same dla siebie. Czasem spotykają się w jednej osobie. Tworzy to sytuacje, kiedy dewiacja nie istnieje już jako indywidualne przeżycie u kogoś pod czaszką, ale wisi w powietrzu, jest przerażająco oczywistą częścią atmosfery – jak tlen. I czytelnik też to czuje.

Książka przez podzielona jest na wątki; poszczególne historie początkowo wydają się całkiem z sobą niepowiązane. Z czasem autor daje wskazówki, poszlaki pozwalające je łączyć, odnajdywać ich wspólny kręgosłup. Zapewne spostrzegawczy czytelnik rozwiąże zagadkę, zanim jeszcze autor podniesie ostatnią kurtynę i poda całą makabrę fabuły na tacy. Mnie się to prawie udało, być może sam jestem sobie winien; książkę czytałem zbyt szybko, w napięciu, bez przerwy. Przypominało to oglądanie dobrego filmu nocą, i całość zamknęła się w czasie typowym dla filmów – niecałe dwie godziny (ok. 120 stron).

Ułatwia to podział książki na trzy części (Pająk, Jad, Ofiara), a te z kolei na przeplatające się fragmenty. Szczególnie historia ofiary Tarantuli robi wrażenie – nie tylko ze względu na najcięższe opisowo sceny, ale również z powodu drugoosobowej narracji („cierpiałeś”, „krzyczałeś”), która wymusza utożsamianie się. Historia związku Richarda i Ewy natomiast od samego początku stanowi wielki znak zapytania – dwoje ludzi jest ze sobą, choć się nienawidzi. To bardziej nienaturalne niż kamień spadający do góry; znak zapytania staje się haczykiem, na który złapałem się, próbując zrozumieć, o co chodzi. Natomiast wątek rzezimieszka trochę odstaje od pozostałych dwóch, nie ma tu takiego ciężaru opisowego i emocjonalnego – i tym bardziej ciekaw byłem jak autor to powiąże. A powiązał i rozwiązał po mistrzowsku, czego kulminacją jest groteskowy „happy end”, najsilniejszy akord całej historii.

Umiejętnie stworzony klimat i utkana fabuła wraz z selektywnością treści sprawiają, że sam Thierry Jonquet jawi się jako tarantula, nie dając wyrwać się czytelnikowi ze świata noir, jaki wykreował. A kreował go wcale nie sięgając po niesamowitości, ale artykuły z codziennych gazet, jak przekazuje książkowa wkładka. Polecam "Tarantulę" każdemu – jest to pozycja w sam raz na jeden wieczór. Inna sprawa, że ten wieczór możecie później długo wspominać.
Maeg - 2008-09-26, 21:30
:
Patrick Rothfuss - "Imię wiatru"

Recenzowanie debiutanckich powieści wiąże się dla mnie zawsze z pewnym dylematem. Z jednej strony bacznie przyglądam się książce, wyczekując jakiegoś powiewu świeżości. Nie musi być to „rewolucyjne” spojrzenie na fabułę jak u Hala Duncana, ale coś nowego. Z drugiej zaś, jako czytelnik zdaję sobie sprawę, że debiutantowi można więcej wybaczyć niż pisarzowi, który wyrobił sobie już pozycję na rynku. Dodatkowo sytuację może skomplikować fakt zachwytu nad książką. Takiego prawdziwego zachwytu, nie zaś wykreowanego przez wydawnictwo czy agencję reklamową. Tak właśnie jest z powieścią „Imię wiatru” Patricka Rothfussa, którego wymienia się wśród najlepszych debiutantów ostatnich lat. Obok na przykład Scotta Lyncha czy Joe’a Abercombiego.

„Imię wiatru” to klasyczne epickie fantasy stylizowane na opowieść, którą moglibyśmy usłyszeć przy ognisku czy w karczmie. Autorzy niekiedy uciekają się do tego wybiegu na początku ksiązki, aby bez większych przeszkód wprowadzić czytelnika w świat swojej powieści, przeważnie też przypominają sobie ponownie o zastosowanym tricku dopiero na końcu książki. Rothfuss nie zapomina, dzięki interludiom i zmianie narracji z pierwszoosobowej na trzecioosobową udaje mu się wytworzyć i zachować atmosferę przykuwającą czytelnika do książki od pierwszych do ostatnich stron. Gdy zaznajamiamy się z kolejnymi epizodami z życia młodego Kvothe, dzięki pierwszoosobowej narracji możemy lepiej wczuć się w klimat opowiadanej historii. Oczywiście ten sposób przedstawiania historii ma też swoje wady. Poznajemy tylko jedną wersję wydarzeń, nie możemy liczyć na inny punkt widzenia. Odniosłem też wrażenie, że część postaci istnieje tylko jako tło dla Kvothe. Są i tyle. Za kilkanaście stron możemy o nich zapomnieć. Dobrze jednak, że najważniejsi dla książki bohaterowie wyłamują się z tej przypadłości. Choćby piękna i tajemnicza Denna czy Elodin, jeden z mistrzów na Uniwersytecie.

Dobrze, ale o czym jest „Imię wiatru”? Z pozoru mogłoby się wydawać, że to kolejna opowieść o młodym człowieku, dotkniętym okrutnie przez los. Sztuką jest jednak na podstawie tak prostego i starego pomysłu napisać dobrą powieść. Rothfussowi się udaje. Nie nakazał głównemu bohaterowi ratowania świata przed kolejnym wielkim kataklizmem czy walki z potężnymi złymi siłami, których imienia nie wolno wymawiać. Kvothe zajmuje się głównie ratowaniem siebie samego z opresji, w które sam się wpakował. A poza tym stara się mieć co jeść i gdzie spać oraz zdać egzaminy. Oczywiście są też bardziej ambitne i zarazem ciekawsze dla czytelnika sprawy. Jednak autor dopiero je zarysowuje, czas na nie przyjdzie w kolejnych częściach „Kronik królobójcy”.

Częstym grzechem autorów fantastycznych jest przytłoczenie czytelnika już na samym początku ogromem informacji o wykreowanym świecie. „Imię wiatru” jest od tej usterki wolne, Rothfuss dawkuje wiedzę w taki sposób, aby nikt nie poczuł się zagubiony. Przykładem może być magia, której zasady działania poznajemy wraz ze wspinaniem się głównego bohatera na kolejne szczeble wtajemniczenia.

Oczywiście nie wszystko autorowi się udało. Na prawie dziewięciuset stronach zdarzają się co jakiś czas dłużyzny. Akcja się zatrzymuje, a powieść nie oferuje nic, co przykuwałoby czytelniczą uwagę. Jedynym ratunkiem wydaje się wówczas szybki skok do następnego rozdziału. Takich chwil jednak nie jest dużo, więc nie powinny stanowić problemu dla czytelnika.

„Imię wiatru” wśród innych książek fantasy wyróżnia się bardzo dobrym stylem, jakim zostało napisane, pozwalającym zatopić się w lekturze od pierwszych stron. Widać też wyraźnie, że Rothfuss ma pomysł na całą historię, co powinno pozytywnie odbić się na kolejnych tomach cyklu... Zatem jeśli ktoś czuje się spragniony dobrego klasycznego fantasy, nie powielającego jednak Tolkienowskich wzorców, bez zastanowienia może sięgnąć po „Imię wiatru”. Choć nie jest to debiut tak błyskotliwy jak „Kłamstwa Locke’a Lamory”, jako czytelnicy nie powinniśmy narzekać. Dostaliśmy dobrą książkę, która idealnie nadaje się na jesienne wieczory. Spodziewałem się wprawdzie, że będzie to powieść o nieco większym rozmachu, na miarę „Gry o tron” czy „Ogrodów księżyca”. Niemniej wydawać ostateczny werdykt o „Imieniu wiatru” teraz, to jak podsumować film, gdy obejrzało się dopiero jedną trzecią. Bez znajomości kolejnych części, ocena będzie niekompletna i może okazać się niesprawiedliwa.
Tigana - 2008-09-29, 22:23
:
Neil Gaiman "Księga cmentarna"

Kiedy sięgamy po książkę Neila Gaimana, nigdy nie mamy pewności, co znajdziemy w środku. Współczesną baśń („Gwiezdny pył”), monumentalny fresk („Amerykańscy bogowie”) czy opowiastkę dla dzieci („Koralina”)? Zaczynając przygodę z „Księgą cmentarną”, zastanawiałem się zatem nad jednym: czym tym razem zaskoczy mnie twórca „Sandmana”?

Najprościej byłoby powiedzieć, że najnowsza książka Gaimana to osiem chronologicznie ułożonych i powiązanych ze sobą rozdziałów-opowiadań (plus jedno „Interludium”). Ich wspólnym punktem jest główny bohater, Nikt Owens (częściej nazywany Nikiem), oraz miejsce akcji – stary, opuszczony cmentarz. Każda z opowiadanych historii ma własny niepowtarzalny klimat. Kilka z nich wywołuje uśmiech, inne straszą albo wprowadzają w melancholijny nastrój; wszystkie trzymają równy, wysoki poziom. W moim prywatnym rankingu na pierwszym miejscu stawiam „Danse Macabre”, nostalgiczną opowieść o przemijaniu, ale pozostałe właściwie w niczym jej nie ustępują.

Miejsce ostatniego spoczynku naszych ciał chyba nikomu nie kojarzy się zbyt dobrze. Smutek, cisza, wspomnienia o bliskich, których nie ma. I chociaż u Gaimana nie brakuje tego specyficznego „cmentarnego” klimatu, to przede wszystkim mamy do czynienia z miejscem magicznym. W odróżnieniu od świata Za Murem panuje tu spokój, wszystko jest stabilne, reguły rządzące – niezmienne. Kolejne pokolenia zmarłych „żyją” w harmonii i zgodzie od lat. Ich świat zmienia się z chwilą, kiedy pojawia się Nik. Rodzina chłopca została zamordowana przez mordercę o enigmatycznym imieniu Jack i teraz stara, opuszczona nekropolia staje się jego nowym domem. Zyskuje nowych rodziców (martwych rzecz jasna), przyjaciół (też martwych), ba, nawet nauczycieli (niektórzy żyją), chociaż nauk przez nich udzielanych nie znajdziemy w żadnym szkolnym podręczniku. No i jest jeszcze Sils – tajemniczy opiekun w czerni, którego specyficzny tryb życia nie pozostawia zbyt dużo wątpliwości, co do jego pochodzenia.

Cmentarna tematyka wydawałaby się wskazywać na to, że będziemy mieli do czynienia z horrorem. Nie do końca. Bo chociaż nie zabraknie tu potworów (duchy, nieziemskie ogary) czy scen mrożących krew w żyłach (wyprawa za ghulową bramę), najnowsza książka Neila Gaimana jest, podobnie jak „Koralina”, skierowana raczej do młodszego czytelnika. Co ciekawe, kiedy mocniej wczytamy się w treść książki, znajdziemy w niej sporo nawiązań, np. do „Księgi dżungli”. W kwestii dzieła Kiplinga nie chodzi mi nawet o analogię: dżungla – cmentarz, Mowgli – Nik, czy mieszkańcy cmentarza – stado wilków. Jeśli przyjrzymy się bliżej, znajdziemy identyczne rozwiązania fabularne. Czy podróż z ghulami to nie odpowiednik porwania Mowgliego przez małpy? A przeklęty skarb, który zawsze wraca, i jego strażnik nie przypominają wam czegoś? Nawet Sils za sprawą koloru ubrania przywodzi na myśl czarną panterę Bagherę.

Błędem jednak byłoby stwierdzenie, że mamy do czynienia ze zbiorem niby bajeczek, których głównym wyróżnikiem jest specyficzne miejsce akcji. Gaiman nie byłby sobą, gdyby nie przemycił w swojej książce chociażby garści przemyśleń na temat otaczającego nas świata. Kilkakrotnie powraca w książce pytanie, „czym tak naprawdę różnimy się od zmarłych?” – i nie chodzi tu bynajmniej o bicie serca czy oddychanie. Równie ważnym zagadnieniem jest celowość naszego życia, a także umiejętność pogodzenia się z przemijaniem. W trakcie lektury „Księgi cmentarnej” odniosłem wrażenie, że prawdziwym adresatem kolejnych lekcji nie jest Nikt, ale czytelnik.

„Księga cmentarna” to połączenie makabry z pięknem, śmierci z życiem, strachu ze śmiechem. Książka na wskroś gaimanowska, która powinna zadowolić zarówno jego fanów, jak i osoby, które do tej pory nie miały okazji poznać twórczości pisarza. Rzecz skierowana do dzieci, ale i dorośli nie powinni być rozczarowani. Polecam.


Ocena: 9/10
Ł - 2008-09-30, 21:30
:
Jędrzej Polak - Życie jest gejem

Jędrzej Polak był mi w zasadzie nieznany, ale z błędu wyprowadził mnie blurb – okazuje się, że czytałem kilka jego przekładów angielskiej prozy – między innymi cykl „Odyseja Kosmiczna” A.C. Clarke’a, a nawet uczyłem się z jego tłumaczenia podręcznika do socjologii. Czyli znamy się nie tylko z widzenia, a debiutant wcale nie całkiem zielony. Tym bardziej, że Polak tłumaczy jednak przede wszystkim literaturę głównego nurtu. Oczywiście należałoby się zastanawiać, na ile tłumaczenie jest sztuką a na ile rzemiosłem – ale to dyskusja na inny dzień. W każdym razie, po tym krótkim wywiadzie, moje oczekiwania co do autorskiej książki wzrosły.

Rzeczywistość, w której egzystuje główny bohater, przypomina groteskowy mariaż „roku 1984” Orwella z radiomaryjną fobią. O ile Orwell jest przenoszony bez większych zmian*), to odniesienia do naszej rzeczywistości stanowią podkreślanie grubej kreski. Na każdym kroku mamy kwiatki typu Polska Zjednoczona Partia Redemptosarmatów czy Uczelnia im. Ojca i Teścia Rektora. Brnięcie przez pierwsze strony takiego przedstawienia i próby szukania w tym sensu były bardzo męczące. Nastawiałem się na rozliczenie autora z jego wizji przyszłości. I odpuściłem. Tak naprawdę książka nie straszy wizją klerototalitaryzmu, nie jest fantastyką, która stara się ująć rzecz naukowo; wręcz odwrotnie – przedstawia celowo rzeczywistość przerysowaną, sprowadzoną do absurdu, fantasmagoryczną. Widać to szczególnie, gdy główny bohater używając urządzenia o nazwie nomen omen iGod, ogląda serial bardziej trzeźwy i rzeczywisty niż wszystko co go otacza. Sam spektakl bardziej przypomina poważną powieść z przełomu wieków XIX i XX niż telenowelę. Uznałem, że właśnie na tym trzeba się skoncentrować, ponieważ to tutaj autor stara się coś tworzyć, a nie na pseudoprowokacyjnych realiach, będących kurtyną, w którą wpatrzeni jak zaczarowani przez całą lekturę pozostaną zarówno skrajni zwolennicy, jak i przeciwnicy Radia Maryja. Czytelnicze sitko.

Dużo, naprawdę dużo zabaw z formą. Sama kompozycja książki nie jest zwyczajowa – brak podziału na rozdziały, części – za to wiele przejść narracyjnych, takich jak ww. serial bądź list czy opowieść ojca (w ramach której ktoś inny zaczyna kolejną opowieść). Niektóre fragmenty – i to niezależnie od tego czy jesteśmy bliżej, czy dalej końca książki – wydają się chaotycznymi wtrąceniami, inne nawiązują bezpośrednio do wcześniejszych (a może późniejszych?) sytuacji. Oglądając, czytając, doświadczając te wizje równolegle z bohaterem, przeżywamy szok ontologiczny, nie wiemy, która rzeczywistość jest tą właściwą, prawdziwą, co jest skutkiem, a co przyczyną. Bardzo zręcznie poprowadzono wątek percepcji czasu, a raczej braku tej percepcji. Eksperymenty występują nie tylko w skali makro – tu i ówdzie autor bawi się językiem, tworząc zdania wielokrotnie złożone, tasiemcowate wyliczenia, dwuznaczne skróty i tym podobne rodzynki (różnych jakości).

Eksperyment może dać rezultaty dobre bądź złe, zamierzone i niezamierzone – jednak w przypadku tej książki wydaje się, że celem był sam akt eksperymentu, do którego później autor starał się dorobić ręce i nogi. W rezultacie, choć na pewno tworzenie takiej książki musi sprawiać sporo satysfakcji, to jej czytanie już niekoniecznie. Czasem przymuszałem się do lektury, szczególnie na początku. Środek książki, nie wiedzieć czemu, jest dla kontrastu wypełniony akcją, w związku z czym przyswaja się go szybko. Po skończeniu całości, zastanawiałem się jednak, po co ten przygodowy mostek był. A był w dodatku w omówionej scenografii redemptosarmackiej, która o ile na początku może zaskakiwać (raz żartem, raz aluzją, jako zabieg literacki-maska), to później najzwyczajniej niesamowicie męczy, nie prezentując sobą nic wartego uwagi. Kulminacja natomiast przypomina szaloną jazdę na karuzeli, gdzie natężenie ww. przejść narracyjnych wzrasta w szaleńczym tempie…

W lekturę trzeba włożyć sporo wysiłku, jednak sama powieść do tego nie zachęca, wprost przeciwnie. Jędrzej Polak pisał książkę lat ponad dziesięć, jak twierdzą cyferki umieszczone na jej końcu – i niestety mam wrażenie, że pokutuje to tym, iż pierwotny pomysł obrósł mnóstwem niepotrzebnego mchu słownego; zbyt wiele tu kolażu. „Życie jest gejem” w założeniu miało być chyba książką o przysłowiowym „czymś więcej”, literaturą, dla której fantastyka jest narzędziem a nie celem. I faktycznie „coś więcej” istnieje – bardzo artystyczne introspekcje czy analiza kwestii tak intymnych jak więzi rodzinne. Autor akcentując cielesność (zamiast łydki skupia się na atrybutach płciowych), stara się kreślić, co się komu po duszach lęgnie.

Jednak próby dotarcia do tych walorów przypominają podróż z Warszawy do Lwowa przez Toruń. Z pewnością wiele oryginalnych rozwiązań, ale równie często powracające pytanie – po co? Staram się nie rozumować ad personam przy recenzowaniu książek, ale nasunęło mnie się – czy tłumacz ze sporym dorobkiem, obcujący ze sztuką na co dzień, zawodowo, nie odczuwa czasem ciśnienia artystycznego, którego nie może zrealizować przy tłumaczeniach? „Życie jest gejem” jest być może takim upustem, w którym zsumowało się zbyt wiele pomysłów. A może to ja tylko podwórkowo psychologizuje. W każdym razie książka zdecydowanie dla entuzjastów puzzli ekstremalnych – czyli układania jednego obrazka z dwóch różnych kompletów i połowy trzeciego.

* -Zamiast działających w dwie strony telewizorów, jest przestrzeń wirtualna sankto, natomiast nie ma już istotnych różnic, jeśli chodzi o seanse nienawiści.
Beata - 2008-10-07, 07:57
:
Witold Jabłoński - "Fryne hetera"

Konstandinos P. Kawafis, grecki poeta, urodzony i mieszkający w Aleksandrii, wielbiciel literatury starożytnej, otrzymuje pewnego dnia 1923 roku zaproszenie na spotkanie z Fryne, słynną ateńską heterą… szkopuł w tym, że prawdziwa Fryne była równolatką Aleksandra Macedońskiego… Poeta, z zamiarem zdemaskowania oszustki, przybywa na spotkanie. Na spotkanie z grecką przeszłością… Fryne snuje opowieść o swoim życiu, epoce, kulturze greckiej, demokracji ateńskiej, o ludziach, których znała – Demostenesie, Diogenesie, Aleksandrze, Arystotelesie…

Fryne – najpiękniejsza hetera ówczesnych Aten – jest jak najbardziej postacią historyczną. Przyjaciółka rzeźbiarza Praksytelesa – posłużyła mu za modelkę m.in. do Afrodyty z Knidos. Wśród jej kochanków byli najznamienitsi obywatele tego miasta – arystokraci, artyści i politycy. Nie budzi więc zdziwienia, że postać ta została przez autora literacko wykorzystana do przedstawienia bogactwa kulturowego i duchowego cywilizacji greckiej. Cywilizacji, stojącej w obliczu zmian. Cywilizacji, czującej na plecach oddech Filipa i Aleksandra Macedońskiego.

Dziś przyjmuje się, że bitwa pod Cheroneą (338 r. p.n.e.) jest wydarzeniem granicznym, przełomem, kresem niepodległości Grecji. Ale ludzie, za życia których się wydarzyła, z pewnością nie mieli świadomości aż takiego przełomu. Dla nich bitwa ta była oczywiście ważna, ale nikt żadnych magicznych wrót do innych czasów nie przekraczał – po prostu żyli dalej. Świat wokół nich się zmieniał, a oni starali się znaleźć w nim swoje miejsce. I o tym właśnie jest opowieść Fryne – o codzienności. Na szczęście dla nas jej codzienność była bardzo interesująca.

W świecie, w którym cały panteon bóstw determinował ludzki los, życie Fryne nie stanowi wyjątku – jego zmienne koleje zostały określone już przy jej narodzinach. Nad wypełnieniem przepowiedni czuwa z oddali mag Apollonios – na skutek jego zakulisowych machinacji Fryne opuszcza ukochane Ateny, udając się do Macedonii, a następnie – śladem podbojów Aleksandra – przez Azję do Aleksandrii. Bo Fryne ma do wypełnienia zadanie… zadanie, które zmieni na zawsze historię. Ale, szczerze mówiąc, ten wątek wcale nie był dla mnie najważniejszy. Tak samo, jak w „Egipcjaninie Sinuhe” – poszczególne przygody głównego bohatera nie stanowią o wartości powieści. One są tylko pretekstem do podróży przez starożytny świat, gdzie oczami Fryne obserwujemy życie mieszkańców, poznajemy panteon wyznawanych przez nich bóstw, bierzemy udział w niektórych obrzędach. I mamy okazję zapoznać się z komentarzami Fryne – nie tylko na temat obyczajów jej rodaków czy czasów współczesnych Poecie.

Wiedza historyczna i etnograficzna autora budzi podziw. Jeszcze większy podziw budzi umiejętność dzielenia się tą wiedzą z czytelnikami – w książce nie ma ani jednej dłużyzny czy autorskiego wykładu ex cathedra. „Fryne hetera” napisana jest pięknym językiem, bardzo plastycznym i sugestywnym, miejscami wręcz malarskim. Szczególnie cenię sobie fakt, że przedstawiony przez Witolda Jabłońskiego wizerunek starożytnej Grecji tętni barwami, sprzeciwiając się stereotypom, które z uporem przedstawiają naszych kulturowych przodków w białych chitonach przed oślepiająco białymi świątyniami.

Uderzający w powieści jest szacunek dla wszystkich, dziś uznawanych za pogańskie, kultów i wierzeń – wszystkie są równoprawne, żadnemu autor nie odbiera prawa do istnienia. Po prostu przedstawia je, opisuje, nie dokonując wartościowania – to należy już do czytelnika. Wprawdzie Fryne wypowiada się z niechęcią o bogu Żydów i o chrześcijaństwie – ale jakiego innego komentarza na temat monoteizmu można oczekiwać po osobie wychowanej w kulturze, w której żaden bóg nie żąda wyłączności?

Ktoś powiedział, że pamięć o zmarłych sprawia, że nadal żyją wśród nas. Dzięki Witoldowi Jabłońskiemu Fryne, najpiękniejsza z ateńskich heter, jest z nami i oprowadza nas po swoim świecie. Wysłuchajmy jej opowieści – naprawdę warto.
Tigana - 2008-10-07, 22:03
:
Richard Morgan "Trzynastka"

Badania i eksperymenty genetyczne to jedne z najbardziej kontrowersyjnych gałęzi nauki. Z jednej strony dają nadzieję na wyleczenie śmiertelnych chorób oraz przedłużenie ludzkiego życia, z drugiej – budzą niepokój i stawiają pytanie, czy człowiekowi wolno bawić się w Boga? A co stanie się, gdy dzieło ludzkich rąk wymknie się spod kontroli? Ta kwestia odpowiedzialności była poruszana przez autorów fantastyki już od zarania gatunków. Wystarczy wspomnieć „Frankensteina” Mary Shelley czy „Wyspę doktora Moreau” Herberta George’a Wellsa. Dziś powraca w „Trzynastce”, najnowszej powieści Richarda Morgana.

W świecie wykreowanym przez brytyjskiego powieściopisarza modyfikacje genetyczne są czymś zwykłym. Wśród normalnych mieszkańców żyją setki „poprawionych” ludzi, m.in. bonobo – kobiety „stworzone” do seksu oraz super wojownicy zwani trzynastkami. Ci ostatni, zmodyfikowani genetycznie na podobieństwo pierwotnych samców alfa, rygorystycznie wychowani, pozbawieni uczuć i wiary w Boga, są idealnymi żołnierzami. Niestety, potrzebni w czasie wojen, z chwilą nastania pokoju stają się wrogiem publicznym numer jeden, symbolem lęku przed innością. Trzynastki mają do wyboru osiedlenie się, bez możliwości powrotu, na Marsie lub rejestrację i internowanie w specjalnych obozach na Ziemi. Nieliczni, którzy próbują się ukrywać, są likwidowani. Skąd bierze się strach przed nimi? Być może po raz kolejny dzieło przerosło twórców. Trzynastki posiadają przywódcze cechy charakteru, które umożliwiłyby im szybkie przejęcie władzy nad pozostałymi ludźmi – cielętami, jak ich pogardliwie nazywają. Stąd konieczność izolacji i stałej kontroli.

Carl Marsalis, główny bohater powieści, sam jest trzynastką. Dzięki wygranej na specjalnej loterii wraca na Ziemie, gdzie zostaje wynajęty przez ONZ do likwidacji takich jak on. Staje się zabójcą własnego gatunku. Uwięziony za próbę pomocy w aborcji, dostaje ostatnią szansę. Wraz z funkcjonariuszką Sevgi Ertekin ma odnaleźć inną trzynastkę, która jest podejrzana o serię morderstw.

Do największych walorów powieści zaliczyłbym kreację głównego bohatera – Carla Marsalisa. Samotny, wypalony, cyniczny jak wielu mu podobnych bohaterów, ale równocześnie oryginalny i przykuwający uwagę. Jest niby bezduszną trzynastką, ale nie wątpimy w prawdziwość jego uczucia. Stworzono go do zabijania, ale stara się okiełznać zabójczy instynkt. Pozbawiony wiary – tworzy własny system wartości. Kieruje się instynktem i przeczuciem, które inni nazywają paranoją.

Główny wątek książki – śledztwo w sprawie morderstwa – jest prowadzony sprawnie, chociaż standardowo. Po raz kolejny okazuje się, że prosta z założenia sprawa ma swoje drugie dno, a tropy wiodą w najmniej spodziewanym kierunku. Mnożą się wątki, zmieniają podejrzani, a życie prowadzących śledztwo jest w ciągłym zagrożeniu. Wrogowie stają się sprzymierzeńcami, a przyjaciele okazują zdrajcami. Paru rzeczy można się łatwo domyślić, w kilku miejscach autor wykorzystuje mniej szablonowe rozwiązania.

„Trzynastka” to jednak przede wszystkim powieść science fiction. Świat z przełomu XXI i XXII wieku znacznie różni się od naszego. U Morgana nie istnieją już jednolite Stany Zjednoczone, a ich miejsce zajęły trzy odrębne twory polityczne – od liberalnej Unii Północnoatlantyckiej, poprzez Wybrzeże, aż do ksenofobicznej Skonfederowanej Republiki nazywanej popularnie Jezusowem. Wspomaganie genetyczne, wszechobecna sieć, wirtualna rzeczywistość, kolonizacja Marsa, to tylko wybrane aspekty życia w przyszłości. Na szczęście autor nie przesadza w tworzeniu dekoracji. Nowoczesna technologia stanowi integralną część wizji, ale nie przytłacza jej. Pisarzowi udało się także uniknąć nadmiaru specjalistycznego nazewnictwa. Dowód – nawet taki laik jak ja nie miał problemu ze zrozumieniem tego, co opisuje Morgan.

O ile sam opis technologii przyszłości jest łatwo przyswajalny, mam pewne zastrzeżenia co do konstrukcji świata. Od początku książki czytelnik jest wrzucony na głęboką wodę i musi samodzielnie budować ogólny obraz Ziemi oraz sieć wzajemnych powiązań. Znam osoby, które kochają tego typu rozwiązanie – mnie ono nie odpowiada. Zresztą w trakcie lektury odniosłem wrażenie, że wizja autora, choć nad wyraz interesująca, jest niespójna i brakuje w niej wszystkich elementów. Szwankuje tempo narracji – główny wątek rozwija się bardzo powoli i dopiero pod koniec książki znacząco przyśpiesza. Owszem, od czasu do czasu autor „serwuje” dynamiczny opis walki, ale jest tego jak na mój gust za mało. Do minusów zaliczyłbym też część dialogów, które bardziej przypominają naukowe dysputy niż zwykłe rozmowy.

„Trzynastka” to moje pierwsze spotkanie z prozą Richarda Morgana, nie wiem zatem, jak prezentuje się ta powieść na tle całego dorobku autora. Na pewno otrzymujemy książkę ciekawą, wciągającą, aczkolwiek nie pozbawioną pewnych wad. Nie jest to moim zdaniem dzieło przełomowe, które wejdzie na stałe do kanonów literatury science fiction, ale na pewno rzecz warta przeczytania.
batou - 2008-10-08, 09:38
:
Yann Martel Życie Pi

Znam pewną historię, która sprawi, że uwierzy pan w Boga

Od tych słów tak naprawdę zaczyna się powieść Martela. Te słowa słyszy on od nieznajomego w małej kawiarence w Indiach i to one budzą w nim uśpioną, zdeptaną niepowodzeniem poprzedniej powieści wenę. Ocalić ma go opowieść o 16-letnim chłopcu, którego drogę do poznania tego Boga los usiał kłodami, głazami, a przede wszystkim falami oceanu. Ocalić ma go historia życia Pi.

Indie, lata siedemdziesiąte ubiegłego stulecia, miejscowość Puttuczczeri, zoo. Tutaj poznajemy Pi… nie, tutaj zaczynamy go poznawać, bo swoją historię zaczyna nam opowiadać z Toronto.
Hinduizm, Islam i Chrześcijaństwo stykają się w miejscu, w którym dorasta Pi, a dorastanie to naznaczone jest kpinami rówieśników, poznawaniem i fascynacją światem zwierząt i poszukiwaniami Boga. To życie kończy się, kiedy rodzina Patelów – właścicieli miejscowego zoo - zostaje zmuszona do emigracji i swój dobytek, który stanowią głównie zwierzęta zabiera ze sobą w podróż statkiem do Kanady. Podróż kończy się tragicznie, a dalsze losy Pi możemy odczytać z okładki książki...

W blurbie dziennikarz Newsweeka pisze, że historia Pi jest prawdziwa. Nie wiem jakim cudem wkradł się ten błąd, ale zapewniam, że sprawdziłem to i nie jest. Zresztą w wywiadach mówi o tym sam autor. To, że Życie Pi jest fikcją czytelnik wiedzieć powinien, bo dzięki tej wiedzy pole do rozmyślań i interpretacji po zakończeniu lektury staje się dużo szersze, ale o tym już (jeśli przeczytacie) przekonacie się sami.

Książka Martela wciąga od samego początku i z każdym kolejnym rozdziałem to uczucie tylko się pogłębia. Sama historia jest tak interesująca, że na dalszy plan spycha to, jak pisarz ją opowiada. Chłoniemy wydarzenia nieco nieświadomi formy ich przekazu i to… dobrze. Nie sposób odmówić Martelowi talentu do opowiadania, ale też nie sposób zauważyć, że robi to w sposób prosty. Poetyckie metafory i wyszukany język nie są tym co da nam ta książka, ale tak naprawdę tego nie potrzeba. Autor dostosował formę do treści, a czy zrobił to świadomie, czy też wynika to z jakichś niedostatków warsztatowych można ocenić tylko czytając inne jego powieści. Nie przesądzam tego, ale ciężko tego nie zauważyć.
Książka pisana jest w narracji pierwszoosobowej i wszystkie wydarzenia widzimy oczami głównego bohatera co w tym przypadku szczególnie ułatwia nam poznanie go i, na ile to możliwe, wczucie się w jego położenie. Sto rozdziałów, czytelny podział życia bohatera na trzy etapy, niezwykła historia uporządkowana i sprawnie zapisana. Refleksje przychodzą na koniec.

Dla mnie Życie Pi to przede wszystkim opowieść o tym jak ważnym dla człowieka jest uzyskanie równowagi, spokoju i pewności siebie w sferze duchowej. Opowieść o tym do jak wielkiego wysiłku jest zdolny człowiek widzący przed sobą cel i będący zdeterminowanym walczyć do końca, żeby nie stracić go z oczu. W książce poniekąd warunkuje to przetrwanie, ale jeśli tak to czy jednocześnie po prostu nie ułatwia życia? Czy historia Pi sprawia, że człowiek może uwierzyć w Boga? To sprawa bardzo indywidualna i nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Martel nie tyle odpowiada na pojawiające się w naszych głowach pytania co otwiera furtki do nich prowadzące. Pi jest człowiekiem głęboko wierzącym, ale jego wiara nie jest wyznaczona przez jedną, konkretną religię. Jest jego prywatną, indywidualną wiarą. Może dla innych nie chodzi wcale o samego Boga i ten spokój duszy możemy osiągnąć inaczej niż wierząc w niego. Mnie ta historia uczy tego, że pewne rzeczy powinniśmy mieć uporządkowane, a jeśli jeszcze nie mamy to spieszmy się.
Beata - 2008-10-09, 07:47
:
Michał Krzywicki - "Plagi tej ziemi"

Na moich licealnych lekcjach historii Związkowi Wieleckiemu i grupie Słowian Połabskich nauczyciele poświęcili chyba aż jedną godzinę lekcyjną. Z całej plejady postaci zapamiętałam tylko Jaksę z Kopnika, głównie dzięki informacji o brakteatach – monetach tak cienkich, że mających tylko awers. Przez całe lata nie odczuwałam potrzeby uzupełnienia wiedzy – aż do dziś, do czasu lektury książki Michała Krzywickiego, który „Plagami tej ziemi” debiutuje w wydawnictwie Runa.

Książka przenosi czytelnika do dwunastowiecznej Europy – Bernard z Clairvaux właśnie nawołuje do kolejnej krucjaty. Jednak Sasi nie przejawiają szczególnego zapału do uczestnictwa w walkach na drugim końcu świata – o wiele bardziej kuszą ich sąsiednie ziemie Słowian Połabskich – tym bardziej, że siła Związku Wieleckiego należy już do przeszłości. Słowianie są podzieleni – władająca Brenną u boku starego i schorowanego męża księżna Petrysa, gorliwa chrześcijanka, za wszelką cenę chce zapewnić książęcy stolec nieletniemu synowi. Drugim pretendentem jest pogański książę Jaksa z niedalekiego Kopnika. Każde z nich zaczyna gromadzić stronników…

Wraz z Bernardem na Połabie przybywa Przecław – mnich równie biegły w sztuce leczenia, co w odbieraniu życia, zresztą głównie na ostatecznym usuwaniu oponentów polega jego „praca” w służbie Bernarda. Zmienne koleje losu sprawią, że i Jaksa, i Petrysa będą korzystać z jego kunsztu…

Początkowo ramy konfliktu wydają się dość precyzyjnie nakreślone – z jednej strony ochrzczeni Słowianie oraz Sasi, żądni przewag wojennych, bogatych łupów i sławy „obrońców krzyża”, z drugiej – pogańscy Połabianie, broniący swojej niezależności i wiary ojców. Jednak już po krótkiej lekturze autor zaskakuje – okazuje się, że i Bernard, i Przecław mają swój ukryty cel, a do gry włącza się jeszcze ktoś... ktoś, kogo istnienie jest poważnie zagrożone.

Akcja powieści toczy się wartko – główne postaci zostały obdarzone wyrazistymi cechami charakteru, co wcale nie znaczy, że są jednoznaczne czy jednowymiarowe. Święty Bernard jest zapatrzonym w siebie fanatykiem („wolę wszystko zniszczyć, niż choćby starać się to zrozumieć”), pełnym pogardy dla innych ludzi, Jaksa – nieodpowiedzialnym warchołem, Przecław – kobieciarzem, cynikiem i oszustem, Petrysa – kobietą gotową na wszystko… to po prostu ludzie, tacy sami jak my – z naszymi wadami, ułomnościami, radościami i marzeniami.

Autor nie ogranicza się do suchego opisu wydarzeń – maluje tło kulturowe epoki, z całym bogactwem słowiańskich wierzeń: mitologicznych boginek, mamun, topielic, rusałek i południc, które na co dzień towarzyszyły naszym przodkom. Postać i profesja Przecława pozwala na przedstawienie tajników średniowiecznego ziołolecznictwa – nota bene fragmenty dzieła pt. „O naturalnych sposobach leczenia”, umieszczone w mottach rozdziałów, są perełkami same w sobie. W miastach życie toczy się na ulicach i placach, wszyscy plotkują o wszystkich, gospody są pełne klientów, rzemieślnicy i kupcy prowadzą interesy – to społeczeństwo żyje. Widać, że autor nie tylko darzy sentymentem opisywaną epokę i krainę, ale próbuje się tym uczuciem podzielić z czytelnikiem.

Właśnie – próbuje. Niestety w powieści najbardziej szwankuje język – w prologu narracja zgrzyta tak bardzo, że niemal uniemożliwia lekturę. Dodatkową konfuzję dla czytelnika stanowi fakt nazwania sług Bernarda „psami”, tym bardziej, że czworonogi te w prologu występują dość obficie –zdarzają się momenty, że czytelnik nie wie, które „psy” w danym momencie autor ma na myśli. Na szczęście w miarę rozwoju opowieści narracja staje się bardziej płynna, choć nie osiąga wysokiego poziomu. Jeżeli autor nie poprawi warsztatu pisarskiego, to czarno widzę jego przyszłość – ciężko czyta się tekst, którego twórca ma kłopoty z gramatyką, niekiedy irytująco nadużywa przymiotników i nie potrafi się zdecydować czy stylizować język, czy nie.

Denerwujące są niektóre nieścisłości historyczne – zastanawiam się, czy XII-wieczni Słowianie mogli znać metaforyczne znaczenie słynnego powiedzenia Juliusza Cezara: „kości zostały rzucone”. Moje wątpliwości budzi też obecność kryształowych kielichów na XII-wiecznym stole, nawet jeśli to stół książęcy. Wprawdzie autor w posłowiu zastrzega, że igra z Historią i akceptuję to wyjaśnienie w odniesieniu do wiedzy zielarskiej Przecława, ale powyższe przykłady przekraczają moją tolerancję, szczególnie że nie mają one żadnego znaczenia dla fabuły.

Z kolei niepolukrowane przedstawienie warunków życia codziennego może być potraktowane dwojako: jako zaleta i jednocześnie – wada. Bohaterowie nie są wymuskani, pachnący i gładko uczesani – bekają przy stole, wymiotują, taplają się w błocie, śmierdzą. Dzięki takiemu opisowi świat „Plag tej ziemi” jest bardziej rzeczywisty, choć mnie akurat ten – moim zdaniem nadmierny – naturalizm nie odpowiada.

Reasumując, „Plagi tej ziemi” to opowieść przygodowa z elementami fantasy z XII-wiecznego Połabia. Jej zaletą jest osadzenie akcji w atrakcyjnym historycznie miejscu i czasie, wiarygodne portrety psychologiczne bohaterów i motywacje ich działania, prezentacja średniowiecznych receptur leczniczych i pomysł wykorzystania elementów mitologii słowiańskiej do wyjaśnienia pewnych, znanych z historii, wydarzeń. Niestety – zdecydowanym minusem jest „szkolny” język, jakim posługuje się autor i dlatego nie mogę ocenić tej pozycji na więcej niż 5/10.

Mimo że moja ocena książkowego debiutu Michała Krzywickiego nie należy do najwyższych, to mam nadzieję na kolejne pisarskie spotkanie z autorem, bowiem stosunkowo niewielkie korekty używanego słownictwa i warsztatu literackiego (o fabułę jestem spokojna) mogą odsłonić przed nami naprawdę dobrego twórcę.
Tigana - 2008-10-13, 21:22
:
Andrzej Pilipiuk „Drewniana twierdza”

Moja setna recenzja //piwo //kas //cheerleader


„Drewniana twierdza” to już trzecia odsłona nowego cyklu powieściowego Andrzeja Pilipiuka. Pod względem fabularnym zmienia się niewiele. Tak jak w poprzednich tomach wraz z trójką podróżników w czasie: Markiem, Staszkiem i Helą wędrujemy po niegościnnych ziemiach dawnej Norwegii w poszukiwaniu tajemniczego Oka Jelenia. Dostajemy więc niby tą samą książkę, a jednak czyta się ją dużo przyjemniej od poprzednich części.
Głównym atutem najnowszej powieści Pilipiuka jest wartko prowadzona fabuła. Akcja może i nie toczy się tak szybko jak w opowiadaniach o Jakubie Wędrowyczu czy „Operacji Dzień Wskrzeszenia” niemniej widać znaczny postęp. Już pierwsze strony „Drewnianej twierdzy” daje przedsmak tego, co będzie działo się w dalszej części powieści – ginie jeden z głównych bohaterów, a reszta wpada w kolejne tarapaty. Dodatkowo autor wprowadza do rozgrywki nowych przeciwników, którzy niczym nie ustępują naszym podróżnikom w czasie, a wręcz przewyższają ich pod względem wiedzy, umiejętności oraz środków. Na szczęście, niejako dla równowagi, Marek i jego towarzysze zyskują cennego sojusznika – kozaka Maksyma Omelajnowicza , którego szabla nie raz i dwa pozwoli wyjść im z opresji.
Na plus powieści zaliczyłbym również zredukowanie do niezbędnego minimum wątku dotyczącego tworzenia przez bohaterów „starych-nowych wynalazków”. Na szczęście porzucają oni ostatecznie mrzonki o produkcji penicyliny czy drewnianych kalkulatorów, chociaż sny o marketach jeszcze im się zdarzają. Dociera do nich w końcu, że pomimo posiadania podstaw naukowych nie są w stanie wykorzystać swojej wiedzy w realiach średniowieczne Europy. Na przeszkodzie stoi brak odpowiednich środków (narzędzi), technologii produkcyjnej oraz umiejętności.
Niestety kolejna odsłona „Oka Jelenia” pomimo wymienionych wyżej zalet powiela równocześnie błędy i niedociągnięcia poprzednich tomów. Bohaterzy są wciąż bezbarwni i przewidywalni – brakuje w nich błysku indywidualności, który spowodowałby, że czytelnik przejąłby się ich losami. Nawet Hela, która wydawała się mieć w sobie najwięcej energii nie dostała zbyt wielu szans na wykazanie się. Na dobrą sprawę jedynie wspomniany już kozak Maksym wprowadza nieco kolorytu do książki.
W dalszym ciągu drażni wszechwiedza postaci. Szczególnie jest to widoczna u Marka, który zna zarówno skład chemiczny prochu, jak i rozmieszczenie rud żelaza w Islandii. Męczący staje się również pietyzm w odtwarzaniu realiów dawnej Skandynawii. Podziwiam wiedzę autora, ale kolejne opisy życia codziennego (sauna, uroczystości, zasady funkcjonowania Hanzy) bardziej męczą niż ciekawią.
Nie zrezygnował także Pilipiuk z prezentowania swoich prywatnych poglądów – tym razem dostaje się naszym wschodnim i zachodnim sąsiadom. Markowi nie w smak jest porządek panujący wśród Niemców, a w pewnym momencie chce nawet na XVI-wiecznych kupcach mścić się za Oświęcim. Z kolei Hela, mając w pamięci klęskę powstania styczniowego, nie potrafi zaufać Rosjanom.
„Drewniana twierdza” to moim zdaniem najciekawsza z dotychczas wydanych części cyklu. Sprawnie i szybko prowadzona fabuła, kilka zaskakujących zwrotów akcji, sympatyczna postać kozackiego zawadiaki to największe atuty powieści. Jeśli więc komuś spodobała się „Droga do Nidros” oraz „Srebrna Łania z Visby” nie odejdzie rozczarowany. Bardziej wybrednym czytelnikom zalecałbym lekturę innych książek.

Ocena 6/10
Tigana - 2008-10-13, 21:23
:
Tanya Huff „Ślad krwi”

Kończąc recenzje książki Tanyi Huff „Cena krwi” wyraziłem nadzieję, że Fabryka Słów poprzestanie na pierwszy tomie cyklu i nie będzie nam dane męczyć się z kolejnymi częściami. Moje prośba nie została jednak wysłuchana, a na księgarskich półkach ukazała się kontynuacja przygód Vicki Nelson zatytułowana „Ślad krwi”. Zacisnąłem więc zęby i rozpocząłem lekturę.
Akcja powieści rozgrywa się kilka miesięcy po wydarzeniach opisanych w „Cenie krwi”. Na dzikich terenach Ontario ofiarami bezwzględnego mordercy padają kolejne wilkołaki. Nie potrafiąc złapać zabójcy przywódcy stada łaków zwracają się o pomoc do Henry’ego Fitzroya, ten zaś angażuje w sprawę prywatną detektyw Vicki Nelson.
Muszę przyznać, że najnowszą powieść Tanyi Huff czytało mi się znacznie lepiej od poprzedniego tomu. Czy sprawiła to zmiana lokalizacji akcji (zamiast Toronto mała wioska w Ontario) albo nagły wzrost talentu autorki? – nie sądzę. W Hollywood krąży powiedzenie, że zwierzęta potrafią „ukraść” film nawet najlepszemu aktorowi. I chyba w tym właśnie tkwi siła „Śladu krwi”. Nie ma co bowiem ukrywać – to wilkołaki są głównych atutem tej książki.
Wilkołaki na ogół przedstawiane są jako bestie z piekła rodem, które sieją strach i śmierć. Swą zwierzęcą postać zyskują w czasie pełni księżyca, a zabić je można tylko poświeconą srebrną kulą. Tyle legendy. A jak to wygląda w „Śladzie krwi”?
Wilkołacza rodzina Heerkensów przypomina nieco „hipisowską komunę”. Żyje z dala od cywilizacji, nie korzysta z większości dobrodziejstw techniki, sporadycznie utrzymuje kontakty z sąsiadami, ma dość luźne obyczaje np. normą jest chodzenie nago po domu. Wilkołaki nie palą za to trawki a z muzyki słuchają głównie opery. Są ludźmi, ale i zwierzętami – prym w stadzie wiedzie samiec i samica alfa, a o hierarchii decyduje walka . Mają także o wiele mocniej rozwinięte więzi rodzinne, zwłaszcza pomiędzy rodzeństwem. Równocześnie autorka nie oszczędza im zwykłych ludzkich problemów pierwszej miłości, dojrzewania, buntu przeciwko rodzicom. W sumie normalna kanadyjska rodzina – nie licząc braku ubrań i kłębów sierści w całym domu. I to właśnie ta zwyczajność – niezwyczajność sprawia, że „Ślady krwi” czyta się tak przyjemnie.
Do atutów książki zaliczyłbym także rys obyczajowy. Współczesnym ludziom trudno byłoby uwierzyć, że obok nich żyją wilkołaki, dlatego na własny, przyziemny sposób tłumaczą sobie dziwne zachowanie sąsiadów. Jeśli chodzą nago – są nudystami, nie uczęszczają do kościoła – sekta.

O wiele słabiej wypada wątek sensacyjny. Śledztwo prowadzone jest w dosyć ospałym tempie, brakuje zwrotów akcji. Dużym minusem powieści jest ujawnienie tożsamości mordercy już w połowie książki – w rezultacie dostajemy kryminał bez tajemnicy.

Książki nie ratują także kreacje bohaterów. W porównaniu do „Ceny krwi” nie dowiadujemy się niczego nowego o Nelson czy Fitzroyu, a postać detektywa Celluci’ego można scharakteryzować w dwóch słowach: zazdrosny macho. Odniosłem zresztą wrażenie, że poglądy autorki co do mężczyzn są jasno sprecyzowane – każdy facet myśli za pomocą zawartości swoich spodni. Nawet skądinąd sympatyczne wilkołaki są przedstawione dosyć sztampowo – konserwatywny ojciec, zbuntowane nastolatki, przesympatyczny brzdąc. Zabrakło choćby jednej ciekawej postaci drugoplanowej, która ubarwiłaby nieco lekturę powieści.
„Ślady krwi” to powieść nie roszcząca sobie jakiś wielkich ambicji. To raczej klasyczna pozycja, o której zapomina się natychmiast po przeczytaniu ostatniej strony. Ot taki mało straszny horrorem z domieszką kryminału. Tylko i aż tyle. Jej największym atutem jest gromadka sympatycznych wilkołaków, minusem cała reszta. Polecać nie polecam, ale przeczytać z braku innych książek pod ręka można.

Ocena 5/10
Ł - 2008-10-15, 20:14
:
Herbert, Brian & Anderson, Kevin J. - "Krucjata przeciwko Maszynom"

Dotychczas unikałem kontaktu z wszelkimi nowofalowymi Diunami autorstwa Briana Herberta i Kevina J. Andersona, głównie ze względu na raczej mało przychylne recenzje i średni entuzjazm do samego przedsięwzięcia pt. „kontynuuję pracę ojca”. Pękłem, gdy autorzy poruszyli kwestie legendarnego Dżihadu Butleriańskiego. Jest to ten rodzaj wojen, które zaczynają nową epokę – jak dla nas współczesnych II wojna światowa, czy dla naszych prapradziadków – wojny napoleońskie. Rzeczywistość Diuny wyróżniała się między innymi całkowitym brakiem robotów, cyborgów czy innych superkomputerów, czego geneza kryła się właśnie w tym, tylko zdawkowo napomykanym konflikcie. Kwestia ponadprzeciętnie stymulująca do tworzenia własnych wyobrażeń, dlatego ocena tej ksiązki jest sprawą trudną już a priori – trzeba skonfrontować własne imaginacje z wizją młodego Herberta i Andersona. Przed przeczytaniem tej recenzji polecam zapoznanie się z recenzją pierwszego tomu legend Diuny, „Dżihadu Butleriańskiego”, autorstwa Shadowamage’a. Będzie to o tyle wskazane, o ile nasze wrażania odnośnie tej książki się pokrywają, a ponieważ „Krucjata przeciw maszynom” jest logiczną kontynuacją „Dżihadu…”, postaram się skupić na innych aspektach sprawy, unikając powtórzeń.
Całą książkę czyta się w jednym rytmie (ponad 800 stron!), w czym pomaga gęsto dzielona na kilkustronicowe części kompozycja oraz nieskomplikowana narracja. Akcja „Krucjaty…” ma miejsce aż 20 lat po wydarzeniach przedstawionych w pierwszym tomie. Mimo to spotykamy już znanych bohaterów, co więcej – akcja całej książki to następna dekada z dużym hakiem. Stare i nowe postacie są najczęściej stworzone na zasadzie reprezentacji poszczególnych grup charakterystycznych dla uniwersum. Każda kolejna część książki to kolejna krótka scenka z innym bohaterem. Trudno tu o znużenie; działa magia telewizyjnego serialu. W książce nie brakuje scen, od których powinno aż buchać epickością; niestety, nie są akcentowane w należyty sposób. Ponadto autorzy często zahaczają o „fajność” kalibru Power Rangers – docierając do opisu formy bojowej/statku kosmicznego jednego z liderów maszyn w kształcie pterodaktyla, co świeci oczyma (sic!). Musiałem zamknąć książkę i popatrzeć na okładkę, by upewnić się, że na pewno czytam Diunę.
Książka traktuje o kwestiach takich jak człowieczeństwo, wiara czy fanatyzm. Robi to jednak w najwyższym stopniu pobieżnie. Bohaterowie w swoich kwestiach często podkreślają jak to ludzie różnią się od myślących maszyn. Niestety – tylko mówią, ponieważ nie zpstaje to wyraziście oddane w opisach. Artefaktyczne mózgi zachowują się najzwyczajniej jak ludzie. Myślę, że skoro eksploatuje się już nieco oklepany motyw, taki jak konflikt człowiek-maszyna, to można się postarać o coś więcej. Z kolei cała religijność najczęściej przywoływanego buddislamu (wiary, która legnie u podstaw tożsamości fremenów/wolan) wydaje się polegać na recytowaniu sutr. Wyznanie pozostaje dla nas zagadką. Zbitki słów takie jak zenszyityzm czy Buddallah niby coś sugerują, jednak autorzy wątek religijny traktują czysto instrumentalnie. Z kolei wątek polityczny mieści się w space-operowych standardach. Śledziłem go z zainteresowaniem, niemniej problemem może tu być zbyt wiele razy stosowany chwyt deus ex machina, podważający wiarygodność linii fabularnej.
Na oddzielny akapit zasługuje sama forma wydania powieści przez Rebis. Znajduje na nią jedno zdanie – książka wygląda szlachetnie. Duże wrażenie robi twarda oprawa koloru piasku ze złoceniami. Ilustracjom Siudmaka, nie wnikając w oceny estetyczne, nie można odmówić odnalezienia się w temacie książki. Przekładu dokonał natomiast Andrzej Jankowski, kontynuując linię tłumaczeniową Marka Marszała. I jest to przekład dobry. Wiem, że dla niektórych jest to oczywistość na zasadzie Marszał = tak, Łoziński = nie, ale mnie daleko do tego typu opinii; starałem się ocenić przekład „Krucjaty…” abstrahując od tego dogmatu.
Herbertowi i Andersonowi nie brak chęci czy nawet pomysłów – ale możliwości tego duetu to inne spektrum niż wizja śp. F. Herberta. Wspomniana space opera to chyba najlepszy pryzmat, przez jaki można „Krucjatę…” rozbierać i dobierać. I pod tym kątem jest naprawdę nieźle. Ewentualnie jako zbeletryzowany tezaurus starego cyklu, co z pewnością ucieszy fanów Diuny, którzy przykładają większe znaczenie do kanonicznych informacji niż literackiej formy. Pozwolę sobie jednak na uwagę obejmująca całe „Legendy…” – zawiodłem się, ponieważ liczyłem na to, iż będzie to łącznik między teraźniejszą rzeczywistością a jej antycypacją w postaci oryginalnych kronik Diuny. Chronologicznie owszem – jest to taka antycypacja, ale jednocześnie autorzy nie starali się wnikać w procesy, jakie doprowadziły do wydarzeń, które nadają ton „Legendom…”. Książki Herberta i Andersona tłumaczą raczej w dość prostym stylu to, co stanie się później, a sam świat, mimo 10000 lat różnicy, nadal zbyt przypomina oryginalną Diunę. Nie wykorzystano opcji na stworzenie pomostu między światami; zabrakło odwagi w proponowaniu własnych rozwiązań. Patrząc na ilość książek, jaka wychodzi spod rąk tego duetu, nie można wykluczyć, że furtka ta została zostawiona po to, by napisać „Legendy legend Diuny”. Nieciekawa perspektywa.
Beata - 2008-10-21, 21:08
:
Terry Pratchett - "Piekło pocztowe"

Wiek Anchois zawitał do Ankh-Morpok. A wraz z nim postęp cywilizacyjny, manie kolekcjonerskie i zakładanie blokad koniom, zwane wdzięcznie klamrowaniem. Niestety, na tym pięknym obrazie pojawia się skaza – przedsiębiorstwo sekarowe Wielki Pień nie działa prawidłowo i nawet niewidzialna ręka rynku jest bezradna. Zatem Lord Vetinari dokonuje niezbędnych poprawek – aby stworzyć konkurencję, postanawia reaktywować dawno zarzucone usługi pocztowe. Na stanowisko naczelnego poczmistrza miejskiego Urzędu Pocztowego powołuje mistrza oszustwa – Moista von Lipwig. Oczywiście, robi to w sobie tylko właściwym stylu – przedstawiając Moistowi propozycję nie do odrzucenia…

Otrzymany wraz ze stanowiskiem dwuosobowy personel Urzędu Pocztowego wywiera na Moiście niezatarte wrażenie – jeden z pracowników jest mocno już wiekowym potomkiem starej poczciarskiej rodziny i zwolennikiem najbardziej „rustykalnej” odmiany medycyny naturalnej, zaś drugi – maniakalnym kolekcjonerem szpilek, przeżywającym w rzeczywistym świecie Trudne Chwile. Ponadto nasz bohater miewa halucynacje, jest poddawany tajemniczemu rytuałowi, otrzymuje osobistego strażnika i ochroniarza, gdyż okazuje się, że naczelnych poczmistrzów było już przed nim kilku i każdemu przytrafił się jakiś nieszczęśliwy i hmm… ostateczny wypadek. Ale przede wszystkim Moist spotyka kobietę, której nie jest w stanie okłamać… Artysta oszustwa jest lekko zdezorientowany – wszak do tej pory to on dyktował warunki gry – ale wkrótce poznaje Reachera Gilta i już wie, że tym razem trafił na godnego przeciwnika…

Akcja kolejnej opowieści Terry’ego Pratchetta toczy się w oszałamiającym tempie i – mimo, że autor wykorzystuje ograny fabularnie motyw skazańca obarczonego pozornie niewykonalną misją – miewa zaskakujące momenty. I chociaż nikt nie wątpi w końcowy sukces bohatera (w końcu w Świecie Dysku regułą jest, że spełnia się szansa jedna na milion), to przecież nie sama akcja stanowi o wartości książek Pratchetta, a ich specyficzny język, zjadliwy humor i umiejętność spojrzenia na znane sprawy z całkiem innego punktu widzenia. Dzięki tym właśnie zabiegom autor raczy czytelników charakterystycznym koktajlem absurdalnych skojarzeń i ironicznych komentarzy. Tym razem tematem jego opowieści jest świat finansów, bankowość, wielkie korporacje, kreatywna księgowość i granice interwencjonizmu państwowego. Oraz kluczowa rola szpilki w procesie projektowania pierwszych znaczków pocztowych.

Z prawdziwą przyjemnością zauważam, że ledwie zarysowany w pierwszych powieściach o Świecie Dysku kontur Ankh-Morpok, w każdej kolejnej książce jest wypełniany nowymi szczegółami, tworząc barwną mozaikę miasta jedynego w swoim rodzaju. Miasta, w którym Moist zademonstruje, w jaki sposób wymęczony i nieco zachrypnięty marketing Gardło Sobie Podrzynam Dibblera zamienić na aktywną azetową kampanię promocyjną. Miasta, którym rządzi twardą, lecz niewidzialną ręką Lord Vetinari, który sztukę manipulacji innymi doprowadził do takiej doskonałości, że najważniejsze jest wsłuchanie się w to, czego nie powiedział.

Autor znany jest z umieszczania w swoich książkach aluzji do najróżniejszych dzieł literackich – również i w tej książce można znaleźć obfitość takich odniesień (przyznaję, że lektura książek Terry’ego Pratchetta pod kątem tropienia tychże, stała się dla mnie niemal sportowym wyzwaniem). Do najsmakowitszych według mnie należą: motto Urzędu Pocztowego stanowiące trawestację motta Pony Expresu; pełne stoicyzmu stwierdzenia golema Anghammarada: „Tak bywa. Wszystko mija. Tak się zdarza.”, jakby żywcem zaczerpnięte z „Rzeźni numer 5” Kurta Vonneguta; komentarze strażnika: „…kosze z owocami są jak życie: dopóki nie zdejmie się z czubka ananasa, nigdy nie wiadomo, co się trafi”, wzorowane na słynnym zdaniu Forresta Gumpa o pudełku czekoladek; prawa dotyczące funkcjonowania golemów: „Golem nie może skrzywdzić człowieka, ani pozwolić by człowiekowi stała się krzywda, chyba że na polecenie prawowicie ustanowionej władzy.”, które nieodparcie kojarzą mi się z prawami robotyki, sformułowanymi przez Isaaca Asimova.

„Piekło pocztowe” nie jest wyłącznie książką rozrywkową – jakkolwiek bardzo przyjemnie czyta się o próbach zapanowania przez Moista von Lipwig nad tzw. zewnętrznymi okolicznościami, które nawarstwiają się i zapętlają wokół niego tak, jakby żyły własnym życiem – książka przekazuje także poważniejsze treści. Na przykład uczula na korporacyjną nowomowę w rodzaju: „kierownictwo podejmowało słuszne w intencjach decyzje, które – wobec późniejszych doświadczeń – mogły okazać się w pewnych aspektach błędne” (starsi czytelnicy odnajdą w powyższym cytacie echa słusznie minionej epoki), czy też wyjaśnia psychologiczny mechanizm oszustwa. Polecam lekturę.

8/10
Gand - 2008-10-22, 17:46
:
Czas zacząć udzielać w Recenzjach. : P

Neil Gaiman - Księga Cmentarna


Gaimana poznałem rok temu z okładem i nie będę ukrywał, że "łyknąłem" jego twórczość od pierwszego przeczytania. Śmiało mogę się więc określić jako fana twórczości Gaimana i jego książki jestem w stanie kupować właściwie w ciemno, wychodząc z założenia, że jego nazwisko oznacza jednocześnie znak najwyższej jakości.
Na podobnej zasadzie dokonałem zakupu "Księgi Cmentarnej", o której w sumie wiedziałem tyle, że to nowy utwór Neila.

Pewne rodzina zostaje zamordowana przez tajemniczego człowieka imieniem Jack. Z życiem udało się ujść tylko jednemu jej członkowi - półtorarocznemu chłopcu, który nieświadomy zagrożenia opuścił rodzinny dom i powędrował na na cmentarz.
Właśnie cmentarz jej głównym ośrodkiem umiejscowienia akcji, bowiem chłopiec, obdarzony przez duchy owo miejsce zamieszkujące Swobodą Cmentarza, zostaje oddany pod opiekę dwójki z nich na wychowanie. I tak chłopiec otrzymuje od swoich nowych rodziców imię - Nikt - oraz nazwisko - Owens.

Historii opowiedzianej w "Księdze Cmentarnej" zdecydowanie bliżej do "Nigdziebąź" czy zwłaszcza "Chłopaków Anansiego" niż do "Amerykańskich Bogów", którzy byli skierowani raczej do starszego odbiorcy. Nowy Gaiman z kolei przeznaczony jest chyba raczej dla nieco młodszego czytelnika, choć jak to bywa z twórczością Neila nie znaczy to właściwie nic, bo równie dobrze czyta się go osobom nieco starszym i trochę już obytym z fantastykę, o czym może świadczyć przykład niżej podpisanego.

W samej powieści znaleźć można wszystko, co dobre i lubiane u Gaimana. Tradycyjnie już uwagę przykuwa cudowna wręcz lekkość narracji oraz biegłość, z jaką Gaiman kreśli kolejne rozdziały swojej historii. Ani przez moment nie pojawiają się dłużyzny, nie doświadczymy właściwie scen, które uznalibyśmy za zbędne. Gaiman z dużym wyczuciem wprowadza czytelnika w opowieść, chociaż nie tak poważną tematycznie, to jednak przykuwającą uwagę i niezwykle wciągającą.

Ponownie też Gaiman stanął na wysokości zadania w kwestii kreacji postaci. Pomijając już nawet samego Nika otrzymujemy niezwykle interesującego Silasa, pannę Lupescu czy czarownicę Lizę. Każdą z tych postaci właściwie akceptuje się od razu, bez żadnych 'ale', wątpliwości i uprzedzeń.
Tradycyjnie też otrzymujemy kilka typowo Gaimanowskich zwrotów i nazw, charakterystycznych dla jego stylu - moim zdaniem zdecydowanie przewodzą tutaj Jackowie Wszystkich Fachów. Przypuszczam, że nazwa ta wzbudziła nie tylko moje szczere rozbawienie. Z resztą w całej powieści sporo jest typowego dla Neila, dyskretnego humoru, obecnego raczej w postaci mrugnięć okiem i delikatnych uśmiechów do czytelnika, niż żartów, po których przeczytaniu ryczy się ze śmiechu.

Nie można pominąć też sposobu, w jaki Gaiman buduje klimat swojej historii, a zwłaszcza cmentarza. Mimo, iż powieść przeznaczona jest raczej, jak już wspominałem, dla osób młodszych, to napotykamy się w niej na bardzo sugestywne obrazy jak wędrówka poza Ghulową Bramę, czy też Taniec Makabrela.

Trudno dostrzec jakieś poważniejsze wady "Księgi Cmentarnej". Można za takie uznać długość (ledwie 250 stron - mało!), oraz fakt, że ciągle nie jest to dzieło na miarę "Amerykańskich Bogów", ale jeśli Gaiman nadal będzie pisał na tym poziomie to jestem skłonny każdą jego kolejną powieść czy też zbiór opowiadań kupować w ciemno.
Podsumowując - fani Gaimana: do księgarni.
A jeśli ktoś twórczości Neila jeszcze nie zna, to ma doskonałą szansę, by w sposób niezwykle przyjemny się z nią zapoznać.
Beata - 2008-10-22, 21:29
:
James White - "Szlifierz umysłów"

Szpital Kosmiczny Sektora Dwunastego to jedyna placówka medyczna w Federacji, zapewniająca opiekę lekarską pacjentom wszystkich ras inteligentnych, zamieszkujących znany człowiekowi kosmos. Na trzystu osiemdziesięciu czterech poziomach Szpital odtwarza odpowiednie środowiska naturalne i zatrudnia personel wywodzący się ze wszystkich ras i kultur. Jest dumą Federacji i najbardziej pożądanym i prestiżowym miejscem pracy dla przedstawicieli zawodów medycznych i paramedycznych. Szpitalem zarządza administrator, a miejsce „drugiego po Bogu” zajmuje O’Mara – naczelny psycholog, od którego opinii zależy, czy stażysta zostanie zatrudniony na stałe – jeśli wykazuje choćby cień ksenofobii, nie ma szans na karierę. Ten ustalony od lat (i dziesięciu poprzednich tomów) porządek zmienia zarządzenie Rady Medycznej Federacji: O’Mara odchodzi na emeryturę, a jego ostatnim zadaniem jest znalezienie i wyszkolenie następcy…

Akcja całego cyklu* osadzona jest w bliżej nieokreślonej przyszłości, w której międzyplanetarne loty kosmiczne są standardem, a komunikacja z inteligentnymi przedstawicielami innych ras – codziennością. Jedynie nieliczne wzmianki pozwalają zorientować się, że w przeszłości miała miejsce wojna kosmiczna, która o mały włos nie zakończyła się zagładą całego inteligentnego życia. Po wojnie zbudowano Szpital Kosmiczny – jako symbol współpracy i pokojowego współistnienia wszystkich mieszkańców znanego kosmosu. Postać naczelnego psychologa Szpitala jest jednym ze zworników cyklu – O’Mara jest obecny w każdym tomie, podejmuje kluczowe decyzje, rozwiązuje pozornie nierozwiązywalne problemy – bez niego Szpital nie będzie już tym samym miejscem. I dlatego zapowiedź odejścia na emeryturę bohatera, który własnymi rękami wznosił szpitalną konstrukcję i – nie będąc psychologiem z wykształcenia – intuicyjnie i z bardzo dobrym skutkiem stosował techniki psychologiczne zarówno wobec pacjentów, jak i galaktycznych sław medycznych o przerośniętym ego, odbieram jako koniec opowieści o pewnej epoce istnienia Szpitala.

Schemat fabularny „Szlifierza umysłów” jest równie nieskomplikowany, co poprzednich tomów cyklu. Do Szpitala trafia osobnik nowoodkrytej rasy telepatów, który wskutek wypadku traci zdolności telepatyczne. Jednocześnie wśród doświadczonego, multirasowego personelu zaczynają się szerzyć przypadki ksenofobii – fala nietolerancji dla „obcych” ogarnia kolejnych pracowników. A konkurs na nowego naczelnego psychologa trwa… Oczywiście, zgodnie z ogólnym schematem, znanym z poprzednich tomów, rozwiązanie medycznych problemów obcego pacjenta stanowi również remedium na wszystkie inne kłopoty. Dodatkowo autor pozwala głównemu bohaterowi na retrospekcję, dzięki której część tajemnic O’Mary zostaje wyjaśniona – czytelnik dowiaduje się, gdzie naczelny psycholog Szpitala spędzał wszystkie urlopy…

Gdy w 1987 roku Wydawnictwo Alfa opublikowało „Szpital kosmiczny” – pierwszą część cyklu o perypetiach galaktycznych lekarzy – z miejsca polubiłam tę książkę – za wartką akcję, pomysłowość w kreowaniu najróżniejszych ras istot inteligentnych, wprowadzenie spójnego systemu klasyfikacji, zawierającego wszystkie istotne z medycznego punktu widzenia cechy charakterystyczne biologii „obcych” i ich naturalnego środowiska życia, za sposób, w jaki autor rozwiązał problem możliwości ogarnięcia przez lekarzy całości wiedzy medycznej dotyczącej nie tylko jednego gatunku, ale wszystkich ras. Do dziś darzę sentymentem ten serial medyczny w sztafażu science fiction, mimo, że jego kolejne części (a tom jedenasty do wyjątków nie należy) rażą schematyzmem i pomyślnym „hollywoodzkim” zakończeniem.

6/10

* Cykl „Szpital kosmiczny” obejmuje następujące pozycje:
1. „Szpital kosmiczny”
2. „Gwiezdny chirurg”
3. „Trudna operacja”
4. „Statek szpitalny”
5. „Sektor Dwunasty”
6. „Gwiezdny terapeuta”
7. „Stan zagrożenia”
8. „Lekarz dnia sądu”
9. „Galaktyczny smakosz”
10. „Ostateczna diagnoza”
11. „Szlifierz umysłów”
Tigana - 2008-10-28, 21:02
:
Philip K. Dick "Głosy z ulicy"

Żyjemy w bardzo dziwnych czasach, kiedy śmierć może stać się dopiero początkiem – szczególnie w literaturze. Często okazuje się, że przedwcześnie zmarły pisarz zostawił po sobie szuflady pełne niedokończonych powieści, szkiców – dla zawodowców prawdziwa fabryka pomysłów. Wystarczy teraz znaleźć poprawnie piszącego autora i voila – otrzymujemy świeżutki tom przygód Bonda czy kolejny światowy spisek a la Ludlum. Może się również zdarzyć, że jakiś mniej znany pisarz stworzy kolejne tomy według własnych pomysłów – w ten sposób zaistniała na naszym rynku (nie)sławna kontynuacja „Blade Runnera”. Od czasu do czasu wydawca trafia jednak na prawdziwą żyłę złota – niepublikowany jeszcze utwór znanego autora, który z niewiadomych przyczyn wylądował na dnie szuflady. I do tej właśnie kategorii zaliczają się „Głosy z ulicy”, „najnowsza” powieść amerykańskiego klasyka fantastyki, Philipa K. Dicka.

Dick jest znany przede wszystkim jako pisarz science fiction. Jednakże na jego twórczość składają się też powieści obyczajowe, zawierające wątki biograficzne, takie jak „Człowiek o jednakowych zębach” czy „Wyznania łgarza”. Mimo tego, że ich akcja ma miejsce tu i teraz, autor, podobnie jak w swoich utworach fantastycznych, kreśli obraz zagubionych bohaterów, którzy pragną odkryć i zrozumieć prawdziwą naturę otaczającej ich rzeczywistości. Nie inaczej jest w przypadku „Głosów z ulicy”.

Głównym bohaterem powieści jest Stuart Hadley sprzedawca w sklepie radiowo – telewizyjnym. Młody, przystojny, żonaty, stosunkowo zamożny, na pierwszy rzut oka wydaje się być człowiekiem sukcesu. To jednak tylko pozory – niespełniony artysta, pełen gniewu i frustracji, tkwiący w toksycznym związku z siostrą, szuka własnej drogi, czuje się cały czas zagubiony. Najlepiej ukazuje to jedna ze scen, kiedy przeglądając zawartość portfela uświadamia sobie, że jest jedynie tym, co tkwi w przegródkach. Prawo jazdy, kilka wizytówek, klucz, moneta na szczęście to jego „jestestwo”. Podobnie zagubieni są inni bohaterowie książki, ale oni przynajmniej odnajdują spełnienie w pracy, religii albo pomnażaniu majątku. Chwilami można odnieść wrażenie, że Hadley jest już bliski osiągnięcia spokoju, ale to tylko cisza przed burzą. Świetnie oddają to tytuły poszczególnych części książki – „Poranek”, „Popołudnie”, „Wieczór”, „Noc”, które symbolizują poszczególne fazy jego zachowania. Ostatecznie złość znajduje ujście w buncie – niczym mityczny heros, Hadley rzuca wyzwanie całemu światu. Nie jest to jednak czyn samolubny, chociaż mężczyzna sam nie potrafi zaznać szczęścia, pragnie dać je przynajmniej własnemu dziecku.

„Głosy z ulicy” to, oprócz kreowania wizerunku głównego bohatera, sugestywna wizja Ameryki z początku lat pięćdziesiątych. Oczekiwanie na, zdawałoby się nieuchronną, zagładę nuklearną, polowanie na komunistów, wojna w Korei to chleb powszedni tamtych czasów. Pomimo tego, że akcja powieści rozgrywa się pod palącym słońcem Kalifornii, w trakcie czytania nie czuje się jego energii. Przeważa szarość, depresja, apatia, poczucie klaustrofobii, brakuje radości życia. Ludzie nie pracują, a jedynie wypełniają swoje funkcje niczym roboty. Nawet seks wydaje się czynnością wymuszoną i pozbawioną uczuć.

Nie udało mi się odnaleźć informacji, z którego etapu twórczości Dicka pochodzą „Głosy z ulicy”. Nie odpowiem więc na pytanie, czy są czasowo bliższe „Oku na niebie” czy „Ubikowi”. Widać jednak w tej powieści cechę, która zdominowała późniejszą twórczość pisarza – przede wszystkim fascynację, czy wręcz obsesję na punkcie religii. Główny bohater szukając własnej drogi, trafia na spotkanie Stowarzyszenia Strażników Jezusa. Początkowo jest zafascynowany charyzmatycznym przywódcą wspólnoty i jego naukami, ale gdy poznaje go bliżej, czar pryska. Beckheim nie potrafi mu pomóc, a sam Hadley czuje się wykorzystany. Brakuje jeszcze w tym wątku głębszych rozważań o samej istocie Boga, ale widać już początek ścieżki, który doprowadził autora do „Valis”.

Osobiście uważam, że powinien istnieć zakaz wydawania książek, które autor z jakichś powodów skazał na literacki niebyt, ale w przypadku „Głosów z ulicy” jestem gotów zrobić wyjątek. Dostajemy bowiem do rąk intrygującą powieść obyczajową o szukaniu sensu życia. Pomimo tego, że została napisana ponad pięćdziesiąt lat temu, poruszone w niej kwestie wciąż pozostają aktualne, a dylematy bohaterów są nam dziwnie bliskie. Czyż każdy z nas, chociaż jeden jedyny raz, nie chciał porzucić dotychczasowego życia i zacząć wszystkiego od nowa? Wyjechać daleko, gdzie nikt nas nie zna i spróbować raz jeszcze poukładać puzzle własnego życia? Dick nie daje jednak gotowego rozwiązania – nie znajdziemy tu taniego moralizatorstwa czy dydaktyzmu. Każdy musi sam odnaleźć to, co dla niego najważniejsze.

Ocena 7/10
batou - 2008-10-29, 22:32
:
Olga Tokarczuk "Bieguni"

Są autorzy kochani przez rzesze wiernych czytelników, ale nigdy nie docenieni przez krytyków, elektorów i kapituły ważnych konkursów literackich. Można powiedzieć, że prawdziwa wartość książki to zdolność porwania odbiorcy, a nie wyróżnienia przyznane autorowi, ale kiedy pisarz, którego cenimy wreszcie zostaje doceniony w ten inny sposób, wtedy sami czujemy się z tym jakoś lepiej. Tak właśnie było ze mną kiedy dowiedziałem się, że Nike 2008 przyznano wreszcie Oldze Tokarczuk za tę powieść. Po jej lekturze widzę, że zdecydowanie na nią zasłużyła.

Bieguni to odłam prawosławnych starowierców odrzucających kościelną hierarchię. Ludzie, którzy wierzyli, że przyczyną wszelkiego zła jakie rodzi się w człowieku jest trwanie w miejscu, a jedynym sposobem walki z nim jest ciągły ruch i życie w wiecznej podróży. Tokarczuk w swojej książce szuka we współczesnym świecie ludzi, którzy niejako praktykują tę wiarę, chociaż zapewne sami nie zdają sobie z tego sprawy. Dla mnie dwa słowa-klucze do tej powieści to podróż i czas.

Książka Tokarczuk to tak naprawdę zbiór różnych historii, czasem zawartych w dosłownie kilku zdaniach i opowiadających o różnych miejscach i różnych ludziach. Nie mamy klasycznego wątku głównego oplecionego pobocznymi, nie mamy czytelnego podziału jednej historii na rozdziały, a pisarka ciągle meandruje wokół osi powieści. Najlepiej istotę formy tej książki opisuje w niej sama autorka.

"Opowieść ma swoją bezwładność, nad którą nie można nigdy do końca zapanować. Domaga się takich jak ja – niepewnych siebie, niezdecydowanych, łatwych do wywiedzenia w pole. Naiwnych."

Mnie osobiście taki sposób opowiadania w wykonaniu Tokarczuk bardzo odpowiada. Autorka ma naprawdę niezwykły talent do takiej narracji, która wciąga czytelnika totalnie i pochłania absolutnie. To dla mnie zdecydowanie jej największa zaleta. Nie często czyta się książki napisane takim językiem i dające taką przyjemność z smakowania zdań, czy pojedynczych metafor.

Bohaterami powieści, czy raczej konkretnych opowiedzianych w niej historii, są głównie ludzie w podróży, ale nie tylko w dosłownym znaczeniu tego słowa. W książce obok kapitana promu, człowieka, którego żona i syn zaginęli podczas wspólnych wakacji, małżeństwa profesorów zafascynowanych Grecją, czy kloszardów z moskiewskiego metra spotykamy też XVII-wiecznych anatomów, którzy odbywają inne podróże, a ich mapami są ludzkie ciała. Historie tych ludzi są mniej lub bardziej rozbudowane, ale każda pozostawia w nas jakąś myśl, zmusza do chwili zastanowienia, pozostawia jakiś ślad. Po skończeniu lektury to wszystko wraca i komponuje się w jeden obraz części współczesnego społeczeństwa. Ludzi, którzy w dzisiejszym świecie funkcjonują niczym nomadzi.

Dawni bieguni uciekali przed złem w wieczną tułaczkę, ci współcześni, opisani przez Olgę Tokarczuk również podejmują się takich wędrówek. Złem jest teraz brak akceptacji, środowisko, które tłamsi i często zadaje ból, czy zwykła nuda i poczucie braku sensu w tym wszystkim co nas otacza. Podróż jest obietnicą zmian. Podróż to sposób na uniknięcie zakorzeniania się w jednym miejscu, to lekarstwo na skostnienie i marazm, to nadzieja na lepsze życie w innej rzeczywistości, która może na nas przecież czekać odległa o jedyne kilka godzin podróży samolotem.
Olga Tokarczuk kilkukrotnie przywołuje w swojej powieści pojęcie psychologii podróży. Zwraca uwagę na to jak powszechność takiego stylu życia w ciągłym ruchu zmienia ludzi poddanych temu procesowi. Sama jednak chyba niczego nie ocenia, nie pochwala i nie piętnuje. Pozostawia czytelnikom miejsce na własne przemyślenia dostarczając historii je prowokujących. Dla mnie to najlepsza, najbardziej przemyślana i najdojrzalsza książka Tokarczuk jaką miałem przyjemność czytać.
Tigana - 2008-10-30, 21:29
:
Anne Rice "Pandora"

Jak do tej pory moim jedynym kontaktem z twórczością Anne Rice było przeczytanie „Wywiadu z wampirem”. Lektura powieści, ponoć najlepszej w dorobku amerykańskiej pisarki, nie zrobiła jednak na mnie większego wrażenia. Nie spodobał mi się styl autorki, nużyły kolejne monologi wewnętrzne bohaterów, męczyła nadmierna „mroczność”. Z kolei przed sięgnięciem po kolejne utwory przestrzegały liczne opinie, jakoby następne tomy cyklu miały jedynie powielać wcześniejsze pomysły. Jednakże los okazał się przewrotny i pewnego pięknego dnia w mojej skrzynce na listy zagościła „Pandora”.

Początkowo książka odstrasza. Osoby, które nie znają poprzednich części wampirzej sagi mogą poczuć się przytłoczone ilością wspomnianych postaci, faktów, wydarzeń. Dopiero po prawie czterdziestu stronach rozpoczyna się zasadnicza część powieści – wspomnienia starożytnej wampirzycy Pandory.

Jej początki sięgają zarania naszej ery. Urodziła się w Rzymie pod rządami Oktawiana Augusta w zamożnej rodzinie senatorskiej. Później, w wyniku politycznej intrygi, zostaje zmuszona uciec do Aleksandrii, i dalej – do Antiochii. Tutaj, dręczona dziwnymi snami, natrafia na ślady dawnego kultu, odnajduje miłość swego życia, a także staje się wampirem. Punkt wyjścia jest więc bardzo interesujący, dawał pisarce spore możliwości. Szkoda tylko, że Anne Rice ich nie wykorzystała.

Podstawowy zarzut, jaki można postawić „Pandorze”, to jej prostota, powierzchowność. Niezmiernie ciekawa epoka, jaką była starożytność, została bowiem przedstawiona bardzo pobieżnie. Opis kolejnych lat życia głównej bohaterki przypomina wypis z bryku do historii. Zamiast spróbować oddać atmosferę epoki autorka przez większość książki ogranicza się do suchych faktów historycznych, które można odnaleźć w każdym podręczniku do historii. Nuda. Walorem książki mogłoby być ukazanie życia wampirów w dawnych czasach. Niestety autorka zapewne słusznie uznała, że po jej kolejne dzieło sięgną jedynie najbardziej fanatyczni miłośnicy cyklu, więc nie otrzymujemy zbyt dużo szczegółów. Owszem, jest wzmianka o konflikcie pomiędzy poszczególnymi grupami krwiopijców czy leciutko zarysowany wpływ chrześcijaństwa na wampiry, ale jest tego naprawdę niewiele. Zatem jeśli ktoś do tej pory nie poznał, na czym polega moc Akashy lub kim jest dwójka protoplastów całego mrocznego rodu, to z tej książki na pewno się tego nie dowie.

Sytuacji nie ratuje także kreacja głównej bohaterki. Pandora opisuje się jako inteligentna i niezależna kobieta, ale powieść tego nie oddaje. Wprawdzie w jednej czy w dwóch scenach potrafi zabłysnąć biegłością w sztuce retoryki, ale to wszystko. Większość decyzji podejmują za nią mężczyźni, zaprzyjaźniony kupiec lub wierny niewolnik, a ona sama nie ma zbyt wielu okazji, aby się wykazać.

Niespodziewanym atutem książki jest jej styl – zamiast czegoś ciężkiego i mrocznego, dostajemy powieść napisaną żywym, jak na Rice, językiem. Pomimo tego, że w książce nie ma zbyt dużo akcji, czyta się ją zaskakująco szybko. Być może gdyby liczyła więcej stron, styl ten uznałbym za wadę, w tym konkretnym wypadku jest jednak dla mnie zaletą.

„Pandora” jest utworem przeznaczonym tylko i wyłącznie dla zagorzałych fanów talentu autorki i jej twórczości. Oczywiście inni czytelnicy również mogą sięgnąć po tę książkę – tylko po co? Nie dowiedzą się z niej nic nowego na temat wampirów, a nieznajomość poprzednich odcinków skutecznie psuje przyjemność z lektury. Proszę czytać na własną odpowiedzialność.

Ocena 5/10

Ł - 2008-10-31, 17:53
:
Joe Heldeman - Kamuflaż

Pamiętacie film „The Thing” w reżyserii Johna Carpentera? Zaczynał się świetną sceną, gdy psa uciekającego po arktycznym pustkowiu goni helikopter ze snajperem próbującym ustrzelić najlepszego przyjaciela człowieka. Naturalnie później okazało się, że to Coś miało tylko wygląd najlepszego przyjaciela człowieka. Wcześniej zostało przygarnięte przez załogę stacji amerykańskiej arktycznej. Zaczęły dziać się dziwne rzeczy, niektórzy badacze przestali zachowywać się typowo, każdy mógł być Czymś…

Dlaczego przywołuje akurat ten film? To pierwsze skojarzenie, jakie miałem, gdy zacząłem czytać „Kamuflaż” Haldemana. Z nieba spada statek/artefakt ze zmiennokształtnym obcym na pokładzie. Ten wypełzła i zaczyna przybierać kształty zwierząt i ludzi, by pozostać w ukryciu, nie wahając się zabijać. Wśród ludzi panuje atmosfera niepewności i wyalienowania – poddajemy w wątpliwość autentyczność towarzyszy, nie jesteśmy pewni swojej. Czy o tym jest „Kamuflaż”? Nie.

Zastanówmy się teraz jak wygląda to wszystko z perspektywy przybysza z innej planety – sam jak palec, „obcy w obcym kraju”, spadł na jakąś planetę z nadwyżką tlenu, w dodatku zamieszkaną przez ciekawskie naczelne, które zaraz po znalezieniu jego statku próbują go rozebrać na części, zanalizować, a obcego najchętniej zamknęłyby w klatce, by go kłuć i ciąć. Co robi taki kosmita, jak myśli? O tym właśnie traktuje książka.

Akcja zaczyna się w dwóch miejscach oddalonych od siebie prawie 100 lat. W latach 20. XX wieku widzimy istotę, która przybierając ludzki kształt, wychodzi z morza. Natomiast w niedalekiej przyszłości roku 20191) poznajemy perypetie grupy badawczej wydobywającej artefakt niewiadomego pochodzenia z dna morskiego. Postacie ludzkie są raczej kreślone nijako – długo nie mogłem ich rozróżnić. Dużo ciekawsze wydawały mi się kolejne eksperymenty, jakie naukowcy przeprowadzali na artefakcie – Haldeman trzyma nas w zasięgu bardzo twardej, by nie powiedzieć, realistycznej, SF.

Pierwsza linia fabularna pokazuje kosmitę, zwanego przez narratora „uzurpatorem”, starającego się zrozumieć ludzi, co nie przychodzi mu jednak łatwo. W ludzkim ciele popełnia wiele… gaf. To troszkę eufemistyczne określenie, bowiem rozchodzi się o zabójstwo i gwałt. Jednocześnie popełnia te czyny nie ze złej woli, raczej z niewiedzy i zimnej ciekawości badawczej. Z czasem socjalizacja wtórna kosmity postępuje. Trwa to latami, ale obcy uczy się ludzkiego sposobu myślenia, uwrażliwia się na piękno, określa nawet własną seksualność. Jednocześnie z powodu amnezji, świadom(a) swej inności, próbuje odnaleźć własną tożsamość. Jest to chyba najciekawszy aspekt Kamuflażu. Heldeman nie wdaje się w przekrojowe analizy, nie każe postaciom rozwodzić się nad sobą – wszystkie przemyślenia oddane są raczej w opisach i zachowaniach..

Ale żeby nie było tak prosto, autor wprowadza trzecią postać – kameleona, który podobnie jak uzurpator, jest zmiennolicym obcym, z tą jednak różnicą, że żyje na ziemi od prawieków. Przypadła mu rola głównego antagonisty – cynicznej istoty, niszczącej wszystko, co może zagrozić jej statusowi, i oddającej się takim rozrywkom, jak asystowanie dr. Mengele w Oświęcimiu. Kreacja ta wydała mi się nieprzekonująca. Jest to po pierwsze mnożenie założeń ponad potrzebę, po drugie autor wcale nie eksploruje tematu. Trudno zrozumieć motywacje kameleona, brak mu wiarygodności obcej, złej, starożytnej istoty. Przypomina bardziej prymitywnego rzezimieszka.

Te trzy linie fabularne są prowadzone autonomicznie, by w końcu spleść się w jednym czasie i miejscu. Zakończenie mnie rozczarowało. Jaki główny antagonista, takie rozstrzygające starcie. W dodatku im bliżej końca, tym bardziej zaczyna przebijać klimat „E.T. phone home” w wersji dla dorosłych. Mając na uwadze, że film ten był niemal przeciwieństwem „The Thing” 2), daje to w rezultacie mocno dyskusyjną mieszankę. „Kamuflażowi” nie można odmówić jednak tego, że przez większą część tekstu nie nudzi – ba, wciąga. Obserwowanie dwóch równoległych procesów – ludzi próbujących zrozumieć obcy artefakt oraz obcego próbującego zrozumieć ludzi, daje szeroką wizję tematu. Szkoda, że to wszystko już gdzieś było.



1) W moim egzemplarzu chochlik drukarski próbował mnie oszukać i zmienił datę na rok 2029, ale mając na względzie inne daty, nie dałem się.

2) Ciekawostka: oba kultowe dziś filmy wyszły w jednym roku w odstępie dwóch tygodni i rywalizowały ze sobą, prezentując diametralnie różne wizje przybysza z innej planety.
Tigana - 2008-10-31, 21:38
:
Antologia "Epidemie i zarazy"

Antologie polskich opowiadań fantastycznych stały się stałym elementem naszego rynku wydawniczego. Mnogość tytułów powoduje, że jednym z najważniejszych wyzwań, przed którym staje wydawca jest, obok doboru pisarzy, wybór tematyki. Nie wystarczy już bowiem kolejny zbiór opowiadań o smokach czy aniołach – czytelnik chce czegoś nowego, świeżego. A że podobno w Polsce, co druga osoba jest lekarzem tym razem padło na choroby.
Zaczynając lekturę antologii „Zarazy i epidemię” najbardziej obawiałem się, że trafił w moje ręce zestaw schematycznych historyjek o dzielnych lekarzach zwalczających, z poświęceniem życ,ia paskudne mikroby. Na szczęście moje obawy nie sprawdziły się. Większość autorów potwierdziło, że posiada nie tylko spory potencjał, ale również wyobraźnie.
Najdziwniejsze jest to, że jednym z nielicznych pisarzy, którzy nie podołali wyzwaniu okazał się sam Andrzej Pilipiuk. Wpadka tym boleśniejsza, że utrzymane w podobnym klimacie „2586 kroków” czy „Wieczorne dzwony” należą do najlepszych w dorobku „Wielkiego Grafomana”. Tymczasem „Złoty pociąg”, historia trapionej epidemią wsi, rozczarowuje. Krótkie, pozbawione ciekawej pointy opowiadanko nie wywołuje rumieńców na twarzy, a raczej uczucie niedosytu. Podobne uczucie wzbudza „Ognisko 11” Michała Cholewy będące klasyczną opowieścią o walce lekarzy z tajemniczą zarazą. Owszem czyta się je dobrze, ale niezłe wykonanie zostało pogrzebane przez przewidywalne i nadmiernie sentymentalne zakończenie.
O wiele ciekawiej prezentuje się utwory zahaczające o historię. Zarówno Rafał Dębski („Ketew Meriri”), jak i Tomasz Duszyński („Antidotum”) pomimo diametralnie różnych pomysłów, stworzyli wciągajace i niebanalne opowieści. Mnie szczególnie do gustu trafił ten pierwszy utwór. Mocne, wręcz brutalne opowiadanie, przywodzące na myśl „Oczy jak chabry” Katarzyny Anny Urbanowicz to, jak dla mnie , numer jeden antologii.
O potencjale tkwiący w realiach historycznych świadczy także Jacek Komuda i jego „Sześćset cetnarów hebanu”, gdzie banalna historyjka o zatopionym skarbie niespodziewanie przemienia się w pełnokrwisty, trzymający w napięciu horror. Nieco gorzej radzi sobie natomiast Paweł Siedlar, który prowadzi czytelników tytułową „Piwnicą” do zadżumionego Krakowa. Samo utwór nie jest zły, ale nie wytrzymuje on konfrontacji z opowiadaniami Dębskiego czy Komudy. No i jak na mój gust zbytnio przypomina „Operacje Dzień Wskrzeszenia” Andrzeja Pilipiuka.
Spod szablonów wymykają się za to „Dom na wzgórzu” Jakuba Ćwieka oraz „Światy Dantego”. Twórca „Kłamcy” zaprasza nas do wizyty w podejrzanym sanatorium, autorka „Diabła na wieży” wiedzie do samego piekła. Ćwiek zachwyca budowaniem atmosfery tajemnicy, myleniem tropów i zaskakującym zakończeniem, Kańtoch opisami świata oraz skomplikowanymi relacjami między bohaterami.
„Epidemie i zarazy” to kolejny solidny zbiór opowiadań „made in Fabryka Słów”. Trafny , z małymi wyjątkami, dobór autorów, a przede wszystkim utworów powoduje, że czas poświęcony na jego lekturę nie będzie stracony.
Zalecenie recenzenckie: produkt świetnie zwalczający głód książkowy. Przeczytać koniecznie (może być małymi dawkami – starczy na dłużej) W razie nie ustąpienia objawów udać się do najbliższej księgarni w celu nabycia kolejnej dawki leku.
Ocena 7/10
Romulus - 2008-11-02, 14:25
:
ZŁOTE WYBRZEŻE
Od pewnego okresu swej pisarskiej kariery Nelson De Mille zaczął pisać powieści, które warto czytać. Ta jest pierwszą z nich. Trudno ją jednoznacznie zaklasyfikować. Może najlepszą szufladką byłaby ta z etykietką „dramat sensacyjny”.

Główny bohater, John Sutter, to przedstawiciel amerykańskiej arystokracji – jednej z rodzin wywodzących się z dobrego Towarzystwa, sięgającej korzeniami wojny secesyjnej i zgromadzonych fortun jeszcze sprzed epoki Wielkiego Kryzysu. I należącej do Czterystu – na tyle John Astor na początku XX wieku określił liczbę przedstawicieli nowojorskiej society, których warto znać. Tyle też osób mieściła jego słynna sala balowa w nowojorskiej rezydencji. Główny bohater to właśnie przedstawiciel jednej z takich rodzin, skoligacony albo „od wieków” zaprzyjaźniony z Rockefellerami, Vanderbiltami, Astorami, Rooseveltami itd.

Akcja powieści rozgrywa się na początku lat 90-tych XX wieku. Wielkie fortuny odchodzą w niepamięć, wraz z nimi marnieją wielkie posiadłości położone na Long Island, które, sprzedawane i parcelowane posłużą jako domy dla Nowej Arystokracji – szybko i pazernie bogacących się przedstawicieli Wall Street, określanych przez ludzi pokroju głównego bohatera mianem nuworyszy. Świat głównego bohatera odchodzi w niepamięć a i on sam zmaga się z kryzysem wieku średniego. Choć, a może właśnie dlatego, że ma wszystko: pieniądze, piękną żonę, dorosłe dzieci. Czuje się jednak znudzony. W ten uporządkowany, zastały świat wkracza nowy sąsiad: Frank Bellarosa, szef nowojorskiej mafii. Znajomość zaczyna się niewinnie i z pozoru nic nie zanosi się na gwałtowne przyspieszenie. Ale przecież musi ono nadejść, z wiadomym, nieciekawym, acz wieloznacznym skutkiem.

Powieści Nelsona De Mille, te dobre i te złe (ale szczególnie te dobre) cechują się nie wartką akcją, ale przede wszystkim sylwetkami wyrazistych głównych bohaterów. Tu mamy Johna Suttera, obdarzonego sarkastycznym, bezczelnym poczuciem humoru – co szybko stało się znakiem rozpoznawczym głównych bohaterów tworzonych przez pisarza. Ich najdoskonalszym ucieleśnieniem będzie John Corey, nowojorski detektyw, bohater kilku powieści (przede wszystkim Śliwkowej Wyspy, która też dzieje się w podobnej scenografii). Kolejnym znakiem rozpoznawczym, który mnie ujmuje zawsze najbardziej w każdej powieści, jest scenografia. W Złotym Wybrzeżu autor doskonale nakreślił tło obyczajowe, począwszy od architektonicznego po społeczne :) Czytanie tej powieści sprawia przyjemność właśnie z tych dwóch powodów. To zabawna, tragiczna podróż przez doskonale sportretowany świat starej amerykańskiej elity, która chyli się ku zmierzchowi oraz amerykańskiej (włoskiej) mafii, która również musi zmagać się z przemijaniem, ale innego rodzaju (napierający Kolumbijczycy, Latynosi, bezwzględni federalni...). Główny bohater dzięki temu zderzeniu „kulturowemu” może zdefiniować siebie na nowo, choć cena do zapłacenia za ten „przywilej” również nie będzie bagatelna. A i zysk wydaje się w najlepszym razie pyrrusowym zwycięstwem.

Właśnie taką literaturę popularną lubię. Nie mądrzy się, nie moralizuje, nie jest przeintelektualizowaną nudą dla sflaczałych intelektualistów. Jest za to żywa, zabawna, inteligentna, nastrojowa i pobudzająca w sposób niezbędny do tego, aby się dobrze bawić i jednocześnie nie zmarnotrawić czasu tylko na „rozwiązywanie” czczej zagadki kryminalnej lub „gonienie” za pędzącą na łeb i na szyję akcją.

Niestety dla ego autora, ta powieść mu się udała i nawet została – ponoć – doceniona przez krytyków. Przeto mu się trochę to ego rozdęło. Ale kolejne powieści nie były już tak dobre, jednak zawsze warte przeczytania: Córka Generała (sfilmowana z Johnem Travoltą kilka lat temu, ale i tak rewelacyjny, jak zawsze, był John Cromwell), doskonała Śliwkowa Wyspa, słaby Gniew Lwa, dobre Nadejście Nocy i dobry Żywioł Ognia. Wcześniejsze powieści, przed Złotym Wybrzeżem, są takie sobie: ot solidne czytadła, nic więcej. Niedługo na polskim rynku ukarze się kontynuacja Złotego Wybrzeża pt. Adwokat Diabła. W Śliwkowej Wyspie udało się autorowi ponownie to, co osiągnął w Złotym Wybrzeżu, zatem nie tracę nadziei, że i w kontynuacji tej powieści nie zaniży poziomu.

Niemniej jednak okładkowe porównywanie tej powieści do amerykańskiego klasyka pt. „Wielki Gatsby” F.S. Fitzgeralda to trochę nieporozumienie. Zwłaszcza, że i Autor od takich porównań w swojej przedmowie nie stroni (ego, ech ego...). I to niefortunne zestawienie: „Wielki Gatsby spotyka Ojca Chrzestnego”... Ekranizację powieści Mario Puzo uwielbiam i znam na pamięć. Ale powieść jest co najwyżej dobrym czytadłem, które dopiero Francis Ford Coppola (wbrew sobie zresztą) unieśmiertelnił w swojej dylogii filmowej (i spointował w trzeciej, najsłabszej części filmowego dzieła). Jedyne co łączy Złote Wybrzeże z Wielkim Gatsbym to scenografia. Niepotrzebne jest dorabianie ideologii do dobrej powieści. Ona broni się sama, a takie porównania mogą ją co najwyżej ośmieszyć. Bo najtrafniejsze byłoby inne: potomek Wielkiego Gatsby spotyka podróbkę Ojca Chrzestnego.
Ale, pomijając ego autora i wydawcy (także polskiego), warto tej powieści poświęcić czas. Jest w niej oddany nastrój przemijania, końca pewnej epoki i początku następnej. Przy tym jest to powieść napisana w sposób inteligentny, barwny, żywy i fascynujący oraz zabawny. Chciałoby się takiej literatury popularnej więcej. Ale nawet literatura popularna (czymkolwiek jest ta... wiedźma), takie małe perełki „wypuszcza” z rzadka, w dni powszednie karmiąc pochłaniaczy książek nowymi Harlanami Cobenami i Danami Brownami (czy raczej jego/ich klonami). Naprawdę niecierpliwie czekam na paczuszkę z GATE HOUSE (Adwokatem Diabła – co za idiotyczny tytuł...).
Beata - 2008-11-03, 08:07
:
Lynn Cullen - "Córka Rembrandta"

Amsterdam, XVII wiek. Mieszkanie Rembrandta von Rijn, rok po śmierci malarza. Cornelia, jego najmłodsza córka – teraz już mężatka – likwiduje dom przed wyjazdem do Holenderskich Indii Wschodnich. Towarzyszy potencjalnym klientom przy oględzinach przeznaczonych na sprzedaż rekwizytów z pracowni ojca i wspomina przeszłość.

Cornelia nie miała łatwego życia – w dzieciństwie została osierocona przez matkę. Na dodatek ciążyło na niej piętno nieślubnego pochodzenia. Przez całe życie starała się sprostać oczekiwaniom innych ludzi – po śmierci matki próbowała prowadzić dom i dbać o ojca, wzorce akceptowalnego społecznie zachowania czerpała z książek. Tak naprawdę czuła się przytłoczona nadmiarem obowiązków, konwenansami, samotna i odsunięta na margines. Na dodatek odkryła, że przeszłość jej rodziny skrywa jakieś tajemnice.

Można powiedzieć – choć nie będzie to cała prawda – że „Córka Rembrandta” jest powieścią o dojrzewaniu Cornelii, o dorastaniu, o stawianiu czoła przeszłości. Autorce udało się bardzo przekonująco dać do zrozumienia czytelnikowi (bo wielu rzeczy Lynn Cullen nie mówi wprost), jak funkcjonuje psychika młodej dziewczyny, dziewczyny osieroconej przez matkę, a nierozumianej (we własnym przekonaniu) przez ojca. Ojca, dla którego wychowanie córki nie jest priorytetem – priorytetem jest Sztuka. I Sztuce właśnie Rembrandt podporządkowuje wszystko – całe swoje życie. I nie tylko swoje; przecież niemożliwe jest całkowite rozdzielenie życia osobistego i twórczości – wszak artysta nie może tworzyć bez emocji, całkiem na zimno – zatem wywiera, choćby nie chciał, wpływ na całe swoje otoczenie.

Można również twierdzić – i to też nie będzie cała prawda – że to po prostu historia pierwszej miłości Cornelii, zwykła obyczajowa powieść dla nastolatek, osadzona w historycznej scenerii. Bardzo dobrze oddanej scenerii, trzeba to wyraźnie stwierdzić. Autorka zadbała o realizm historyczny – ani przez moment nie miałam wątpliwości, że akcja toczy się w XVII-wiecznym Amsterdamie. A jest tak moim zdaniem dlatego, że Lynn Cullen udało się odtworzyć klimat holenderskiego miasta – nie tylko opisuje szczegóły stroju, czy przedstawia topografię niektórych dzielnic, ale również wplata w narrację smakowite obyczajowe kąski, dzięki którym czytelnik dowiaduje się, jak daleko w życie prywatne sięgała władza wspólnoty religijnej czy też presja otoczenia.

Można sądzić – i to także prawda, chociaż niecała – że to opowieść o malarstwie Rembrandta, o tym, jak malował w końcowym okresie życia, jak odszedł od modnej i ówcześnie akceptowanej techniki, jak próbował znaleźć własną drogę, jakie stawiał przed sobą zadania artystyczne. I jak bardzo bezkompromisowym artystą był – zmieniając styl malowania musiał przecież zdawać sobie sprawę, że klienci się od niego odwrócą, że przestaną kupować jego prace – a jednak zaryzykował wszystko. Zaryzykował i – w mniemaniu współczesnych – przegrał. Ale czy na pewno? Wszak dziś, z całej plejady holenderskich malarzy, to jego nazwisko jest najpowszechniej znane. Muszę przyznać, że dzięki tej książce więcej zapamiętałam o malarstwie Rembrandta i o realiach siedemnastowiecznego Amsterdamu, niż dzięki lekturze specjalistycznych opracowań.

Czym zatem jest ta książka? Nie odważyłabym się zaliczyć jej do żadnego gatunku – to jednocześnie opowieść obyczajowa z bardzo wiarygodnie zarysowanymi portretami psychologicznymi bohaterów, powieść historyczna i – jakby się ktoś mocno upierał – historia alternatywna z życia Rembrandta. Wartość książki zdecydowanie podnoszą znakomicie oddane realia historyczne – w zasadzie mam wrażenie, że autorka sięgnęła po schemat powieści obyczajowej, aby podzielić się wiedzą o malarzu i jego czasach, że najpierw był pomysł na szeroko rozumianą scenografię, a dopiero potem fabuła. I właśnie ten walor poznawczy, popularyzatorski jest dodatkową zaletą „Córki Rembrandta”.

7/10
Beata - 2008-11-05, 20:20
:
David Mitchell - "Atlas Chmur"

Co łączy cywilizację opartą wyłącznie na konsumpcjonizmie, przygody notariusza na Pacyfiku, koszmarną historię pewnego londyńskiego wydawcy, opowieść kompozytora, dziennikarskie śledztwo i gawędę mieszkańca Hawajów?

„Atlas Chmur” to zbiór sześciu obszernych opowiadań, pozornie całkowicie autonomicznych, różniących się wszystkimi możliwymi elementami literackimi: miejscem i czasem akcji, osobą bohatera, językiem i stylem narracji, formą literacką. Mamy tu XIX-wieczny pamiętnik, zbiór listów z lat 30. ubiegłego wieku, historię sensacyjną z lat 70., współczesną opowieść łotrzykowską, wywiad ze skazaną „przestępczynią”, opisującą swoje życie w korpokratycznej antyutopii (stosunkowo bliska przyszłość) i gawędę plemienną (dalsza przyszłość). I mimo, że między kolejnymi opowiadaniami nie istnieje żadne proste czy liniowe połączenie (kolejni bohaterowie nie są spokrewnieni, nawet nie mieszkają w tym samym mieście) to wszystkie historie mają jeden wspólny temat. Ale autor na tym nie poprzestaje – umieszcza w przedstawianych opowieściach drobne rekwizyty, które uważnemu czytelnikowi zapewniają dodatkowe poczucie ciągłości.

Kompozycja książki jest nietypowa – ustawione chronologicznie opowiadania urwane są w punkcie kulminacyjnym i rozpoczyna się następna opowieść. Lektura przypomina otwieranie rosyjskich matrioszek – przy czym szóste opowiadanie z akcją osadzoną w najdalszej, choć nieokreślonej, przyszłości, jest tą najbardziej wewnętrzną laleczką (jako jedyne jest zamieszczone w całości) – po czym następuje kolejne zamykanie figurek – dokończenia poszczególnych historii zamieszczone są w „lustrzanym” porządku. Jednak wcale nie utrudnia to lektury – wbrew pozorom ten zabieg tylko zaostrza ciekawość. Szczególnie, że autor potrafi zaskakiwać i nie waha się złamać podświadomie oczekiwanego przez czytelnika schematu fabularnego.

Każde z opowiadań napisane jest innym językiem – gdy zachodzi taka konieczność, autor nie stroni od stylizacji. Podoba mi się takie zróżnicowanie – dzięki temu postaci zyskują w moich oczach dodatkową wiarygodność – mówią językiem czasów, w których żyją. Podczas lektury uderza dbałość o szczegóły – autor nie wdaje się w długaśne opisy i rozbudowane dywagacje, po prostu wywołuje wielowarstwowe skojarzenia dzięki drobiazgom, krótkim i celnym uwagom, pozornie mimowolnym wzmiankom. Zresztą tak samo przekazuje charakterystyki postaci – w jednym z opowiadań bardzo epizodycznie pojawia się Spiro Agnew – niesławny wiceprezydent USA, łapownik i oszust podatkowy – i już czytelnik wyrabia sobie opinię na temat towarzyszących mu osób.

Przyznaję, że ilość skojarzeń z innymi lekturami, jakie wywołał u mnie „Atlas chmur”, pozytywnie mnie zaskoczyła. Jedna książka, tylko sześć opowiadań, a tak wiele powiązań z innymi autorami, igrania z konwencjami, zabawy z czytelnikiem, przymrużania oka. Lojalnie uprzedzam, że tej książki nie da się jedynie przekartkować, przeczytać tylko tam, gdzie „rzadko pisane”. David Mitchell jest wymagającym autorem, przy lekturze jego książek nie ma co liczyć na komentarz litościwego narratora czy obszerne wyjaśnienia wkładane w usta jednego z bohaterów – nic z tych rzeczy. To czytelnik decyduje, które z pozornie ukrytych treści odszyfruje i czego się domyśli. Lektura przypomina wędrówkę od jednej zagadki do kolejnej, a najpiękniejsze w tej podróży jest to, że nie otrzymuje się żadnego potwierdzenia, że rozwiązało się poprawnie wszystkie. Ba, znacznie łatwiej o wrażenie, że nawet nie rozpoznało się wielu. I dlatego wiem, że do tej książki z przyjemnością wrócę – z pewnością odkryję coś nowego.

10/10
Romulus - 2008-11-09, 12:05
:
ŻYWINA - Rafał Ziemkiewicz

Poseł Samoobrony, typowy dla tej partii prowincjonalny watażka, bezwzględny karierowicz z wrodzoną inteligencją, przyboczny samego Leppera - wraca sobie z popijawy u miejscowego szefa wszystkich szefów i rozbija się na zakręcie ginąc. Oto punkt wyjścia nowej powieści Rafała Ziemkiewicza. Powieści, która jest o wiele lepsza niż poprzednie dokonanie prozatorskie RAZ-a pt. Ciało Obce.

W nowej powieści Rafał Ziemkiewicz zrobił ni mniej ni więcej tylko sfabularyzował swoją publicystykę. I udało mu się to bardzo dobrze. Zarówno jeśli chodzi o styl, jak i fabułę. Zastrzegę jednak od razu, że "nie kupuję" tej jego Polski B, którą starał się sportretować. Opisana przez niego Polska prowincjonalna wcale nie jest taka zła, tak beznadziejnie skręcona i "umoczona" w stare-nowe układy. Ale przyjmuję, że autor po prostu dla własnych potrzeb ją nieco zdemonizował. Choć czasami przypominało mi to marne polskie seriale o lokalnym Układzie trzęsącym wszystkim, zawiadującym biurokracją, która może zniszczyć każdego, w którym tylko cwaniacy i kanalie czują się, jak ryby w wodzie. Choć nie jest to oderwane od realiów, to jednak w powieści tej, moim zdaniem, zostało wyolbrzymione. Tak jak w polskiej współczesnej prozie: albo prowincja polska zajmuje się głównie paleniem gejów i samotnych matek z dziećmi na stosach albo - jak u Ziemkiewicza - króluje mentalność pegieerowska, konserwowana starym układem, niemożnością wszystkiego.

To bardzo dobra powieść, napisana w kontrze, jak to u Ziemkiewicza. Może to jej słabość... Ale wolę tą słabość niż kolejny obraz o polskich nacjonalistach, gejożercach, żydożercach itp. Bo nawet to wyolbrzymienie polskich wad, to ich skupienie wszystkich w jednym miejscu na mapie tego kraju, jest o wiele prawdziwsze niż wspomniany przeze mnie przeciwny "nurt" polskiej prozy.

Obraz prowincji u Ziemkiewicza jest ponury i nie dający nadziei na lepsze jutro. Niby druga strona tego samego medalu, ale w dalszym ciągu ta sama i to łączy tą powieść z jej "przeciwniczkami" z innego, "salonowego" bieguna: popadanie w skrajność. Ale też, może z winy własnych kompleksów, światopoglądowych przekonań, bardziej do mnie to trafia. Tak jak obraz Polaka na zagranicznym "salonie", który, aby zasłużyć na bycie jego częścią musi najpierw złożyć służalczą samokrytykę za polski "nacjonalizm", "katolicyzm", "szowinizm", "antysemityzm" itd. Bo i przed takim szyderstwem nie zatrzymał się Rafał Ziemkiewicz.

Czytanie tego autora, mimo tych wad, jest zdrowo pobudzające i wybijające z samozadowolenia. Choć RAZ fantastyki już nie pisze, nie mogę się powstrzymać od marzenia: co by było gdyby napisał fantastykę, na takiej "nucie", kontrze? Odpowiedź prosta: dobrze by było...

Polecam tą powieść, bo mimo wyolbrzymień jest autentyczna, żywa i pasjonująca. Żal mi się było odrywać od tego nieprzyjemnego świata i błądzącego w nim cynicznego głównego bohatera - dziennikarza podążającego tropem zmarłego posła Żywiny, który wcale nie przechodzi jakiegoś cudownego przemienienia, ale może finałowe, przypadające na dni śmierci Jana Pawła II, otrzeźwienie - ma właśnie dać nadzieję. To już moje złudzenie, bo Ziemkiewicz wcale nie porywa się w tej powieści nawet na tyle.
Tigana - 2008-11-09, 23:51
:
„Przywilej skóry” Karen Slaughter

Cykle to przekleństwo współczesnej literatury popularnej. Wystarczy żeby dany tytuł „chwycił”, a pojedyncza książka rozrasta się do mającego monstrualne rozmiary cyklu. Gdyby tak jeszcze kolejne tomy trzymały poziom – niestety zazwyczaj po dwóch, trzech tytułach autorowi zaczyna brakować świeżych pomysłów i zaczyna się odcinanie kuponów. Drugim równie ważnym problem, przed którym stoi potencjalny czytelnik, są powiązanie pomiędzy poszczególnymi tomami. Część pisarzy stara się, z lepszym lub gorszym skutkiem by kolejne książki stanowiły oddzielną całość, inni piszą „powieść rzekę”. A jak na tym tle prezentuje się „Przywilej skóry” Karen Slaughter będący już szóstym tomem cyklu o przygodach Jeffreya Tolliver i Sary Linton?
Najnowsza odsłona cyklu to kawałek rasowego thrillera. Główny wątek stanowi śledztwo w sprawie morderstwa, w które zamieszana jest Lena Adams – współpracowniczka głównych bohaterów. Dochodzenie szybko zaczyna zataczać coraz szersze kręgi, a tropy prowadzą w środowisko handlarzy narkotyków, skinheadów oraz upiór przeszłości.
„Przywilej skóry” czyta się bardzo dobrze. Autorka potrafi w zajmujący sposób opisać zabite dechami miasteczko, sekcje zwłok, jak i psychologiczne rozterki bohaterów. Pomimo tego, że w książce nie ma spektakularnych scen akcji (strzelanin czy pościgów samochodowych czytelnik nie uświadczy) Slaughter potrafi utrzymać napięcie od pierwszej do ostatniej strony. Duża w tym zasługa ciekawej konstrukcji książki – główny wątek jest przedzielony retrospekcjami, z których dowiadujemy się jakie wydarzenia doprowadziły do oskarżenia Leny Adams. Zabieg dość prosty, ale skuteczny. Tym bardziej, że prawie każda taka retrospekcja jest zakończona dramatycznym zawieszeniem akcji. Sama zagadka kryminalna została dobrze skonstruowana, a działania bohaterów są logiczne i nie przypominają rozwiązań deus ex machina. Na plus książki należy również zapisać fakt, że autorka skutecznie myli topy i czytelnik do ostatniego momentu nie wie, kto stoi na czele przestępczej siatki. W końcu samo zakończenie – jedno z najbardziej zaskakujących, z jakim miałem okazje ostatnio się spotkać.
Jak już wyżej wspomniałem „Przywilej skóry” to szósta część cyklu – stąd autorce nie udało się uciec od licznych nawiązań do poprzednich tomów. Owszem nie padają tu jakieś kluczowe wiadomości dotyczące np. tożsamości przestępców czy kluczowych zwrotów akcji, ale dostajemy za to mnóstwo informacji na temat dawnego życia osobistego bohaterów. Mnie osobiście zabieg ten, mający prawdopodobnie na celu przybliżenie czytelnikom postaci bohaterów, nie przypadł do gustu. Tym bardziej, że część z tych informacji była w książce powtarzana do znudzenia. Pomimo tych wad można traktować „Przywilej skóry” jako osobną książkę, a nieznajomość poprzednich części nie powinno stanowić większego problemu.
Najnowsza powieść Karen Slaughter pozytywnie wyróżnia się na tle innych kryminałów i thrillerów zalegających w naszych księgarniach. Powiem więcej – ciekawa fabuła, wiarygodne postaci i zaskakujące zakończenie czynią z niej łakomy kąsek dla każdego konesera gatunku. Nie zawiodą się również czytelnicy, którzy sięgają po thrillery sporadycznie – dobra powieść rozrywkowa broni się sama. A taką bez wątpienia jest

„Przywilej skóry”
Ocena 6/10

Beata - 2008-11-15, 18:36
:
Marcin Przybyłek - "Gamedec: Zabaweczki. Błyski"

Na początek informacja porządkowa: kolejny, trzeci już tom przygód Torkila Aymore został ze względów wydawniczych (liczy ponad 1000 stron) podzielony na dwie części – „Gamedec: Zabaweczki. Błyski” oraz „Gamedec: Zabaweczki. Sztorm”, ta ostatnia do sprzedaży trafi na początku przyszłego roku. Zatem niniejsza recenzja jest nietypowa – dotyczy tylko połowy książki.

Po zwycięskiej walce z „Bestią” Torkil wraz z przyjaciółmi emigruje na Gaję. W podróż wyrusza sześć statków kolonizacyjnych, do planety dociera tylko pięć z nich – Medusa z pięćdziesięcioma tysiącami pasażerów na pokładzie ginie gdzieś w kosmosie. Tymczasem na Ziemi przyjaciel Torkila zostaje zamordowany, na Gai także zaczynają ginąć ludzie – również ci, z którymi gamedec kontaktował się po przylocie. Torkil przeczuwa, że to jeszcze nie koniec zmagań z cyfrowym zagrożeniem. Jednak musi działać sam, bo obawia się o bezpieczeństwo przyjaciół. Ale brakuje mu czasu. Zbyt wiele zadań, zbyt wiele konieczności. Konieczne jest poszukiwanie w kosmosie zaginionego statku, konieczna jest podróż na Ziemię i wyjaśnienie morderstwa przyjaciela, konieczne jest pozostanie na Gai i poprowadzenie śledztwa na miejscu. Powinien być w trzech miejscach jednocześnie… wbrew pozorom na początku 2300 roku to możliwe.

Autor nie oszczędza czytelnika – od pierwszych stron powieści wręcz przytłacza nowościami – na Gai obowiązuje czas uniwersalny, oparty na systemie dziesiętnym. Oczywiście, wiąże się z tym nowe nazewnictwo – gajańskie cetnia i mona są krótsze od ziemskich sekund i minut, ale za to hekta jest dłuższa od godziny. Dek (odpowiednik ziemskiego tygodnia) liczy dziesięć dni, pięć deków tworzy gajański miesiąc (pendek). Na dodatek w kalendarzu jest tylko dziesięć miesięcy – nie ma listopada i grudnia. A Boże Narodzenie przeniesiono na inny termin.
Również miary kątów są wyrażane w gradusach, a nie w stopniach. Gwiazdy rysują na gajańskim niebie inne kształty, horyzont jest dużo dalej niż na Ziemi, dzienne niebo ma brzoskwiniowo-złoty kolor. Wszystkie te szczegóły w pierwszej chwili oszałamiają, ale każdy z nich jest uzasadniony i przypomina czytelnikowi, że Torkil stał się mieszkańcem innej planety. Autor wykorzystuje wprowadzone zmiany do przedstawienia różnych „smaczków” obyczajowych – począwszy od trywialnego (pozornie) kłopotu z określeniem czasu przygotowywania potraw – kuchenki wykalibrowane są w gajańskich jednostkach czasu, a przywiezione z Ziemi przepisy kulinarne oparte o ziemskie jednostki, aż po prawdopodobną zmianę niektórych przysłów – skoro kąt pełny liczy 400 gradów, to gajańska wersja przysłowia: „zmienić zdanie o 180 stopni” powinna brzmieć: „zmienić zdanie o 200 gradusów” (szkoda, że akurat w tym przypadku korekta położyła puentę).

Należy zauważyć, że autor nie poprzestał na jednorazowej, niezmiennej kreacji świata przyszłości i umieszczaniu w nim kolejnych – mniej lub bardziej wymyślnych – przygód gamedeca. Przeciwnie – świat Torkila ewoluuje, zmienia się niemal z dnia na dzień. W każdym kolejnym tomie Marcin Przybyłek wzbogaca stworzoną przez siebie wizję przyszłości o nowe szczegóły. Ale nie poprzestaje na wymyślaniu nowych gadżetów, które oddaje do dyspozycji bohaterów – szacuje też wpływ nowych urządzeń technicznych na codzienne życie ludzi.

Autor nie powtarza się, nie streszcza poprzednich tomów – po prostu kontynuuje opowieść. Odwołuje się przy tym do poprzednich przygód Torkila, ciągnie zawiązane tam wątki i czyni to w dobrym tempie. Nie unika dosadnych, mocnych słów, jednak ani jeden wulgaryzm nie został użyty w celu epatowania czytelnika – po prostu rozwój fabuły i stopień zdenerwowania bohatera w niektórych scenach w pełni uzasadniają takie słownictwo. A w innych, nieco bardziej intymnych chwilach Torkil jest niemal poetą…

Należy docenić umiejętności autora do przedstawiania specjalistycznych zagadnień w sposób dostosowany do wymogów powieści fabularnej (z konieczności uproszczony) – tak, aby nie odstraszyć czytelnika, ale i nie przekroczyć granicy prawdopodobieństwa. Wszystkie kierunki rozwoju, zmiany w przyszłości, jakie przedstawia autor, są mniej lub bardziej prawdopodobne i nie nadużywają cierpliwości ani tolerancji nawet „technicznego” czytelnika. I właśnie dlatego niecierpliwie czekam na dokończenie tej historii.
Romulus - 2008-11-17, 18:45
:
DENNIS LEHANE - CORONADO

Dennis Lehane nie jest szeroko znany w Polsce. W porównaniu z takim Harlanem Cobenem jego powieści nie są tak hitowe, łatwe i przyjemne. Na pewno jednak są inteligentniejsze i... smutniejsze. Bohaterowie, których kreuje autor to nie są na ogół sympatyczne postaci, herosi, którzy nie dośpią a rozwiążą zagadkę po to, aby sprawiedliwość zatriumfowała. A nawet triumf (jeśli takowy może nadejść) zazwyczaj jest smutnym epilogiem; oczywistą i wcale nie wzniosłą ani krzepiącą konsekwencją.

Najbardziej znane powieści Dennisa Lehane to "Rzeka Tajemnic" przeniesiona na ekran w reżyserii Clinta Eastwooda; "Wyspa Skazańców", którą ponoć ekranizuje Martin Scorsese oraz "cykl" o parze prywatnych detektywów z Bostonu, który również doczekał się przyzwoitej ekranizacji w reżyserii Bena Afflecka ("Gone Baby Gone").

CORONADO jeszcze nie ukazało się w Polsce. Jest to zbiór opowiadań, niepokojących, trochę melancholijnych w wymowie i nastroju, pisanych w sposób poruszający czytelnika. Ich poziom jest zróżnicowany: od wybitnych po średnie. Nie ma w tym zbiorze ani jednego słabego.

Pierwsze z nich to RUNNING OUT OF DOG rozgrywające się w małej mieścinie na południu Stanów, gdzie kłębiące się emocje, podskóne napięcie, nie tyle skrywane co tłumione uczucia w końcu znajdą ujście za sprawą złamanego serca i dającej pewność siebie ostateczności - strzelby. To historia tak naprawdę o tym, że walka z większym złem za pomocą mniejszego zła to złudzenie a cena do zapłacenia za to co-zrobić-należało nie daje satysfakcji nikomu.

ICU to skrót od Intensive Care Unit ale można je także odczytać inaczej: I see you. I chyba tak należy odczytywać tytuł tego opowiadania, które ma lekko kafkowską aurę, gdyż jego bohater z niewiadomych dla siebie powodów staje się obiektem zainteresowania enigmatycznych agentów równie enigmatycznych służb. Gdybym chciał wysilić umysł to napisałbym, że jest to swoiste odniesienie do liberalnych amerykańskich "strachów" przed inwigilacją, kontrolą, które są żywe - choćby po kilku inicjatywach ustawodawczych odsuniętych od władzy Republikanów. Ale jest to dosyć zabawne - jak na Dennisa Lehane - opowiadanie, na które można po prostu spojrzeć, jak na krótkie studium rodzącej się paranoi, bez żadnych podtektsów.

GONE DOWN TO CORPUS. Czasy wojny wietnamskiej. Dwójka nastolatków włamuje się do opustoszałego domu, gdzie - absurdalnie niejako - znajdują spokojny azyl a w nim mogą spojrzeć na siebie i swoje życie pozbawione większych perspektyw.

MUSHROOMS - dziewczyna i chłopak, przestępstwo. Kto kim manipuluje, kto jest ofiarą...

UNTIL GWEN. To bez wątpienia perełka w tym zbiorze. I jedyne opowiadanie Dennisa Lehane, które ukazało się po polsku (kiedyś tygodnik Przekrój dołączył je do jednego z wydań). To jest bez wątpienia arcydzieło. Opowiadanie nasycone emocjami, pozbawione większej akcji, skupiające się na powolnie zbliżającym się, nieuchronnym finale. To historia ostatniej rozgrywki między Ojcem i Synem. Po kilku latach wychodzi z więzienia, już wie, że jego ukochana Gwen - jedyna istota, która miała jakiekolwiek znaczenie w jego pozbawionym tożsamości życiu - nie żyje. Nie dała bowiem znaku życia a zabił ją na pewno Ojciec w poszukiwaniu diamentu wartego 3 miliony dolarów. Z małych fragmentów wspomnień ułożony został obraz ponurego związku i miłości, która mogła być ratunkiem, zbawieniem. Droga jednak wiedzie do grobu Gwen i do finału obmyślonej zemsty na Ojcu. Trochę mnie chwyciło to opowiadanie za trzewia, bo kipi od odskórnych emocji, które czekają na ujście, które jest - co za brak niespodzianki - bezcelowe, bo nie niesie żadnej ekspiacji ani ulgi. Ale musi nadejść.

Wreszcie tyułowe CORONADO. To w zasadzie sztuka w dwóch aktach, będąca dodatkowo wariacją na temat Until Gwen, w którą autor wplótł jeszcze jeden wątek, aby domknąć życie bohatera w pewien sposób. Wariacja to złe słowo. Może lepszym byłoby określenie: pogłębiona wersja.

Po skończeniu tych opowiadań (jak i samych powieści autora) trudno wrócić z uśmiechem do rzeczywistości. Są jak mroczna poezja.
Beata - 2008-11-18, 08:18
:
Anne Bishop - "Córka Krwawych" czyli Landrynkowe dziecko ratuje świat

Po lekturze informacji na czwartej stronie okładki i odautorskiego wstępu oczekiwałam, że „Córka Krwawych”, pierwszy tom trylogii Czarnych Kamieni, okaże się historią z gatunku romantic fantasy – epicką opowieścią rozgrywającą się w alternatywnym świecie, w którym działa magia i w którym przez obdarzenie bohaterów wyrazistymi profilami psychologicznymi, autorka chce wypowiedzieć się w ważnych dla niej kwestiach, na przykład moralnych. Niestety, bardzo ciekawa koncepcja ontologicznej zamiany miejscami dobra i zła (ciemność jest dobra, a światło – złe) została zmarnowana przez infantylne (wręcz landrynkowe) przedstawienie postaci, powierzchownie potraktowany opis świata i serwowanie bez żadnego umiaru i celu opisów przeróżnych seksualnych okrucieństw i perwersji.

Postać głównej bohaterki i obiektu Proroctwa jest opisana w sposób obrzydliwie wręcz landrynkowy. Siedmioletnie dziecko ma urodę zdradzającą, że będzie prawdziwą pięknością – według autorki są to szafirowe oczy i długie blond włosy. Charakterologicznie posiada wyłącznie zalety – rozumie, czym jest lojalność wobec przyjaciół i ich nie zdradza, pragnie się uczyć i sama wyszukuje nauczycieli, jest grzeczna, nikogo nie obraża, nie psoci, nie kłamie… po prostu dziecko idealne. Ponadto potrafi sobą oczarować wszystkich – łącznie z najpotężniejszym z potężnych – Księciem Ciemności. I na dodatek jest skłonna do poświęceń.
Pozostałe postaci są nie tylko wyraziste (co wcale nie jest wadą), ale i całkowicie jednoznaczne (a to już drażni). Źli ludzie są źli do szpiku kości, nie sposób doszukać się u nich ani cienia zalety, zaś postaci pozytywne są przeraźliwie dobre, na ich charakterze nie ma żadnych rys. Logika postępowania bohaterów momentami budzi wątpliwości – mimo przyznania im przez autorkę różnych atrybutów, nie wykorzystują całego posiadanego potencjału.

Świat rzeczywisty – ten w którym żyją ludzie i przedstawiciele innych ras, jest przedstawiony bardzo powierzchownie. Administracyjnie podzielony na Terytoria, które są prawdopodobnie odpowiednikiem państw. Używam słowa „prawdopodobnie”, bo w książce nie ma ani śladu informacji o historii czy ekonomii Terytoriów – wiadomo tylko, że jedno z Terytoriów, Askavi, zostało spustoszone przez nadmierną eksploatację, a na terenie innego znajdują się kopalnie soli. Z treści książki wynika, że zamieszkująca Terytoria ludność – o ile nie należy do Dworu – trudni się krawiectwem, malarstwem, świadczeniem przeróżnych usług seksualnych i prowadzeniem oberży (oberże w powieści są bardzo ważne – to w nich właśnie córki oberżystów są regularnie gwałcone i nierzadko mordowane). I to wszystko – na szczęście autorka ujawnia, że środkiem transportu są konie, zatem nie wykluczam istnienia garbarni i rynku usług rymarskich.

Terytoria mają różne nazwy i są przedmiotem walki o władzę. Niestety, nigdzie nie ma ani jednej wzmianki na temat administrowania czy zarządzania poszczególnymi krajami – królowe zajmują się wyłącznie rywalizacją między sobą oraz upokarzaniem seksualnym mężczyzn. Mężczyźni, którzy nie są aktualnie upokarzani i wykorzystywani, spędzają czas w oberżach. A szczególnie niepokorni mają założony na penis (nota bene nazywany eufemistycznie „organem”) Pierścień Posłuszeństwa. W zestawieniu ze szczegółowo przedstawioną procedurą kastracji czy też z opisami gwałtu nastolatek, taka troska o niezgorszenie czytelnika jest po prostu śmieszna.
Ponadto, nie wydaje mi się, aby upadek jakiejkolwiek cywilizacji czy kultury można było uzasadnić skupiając się jedynie na opisach perwersji seksualnych. Uważam, że nasilenie występowania wynaturzeń tego typu może towarzyszyć upadkowi, a nie być jego przyczyną. W książce zabrakło mi przede wszystkim choćby wzmianki o istnieniu jakichś niekorzystnych czynników ekonomicznych czy politycznych, których splot mógłby spowodować destrukcję.

Od strony językowej patrząc, książka jest bardzo nierówna. Na przykład autorka wikła się w fizyczne nieprawdopodobieństwa. Proszę sobie wyobrazić sytuację, w której wieszczka, siedząc, wygłasza Bardzo Ważne Proroctwo. Osoba słuchająca natęża uwagę, przyklęka, kładzie dłonie na dłoniach wieszczki. Do tego momentu wszystko jest w porządku, sytuacja jest prawdopodobna i fizycznie możliwa do zaaranżowania – łatwo sobie wyobrazić, jak osoba słuchająca wręcz spija z ust wieszczki poszczególne słowa i wpatrując się w nią z uwagą, stara się żadnego nie uronić. Ale autorka wprowadza innowację – osoba słuchająca przyklęka ZA wieszczką i z zza jej pleców (obejmując wraz z kibicią wieszczki również oparcie fotela czy siedziska) kładzie swoje dłonie… itd. Fizycznie możliwe? Owszem, ale nienaturalne. I raczej uniemożliwia zachowanie kontaktu wzrokowego.
Na dodatek odbiór książki utrudnia tłumaczenie (bardzo chciałabym odkryć, o co chodzi w zdaniu: „Askavi stanęło na Hayll okrakiem wieki temu.”; przypominam, że Askavi i Hayll to nazwy krain) i praktycznie brak korekty w prologu i pierwszym rozdziale utworu (liczne błędy gramatyczne, składniowe i stylistyczne).

Podsumowując – nie oczekuję na publikację kolejnych tomów. I nawet postać Wielkiego Pana Piekła, potraktowana w sposób bardzo humorystyczny (boi się własnej kucharki) mnie nie zachęca.
Sharin - 2008-11-19, 22:58
:
Jarosław Grzędowicz „Popiół i kurz. Opowieść ze świata pomiędzy”

Na początek od razu wyjaśnię, że piszę we własnym imieniu. Za wszelkie odstępstwa gramatyczne z góry przepraszam, gdyż mogą pojawić się w tekście wstawione przeze mnie zupełnie przypadkowo.

Spoilers!

Prolog. Obol dla Lilith.
Opowiadanie podobało mi się.
Język autora i atmosfera panująca w tekście uważam za plus. Najlepiej trafił w moje upodobania literacki opis żony Błażeja - Doroty, do której idealnie wręcz pasuje słowo modliszka, jak zauważył pan Jarosław. Dlaczego ono mnie tak urzekło? Hhmm... Może wynika to z faktu, że na studiach miałem styczność z jedną czy dwiema takimi osobami? Nie wiem, ale Grzędowicz chyba osiągnął to co zamierzał: mój strach przed spotkaniem takiej dziewczyny na swojej drodze ;)
Oczywiście są też elementy, które sprawiły, iż nie uważam opowiadania za arcydzieło. Nie przypadł mi do gustu sam pomysł wykorzystania postaci Lilith. Po prostu nie lubię, gdy ukazuje się ją jako pierwszą żonę Adama, która w obecnych czasach nie ma nic innego do roboty jak tylko gnębić facetów, zsyłać na nich plagi egipskie i rujnować im doszczętnie życie. I za co? Mianowicie: „za upodobanie do przygody, za to, że mężczyzna nie słucha, nie interesuje się, nie zapewnia, czepia się, pali, śmierdzi, ogląda mecze, za to, że jest mężczyzną”. Jedno z podań o Lilith zostało spłaszczone w sposób po prostu niesmaczny. Grzędowicz zrobił z niej jakąś maniakalną feministkę, mścicielkę, która w szale złości rodzi demony niczym Matka Obcych z filmu Ridleya Scotta. Nie podobał mi się ten motyw.
Na zakończenie powiem, że uśmiech na mojej twarzy wywołała postać Alderona. Przypominała mi Van Helsinga w kreacji Hugh Jackmana.

Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy.
Znudziła mnie. Stylistycznie może być, ale w sumie kim jestem by o tym wyrokować :/ Język ponownie podobał mi się i tyle, wszak pan Jarosław nie jest jakimś tam początkującym pismakiem.
Co mi się nie podobało? Przede wszystkim za dużo w tej książce było, według mnie, cynizmu na dzisiejsze czasy. Bez przerwy pojawiały się wstawki o tym jakie to społeczeństwo nie jest głupie, jaki to świat jest do bani, jak to wszystkim ludziom żyje się źle, itd. Litości! Przecież ja nie wziąłem do ręki traktatu filozoficznego tylko powieść, która ma mnie zaciekawić, zachęcić do jej przeczytania. Jedną krytykę na nasz świat za oknem ścierpiałbym, ale one się pojawiają niemalże co trzy kartki O_o Co za dużo to niezdrowo.
Kolejna uwaga. O czym jest ta książka? Po przeczytaniu 150 stron jedyne co do mnie docierało to fakt, że jestem zdezorientowany. Odnoszę wrażenie, że pan Jarosław miał fajny pomysł, ale gdzieś tam po drodze uciekł mu on a winna jest temu ta cała paplanina o tym jaki to świat żywych jest zły a kraina Pomiędzy nic, tylko wypełniona popiołem i kurzem (te dwa wyrazy chyba najczęściej pojawiają się w całym tekście). Wstęp do wątku głównego został naprawdę fajnie, z posmakiem tajemnicy i grozy przedstawiony. Niestety od momentu, w którym Charon dowiaduje się, że ukradli mu ciało jest coraz gorzej. Jak dla mnie ostatnie 100 stron to tragedia. Autor zarzuca nas jakimiś zdarzeniami, w stylu: spotkanie z nawiedzoną wdową (która czeka na męża niczym bohaterka filmu „Inni”); zetknięcie z nawiedzonym UB-ekami, itd., które de facto nic nie wnoszą do wątku głównego :> A później idzie na łatwiznę i wyjaśnia wszystko na 30 kartkach, jakby napisanie jeszcze 100 było jakaś zbrodnią, za którą trafi na same dno piekielnych czeluści. Co, więcej rozśmieszyła mnie metamorfoza tajemniczego, mega złego Mnicha w wielkim pałającym ciemnością płaszczu (od razu stanął mi przed oczyma władca Upiorów Pierścienia), który na ostatnich stronach wykazuje nagle skruchę za swoje błędy, pychę i prosi naszego bohatera o pomoc. Według mnie było to złe i nieprzemyślane zakończenie.
Acha. Wiedźma Patrycja „z rozrzuconymi szeroko rękoma i nogami, jak człowiek z rysunku Leonarda do Vinci, wśród dziesiątków świec i kaganków” od razu skojarzyła mi się z bohaterką powieści Dana Browna ;) Zdziwiło mnie też, że wiedźma mogła wpaść na pomysł, aby samej odprawić egzorcyzmy i to na sobie O_o A wydawało mi się, że powiedziała, iż pochodzi z wielowiekowej, pamiętającej czasy średniowieczne rodziny. Gdzie ta pokoleniowa mądrość?

Ocena całości: 5/10.
Popiół i kurz.

„Zresztą buty to podstawowy przejaw cywilizacji. Prędzej zostanie wysłuchany człowiek bez spodni niż taki, który nie ma butów”.
Fajny tekst ;)

Pozdrawiam!
Sharin, Pigeon Slayer
Tigana - 2008-11-21, 18:36
:
Siergiej Łukjanienko "Czystopis"

W Internecie od czasu do czasu można spotkać się z opinią, że Siergiej Łukjanienko należy do grona pisarzy, którym „wychodzi” co druga książka. Część recenzentów rozpływa się w pochwałach opisując nieszablonowe zawiązania akcji, nowatorskie podejście do gatunku, a równocześnie ciskają gromy za rozczarowujące zakończenie. Jaka jest prawda? Jak zwykle leży ona pośrodku. Nie da się ukryć, że np na cykl o „Patrolach” składają się dwie bardzo udane powieści i kolejne dwie mocno przeciętne. A co do zakończeń – końcówka „Spektrum” pozostawiła po sobie wielki niedosyt. Z drugiej strony, niejako dla równowagi mamy znakomite zwieńczenie dylogii „Zimne brzeg”/”Nastaje świt”. Szkoda tylko, że recenzowany „Czystopis” można zapisać do tej pierwszej kategorii.
Podstawowy zarzutem jaki należy postawić najnowszej książce Siergieja Łukjanienki to źle skonstruowana fabuła. Głównym bohater dylogii Kirył Maksimow postanawia odnaleźć matecznik funkcyjnych, Arkan, i wyzwolić Ziemię spod ich wpływu. Jego przeciwnicy jednak czuwają i rozpoczyna się trwający całą książkę pościg. Niestety, zabrakło gdzieś napięcia i wątek pogoni, zamiast wciągać, bardzo szybko zaczyna nudzić. Tym bardziej, że Maksimow należy do grona postaci, które nawet gdy są przyparte do muru i, jak się zdaje, nie mają żadnych szans znajdują cudowne wyjście z opresji.
Nie przypadł mi także do gustu pomysł z przywróceniem do życia jednego z głównych bohaterów, ot takie niczym nie uzasadnione czary mary. Również pomysł, że główny bohater, chociaż już były funkcyjny, zachował część mocy uważam za chybiony – o wiele ciekawszy, moim zdaniem, byłaby historia zmagań zwykłego człowieka z przeciwnikiem, który przewyższałby go pod każdym niemal względem. Satysfakcji nie przynosi także rozbity na kilka kulminacyjnych scen finał – w rezultacie zakończenie wydaje się rozmyte.
Podsumowując fabuła „Czystopisu” nie wnosi do akcji żadnych nowych elementów w stosunku do pierwszego tomu. Można wręcz odnieść wrażenie, że rosyjskiemu pisarzowi nowych pomysłów wystarczyło tylko na pierwszą powieść.
Powyższe narzekania nie oznaczają jednak, że dostaliśmy do rąk kompletnie nieudaną książkę. Ba, powiem więcej – chciałbym żeby wielu innych autorów popełniało równie „słabe” utwory. Po prostu Łukjanienko przyzwyczaił nas do czegoś innego, lepszego, stojącego na wyższym poziomie. „Czystopis” zawiera bowiem wszystko to za co już zdążyliśmy polubić prozę rosyjskiego pisarza – wartką akcję, żywych bohaterów, sporo ciekawych pomysłów, a równocześnie nie wnosi niczego czego jeszcze byśmy nie znali z wcześniejszych książek pisarza. Owszem możemy zachwycać się kreacją Opoki rządzonej silną ręka przez kościół katolicki czy muzułmańskim Werozem. Zapada w pamięć „polski” epizod, który jak żaden inny pokazuj jak wiele łączy nas z Rosjanami. Do tego dochodzi spora liczba odautorskich wtrętów dotyczących wschodniego sposobu patrzenia na świat – chociażby fragment poświęcony Tatarom. Problem polega na tym, iż te części składowe nie stanowią o całości książki – są porozrzucanymi gdzieniegdzie perełkami, które pokazują jaką książka mógłby być „Czystopis”.

Najnowsze dzieło Łukjanienki rozczarowuje. I tylko trzeba się zastanowić czy dlatego, że mamy do czynienia ze słabszą książką czy też przyzwyczajeni do poziomu z „Spektrum” czy „Labiryntu złudzeń” postawiliśmy zbyt wysoko poprzeczkę. Najlepiej na to pytanie odpowiedzą chyba nowi czytelnicy, którzy dopiero rozpoczynają przygodę z twórczością rosyjskiego pisarza. Być może dla nich dylogia „Brudnopis/ „Czystopis” będzie przepustką, która otworzy nowy rozdział w ich czytelniczym życiu. A pozostałym przyjdzie poczekać na nową, oby lepszą książkę.

Ocena 6/10
Maeg - 2008-11-21, 22:24
:
Stephen King - Ręka mistrza

King kiedyś wspominał, że po skończeniu „Mrocznej wieży” mógłby przejść na pisarską emeryturę. Widocznie jednak nie chce, bo po ostatnim tomie cyklu zdążył napisać już trzy powieści. Słabą „Komórkę”, przeciętną „Historię Lisey”, a ostatnio – „Rękę mistrza”. Czy król horroru powrócił w końcu do dobrej formy?

Wszystko zaczyna się od nieszczęśliwego wypadku, z którego Edgar Freemantle, główny bohater powieści cudem wychodzi żywy. Żywy, ale nie cały – stracił jedną rękę i ma problemy z pamięcią. W ramach terapii jego psycholog zaleca mu zmienić na jakiś czas miejsce zamieszkania. W ten sposób Freemantale tafia na Florydę, a dokładnie na wyspę o nazwie Duma Key. Tak w skrócie przedstawia się początek fabuły „Ręki mistrza”, która jeśli się nie mylę, jest pierwszą powieścią osadzoną przez autora w tym stanie.

Pierwszą myślą o książce, która przyszła mi do głowy po lekturze, sprowadza się do stwierdzenia „nierówna”. Pierwsze 430 stron to raczej powieść obyczajowa z elementami horroru. Akcja rozwija się leniwie, śledzimy proces powolnej rekonwalescencji głównego bohatera, poznajemy razem z nim jego sąsiadów. W tę sielankową wizję King co jakiś czas wplata jednak elementy grozy. Można powiedzieć, że autor powoli, stopniowo buduje napięcie, że nie spiesząc się, przygotowuje grunt pod finał powieści. Można, oczywiście, ale przez 2/3 książki? W tym czasie też odkrywa przed nami kolejne elementy układanki. Odniosłem wrażenie, że najwięcej zdradza nam w retrospekcjach. Informacji jest na tyle dużo, iż przed samym finałem wielu rzeczy można się domyśleć. Sam finał zaś mnie również nie zachwycił, niby akcja przyspieszyła, niby to już rasowy horror, ale nie wywołał on choćby małego dreszczyku emocji.

„Ręka mistrza” nie jest pozycją słabą. Jest dobrze napisaną powieścią, ze stosunkowo ciekawymi postaciami. King potrafi pisać o zwykłych rzeczach w taki sposób, że nie nudzi czytelnika. Niestety prowadząc fabułę, autor nadal stosuje chwyty, z których jest już znany. Wspomnę tylko ten najbardziej mnie irytujący, czyli zapowiedź śmierci jakiejś postaci. Na utwór można spojrzeć też z innej strony. Wtedy ważnym jej elementem staje się przemiana, jaka staje się udziałem głównego bohatera. Obserwujemy, jak radzi sobie z tragedią, która go dotknęła, i jak dzięki ciężkiej pracy wychodzi na prostą. Motyw to oczywiście dobrze znany, często spotykany w dziełach zza wielkiej wody.

Ostatnio byłem świadkiem krótkiej wymiany zdań na pewnym forum, gdzie padło sformułowanie, które idealnie pasuje do „Ręki mistrza”. Niektórzy autorzy piszą pod dyktando swoich czytelników, tworząc powieści takie, jakich się od nich oczekuje. Taka właśnie jest najnowsza książka Kinga. Trafi zapewne w gusta fanów autora, bo jest to powieść, jaką w pewnym sensie znają i lubią już przed lekturą. Choć pewnie nawet część tych fanów będzie narzekać na zbyt długi i rozwleczony początek powieści. Osobiście wolę, gdy King odchodzi od dobrze znanych jemu i jego czytelnikom szlaków i pisze takie powieści jak „Wielki marsz” czy „Roland”. Zaś osobom, dla których twórczość autora „Lśnienia” jest obojętna, a które chciałyby przeczytać jakiś horror, mogę napisać, że „Ręka mistrza” niekoniecznie będzie najlepszym wyborem, równie dobrze mogą sięgnąć po inną książkę z tego gatunku.
Tigana - 2008-11-22, 21:23
:
Romuald Pawlak „Smocze gniazdo”

Wedle słów Romualda Pawlaka „Smocze gniazdo” to trzecie a zarazem ostatnie spotkanie z pogodnikiem trzeciej kategorii Rosselinem i jego nieodłącznym towarzyszem smokiem Filipponem. Raczej dobrze się stało, ponieważ w trakcie lektury odniosłem wrażenie, że autor nie jest w stanie już niczym zaskoczyć czytelników, a jedynie powiela stare pomysły.

Weźmy pod lupę fabułę. W dużej mierze składa się z wypróbowanych już wcześniej motywów. Mag Rosselin nadal odwleka termin ślubu, zmiennokształtny smok wciąż wywołuje tarapaty na cesarskim dworze, a karzeł Garzful po raz wtóry dostaje bolesną nauczkę. Na dobrą sprawę jedynym novum w książce jest wizyta w krainie smoków, gdzie Filippon ma okazję poznać swoich pobratymców. Inna sprawa, że i w poprzednich książkach nasza para bohaterów miała okazje do podróżowania po świecie Fertu.

Oczywiście można przyjąć, że jeśli mamy do czynienia z dobrze ocenianym przez czytelników cyklem, to nie ma powodów, by eksperymentować – bądź co bądź „lepsze wrogiem dobrego”. Moim zdaniem jednak w „Smoczym gnieździe” przydałoby się nieco świeżej krwi, powiewu nowości. Największe zastrzeżenia, co do fabuły, budzi we mnie jednak nie wtórność fabuły, a sama końcówka książki. Rozumiem, że trzeba było pewne rzeczy wyjaśnić, doprowadzić do końcu, ale wariant wybrany przez Pawlaka, klasyczne deus ex machina, wydaje mi się najgorszym z możliwych.

W jednej z poprzednich recenzji pisałem, że nie oczekuję od polskich pisarzy dowcipu na poziomie Terry’ego Pratchetta, niemniej sama nazwa, humorystyczna fantasy, do czegoś zobowiązuje. Tymczasem w „Smoczym smoku” wielu okazji do śmiechu nie znalazłem. Wprawdzie znajdzie się tu kilka niezłych scenek, dialogów, które ratują sytuację, ale jak na prawie trzystustronicową książkę to trochę mało. W efekcie książka, która miała być zabawna, czytelników prawie nie bawi, a głównie – mdli. Inna sprawa, że poczucie humoru to rzecz względna i być może inne osoby znajdą tu więcej sposobności do śmiechu.

Na szczęście Pawlak nie zapomniał, jak się pisze książki i „Smocze gniazdo” czyta się bardzo szybko. Akcja toczy się wartko, Rosselin i Filippon co i rusz wpadają w nowe tarapaty. Do tego dochodzą magiczne pojedynki, pościgi i spektakularne ucieczki. Znajdziemy także w powieści kilka odniesień do naszej rzeczywistości.

„Smocze gniazdo” to pozycja skierowana głównie do fanów przygód pogodnika i jego smoka. Osobom, które chciałyby je poznać dopiero teraz, doradzałbym najpierw lekturę poprzednich części. Ich nieznajomość może spowodować pewne kłopoty w zrozumieniu fabuły książki. Tylko czy w ogóle warto sięgać do cykl o Rosselinim i Filipponie? – osobiście polecałbym miłośnikom fantasy na wesoło raczej dowolną książkę Terry’ego Pratchetta. Zaś jeśli ktoś zdecydowałby się zaznajomić z twórczością Pawlaka, to proponowałbym zbiór opowiadań „Wilcza krew, smoczy ogień” – bodajże najlepszą jak dotąd książkę w dorobku pisarza.
Jander - 2008-11-23, 13:34
:
Polaris – Jack McDevitt

Jack McDevitt bywa nazywany następcą Isaaca Asimova i Arthura C. Clarke'a. Ile w takich stwierdzeniach prawdy, a ile chęci wykorzystania znanych nazwisk nieżyjących autorów do zareklamowania książki? McDevitt był nominowany do Nebuli za prawie każdą powieść, a jego „Smykałka do wojny” bardzo przypadła mi do gustu. Po „Polaris”, następną powieść z serii o Alexie Benedikcie, sprzedawcy antyków, sięgnąłem nastawiony pozytywnie, ale bez nadmiernych oczekiwań.

Powieść jest luźno związana z poprzednią książką, kilkakrotnie wspomniane są wydarzenia ze „Smykałki do wojny”, ale jej znajomość nie jest istotna podczas lektury „Polaris”. Książka rozpoczyna się historią tajemniczego zniknięcia pasażerów statku, którzy uczestniczyli w obserwacji rzadkiego zjawiska kosmicznego. Zagadka nie została rozwiązana, ale zainteresowanie incydentem Polaris pozostało. Z okazji 60. rocznicy wydarzeń organizowana jest aukcja przedmiotów, które znaleziono na statku-widmo. Na niej pojawiają się nasi bohaterowie: Alex Benedict i Chase Kolpath, która przejęła od Alexa funkcję narratora wydarzeń. Nasza dwójka próbuje oczywiście rozwiązać zagadkę tajemniczego zniknięcia, wszak ostatnio udało im się odkryć tajemnicę wydarzeń sprzed 200 lat. Czemu miałoby się nie udać teraz?

Autor powtarza błędy poprzedniej powieści – kreśli bohaterów do cna papierowych; ważnych postaci jest w „Polaris” trochę więcej niż w „Smykałce” i żadna z nich nie przejawia nawet pozorów realności. Świat natomiast został tylko nieco bardziej rozbudowany, pojawiły się inne ludzkie kultury prócz tej głównej, „amerykańskiej” – zmiana to jednak raczej tylko kosmetyczna. Pojawia się dyktator rządzący żelazną ręką ludem (narodem? społeczeństwem? kulturą? nie wiadomo), niechętny wobec technologii, ale że znika dość szybko z kart powieści, trudno mówić o rzeczywistym wzbogaceniu kreacji świata. Kreacji, której można postawić naprawdę wiele zarzutów.

McDevitt roztrząsa w powieści kilka naukowych problemów i przedstawia propozycje ich rozwiązania – ktoś znający kwestie techniczne i fizyczne zapewne będzie zadowolony, lecz fabuły to nie ratuje. Główna zagadka i motywy działań pojawiających się bohaterów (bynajmniej nie głównych – im zależy tylko na zaspokojeniu swojej ciekawości) są dosyć interesujące, dotyczą kwestii długowieczności i przeludnienia w epoce zasiedlenia kosmosu, jak również nadpisywania osobowości przestępców w ramach resocjalizacji. Szkoda, że przy tych całkiem niezłych pomysłach, wykonanie, zastosowane rozwiązania pozostawiają duży niedosyt. Wiele spośród fabularnych zagadek czytelnik rozgryza już w połowie powieści, dlatego dziwi, gdy Alex pod koniec odkrywa w sobie duszę detektywa i tłumaczy narratorce (a pośrednio czytelnikowi) przebieg wydarzeń.

Trudno mi jednoznacznie ocenić tę powieść. Z jednej strony wykonanie jest raczej gorsze niż w przypadku poprzedniej części (dopuszczam możliwość, że to kwestia dobrego tłumaczenia „Smykałki” przez Jolantę Pers), która jednak i tak pozostawiała pod względem warsztatowym wiele do życzenia. Z drugiej strony pewne poruszane kwestie niepokoją, zakorzeniają się w głowie; w pamięci czytelnika zostaje ślad po „Polaris”, tym bardziej, że autor nie podaje jedynego właściwego etycznego podejścia do kreślonych problemów przyszłości, pozostawiając je w gestii odbiorcy. To jednak mało – nie mogę z czystym sumieniem polecić nowej powieści McDevitta. W przyszłości zaś będę ostrożniejszy, podejmując decyzję, czy po następną jego książkę sięgnąć, czy nie.
Sharin - 2008-11-25, 14:02
:
Rober Silverberg „Człowiek w labiryncie”

To moje pierwsze spotkanie z tym autorem, ale po przeczytaniu niniejszej pozycji zapewniam was, że na pewno nie będzie ostatnie. Już dziś zabieram się za „Stację Hawksbilla”.

Spoilers!

„Dawno, dawno temu w odległej galaktyce...” żył sobie Richard Muller.
Nasz bohater już od maleńkości jest wielkim fanem kosmosu. Pragnie, jak każdy młodzieniec: zwiedzać wszechświat, badać nowe zjawiska, doznawać rozkosznych doznań oraz zapisać się na stałe w dziejach ludzkości. Można powiedzieć, iż jest to odpowiednik naszego Ijona Tichego, tyle, że jest zdecydowanie bardziej roztropny. Jak każdy facet lubi towarzystwo kobiet, zimne piwo, masaż oraz spędzać czas na snuciu fantazji na temat własnych dokonań. W wieku 60 lat dochodzi do wniosku, że pod pewnymi względami podobny jest do Boga. Bardzo szybko jednak zostaje wyprowadzony z błędu!
Panu Mullerowi wszystko układa się wspaniale, aż do momentu kiedy jego długoletni znajomy proponuje mu udział w niezwykle ważnej dla ludzkości misji, mianowicie w wyprawie na Beta Hydri IV, gdzie ma nawiązać pierwszy w historii kontakt z obcą rasą. Nasz zapalony odkrywca oczywiście godzi się wziąć w niej udział, nie zważając na żadne niebezpieczeństwa. Po kilku miesiącach wraca na Ziemię, ale już nie do końca jest sobą. Można powiedzieć, że podczas misji badawczej zostaje obarczony tajemniczą skazą, która powoduje, iż ludzi z którymi ma styczność dopada przygnębienie, rozpacz, smutek i tym podobne uczucia. Jak można łatwo przewidzieć ludzkość nie zamierza cierpieć z jego powodu i nie pamiętając o jego zasługach odcina się od niego.
Jeden z bohaterów książki tak wypowiada się o Richardzie Mullerze:
„Jest po prostu człowiekiem dotkniętym okropną chorobą ducha: odczuwa wstręt na widok swoich bliźnich, więc z pewnością ludzie Ziemi są radzi, że się go pozbyli”.
Na skutki ‘choroby’ nie trzeba długo czekać i Muller w przypływie fali smutku mieszającego się z rozgoryczeniem postanawia udać się na dobrowolne wygnanie i w tym celu ląduje na planecie Lemnos, która znana jest z tego, że znajduje się na niej tajemnicze miasto-labirynt. Przebywając na niej zamieszkuje w centrum miasta-labiryntu, do którego aby się dostać trzeba pokonać wiele śmiertelnych pułapek. Przez dziewięć lat stopniowo odkrywa tajemnice miasta; między innymi dowiaduje się, że było ono zamieszkane przed wieloma tysiącleciami przez bardzo inteligentną, humanoidalną rasę. Po oględzinach jej wynalazków wnioskuje, że stała na bardzo wysokim poziomie rozwoju technologicznego, jednak ciągle nie może poznać przyczyny ich odejścia, czy też może zagłady.
”Nie mniej tajemniczy był akwedukt. Wokół całej Strefy B biegło zamknięte, chyba onyksowe, koryto z kanciastymi kranami co pięćdziesiąt metrów. Gdy podstawiał pod którymś z nich jakiekolwiek naczynie, nawet stuloną dłoń, leciała czysta woda. Gdy jednak próbował wsadzić do kranu palec, okazało się, że nie ma wylotu i wcale wylotu nie widział nawet jak woda spływała. Zupełnie tak, jak gdyby wyciekała przez jakąś przepuszczalną kamienną zatyczkę. Uważał to za niemożliwość. Ale cieszył się, że ma wodę pitną, źródlaną, doskonałą w smaku”.
Naszemu bohaterowi życie upływa spokojnie. Przyzwyczaja się do otaczającego go środowiska i w gruncie rzeczy niczego mu nie brakuje. Po latach samotności okazuje się jednak, że ludzkość nie zapomniała o nim i od tego momentu zaczyna sprawdzać się stare powiedzenie – „Jak trwoga to do Boga”. W obliczu zagrożenia ze strony innej cywilizacji dawni współpracownicy Mullera przypominają sobie o nim i po raz kolejny pragną go wykorzystać w myśl zasady „cel uświęca środki”. Na Lemnos pojawia się wieloosobowa ekspedycja, która wszelkimi dostępnymi jej środkami próbuje dostać się do środka labiryntu i nawiązać kontakt z jego mieszkańcem. Jak to się wszystko kończy? O tym przekonajcie się już sami ;)

O czym jest ta książka?
Według mnie o człowieku, który ukazywał prawdę. Richard Muller był odkrywcą, badaczem kosmosu i przez całe życie marzył, aby być przydatnym dla ludzkości. Moim zdaniem dopiął swego i został kimś więcej. Mianowicie - nauczycielem ludzkości, jej oskarżycielem i pasem transmitującym prawdę o niej.
Skąd takie moje przekonanie?
Przez całą niemalże książkę jej bohaterowie uczą się, że wszechświat jest to zimny, okrutny ‘drań’, z którym należy walczyć. Zmagać się z jego tajemnicami, dążyć do poznania go w celu zabezpieczenia się przed ewentualnym zagrożeniem z jego strony. Jedynie pan Muller twierdzi, że choć jest w tym dużo racji to jednak prawdą jest także fakt, że czynią go takim istoty, które go zamieszkują.. Daje jasno do zrozumienia, że także człowiek jest temu zjawisku winien! Nikt inny, ale właśnie istota ludzka i inne rasy są złe, podłe, bezwzględne, itd. Pyta się: dlaczego tak bardzo ‘pchamy się’ w gwiazdy? Po chwili odpowiada: żeby je poznać i zabezpieczyć się przed nieznanym, przed obcymi. Muller przekonuje wprost – człowiek boi się inności.
„Zabijać obcych, oto prawo wszechświata. A jeżeli nie zabijać, to bodaj trochę przydusić. (...) Gdyby kiedykolwiek na którejś z naszych planet wylądował jakiś nieznany statek kosmiczny, poddalibyśmy go kwarantannie, załogę byśmy uwięzili i przesłuchiwali aż do zgładzenia jej”.
O tym, że nie jest to jedynie cecha ludzi przekonuje mnie miasto-labirynt. Śmiercionośna pułapka dla każdego intruza z zewnątrz.
Moim zdaniem właśnie z powodu tych ‘objawień’ emanujących od Mullera ludzkość nie jest w stanie znieść jego obecności. Skaza jaką został obarczony to nic innego jak ‘psychologiczny pas prawdy o człowieku’.
„Smutki Mullera nie były smutkami tylko osobistymi, on transmitował ni mniej ni więcej tylko świadomość kar, jakie Kosmos obmyśla, dla swoich mieszkańców. Rawlins czuł się wtedy nastrojony na każdy dysonans Wszechstworzenia – zaprzepaszczone szanse, zawiedzone miłości, słowa pochopne, nieuzasadnione żale, chciwość i żądze, sztylet zawiści, kwas rozczarowania, jadowity ząb czasu, zagłada maleńkich owadów w zimie, łzy stworzeń bożych. Poznał wtedy starzenie się, utratę, niemoc, furię, bezradność, samotność, pogardę dla siebie i obłęd. Usłyszał niemy wrzask kosmicznego gniewu.
- Czy wszyscy jesteśmy tacy? – zastanawiał się”
.

Zdecydowanie polecam!
Sharin, Pigeon Slayer
Beata - 2008-11-25, 21:29
:
Naomi Novik - "Imperium kości słoniowej"

Biorąc do ręki „Imperium kości słoniowej”, czwarty tom cyklu „Temeraire”, obawiałam się wszystkiego najgorszego. Nie ma co ukrywać – pierwszy tom: „Smok Jego Królewskiej Mości” rozbudził moje nadzieje, które rozwiewały się w miarę lektury kolejnych części. Części, które – choć nie były całkiem złe – to jednak znacząco gorsze od pierwszego tomu. A teraz, po lekturze, z prawdziwą przyjemnością oświadczam, że moje obawy były płonne – autorka wróciła na poziom otwarcia.

Po azjatyckich peregrynacjach Temeraire i Will Laurence wracają do Wielkiej Brytanii. Sprowadzają ze sobą sojuszników – grupę dzikich smoków z Turkiestanu. I całe szczęście, gdyż kraj stoi w obliczu militarnej klęski – wyspy nawiedziła smocza zaraza i większość brytyjskich smoków nie jest zdolna do walki. Tymczasem Napoleon nasila patrole, wszystkie oznaki wskazują na zbliżającą się inwazję. Brytyjczykom najbardziej potrzebny jest czas. Czas i lekarstwo na zarazę. Jedynie Temeraire wykazuje odporność na tę chorobę, zatem słusznym wydaje się wniosek, że smok już wcześniej, zupełnie przypadkowo, natrafił na lekarstwo. Trop wiedzie do Kapsztadu…

Po raz pierwszy w cyklu (a to już czwarty tom!) autorka porzuca historię w znanej nam wersji i zmienia dzieje Afryki. W opublikowanym niedawno na łamach Katedry wywiadzie Naomi Novik argumentuje, że nie mogła tego uczynić wcześniej w odniesieniu do Wielkiej Brytanii czy Francji, gdyż fakt posiadania smoków nie wpływa na zmianę równowagi sił w Europie w sytuacji, gdy wszystkie strony konfliktu mają je i wykorzystują. Przyjmuję to wyjaśnienie, ale wcale nie zmniejsza ono mojego zaniepokojenia – być może trochę na wyrost obawiam się, że zanim autorka zdąży opowiedzieć o zmianach historycznych w innych częściach świata, cykl rozrośnie się do monstrualnych rozmiarów.

Akcja powieści postępuje szybko – jedno wydarzenie goni drugie. Ich następstwo logiczne również nie budzi wątpliwości z fabularnego punktu widzenia. Oczywiście, można dyskutować nad stopniem prawdopodobieństwa niektórych opisanych przez autorkę zdarzeń czy procesów historycznych, ale taka dyskusja prowadzi donikąd – wszak w świecie powieści wszystkie rozwiązania są równoprawne, o ile tylko są stosownie umotywowane. A tutaj wyjaśnienia są podane – być może nieco uproszczone, być może nieco naiwne. Jednak to nie jest rozprawa naukowa, a powieść przygodowa, która dopuszcza takie uproszczenia.

Wprawdzie autorka nadal usiłuje przekonać cały świat, że niewolnictwo jest złe, ale także – i to akurat czyni znacznie zręczniej – porusza inną kwestię moralną: czy naprawdę osiągnięcie celu usprawiedliwia zastosowanie wszystkich środków? Przedstawia argumenty „za” i „przeciw”, na jednej szali kładzie obowiązek wobec ojczyzny, możliwość szybszego zakończenia wojny i ocalenie być może wielu istnień, na drugiej – uczciwość i honor. Nie są to tylko rozważania teoretyczne – Temeraire i jego kapitan zostają postawieni przed konkretnym problemem, który sami muszą rozstrzygnąć. I ponieść konsekwencje dokonanego wyboru (ale to już w następnym tomie).

Nie mam nic do zarzucenia psychologii postaci – motywy działania wszystkich bohaterów są wiarygodne i przekonujące. Na podkreślenie zasługuje fakt, że nawet postaci dalekiego planu nie są płaskie i bezbarwne. W opowieści pojawiają się znane nam osobistości historyczne, którym autorka przypisuje konkretne cechy charakteru. Nie jestem w stanie ocenić, na ile Nelson był zapatrzonym w siebie bufonem, a admirał Gambier – uparciuchem, ślepo przywiązanym do własnych poglądów, ale dzięki temu zabiegowi autorce udało się przybliżyć te postaci czytelnikowi.

Reasumując, książka jest opowieścią przygodową, osadzoną w realiach wojen napoleońskich, wzbogaconą o element fantasy, z akcją utrzymaną w dobrym tempie, z wiarygodnie przedstawionymi postaciami, adresowaną przede wszystkim do młodszego czytelnika.
Sharin - 2008-11-29, 16:59
:
Robert Silverberg „Stacja Hawksbilla

Rząd totalitarny, który choć ‘na dobre’ pozbywa się wrogów politycznych to jednak ich nie zabija? Tak. Odpowiedzią na powyższe pytanie jest Stacja Hawksbilla.

UWAGA! UWAGA!
Wszystkich rewolucyjnych, kontrrewolucyjnych wywrotowców zapraszamy do odwiedzenia naszego pensjonatu – Stacja Hawksbilla. Jest to ośrodek położony w bardzo spokojnej okolicy, gdzie na pewno nic nie będzie zakłócało Państwu wypoczynku. Wszędzie cisza i spokój. Wszystko jest u nas najwyższej jakości:
- skalne prycze w doskonały sposób przywrócą równowagę duchową;
- nieskalane dwutlenkiem węgla powietrze zapewni odprężenie i relaks;
- owoce morza wyśmienicie wpłynął na Państwa metabolizm.
Ośrodek położony w epoce kambru jest najlepszym pensjonatem w tamtym okresie. Można powiedzieć, że jesteśmy jedyni w tejże branży.
SERDECZNIE ZAPRASZAMY!
Bilet ważny tylko w jedną stronę.

Książkę przeczytałem jednym tchem.
Na samym początku myślałem, że będzie to mroczna, tajemnicza historia, gdzie trup ściele się gęsto, gmachy rządowe wybuchają a jakiś samotny komandos postanawia zostać Rambo XXI wieku. Nic takiego nie miało jednak miejsca.
Spotkałem się za to ze zmęczonym ciągłą ‘walką rewolucyjną’, Jimem Barrettem, wokół którego toczą się dwa wątki: życie mikrospołeczeństwa stacji Hawksbilla oraz rozwój ruchu oporu. Autor opowiada nam równolegle dwa etapy życia tego głównego bohatera. Umiejętnie łączy je i dostraja, tak że wspólnie przedstawiają bardzo wciągającą kompozycję.
W książce Silverberga spotkałem wielu ludzi, którzy związali swe życie z ideą rewolucji. Historia jej ‘dojrzewania’ jest chyba osią główną całego utworu. Bardzo często autor zmusza czytelnika do tego, aby zastanowił się on nad aspektami postępowania różnych ośrodków politycznych. Wskazuje na możliwe drogi działania. Nie mówię, że ‘naucza’! Chyba lepszym sformułowaniem jest wyraz ‘wytyka’. Tak, wytyka błędy różnych koncepcji ideologicznych. Tych przemądrzałych gadek nie jest jednak za wiele. Książka bowiem nie jest pseudo traktatem filozoficznym, ale zwykłym czytadłem, w którym w ciekawy sposób opisywana jest droga rewolucji do chwały.


Na zakończenie powiem, że autor w jasny, rzeczowy sposób przekonał mnie o dwóch rzeczach.
Po pierwsze: nawet najbardziej zagorzali marzyciele mogą okazać się racjonalistami, jeżeli od tego zależy ich przeżycie.
Po drugie: systematycznie opadająca kropla na jedno miejsce w skale jest w stanie wyżłobić na niej rysę, która z czasem doprowadzi do rozpadu całego ‘kamienia’.
Wiem, że nie są to tezy jakoś specjalnie odkrywcze, ale rzadko mam okazję czytać o nich w książkach.

Za nie właśnie pan Silverberg otrzymuje wielkie i zadowolone z siebie – 7 :mrgreen:

Pozdrawiam!
Sharin, Pigeon Slayer
Ł - 2008-12-01, 11:34
:
Jacek Dukaj - Perfekcyjna Niedoskonałość

Perfekcyjną niedoskonałość” darzę wielkim sentymentem. Była pierwszym kontaktem z prozą Jacka Dukaja i patrząc z dzisiejszej perspektywy, dziwne, że wówczas się nie zraziłem. Zrozumiałem wtedy z lektury naprawdę niewiele, miejscami męcząc się bardzo – a wcale nie było to tak dawno temu. Ale chwyciłem bakcyla, pochłaniałem inne powieści autora, docierałem do opowiadań i, czytając, często odnosiłem ich treść właśnie do pierwszego kontaktu z prozą Dukaja. Zebrało się trochę tego – dlatego recenzja będzie mocno porównawcza i adresuję ją głównie do fanów, którzy na Dukaju już trochę zjedli zębów. Zresztą nie widzę sensu pisać standardowej recenzji cztery lata po właściwej premierze książki a osiem lat po jej napisaniu; nowe wydanie to świetny pretekst do całościowego ujęcia zagadnienia wraz z kontekstem. A nowa „Perfekcyjna…” to odświeżona, ale niezmieniona szata graficzna i twarda okładka. Edycja przezacna, moim zdaniem najlepiej prezentująca się z nowych wydań Dukaja. Brak jedynie tego przewrotnego lustrzanego „N” w nazwie. A szkoda – uroczy niuansik.

Był taki moment, że inny utwór Jacka Dukaja rzucił mi całkowicie nowe światło na „Perfekcyjną…” – darujcie przewrotność, ale, żeby zobrazować sedno, posłużę się cytatem z samej książki: „Wystarczająco długo pracowałem na komputerach. Tak naprawdę programy nie ewoluują. One się nawarstwiają. Dwudziesty dziewiąty wiek, tak? Założę się, że gdybym dostatecznie głęboko pogrzebał, znalazłbym tu u podstaw jakieś MSWindows czy jeszcze prymitywniejsze DOS-y”. „Perfekcyjna Niedoskonałość”, tak? Pogrzeb wystarczająco głęboko a znajdziesz całe „Irrehaare”. I nie chodzi tylko o powtarzalność pewnych wątków z osobna; Dukaj przyzwyczaił nas już do pewnego typu głównego bohatera i określonego mechanizmu jego ewolucji. Echa „Irrehaare” da się usłyszeć w różnych dłuższych formach twórcy – w „Innych pieśniach” czy nawet w „Lodzie”. To opowiadanie postrzegam jako swego rodzaju kamień milowy w twórczości Dukaja, który rzutuje na jego największe literackie osiągnięcia, w przeciwieństwie do wielu innych krótkich form, które okazały się ślepymi uliczkami. Problem „Perfekcyjnej…” polega na tym, że tu zbieżność nie ogranicza się do występowania podobnych motywów, tylko wręcz do przekalkowania całego scenariusza, a następnie nawarstwienia go światem po wielokroć bardziej skomplikowanym, większą ilością bohaterów, rozciągniętą intrygą. Wciąż zmiana bardziej ilościowa niż jakościowa. Skutkująca autentycznym déjà vu. I konfuzją – jak traktować te utwory? „Irrehaare” jako wersje demo „Perfekcyjnej…”, literackiego wcześniaka, czy „Perfekcyjną…” jako niepotrzebne dłubanie przy „Irrehaare”? Można oczywiście uznać, że jedno jest opowiadaniem a drugie powieścią i nie ma, i nie może być, porównania. Ja jednak upieram się, że jak najbardziej porównanie takie jest zasadne i wcale nie trzeba podtrzymywać go subiektywnym déjà vu, wystarczy zrobić wypunktowane streszczenie obu utworów i porównać. Jest to dla mnie gra o sumie zerowej – pozytywna ocena jednego rzutuje automatycznie na deprecjonowanie drugiego. Dukaj postawił mnie w niekomfortowej sytuacji.

Dlatego skupię się na razie na owym „nawarstwieniu”, starając się postrzegać je autonomicznie w stosunku do powyższego dylematu, bo na takie traktowanie w moim mniemaniu zasługuje. Przede wszystkim znajduję tu główny plus powieści, czyli konstrukcję świata.

Akcja „Perfekcyjnej…” ma miejsce w XXIX wieku, a właściwie w X(X)IX wieku. Jeden „X” można wziąć z czystym sumieniem w nawias – świat przyszłości przypomina daleko bardziej XIX wiek, niż chciałby tego główny bohater powieści, co szczególnie widać w strukturze społeczno-politycznej mieszkańców wszechświatów. Dukaj nie pozostawia złudzeń – to ekonomia urządza rzeczywistość. Nawet prawa progresu są jej podporządkowane, co świetnie pokazuje przykład Judasa McPhersona, zwykłego homo sapiens, który rozdaje wszakże karty w tym wielowymiarowym pokerze, dyktując warunki bytom wyższym (a może to byty wyższe chcą takich pozorów?). Ekonomia powołuje do życia państwo jako pomocniczą protezę, mającą być gwarantem przestrzegania umów oraz obiektywnym arbitrem – to właśnie Cesarz, nie wykazujący żadnych cech władcy absolutnego – to tylko programowalna manifestacja władzy wykonawczej i sądowniczej o charakterze instrumentalnym. Wszystko odbywa się w ramach umowy społecznej, mającej zresztą charakter faktyczny (umowa fundacyjna) a nie domniemany. Cenzus dopuszczenia do władzy wyznacza oczywiście nic innego jak tylko majątek, – dlatego 99% mieszkańców Cywilizacji HS nie jest jej obywatelami. Konstrukcja świata „Perfekcyjnej niedoskonałości” to renesans myśli Johna Locke’a (protowertykalista?) i Herberta Spencera (protohoryzontalista?). Uwikłany w tę rzeczywistość Zamoyski (mimowolny ambasador współczesnych schematów myślenia) przeżywa nie tylko zaburzenia własnej tożsamości, ale i wartości elementarnych. Przedstawiony liberalny materializm nie jest jednak wyzwolony od mistyki, opowiadanie tego wątku stanowi najsubtelniejszą część książki, tak subtelną, że chyba faktycznie dobrym posunięciem było zacytowanie przez samego autora bezpośrednio P. T. de Chardina. Ta niedosłowność wymaga od każdego czytelnika samodzielnego pochylenia się nad utworem.

Fabuła nosi znamiona kryminału – zaczyna się od niezwykłego morderstwa, które uruchamia całą lawinę wydarzeń, rzucających coraz to nowe światła na wyjściowe zdarzenie. Brak tu jednak ciekawskiego detektywa, który na przekór wszystkim… – w istocie postacie pchnięte są na drogę poznania prawdy przez siły zewnętrzne o niejednoznacznej tożsamości. Czasem motywacja ogranicza się do zwierzęcej woli życia – w świecie, gdzie można archiwizować osobowość, nabiera to szczególnego znaczenia, tworzy kolejny poziom książki, jakim są rozważania nad determinizmem czy raczej – nad możliwością zdystansowania się od jego wpływu na siebie. W tym kontekście ważną postacią wydaje mi się Angelika McPherson. To ciekawa kreacja, warta wzmianki również w związku z całą dotychczasową twórczością Jacka Dukaja. W „Irrehaare” nie znajduje odpowiednika, a na tle innych pierwszoplanowych postaci kobiecych w późniejszych powieściach wypada oryginalnie. „Kobiety” Dukaja przypominają „kobiety” Dicka – są to sylwetki tajemniczych femme fatale, z którymi główny bohater wiecznie gra, niekoniecznie znając zasady („Inne pieśni”, „Lód”). Angelika jest inna – brak jej cechy obcego żywiołu, zaryzykowałbym twierdzenie, że w istocie ona i Zamoyski tworzą jednego zbiorowego głównego bohatera. Nie tylko dlatego, że sytuacja „skazuje” ich na siebie, ale ponieważ w istocie wykazuje ich duchowe pokrewieństwo. Pewna scena, która gdyby była obrazem to tylko w formie tryptyku z Zamoyskim w jego centrum – świetnie osadza i tłumaczy rolę Angeliki w całej powieści. Kolejny plus dla „Perfekcyjnej…” – wspomniana wyżej subtelność niektórych przekazów. Być może wyłapywanie (a może konstruowanie?) tych podtekstów wynika z tego, że jestem świeżo po lekturze – niemniej książka zostawia bardzo duże pole do takich spekulacji.

Zamierzenie zawarłem w tej recenzji sporo pytań i pozostawiłem sporo kwestii otwartych. Ma to związek z kolejnym czynnikiem. Nie sposób oceniać „Perfekcyjną…”, nie biorąc pod uwagę tego, że jest początkiem większej całości. Dlatego wcześniejszy i, jakby nie było, mój główny zarzut o bliźniaczość osi fabularnej z „Irrehaare”, należy wziąć w nawias. Jest to jednak swoisty kredyt zaufania ode mnie dla „Perfekcyjnej niedoskonałości” – spodziewam się, że jej fabuła, będzie tylko punktem wyjścia dla czegoś naprawdę porażającego, jakościowego przełomu, który zdecydowanie wyjdzie poza to, co oferowało już wielokrotnie przywoływane opowiadanie. W istocie nie postawiono jeszcze kropki nad „i”; „Perfekcyjną…” należy traktować jako koło zębate, które zostanie dopiero wstawione do całego zegara. Można ocenić jakość tego elementu, ale bez wiedzy, jak zostanie umiejscowione w całości, jaki z tego pożytek? Dlatego troszkę martwią mnie deklaracje Jacka Dukaja krytycznie oceniającego „Perfekcyjną…”, uzależniającego powstanie następnych tercji Progresu od uzyskania instrumentów naukowych, które pomogą mu kreować światy odmiennych fizyk. Rzetelność czy sprytny wybieg? A może oba naraz? Nie sposób rozróżnić. Utwór ten, zależnie od jego przyszłego rozwinięcia, może okazać się wielkim sukcesem lub wielką porażką pisarza, tymczasem zaś wisi nad nim trochę jak miecz Damoklesa.
Beata - 2008-12-09, 17:10
:
Bernard Cornwell - „Hellequin. Jeźdźcy z piekieł”

Wielkanoc roku 1342. Noc. Spokojny sen mieszkańców małej wioski na angielskim wybrzeżu przerywa atak francuskich piratów. I noc zamienia się w koszmar – wszyscy mężczyźni zostają zamordowani, a kobiety zniewolone i uprowadzone przez napastników. Śmierci unika tylko jeden mieszkaniec wioski – młody Thomas, łucznik z zamiłowania. Podczas ataku napastnicy kradną z miejscowego kościoła cenną relikwię – włócznię świętego Jerzego. Nad ranem Thomas odnajduje dogorywającego ojca i poznaje nazwisko przywódcy napastników. A także dowiaduje się, że ów bandyta, to nie kto inny, jak jego brat stryjeczny – zaprzedany ciemności Hellequin – jeździec z piekieł.

Brzmi banalnie, prawda? Wydawałoby się, że schemat fabularny książki jest aż boleśnie oczywisty – młodzieniec zaprzysięga zemstę i przez resztę utworu ściga niegodziwca, pokonuje rozliczne przeszkody, stawia czoło niebezpieczeństwom i wrogom, na koniec wygrywa, odzyskuje świętą relikwię, niejako po drodze zdobywa serce i rękę pięknej księżniczki i w chwale wraca do domu. Otóż nic właśnie. Owszem, Thomas powodowany chęcią odwetu wstępuje do angielskiej armii i wraz z nią uczestniczy w walkach we Francji. Owszem, Thomas pokonuje rozliczne przeszkody i wrogów, ale nie dąży ślepo do wypełnienia przysięgi – przeciwnie, jest o włos od złamania słowa. I to nie jeden raz… Owszem, spotyka prawdziwą piękność, ale… jak to w życiu bywa, nie wszystko złoto, co się świeci. Jednym słowem autor co krok unika banału, wyłamuje się ze schematu.

Bernard Cornwell przedstawił losy Thomasa na tle jednej z kampanii wojny stuletniej, zakończonej bitwą pod Crécy. Bogactwo szczegółów historycznych jest tak przeogromne, że czytelnik w miarę lektury ma wrażenie, że wątek osobistych przygód Thomasa jest tylko pretekstem – na plan pierwszy wybijają się opisy podstępów, bitew, potyczek podane tak interesująco, że wydaje się, że to historia wojny jest głównym bohaterem książki. Nie znaczy to, że losy głównego bohatera są zaniedbane przez autora – nic bardziej błędnego, po prostu zostały ukazane na zgodnym z historią tle i przez to zyskały dodatkową wiarygodność. W żadnym momencie powieści nie miałam wrażenia, że w losy Thomasa ingeruje jakiś wszechwiedzący narrator i w nadprzyrodzony sposób wpływa na jego postępowanie – każde działanie bohatera logicznie wynika z jego wcześniejszych doświadczeń, jest umotywowane. Tak po prostu mogło być.

Kolejnym plusem powieści są wiarygodni psychologicznie bohaterowie. I to nie tylko ci z najbliższego otoczenia Thomasa. Znane z historii postaci królów czy wodzów poszczególnych kampanii wojskowych są opisane bardzo plastycznie – tak bardzo, że ma się wrażenie, że autor znał tych ludzi osobiście. To nie są tekturowe figurki, które można dowolnie przesuwać po planszy. Każdy z tych ludzi ma charakter i osobowość. I żadna postać nie jest jednoznaczna – wszyscy kryją w duszy i dobro, i zło. Są prawdziwi.

Dodatkową premią dla czytelnika jest odmalowanie mentalności epoki, zarówno w zakresie średniowiecznego chrześcijaństwa (duchowni żegnają się z przerażeniem na wzmiankę o herezji katarskiej, a nie protestują, gdy obiektem kultu jest łapa „świętego” psa), jak i obyczajowości. Z kim nam kojarzy się postać średniowiecznego rycerza? Z turniejami (również poetyckimi), prawością, galanterią wobec dam – to na ogół pierwsze skojarzenia, prawda? A tymczasem Bernard Cornwell konsekwentnie odbrązawia ten wizerunek – ci szlachetni rycerze są niewykształceni, nieobyci, prymitywni – od pospólstwa różnią się de facto jedynie statusem. Kierują się przede wszystkim niepohamowaną żądzą zdobycia bogactwa, mordują bez litości, gdy nie widzą szans na okup. Ówczesna galanteria wobec dam budzi dziś osłupienie, czasem śmiech, a czasem – przerażenie.

Wojna opisana piórem autora nie jest w niczym podobna do tej, znanej z rycerskich eposów. Nie ma tu miejsca na szlachetne gesty. Przeciwnie – to historia zdrad, podstępów, krwawych pojedynków, zaciekłości i bezrozumnego okrucieństwa. Ale nie odniosłam wrażenia, że autor próbuje zszokować czytelnika – jego celem jest wyjaśnienie, dlaczego po piętnastu latach wojny prowadzonej z zastosowaniem taktyki spalonej ziemi francuski król zdecydował o oddaniu części terytorium Anglikom – Jan II wolał ustąpić, niż kontynuować walkę na wyniszczenie.

„Hellequin. Jeźdźcy z piekieł” to pierwszy tom Trylogii świętego Graala. W mojej ocenie to wyśmienita książka historyczna, którą można z powodzeniem traktować jako lekturę uzupełniającą – zbeletryzowane źródło wiedzy o epoce, szczególnie że w nocie historycznej, zamieszczonej na końcu utworu, autor wyraźnie stwierdza, które z wydarzeń są produktem jego wyobraźni. Mam nadzieję, że kolejne tomy ukażą się w niedalekiej przyszłości – przeczytam na pewno.
Beata - 2008-12-12, 20:12
:
"Błazen wkracza na scenę" - Alan Gordon

„Błazen wkracza na scenę” jest drugim tomem cyklu opowiadającego o zakulisowym wpływie gildii błaznów na historię średniowiecznej Europy. Tym razem Feste zostaje delegowany do Konstantynopola, nad którym zbierają się ciemne chmury. W Europie formuje się właśnie IV krucjata, Wenecjanie negocjują z krzyżowcami użyczenie statków transportowych, a ponieważ doża wenecki od lat żywi urazę do Bizancjum, wcale nie jest pewne, czy nie spróbuje skierować świętego zapału krzyżowców przeciwko cesarstwu. Tymczasem syn zdetronizowanego cesarza ucieka z Konstantynopola i na własną rękę usiłuje namówić książąt niemieckich do interwencji. Na domiar złego znikają wszyscy agenci gildii błaznów ulokowani w Bizancjum…

Niewątpliwą zaletą książki jest bardzo mocne osadzenie jej w realiach historycznych początku XIII wieku. Autor przedstawia niepolukrowany obraz Konstantynopola – kiedyś olbrzymiej metropolii i politycznej potęgi, a w 1202 roku – kolosa na glinianych nogach, który czasy świetności ma już dawno za sobą. Nienaprawiane od lat mury, nieterminowo opłacane wojsko, praktycznie nieistniejąca flota nie spędzają snu z powiek następnego cesarza, który zajęty jest głównie polowaniami, igrzyskami, degustacją kolejnych gatunków win i eksplorowaniem wdzięków nowej egipskiej nałożnicy. Cesarscy ministrowie wykazują się zapałem i wytrwałością jedynie w rozgrabianiu majątku Bizancjum i w bezpardonowej walce o władzę i wpływy. W mieście kwitnie przestępczość zorganizowana, a źle opłacani strażnicy więzienni dorabiają sobie wypuszczając nocą złoczyńców na „przepustki”. I nikt nie przejmuje się coraz śmielszym działaniem obcych agentów, wśród których prym wiodą szpiedzy Wenecjan i książąt niemieckich.

Właśnie w takiej scenerii musi się odnaleźć Feste wraz z towarzyszącą mu Wiolą, terminującą w błazeńskim fachu. Ich zadanie – utrzymanie równowagi między głównymi graczami politycznymi oraz wyjaśnienie tajemniczego zniknięcia wszystkich agentów gildii – jest tym trudniejsze, że brak im jakichkolwiek punktów zaczepienia do rozwiązania zagadki – nie mogą liczyć na czyjąkolwiek pomoc, przeciwnie – każdy rozmówca może okazać się wrogiem. Ponadto Feste odpowiada nie tylko za siebie – musi chronić Wiolę, której brak doświadczenia w – nazwijmy to – pracy agenta terenowego. Intryga zapowiada się więc bardzo smakowicie. Akcja książki postępuje szybko i logicznie, język utworu jest poprawny, dialogi – naturalne, komentarze Feste – błyskotliwe i niepozbawione humoru. Ale…

No właśnie, zawsze jest jakieś „ale”. Książka pozostawiła niedosyt – nie jestem w stanie stwierdzić, jaki zabieg sprawił, że nie byłam w stanie zidentyfikować się z bohaterami, martwić się ich losem, w napięciu chłonąć kolejne rozdziały. Intrygi dworskie wydawały mi się jakoś mało wyrafinowane, spiski – niespecjalnie przemyślne, a zakończenie całej książki i wyjaśnienie intrygi – przewidywalne. Może to trochę wina stylu autora – zdystansowanego i bardzo chłodno-ironiczno-brytyjskiego. Może to wina samego Feste, który na samym początku oświadcza, że przeżył całą zawieruchę konstantynopolską, bo jakże inaczej mógłby pisać kroniki (a przypominam, że podstawowym założeniem całego cyklu jest odnalezienie i publikacja przez Alana Gordona tajemniczego manuskryptu, w którym Feste zapisał prawdziwą wersję historii średniowiecznej Europy, de facto ukształtowaną przez przedstawicieli gildii błaznów). A może to moja wina – może po lekturze „Trzynastej nocy”, urzeczona nawiązaniami do Szekspira, oczekiwałam zbyt wiele?

6/10
Ł - 2008-12-12, 20:35
:
Robert Silverberg: "W dół, do Ziemi. Czas przemian"

Krótki wstęp: to mój pierwszy kontakt z Silverbergiem, sygnowanym przez Solaris jako klasyk SF, w serii o nazwie, jakżeby inaczej, Klasyka SF. Wydawnictwo składa się z dwóch niepowiązanych fabularnie utworów, które jednak są tożsame w wielu aspektach.

Pierwsza powieść, stanowiąca około jednej trzeciej książki, to „W dół, do ziemi”. Początkowo obawiałem się, że będzie to paszkwil na kolonializm białego człowieka, w którym zamiast murzynów będziemy mieli zielone ludziki. Nie jest to powiedziane bezpośrednio, ale z kontekstu wynika, że planeta, na której toczy się akcja powieści, nie jest wyjątkiem i w całym uniwersum następują procesy dekolonizacyjne, w związku z tym wszechświat pełen jest tego typu światów zamieszkanych przez nieludzkie inteligencje. Implikuje to kolejny problem, czyli kwestię kreacji obcych – jak wykreować ich dostatecznie obco, nie stworzyć ziemian z czułkami czy dodanymi mackami i trzecim okiem. Belzagor (jak nazywają planetę tubylcy) zamieszkują dwie inteligentne rasy, pomiędzy którymi panuje tajemniczy układ. Zgłębienie tej tajemnicy jest zresztą celem głównego bohatera. Oba gatunki jawią się czytelnikowi jako średnio oryginalne – jednak wystarczająco dla potrzeb powieści. „Obcość” jest tu przenośnią – autor pokazuje na przykładzie obcej rasy, jacy mogą być (powinni być?) ludzie, nie tworzy zaś jakości samej w sobie.

Bardzo szybko jesteśmy syceni nawiązaniami do „Jądra ciemności” Josepha Conrada. Żeby nie było żadnych wątpliwości, jeden z bohaterów nazywa się po prostu Kurtz. I osadzony jest w adekwatnej do tego miana roli. Podczas lektury czytelnikowi udzielają się na przemian mroczny klimat opowiadanej historii i sugestywne opisy piękna obcej planety. Swoją drogą okładka książki nawiązująca do treści „W dół, do ziemi” jest w tym kontekście trochę zbyt sielankowa.

Kilku aspektów ukazywanego świata autor nie wyjaśnia, tu i ówdzie widać niespójności (mój ulubiony rodzynek to stwierdzenie bohatera, że język tubylców jest niezłożony i prosty, gdy parę stron dalej, z tubylczych ust, otrzymujemy barokowe, kwieciste określenia), ale myślę, że można to darować. Zwłaszcza w kontekście unikania typowo amerykańskiego psychologizmu. Główny bohater porusza się raczej na osi, jaką wyznaczają grzech i odkupienie niż równowaga psychiczna. Jego prosta i spójna osobowość ciąży ku poznaniu mistycznemu, choć on sam przekonuje się o tym stopniowo. „W dół, do ziemi” jest powieścią drogi, powieścią o pielgrzymce. Uważam, że stanowi to o uroku opowiadanej historii – nie ma tu epickich walk (i na dobrą sprawę, w ogóle: walk), starć cywilizacji, monumentalnych kataklizmów; jest człowiek w drodze.

„Czas przemian” zaś jest beletryzowanym dziennikiem – na pierwszych jego stronach przedstawia się autor, Kinnall Darrival. Przedstawia się jako wygnaniec w chacie na jakiejś pustyni, by następnie w nieregularnych notkach opisać swoje życie od późnego dzieciństwa do momentu, w którym się znajduje. Ciekawy jest już sam fakt pisania dziennika (a może ewangelii), próba apologii wyrzutka. Tutaj już występuje typowo amerykański psychologizm z naciskiem na seksualność postaci – sam główny bohater poświęca jeden wpis na opis własnej cielesności. I miejscami zwraca się do czytelnika bezpośrednio, zawsze w tonie tłumaczącego się.

Znowu świat wykreowany przez autora jawi się raczej jako artystyczna przenośnia niż twór funkcjonalny sam w sobie. To kolaż różnych epok i systemów społecznych, których nie próbuje się tłumaczyć czy nadawać im spójności. Największy nacisk położony jest na fakt założenia społeczeństwa przez grupkę pielgrzymów/wygnańców, którzy ustanowili na poły religijną etykę indywidualizmu. Indywidualizmu o tyle charakterystycznego, że nakazuje zachowywać wszystko co indywidualne dla siebie (przekłada się to na gramatykę, gdzie mówi się o sobie w stronie biernej). Można się dzielić swoimi trudami tylko dwiema drogami: z oczyszczaczem (spowiednik łamany na psychoanalityk) lub z rodzeństwem więźnym, to jest instytucją, która każdemu członkowi wspólnoty przyporządkowuje dwóch innych w tym samym wieku. Dla mnie to konstrukcja nieprzekonująca a zasadnicza dla fabuły. Mieliśmy już w SF różne wizje modyfikacji więzi rodzinnych i Silverberg w tej kwestii wypada blado przy chociażby tym, co zaprezentował Heinlein na przykład w „Luna to surowa pani”. Dodać trzeba, że niemal każda czynność w świecie powieści jest sankcjonowana umową cywilnoprawną (również akt „spowiedzi” u czyściciela!), co daje nam obraz purytańskiej kolonii o silnym etosie pracy, tradycji i indywidualizmu. Skąd my to znamy?

Lektura miejscami była męcząca, głównie z względu na dodatkowe opisy, które średnio mają się do istoty opowiadanej historii i które spokojnie można by pominąć. Częstym błędem autorów fantastyki jest przekonanie, że czytelnika interesują np. kształty wykreowanych kontynentów. Nie, mnie nie interesują, chyba, że ma to jakieś przełożenie na fabułę, albo samo tworzenie świata urasta do rangi sztuki (jak u Tolkiena). U Silverberga, to nie fascynuje, bardziej rozmienia uwagę, którą poświęcamy powieści, na drobne.

Pierwszy kontakt z Silverbergiem nie wyrobił u mnie jednoznacznego stanowiska. Dobrze poczytać o aksjologii i duchowości, ale te tematy wymagają wielkiej ostrożności – tymczasem w obu opowiadaniach wydawały mi się czasem ocierać o naiwność. Chociaż bardziej spodobał mi się pierwszy tekst, „W dół, do ziemi”, to „Czas przemian” jednak bardziej sprowokował do myślenia. Oba zresztą wykazują wiele cech wspólnych, ale w przypadku „Czasu…” dochodzi do pewnego przerysowania. Historia księcia/banity/narkomana/apostoła była pisana w epoce dzieci-kwiatów i jej treść oddaje ducha tamtych czasów – sprzeciw wobec obyczajowości, seanse narkotyczne drogą do oświecenia, apologia naturalności. Ale z dzisiejszej perspektywy tak silny akcent na tamten entuzjazm wydaje się zabawny, główny bohater jawi się raczej jako żałosny idiota, zaś samą powieść można postrzegać jako parodię. Zamierzoną czy nie? To już nie jest takie ważne, nigdy nie byłem zwolennikiem podejścia „co autor miał na myśli”. Wcześniej napisana, prostsza mikropowieść „W dół, do ziemi” wychodzi z próby czasu obronną ręką. Zwłaszcza że wyraźnie koncentruje się na rzeczach stanowiących sedno opowieści. Tymczasem „Czas przemian” z uwagi na zawikłanie w zbyt dużą liczbę czynników, rozciągłość i proponowanie zbyt łatwych recept, należy raczej sklasyfikować jako literacki zabytek.
Tigana - 2008-12-13, 20:57
:
Miroslav Žamboch "Mroczny Zbawiciel" t.1

Kiedy trzy lata temu na naszym rynku pojawił się Miroslav Žamboch, został okrzyknięty przez wydawcę czeskim odpowiednikiem Andrzeja Sapkowskiego. I chociaż nie można odmówić pisarzowi zza naszej południowej granicy sporej dozy talentu, do poziomu prezentowanego przez ASa bardzo mu daleko. Przewidywalna intryga, nieskomplikowani bohaterowie i prosty język, w którym brak miejsca na jakiekolwiek zabawy słowem, takie są podstawowe różnice. Niejako w zamian czytelnicy dostają mnóstwo akcji i wartko toczącą się fabułę.

Pierwsza część „Mrocznego zbawiciela” to wzorcowy przykład prozy Žambocha. Wyrazisty bohater, mocno przypominający Blysa czy Koniasza, mnóstwo przygód, liczne sekwencje walki, prosta fabuła. Innymi słowy powtórka z rozrywki. Nie oznacza to jednak, że czeski pisarz nie potrafi już niczym zaskoczyć swoich czytelników.

Największe novum to umieszczenie akcji powieści w postapokaliptycznym świecie, jakby żywcem wziętym z „Fallouta” czy serii filmów o Mad Maksie. Jednakże w odróżnieniu od nich punktem wyjścia nie jest zagłada nuklearna, ale ukrzyżowanie Chrystusa. Ten drugi raz. Szkoda tylko, że autor, przynajmniej w tym tomie, nie pociągnął dalej wspomnianego wątku i w rezultacie czytelnik porusza się w świecie książki po omacku. Owszem, w trakcie lektury znajdziemy jeszcze kilka smakowitych tropów (bitwa o Sewastopol), ale zaostrzają one raczej apetyt niż zaspakajają głód informacji.

Uniwersum stworzone przez Žambocha to połączenie świata magii i techniki, gdzie równie skuteczne są strzały z granatnika jak rzucone zaklęcia. Inna sprawa, że w celu zwiększenia skuteczności tych pierwszych do konwencjonalnego ładunku dodaje się srebro, relikwie lub inne magiczne ingredienty. Nikogo tutaj nie dziwią mechaniczne konie, cyborgi, wampiry czy demony; a w jednym mieście obok siebie mogą wznosić swe modły chrześcijanie, jak i wyznawcy pogańskich bóstw. „Cywilizowany” świat składa się z pojedynczych osiedli ludzkich – raz są to wsie, raz większe miasteczka. Z sugestii znalezionych w książce można wywnioskować, że gdzieś istnieją także duże metropolie, ale jak do tej pory akcja toczy się wyłącznie na prowincji. Pomiędzy osiedlami rozciągają się lasy, pustkowia, gdzieniegdzie resztki zrujnowanych miast, fabryk. Teoretycznie jest to ziemia niczyja – w praktyce żyją tu najgorsze potwory.

O przeszłości głównego bohatera, R.C., nie wiemy za dużo – on sam zresztą też. Ma świadomość sięgającą jedynie kilku lat, ale kim lub czym był wcześniej, nie wiadomo. Ta niewiedza stanowi główny motor napędowy jego działań – w poszukiwaniu prawdy o sobie nie cofnie się przed niczym. Nawet przed najbardziej niebezpiecznym zadaniem.

R.C. to istota będąca połączeniem człowieka i robota: w jego głowie tkwi mechaniczne oko, a jedna z rąk to mechaniczne szczypce. Do tego dochodzi nadludzka siła i zwinność. Jest praktycznie niezniszczalny. Najbardziej spektakularny opis stanowi jego „zmartwychwstanie” po uprzednim przecięciu na pół, złamaniu kręgosłupa i wysadzeniu w powietrze. Z charakteru R.C. stanowi wierną kopię bohaterów z poprzednich książek Žambocha – na zewnątrz twardziel , w środku czuła istota gotowa pomóc innym; zwłaszcza tym, którzy okazali mu przyjaźń. Owa miękkość nie przeszkadza mu jednak, aby w chwili zagrożenia lub zemsty obrócić w pył całe miasto. Ciekawy wyróżnik stanowi za to „coś” zamieszkujące jego umysł. Ciemna (prawdziwa?) strona osobowości bohatera?

Sama fabuła „Mrocznego zbawiciela” jest bardzo prosta. W kolejnych rozdziałach, mogących funkcjonować jak samodzielne opowiadania, R.C. przybywa do jakiejś mieściny, gdzie wpada w tarapaty. Niekiedy świadomie – najmując się jako najemnik, innym razem to kłopoty doganiają jego. Niestety ten schematyzm (kolejna misja, prawie pokonany bohater zbiera się do kupy i mści się, odpłacając za swoje nieszczęście) stanowi o słabości powieści. Co to za przyjemność czytać książkę, której zakończenie można odgadnąć po lekturze dwóch, góra trzech kartek? Dużym mankamentem jest także brak choćby jednego wyrazistego bohatera drugoplanowego. Nie licząc bowiem samego R.C. i jego rumaka, nie ma tu żadnej postaci, która pojawiłaby się na dłużej. A szkoda, bo w swoich poprzednich powieściach, zwłaszcza w „Na ostrzu noża”, czeski pisarz pokazał, że potrafi zbudować ciekawe postaci.

Najnowsza książka Miroslava Žambocha powinna przypaść do gustu przede wszystkim wielbicielom jego poprzednich książek. Pomijając zmianę scenerii z fantasy na postapokaliptyczną, znajdą oni w niej wszystko, za co zdążyli już polubić jego twórczość. Nie oznacza to jednak, że inni czytelnicy będą zawiedzeni – o ile szukają prostej opowieści o niezniszczalnym herosie. Natomiast na pewno nie poleciłbym „Mrocznego zbawiciela” osobom, które szukają w literaturze czegoś więcej niż wartkiej akcji i mało skomplikowanych bohaterów. Dla nich czas poświęcony na lekturę tej powieści będzie stracony.
Sharin - 2008-12-14, 20:40
:
Robert Silverberg Długa droga do domu

Na książkę „Długa droga do domu” Roberta Silverberga natknąłem się zupełnym przypadkiem. Była sobota. Jedna z tych listopadowych, kiedy człowieka dopada przygnębienie na samą myśl, że z każdym dniem będzie coraz zimniej, szarzej... po prostu nijako. Po odbębnieniu codziennej rutyny postanowiłem jednak, że wykorzystam ostatnie podrygi ciepła na spacer po wrocławskim rynku. Trasa niezmienna od lat studenckich: księgarnie, kawa, Empik i biblioteka. Po zaspokojeniu swoich potrzeb prasowych, wychodząc ze Świątyni Gildian ujrzałem wielki napis o następującej treści „Wielka Wyprzedaż Biblioteki Pedagogicznej”. Parę minut i kolejna książka Silverberga trafiła w moje ręce.

„Długa droga do domu” (ang. „The Longest Way Home”) została wydana w 2002 roku. W Polsce nie jest ona aż tak bardzo znana jak na Zachodzie. Nie przebija popularnością takich książek jak „Umierając żyjemy”, cyklu Kroniki Majipooru czy chociażby „Człowieka w labiryncie”. Uważam jednak, że jest to ważna pozycja, z którą powinien zapoznać się każdy, kto choć trochę interesuje się takimi zagadnieniami jak historiozofia czy miejsce człowieka w otaczającym go wszechświecie. Robert Silverberg niniejszą pozycją udowadnia, że słusznie należy mu się etykietka z napisem „największy żyjący mistrz science fiction”.

Bohaterem powieści jest piętnastoletni Joseph Pan Keilloran, który obudzony pewnej nocy przez „serie oddalonych, stłumionych huków, uderzeń i łupnięć”, musi dokonać czegoś naprawdę niezwykłego. Mianowicie musi dorosnąć, w parę chwil przeistoczyć się z dziecka w mężczyznę, który będzie w stanie sprostać czekającym go problemom. Ze swojej strony mogę was zapewnić, że z całą pewnością nie będzie cierpiał na ich brak.
Planeta, na której rozgrywa się akcja powieści jest bardzo podobna do Ziemi. Jakbyście postanowili nagle, bez żadnego przygotowania wsiąść do samolotu i spenetrować lasy Amazonki to podejrzewam, że poczulibyście się dokładnie jak nasz bohater przemierzający swój rodzimy świat. Wszystko było dla was zarazem znajome i tajemnicze. Niezwykłe i oczywiste. Rozwiązania strukturalno-społeczne oraz gospodarcze są niemalże żywcem zapożyczone z naszej planety. Trudno się jednak dziwić tym podobieństwom, gdy odkryjemy, że Ziemia jest matczynym gniazdem mieszkańców tajemniczej planety.
„Dawno temu na odległą planetę przybył Lud i podporządkował sobie tubylcze inteligentne rasy. Potem przybyli Panowie i podbili Lud. Przez tysiące lat trwała pozorna harmonia, do czasu gdy Lud postanowił się zbuntować”.
W jednej chwili cały, istniejący porządek świata zostaje wywrócony do góry nogami a wszystko dzieje się na oczach Josepha. Rozpoczyna się powstanie Ludu przeciwko Panom, z których wywodzi się nasz bohater. Trup ściele się gęsto, krew leje obficie a wszystko to w imię bardzo dobrze znanego nam hasła równości. Klasa panująca i wszystko co się z nią wiąże zostaje rozerwane na strzępy w dosłownym tego słowa znaczeniu. Naszego młodego bohatera poznajemy w momencie, gdy jest świadkiem śmierci swojego kuzynostwa, u którego przebywa w chwili narodzin buntu. Uratowany przez lojalną służkę ucieka do pobliskiego lasu, w którym rozpoczyna się jego długa droga do rodzinnego domu.
Od tego czasu jesteśmy świadkiem przemian, które zachodzą w osobie Josepha. Z każdą godziną staje się on coraz bardziej mężczyzną. Uczy się jak przetrwać w niesprzyjających warunkach, jak podejmować trudne ale ważne decyzje. Czytając jego przygody miałem wrażenie, że mam do czynienia ze Stasiem Tarkowskim. Tak samo jak bohater powieści Henryka Sienkiewicza, Joseph dorasta szybciej niż powinien. Niezależne wydarzenia zaczynają kierować jego poczynaniami, kształtują charakter, ukazują mu na nowo świat w kolorach, których do momentu rewolucji nie dostrzegał.

Jak już wcześniej wspomniałem Silverberg po raz kolejny kieruje myśli czytelników w stronę zagadnień historiozoficznych. Analizuje człowieka a właściwie ‘to’ co zostało przez niego dokonane. I nie mówię w tym momencie o jakichś konkretnych wynalazkach, odkryciach, itd. Chodzi mi o ‘dzieje historyczne’, o naszą przeszłość. Czytając „Długą drogę do domu” od razu pomyślałem sobie, że ta książka została skonstruowana jakby specjalnie na życzenie Jacka Dukaja. Zapoznając się z jej treścią z pewnością poczułby się jak w domu. Rozważania historiozoficzne występują w książce Silverberga niemalże na każdym kroku. Od czasu do czasu przerywane są poprzez wstawki związane z wędrówką Josepha ale w gruncie rzeczy jest to książką bardziej o posmaku filozoficznym niż stricte przygodowym.
Patrząc na nienawiść Ludu do Panów oraz na to do czego doprowadziła bardzo łatwo można doszukać się analogi do rewolucji październikowej. W „Długiej drodze do domu” bardzo dokładnie ukazane są przyczyny społeczno-polityczne buntu oraz z idea powrotu do równości. Wiele miejsca zostało poświęconego rozważaniom na temat władzy jednych ludzi nad drugimi. Pytanie „Jakie prawo, poza Podbojem, zezwala wam rządzić innymi ludźmi?” jest chyba najbardziej kluczowym dla całej powieści. Ponadto autor wyraźnie wytyka błędy czy raczej wskazuje na specyfikę każdej rewolucji. Zadawane ustami Josepha pytania o cele buntu czy o konieczność niszczenia wszystkiego, co miało cokolwiek wspólnego ze ‘starym porządkiem’, są jak najbardziej dociekaniami filozofów i historyków od wielu, wielu lat.
Silverberg umiejętnie ukazuje także jak niewiele trzeba aby cały porządek, który przyjmowany jest przez większość społeczeństw za wieczny, uległ zniszczeniu bądź też wyraźnym przeobrażeniom. Ludzie, którzy żyli obok siebie przez tysiące lat z dnia na dzień stają się dla siebie krwiożerczymi wrogami. Jeżeli dokładnie przyjrzymy się obozom skonturowanym przez buntowników zrozumiemy jak niewiele brakuje im do tego, aby słowa Zofii Nałkowskiej „ludzie ludziom zgotowali ten los”, odnosiły się także do nich.

Robert Silverberg funduje czytelnikom powieść niezwykle barwną.
Przedzierając się przez kolejne rozdziały książki niemalże na każdym kroku jesteśmy świadkami odkrywania przez Josepha na nowo fauny i flory planety, na której żył do tej pory. Poznajemy zwyczaje wielu ciekawych ras, które choć momentami moglibyśmy pomylić z naszymi Indianami to jednak nie nudzą nas swoją obecnością. Są ukazane w sposób niejednolity, można powiedzieć, że od wewnętrznej strony swojej natury. Zaskakują swoimi poglądami na temat otaczającego ich świata a ich mędrców można spokojnie określić jako braci mistrza Yody.

Podsumowując.
Powieść Roberta Silverberga „Długa droga do domu” jest z pewnością książką godną uwagi. Autor bardzo sprytnie przemyca pod płaszczem przygód młodego Josepha różnorakie spostrzeżenia natury historiozoficznej. I choć momentami możemy odczuwać znużenie powtarzającymi się oczywistościami to jednak ogólna atrakcyjność powieści rekompensuje nam te drobne niedociągnięcia.
Zapraszam do lektury!

Sharin, Pigeon Slayer
Tigana - 2008-12-15, 17:28
:
XIII Mystery - Mangusta - komiks

Jedną z mocniejszych stron serii komiksów o XIII były zapadające w pamięć postaci drugoplanowe. Wystarczy wspomnieć prawdziwą femme fatale Felicity Brown, markiza Armanda de Preseau czy zabójczą Irinę Svetlanovą. Jednak żadna z tych bohaterów nie wzbudzał tylu emocji jak Mangusta.

Postać łysego zabójcy, nemezis głównego bohatera, przewija się przez całą serię. Pojawia się zazwyczaj w najmniej odpowiednim (dla XIII) momencie, a każde jego wejście staje się początkiem kolejnej serii zabójstw. Nawet po swojej niefortunnej śmierci (album „Proces”) duch Mangusty jest wciąż wyczuwalny. Nic więc dziwnego, że kiedy zapadła decyzja o powstaniu serii pojedynczych komiksów poświęconych drugoplanowym postaciom występującym w cyklu to właśnie Mangusta stała się jej pierwszym bohaterem.

Akcja komiksu Ralpha Meyera (rysunki) i Xaviera Dorisona (scenariusz) rozpoczyna się w pewną burzliwą noc, kiedy los po raz pierwszy zetknął ze sobą Mangustę i XIII. To spotkanie, które miało zaważyć na ich całym późniejszym życiu, stanowi jednak tylko klamrę spinającą opowiadaną historię. O wiele ważniejsze było bowiem dla twórców albumu ukazanie jakie wydarzenia ukształtowały postać przyszłego zabójcy: dzieciństwo w Berlinie Wschodnim, spotkanie z tajemniczym Hansem, morderczy trening i w końcu pierwsze zlecenia. Wizerunek Mangusty, który wyłania się z kart albumu znacznie się różni, od tego znanego z podstawowej serii. Scenarzysta podjął się bowiem karkołomnego zadania i postanowił uczłowieczyć Mangustę. I tak bezwzględny morderca dość niespodziewanie nabiera ludzkich cech: potrafi poświęcić się dla przyjaciół, tęskni za normalnym życiem, nie czerpie z radości z zabijania. Tylko, że mając w pamięci jego wyczyny z „XIII” to ten wizerunek wydał mi się mocno naciągany, wręcz niewiarygodny. Spodobało mi się natomiast odsłonięcie kolejnych tajemnic związanych z „Dniem Czarnego Słońca” – w końcu dowiadujemy się jak naprawdę wyglądały przygotowania i sam zamach na prezydenta Williama Sheridana oraz jaką rolę odegrał w nim sam Mangusta. Niespodzianek nie zabraknie.

Pod względem graficznym komiks odbiega od kreski Vance’a. Brakowało mi dbałości o szczegóły i lekkości pióra tak charakterystycznej dla poprzednich tomów. Można mieć też pewne zastrzeżenia do rysunków twarzy – w niektórych kadrach są nieco kanciaste, mało wyraziste. Sama postać zabójcy zauważalnie ewoluuje (dorasta) i najciekawiej prezentuje się w wersji „dorosłej”.

Samo wydanie jest bez zarzutów – twarda okładka, dobrej jakości papier, odpowiednie nasycenie kolorów (no może gdzieniegdzie jest za dużo pomarańczu), czytelne dymki.

„Mangusta” to komiks skierowany przede wszystkim dla fanów cyklu przygodach XIII i z myślą o nich stworzony. Dla pozostałych będzie to album opowiadający smutną historię życia płatnego mordercy. W obu przypadkach dostajemy stojący na przyzwoitym poziomie komiks rozrywkowy.
Tigana - 2008-12-16, 23:54
:
„Ksin drapieżca” Konrada T. Lewandowskiego to pierwszy tom trylogii o przygodach kotołaka Ksina. W skład książki wchodzą: rozpoczynające cykl opowiadanie „Przybysz” i utwór tytułowy traktujący o zmaganiach królestwa Suminoru z Cesarstwem Archipelagów Południowych.

Pisząc recenzję książki Lewandowskiego, warto zauważyć, że postać kotołaka powstała w 1988 roku, a więc zaledwie dwa lata po literackim debiucie Andrzeja Sapkowskiego. Czyni to Ksina, obok wiedźmina Geralta, jednym z najstarszych bohaterów polskiej literatury fantasy. I chociaż książki „Przewodasa” doczekały się kilku wznowień to nigdy nie zdołały osiągnąć popularności prozy Sapkowskiego. Dlaczego?

Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy w trakcie czytania to styl książki – bardzo prosty, pozbawiony bogactwa językowego. Nie oczekiwałem od autora literackich fajerwerków, ale brak rozbudowanych opisów świata czy bardziej szczegółowej charakterystyki poszczególnych postaci jest mocno odczuwalny. Podobnie ma się rzecz z dialogami. Mają one bardzo prostą konstrukcję i nie znajdziemy w nich jakichś ciekawych zabaw językowych czy wartych zapamiętania cytatów. Brakuje zatem jednej z głównych zalet prozy Sapkowskiego – barwnego, rozbudowanego stylu, który nieraz potrafił zakryć niedostatki fabularne. Pewnym usprawiedliwieniem dla Lewandowskiego jest fakt, że kiedy powstawały pierwsze utwory o Ksinie, był on dopiero początkującym pisarzem, z drugiej strony – co przeszkodziło mu w przeróbce wcześniejszych utworów?

Autor również nie najlepiej sobie radzi z kreacją bohaterów. Ksin czy jego ukochana Hanti to postaci jednowymiarowe, które nie są w stanie zaskarbić sobie sympatii czytelnika. Szkoda, bo kotołak jako istota łącząca w sobie elementy człowieka i bestii mogła stać się pretekstem do interesujących rozważań o ludzkiej naturze. Niestety przez większość książki Ksin jest zbyt zajęty rozrywaniem na strzępy kolejnych przeciwników, by mieć czas chociażby na chwilę zadumy. W zasadzie dopiero końcówka daje pewne nadzieje, że ten wątek może być ciekawie rozwinięty. Na razie jedyną bardziej skomplikowaną i złożoną postacią wydaje się być kat Jakub: dawniej potomek szlachetnego rodu, teraz – małodobry. Jakub ma w sobie spory potencjał, jego działania mogą zaskoczyć czytelnika... Inni bohaterzy są schematyczni i stworzeni według prostego i jednoznacznego podziału dobrzy-źli. Ewentualnie mamy do czynienia z kategorią: opętany manią władzy głupiec.

Także świat stworzony przez Lewandowskiego pozostawia wiele do życzenia. Ot, standardowy, quasi średniowieczny neverland – dobrze chociaż, że zabrakło w nim miejsca na elfy (pojawia się tylko jeden), krasnoludy, trolle i resztę klasycznej menażerii. Ich miejsce zajmują natomiast wszelakiej maści stworzenia Onego – wilkołaki, mumie, wampiry i strzygi. Na plus należy za to odnotować fakt, że autorowi udało się dobrze ukazać różnice pomiędzy nimi, obdarzyć specyficznymi właściwościami. Za mało miejsca zostało natomiast poświęcone samej genezie powstania potworów – jedna czy dwie wzmianki o tajemniczym meteorycie to ciut za mało.

Jednego nie można odmówić „Ksinowi drapieżcy” – żywej i wartko płynącej fabuły. W trakcie czytania książki nie ma czasu na zaczerpnięcie tchu. Od początku do końca ktoś kogoś goni, toczone są walki, rzucane zaklęcia. Dodatkowo mamy wcale przyzwoity opis bitwy, a sporo miejsca poświęcono na deskrypcję czarów i efektów ich działania. Zróżnicowane są również pojedynki toczone przez kotołaka, któremu przychodzi zmierzyć się z wampirami, wilkołakami i od czasu do czasu z ludźmi. Inna sprawa, że zdecydowana większość tych starć sprowadza się do prymitywnej rąbanki.

Po „Ksina drapieżcę” można sięgnąć z dwóch powodów: czystego sentymentu, żeby zobaczyć jak się kiedyś pisało, lub jeśli poszukujemy mało wymagającej rozrywki. Niestety na tle swoich rówieśników, Geralta czy czarodzieja Arivalda, Ksin wypada bardzo słabo. Najbardziej brakuje rozmachu, ciekawych postaci, niesztampowych rozwiązań – w zamian otrzymujemy jedynie solidną dawkę akcji. Cóż, można mieć tylko nadzieję, że recenzowana książka to jedynie wprawka i w kolejnych częściach sagi o Ksinie autor pokaże się z lepszej strony.
Taclem - 2008-12-18, 13:40
:
Tigana napisał/a:
„Ksin drapieżca” Konrada T. Lewandowskiego to pierwszy tom trylogii o przygodach kotołaka Ksina


Drobna uwaga, ta trylogia ma obecnie pięć tomów ;-)
Tigana - 2008-12-18, 13:46
:
Taclem napisał/a:
Drobna uwaga, ta trylogia ma obecnie pięć tomów ;-)

Wedle słó wydawcy mamy do czynienia z
- trylogia "Trop kotołaka" składająca się z następujących książek: "Ksin drapieżca", "Kapitan Ksin Fergo", "Różanooka"
- dylogii "Droga kotołaka" czyli "Wyprawa kotołaka", "Ksin koczownik"
Tigana - 2008-12-22, 21:13
:
Patricia Briggs - "Zew księżyca"

Ostatnimi czasy w Polsce pojawiło się kilka cykli wpisujących się w nurt urban fantasy. Mamy więc przygody detektyw Vicki Nelson w serii książek Tani Huff, wznowienie cyklu o Anicie Blake pióra Laurell K. Hamilton, „Patrole” Łukjanienki. We wszystkich tych książkach w naszą szarą rzeczywistość wkracza magia, a wraz z nią istoty znane do tej pory jedynie z bajek.

Ogólnie cykle urban fantasy można podzielić na te, w których świat magii jawnie współegzystuje z ludzkim (Anita Blake) i te, gdzie pozostaje wciąż ukryty i tylko nieliczni wybrańcy mają do niego dostęp (cykl o „Patrolach”). „Zew księżyca”, pierwszy tom przygód Mercedes Thompson, stoi gdzieś na granicy pomiędzy nimi.

W świecie stworzonym przez Patricię Briggs grupa potężnych magów (tzw. Szarzy Panowie), nie widząc sposobu na dalsze ukrywanie się, decyduje o ujawnieniu istnienia magicznych istot. Ludzie, po początkowym szoku, szybko sięgają po wypróbowane metody m.in. zamykając większość „odmieńców” w specjalnych rezerwatach. Równocześnie narasta niechęć i nietolerancja w stosunku do „innych”. Część magicznych stworzeń wciąż jednak ukrywa swoją prawdziwą tożsamość – zwłaszcza te, których „pojawienie się” pomiędzy ludźmi mogłoby wywołać prawdziwą panikę: wampiry i wilkołaki.

Główna bohaterka książki, Mercedes Thompson, jest zmiennokształtną, która potrafi przybrać postać kojota. Obawiając się reakcji otoczenia nie zdradziła swej magicznej tożsamości i na co dzień prowadzi warsztat samochodowy. Nie oznacza to jednak, że nikt nie wie, kim tak naprawdę jest. Większość jej znajomych i przyjaciół stanowią inne magiczne istoty: jej sąsiad to równocześnie przywódca stada wilkołaków, współpracownik z warsztatu ma gremlinowe pochodzenie, a jeden ze stałych klientów jest wampirem.

Przyznam, że mając wciąż w pamięci złe doświadczenie z cyklem Tanyi Huff, byłem sceptycznie nastawiony do „Zewu księżyca”. Tym większe było moje zdziwienie, gdy w trakcie lektury okazało się, iż trafiła w moje ręce dobrze napisana i ciekawa książka. Owszem, nie wnosi ona jakichś nowych elementów do gatunku, ale jej atutem jest nieszablonowe podejściu do znanych motywów.

Weźmy na przykład takie wilkołaki. Na pierwszy rzut oka nie różnią się one niczym od ich klasycznego wyobrażenia – metamorfozie ulegają w czasie pełni księżyca, szkodzi im srebro, żyją w stadzie na podobieństwo watahy wilków. Nic odkrywczego; ale jeśli wprowadzimy wątek homoseksualizmu, to od razu zaczyna być ciekawiej... Albo wampiry, których struktura oraz zakres działania przypomina mafię. Też niby nic wielkiego, lecz książkę od razu czyta się lepiej.

Spodobało mi się także realistyczne odtworzenie reakcji ludzi na wiadomość, że obok nich żyją magiczne istoty. Z jednej strony rezerwaty, fanatyczni kaznodzieje nawołujący do rozprawy z „innymi”, a z drugiej mamy rządowy system wyrównywania szans czy błyskotliwe kariery w show biznesie. Tajne agencje rządowe i wojsko również nie zasypują gruszek w popiele, na różne sposoby usiłując pozyskać „magicznych” rekrutów. Ciekawy jest wątek samego ujawnienia się magicznych istot, szczególnie wykorzystanie w tym celu metod żywcem wziętych z podręcznika PR. Szkoda tylko, że – przynajmniej w pierwszym tomie – autorka nie rozwinęła większości z tych wątków; może następnym razem.

Do gustu czytelników powinny przypaść postaci występujące w książce. Główna bohaterka to młoda, niezależna kobieta, która umie postawić na swoim. Chociaż roszczą sobie do niej prawa dwa wilkołaki, Mercedes nie pozwala sobą rządzić i nieraz pokazuje samcom alfa, kto tu tak naprawdę ma władzę. Irytował mnie jedynie fakt, że wszyscy mężczyźni (niezależnie od gatunku) tracą dla niej głowę, a w sytuacji, gdy chcą zdobyć jej sympatię, zachowują się irracjonalnie. Sympatyczni są również bohaterowie drugoplanowi, jak chociażby gremlin Zee czy wampir Stefan – aż prosi się o to, by autorka mocniej rozbudowała te postaci i dała im większe role w kolejnych książkach.

Kilka cierpkich słów należy się natomiast Briggs za główny wątek powieści (śledztwo w sprawie zabójstwa jednego z wilkołaków), w moim odczuciu zbyt mocno pogmatwany i naciągany. Uważam, że autorka, której udało się stworzyć naprawdę interesujący świat, powinna była skonstruować znacznie ciekawszą intrygę. Sama fabuła powieści jest wartka i czytelnik nie ma czasu się nudzić. Może tylko w kilku miejscach tempo nieco spada i pozostaje wrażenie „przegadania”. Przydałoby się do tego popracować nad dialogami, które czasami przeradzają się w monologi.

Ogólnie jednak wrażenia z lektury „Zewu księżyca” są jak najbardziej pozytywne. Patricia Briggs może i nie otrzyma literackiej nagrody Nobla, ale potrafi napisać dobrą powieść rozrywkową. Przemyślany świat, ciekawi bohaterzy, ciut szwankująca fabuła – czego można chcieć więcej od dobrego czytadła na długie, zimowe wieczory? Chyba tylko tego, by nigdy się nie skończyło.


Ocena: 6/10
Ł - 2008-12-26, 00:21
:
Szczepan Twardoch - Prawem Wilka

Walka. Twardoch we wszystkich czterech odsłonach „Prawem wilka” prezentuje świat jako pole walki. Nie tyle jako starcie sił nadprzyrodzonych, co jako konflikt wewnętrzny jednostki wystawionej na ich działanie. Zaletą zbiorku jest zróżnicowanie charakterologiczne głównych bohaterów czterech opowiadań. Mimo iż blurb sugeruje, że to „cztery diaboliczne osobowości”, żaden z bohaterów nie jest z gruntu zły, wydaje mi się, że z ich postawy bardziej przebija nie diaboliczność, ale człowieczeństwo – z jego skłonnością do zaspakajania niskich motywacji: zemsty, komfortu, zazdrości.

W opowiadaniu „Bodhisatwa” wspomniana walka jest kreślona grubą kreską – oto partyzant bez wiary w Boga staje się narzędziem w ręku dalekowschodniego bożka. Autor z miejsca rozpoczyna desant legionem wyrazów z zakresu terminologii kultów indyjskich, a później serwuje czytelnikowi oglądanie procesu opętania od kuchni. Mam to raczej za minus – ciężko mi było uchwycić klimat, wczuć się (wyobrażacie sobie „Egzorcystę” widzianego z perspektywy opętanej dziewczynki?). Na szczęście pozostałe trzy opowiadania są tej bezpośredniości wyzbyte, z korzyścią dla nich – to, co tajemnicze, tajemniczym pozostaje.

Twardoch kładzie duży nacisk na aksjologię. Relatywistyczna szarość to człowiecze mniemanie, bowiem dobro i zło istnieją jako byty realne. Choć bohaterowie jego opowiadań mogą sądzić inaczej, czy nawet w ogóle się nad tym nie zastanawiać, w końcu dane im jest otrzeć się o tę prawdę. W większości opowiadań występuje, drugo-trzecioplanowa postać, która w przeciwieństwie do głównego bohatera po prostu wie, co trzeba i co się należy. I nieważne, czy jest to często przewijająca się postać księdza, czy złodzieja-hulaki. Mimo silnego zaakcentowania ludzkiej grzeszności, ukazane jest też sumienie, kompas moralny, który kieruje człowiekiem mimo swej pozornej irracjonalności. Nawet pospolity prosty grzesznik wie, że nie można zbezcześcić relikwii; ta prawda obca jest już jednak wielu osobom z wyżyn hierarchii...

„Żywot i śmierć św. Felicjana” to historia człowieka wpisującego się w zjawisko „młodego wilka”. W każdym większym środowisku znajdą się takie osobniki – inteligentne, urodzone by przebijać się do góry, oportunistyczne. Jest to też historia drugiego człowieka – świętego, którego losy widzimy wyrywkowo od poczęcia (dosłownie) aż po śmierć. Następuje konfrontacja tych figur. I rozstrzygnięcie. Utwór dobry, choć nieco kompozycyjnie rozbełtany, jeśli chodzi o dobór i układ poszczególnych scen – moje próby odnalezienia celowości zabiegów autora w tej sferze spełzły na niczym.

Natomiast tym co cieszy w każdym opowiadaniu jest bardzo dokładne nakreślanie tła, przedstawianie szczegółów – niemal fotograficzna jakość opisu poszczególnych przedmiotów, ubrań, jedzenia. Wszystkie te elementy, nie każde z osobna, ale razem, odpowiednio subtelne dawkowane wywołują właściwe ciągi skojarzeń i oddają to, co można określić jako Zeitgeist danej epoki. Rzecz jasna, Twardoch nie opisuje wszystkich rzeczy, ale wprowadza czytelnika w klimat w takim stopniu, że podświadomie dopowiadamy sobie kolejne elementy. Nie potrzebujemy całościowo opisanej przedwojennej kawiarni – sami ją w myślach wizualizujemy, Twardoch zaś koncentruje się na bohaterach.

Najlepszą partią książki jawi się najdłuższe opowiadanie, „Maniera Tenebrosa”. Intryguje dosłownie od początku do końca – trochę tu „Mistrza i Małgorzaty”, trochę „Procesu”, ale przede wszystkim jest bardzo Twardochowo. Moc bohaterów – może nawet nieco za dużo (każdy domaga się strony lub dwóch więcej na swój temat). Zło jest tu zupełnie inaczej przedstawione niż w „Bodhisatwie”; zło w aksamitnych rękawiczkach. I kapitalny akcent w zakończeniu; sens unoszący się w całym opowiadaniu jak mgła, materializuje się dopiero w poincie z mocą błyskawicy. Wspominając ten utwór, nadal jestem pod silnym wrażeniem; kapitalny zabieg literacki.

„Rondo na maszynę do pisania…” jest wciągająca opowieścią, której zdarza się przejść w esej o pisaniu literatury, zwrócić do czytelnika bezpośrednio, poprowadzić równoległe dwie linie tej samej historii (dużo bardziej elegancko niż w „Żywocie i śmierci św. Felicjana”). Twardoch ukazuje się tutaj jako pisarz o świetnym warsztacie, który niczym jazzman z tego samego opowiadania, potrafi wirtuozersko popłynąć, improwizować, nie bacząc na resztę zespołu. Z pewnością ze stron „Ronda...” przebija pewna pisarska buta, jednak całości udaje się zachować dobry smak. To popisy z rodzaju tych, jakie obserwuje się z aprobatą i podziwem.

Szczepan Twardoch jest bez wątpienia człowiekiem, który wie, o czym chce pisać. Co więcej – wie jak to robić. Skutkiem tego otrzymujemy zbiorek, w którym mamy dwa świetne opowiadania, jedno całkiem dobre oraz jedno przeciętne, najkrótsze zresztą. Wszystkie one są również rzutem oka na kondycję XX wieku – osobiście podzielam pogląd, iż zaczął się on wraz z końcem I wojny światowej, a skończył u progu lat 90. Dwa międzywojenne „zagraniczne” opowiadania oraz dwa „polskie”, opisujące realia początku i końca „komuny”, wyznaczają świetne ramy do tego rodzaju przemyśleń.
coorchuc - 2008-12-29, 23:34
:
Najgłupszy Anioł - Christopher Moore
Świat jest prosty i łatwy w odbiorze. Po zażyciu pigułki absurdu jest nawet prostszy. Cały cyrk polega właśnie na odnalezieniu tej pigułki.

Wkurzone elfy, pijane i awanturujące się Mikołaje, blondwłose anioły i osobiste księżniczki, które po odstawieniu lekarstw przechadzają się po grudniowym miasteczku ubrane tylko w miecz przewieszony na plecach. To wszystko jest o wiele łatwiejsze do zaakceptowania jeśli tylko dostatecznie mocno zmruży się oczy.

Aaa tak... są jeszcze samobieżne choinki...

... i mózgi sauté...

... i seks na cmentarzu...

Tak... natomiast świat w okresie świąt Bożego Narodzenia jest tak prosty i łatwy, jak międzystanowa droga numer 66, po sześciu głębszych. Nikt nie wie dokładnie, dlaczego tak się dzieje, ale małe miasteczka z wybrzeża są szczególnie silnie nastawione na detekcję takich właśnie świątecznych anomalii. Ludzie zaczynają patrzeć na siebie wilkiem, życzą sobie źle, przepychają łokciami w jedynym w mieście centrum handlowym i ten jeden raz w roku szczerze i otwarcie mówią co myślą o sobie. Oczywiście w same święta wszystko to sobie wybaczają, przepraszają, życzą sukcesów i wszystkiego co w życiu dobre. Oczywiście ci, którzy przeżyli...

Przeczytałem Najgłupszego Anioła o jedne święta za późno. Być może gdybym poznał tę książkę wcześniej, nie zrobiłbym z niej prezentu mojemu Rodzicielowi. Rodziciel chodził później wśród gości łypiąc okiem na lewo i prawo szukając podejrzanych osobników o głębi spojrzenia ujawniającej teksturę potylicy.
Historia świątecznego ducha w Pine Cove bardziej skupia się na na tej części z duchami, niż na tej ze świętami. Nie można jej jednak odmówić pewnych racji w poczynionych obserwacjach, jak również dużej dawki humoru i samokrytyki, przeplatanych nadziejami na lepsze wczoraj. Moore uchwycił stereotypy zachowań mieszkańców niewielkiej miejscowości obnażając dziecinność wśród dorosłych i zimnokrwiste wyrachowanie wśród dzieci. Oba przypadki ukazał na tle dość specyficznych okoliczności. Takimi okolicznościami są, na przykład, informacje, że Mikołaja nie ma, bo... nie żyje. Albo że Mikołaj jednak jest, ale... wciąż nie żyje.

A właśnie – to następna cecha małych miejscowości. W jakiś tajemniczy i zupełnie niewytłumaczalny sposób przejawiają niesamowitą skuteczność w przyciąganiu i ujawnianiu psychopatycznych, bądź też seryjnych modeli morderców. Czasem, tak jak w przypadku Pine Cove, miasteczko przyciąga kombinację obu powyższych modeli. Wtedy robi się naprawdę ciekawie.

Książka Christophera Moore'a jest naprawdę zabawna i pozwala oderwać mózg... hmm.. znaczy myśli od codziennych trosk. Szczerze polecam – zwłaszcza smakoszom czarnego humoru.
Beata - 2008-12-30, 17:40
:
M.J. Hyland - "Odzyskany"

John Egan ma prawie dwanaście lat, ponad metr siedemdziesiąt wzrostu i dar – wie, kiedy ludzie kłamią. Jest przekonany, że dzięki temu w przyszłości zabłyśnie, zyska sławę i zrobi karierę. Tymczasem mieszka na irlandzkiej wsi wraz z rodzicami i babcią, chodzi do małej szkoły i nie radzi sobie najlepiej z nauką irlandzkiego. Wszystkie wolne chwile poświęca lekturze Księgi Rekordów Guinnessa, żywiąc nadzieję, że kiedyś i jego nazwisko zostanie w niej wydrukowane.

John nie radzi sobie w kontaktach z rówieśnikami – w szkole jest samotny i odsunięty na margines. Kontakty z dorosłymi także sprawiają mu problemy – ponieważ jest większy od innych dzieci, jest traktowany tak, jakby był starszy. W domu również nie czuje się najlepiej – jego mocna więź z matką słabnie, a John nie rozumie dlaczego. Choć nie jest bezpośrednim świadkiem awantur i kłótni, to na podstawie usłyszanych fragmentów rozmów wnioskuje o narastających nieporozumieniach i konfliktach rodzinnych, zarówno między ojcem i matką, jak i między rodzicami i babcią. Pragnąc powrotu do stabilnej uczuciowo przeszłości i przyłapując ojca na drobnym kłamstwie, opowiada się po stronie matki i zaczyna rywalizować z ojcem o jej względy. Gdy rodzice decydują się na przeprowadzkę do komunalnego mieszkania w mieście, cały świat Johna zostaje ostatecznie wywrócony do góry nogami – jedynym stałym punktem w życiu staje się pewność posiadania wyjątkowej umiejętności – zdolności rozpoznania kłamstwa. Ta pewność stopniowo przeradza się w obsesję i niemal doprowadza do tragedii.

Książka napisana jest w pierwszej osobie – czytelnik poznaje świat z punktu widzenia Johna. Język opowieści jest prosty i łatwo przyswajalny, w pełni zgodny z wiekiem narratora. „Odzyskany” to historia przeżyć dojrzewającego dwunastolatka, jego własna interpretacja zachodzących wydarzeń, jego własne przemyślenia, czasem miłe, czasem naiwne, a czasem bezwzględne i przez to – okrutne. Rzeczywistość dziecka jest tu skonfrontowana ze światem dorosłych, wieloznacznym i pełnym niuansów, którego reguł John nie rozumie. Światem, do którego chce należeć, ale nie jest w stanie jeszcze przekroczyć granicy. Światem, który John objaśnia sobie na swój własny – dziecięco naiwny, wyłącznie czarno-biały – sposób.

Mimo zastosowanej przez autorkę narracji pierwszoosobowej, czytelnik jest utrzymywany w niepewności - w miarę lektury narasta przekonanie, że wcale nie znamy głównego bohatera, który – mimo, że jest w pewnym sensie „na świeczniku” i nie ma przed czytelnikiem tajemnic – nie raz zaskakuje nadspodziewanie dojrzałym postanowieniem czy opinią. Mimowolnie czytelnik zaczyna się zastanawiać, czy talent Johna – początkowo traktowany jako typowo dziecięca fantazja – nie jest prawdziwy. Na ile John – bazując na swoim darze i za wszelką cenę poszukując prawdy – próbuje manipulować otoczeniem, a na ile sam jest manipulowany przez własne zdolności? Czy dążenie do poznania prawdy może zniszczyć życie? I w końcu – jaka jest prawda Johna, a jaka – jego matki? Jego ojca? Komu wierzyć?

Książka Marii Hyland jest lekturą niepokojącą i prowokującą. Częściowo odpowiada za to osoba głównego bohatera. Niespełna dwunastoletni chłopiec próbuje opisywać własne emocje jeszcze dziecinnym, niewprawnym językiem. Wielu doznawanych przez siebie uczuć nie rozumie, a niektórych – nawet nie potrafi nazwać. Ale jest szczery i – mimo że jego postępowanie może drażnić – nie sposób uniknąć, przynajmniej częściowego, utożsamiania się z nim. Czasem podczas lektury zastanawiałam się, jak bym ja postąpiła, będąc na miejscu jego matki czy ojca. A czasem przypominały mi się własne „grzeszki” z dzieciństwa… Cóż, nie daje się przejść obok Johna obojętnie. Tak samo, jak nie daje się łatwo zapomnieć tej książki. I wcale nie dziwi mnie fakt nominowania jej do nagrody Bookera.
Tigana - 2008-12-31, 18:46
:
Łukasz Orbitowski & Jarosław Urbaniuk- "Pies i klecha. Tancerz"

Romantyzm, pojmowany jako epoka w sztuce, odgrywał ważną rolę w życiu Polaków. To z utworami Mickiewicza na ustach wyznawano miłość ukochanej osobie i umierano w kolejnych powstańczych zrywach. Kochano i podkładano bomby. Wylewano łzy radości i smutku. Romantyzm to jednak nie tylko wzniosłe i gorące uczucia, ale także mistycyzm, tajemniczość, a zdaniem niektórych – nawet magia.

To właśnie to nieco zapomniane oblicze romantyzmu stało się punktem wyjścia dla „Tancerza” – drugiej powieści duetu Łukasza Orbitowskiego i Jarosława Urbaniaka. Tym razem para głównych bohaterów, Pies (porucznik Zbyszek Enka) i Klecha (ksiądz Andrzej Gil), musi rozwiązać tajemnicę tkwiącą za serią zgonów, które miały miejsce w kręgu miłośników Mickiewicza. Co łączy zamordowane osoby, zaginiony manuskrypt wieszcza i rosyjskie służby specjalne? Zbieg okoliczności czy może moc, która jest w stanie „zjadaczy chleba w aniołów przerobić”? A nawet w boga.

Debiutancką powieść tandemu Orbi&Urbi, „Przeciwko wszystkim”, pozostawiła po sobie uczucie dużego niedosytu. O ile spodobały mi się wierne odtworzenie realiów z przełomu lat 80. i 90. i pojedyncze epizody, to jako całość książka zawiodła. Najbardziej zabrakło jasno określonej konwencji – czy mamy do czynienia z książką pisaną na serio czy też z przymrużeniem oka. Na szczęście podobny zarzut nie dotyczy „Tancerza”, którego można nazwać rasowym horrorem.

Fabuła recenzowanej powieści jest, moim zdaniem, lepiej skonstruowana, bardziej zwarta, mniej epizodyczna. Niemniej można zauważyć pewien schemat. Początek książki to śledztwo prowadzone w krakowskich kręgu mistyków – tym razem miłośników Mickiewicza. Później Pies i Klecha w poszukiwaniu rozwiązania zagadki opuszczają Kraków i wyruszają w daleką podróż. W poprzedniej powieści był to położony gdzieś w Polsce szpital psychiatryczny, tutaj trafiamy nie byle gdzie, bo do Paryża. Miasto stanowi kolebkę towianizmu – powstałego w XIX wieku mistyczno-patriotycznego kręgu zrzeszającego poetów, pisarzy, polityków; w tym również Adama Mickiewicza. Akcja toczy się w szybkim tempie; autorzy zaskakują kolejnymi zwrotami akcji, a śledztwo zostaje okraszone kilkoma spektakularnymi pogoniami, a nawet strzelaninami.

W porównaniu z poprzednią powieścią Pies i Klecha za bardzo się nie zmienili. Może tylko ksiądz Gil częściej sięga po kieliszek. Enka to wciąż niepoprawny kobieciarz, który woli działać niż myśleć. Razem świetnie się uzupełniają i tworzą zgrany tandem. Wydaje mi się jedynie, że pomiędzy nimi za mało iskrzy. Byłoby moim zdaniem o wiele ciekawiej gdyby dochodziło do tarć, tak jak w wypadku agentów Muldera i Scully, gdzie wiara w nadprzyrodzone walczyła z racjonalizmem i przekonaniem o potędze nauki. Tymczasem zarówno Enka, jak i Gil nieco za szybko przyjmują za pewnik uczestnictwo sił nadprzyrodzonych w całej sprawie. Oczywiście, jeśli pracuje się w polskim odpowiedniku „Archiwum X”, to trudno nie wierzyć w duchy. Niemniej mimo wszystko szkoda. Poza Psem i Klechą jest też ten trzeci, nawiedzony przez anioły Rajmund Cnota, postać wprowadzającą sporo zamieszania i humoru. Z drugiej strony jego rola sprowadza się do pojawiania się znikąd i ratowania życia pozostałym bohaterom. Na dłuższą metę staje się to ciut męczące. Spodobał mi się za to pomysł na wzbogacenie kreacji postaci komisarza Gruli, który niespodzianie odkrywa swoje ukryte talenty.

W odróżnieniu od „Przeciwko wszystkim” w „Tancerzu” nie ma drobiazgowych opisów realiów życia na początku lat 90. ubiegłego stulecia. Wszystkie „smaczki” są gdzieś obok, w cieniu i stanowią jedynie tło dla wydarzeń. Nie brakuje natomiast mniej lub bardziej ukrytych aluzji do współczesnych osób z kręgów polityki czy biznesu. Nigdy nie byłem w Paryżu, zatem trudno jest mi powiedzieć, na ile autorom udało się oddać atmosferę tego miasta, na pewno jednak ciekawie został pokazany hermetyczny krąg mickiewiczofilów i przedstawicieli starej emigracji, dla których czas zatrzymał się w XIX wieku.

„Tancerz” to powieść udana. Napisana świetnym językiem, inteligentna, dobrze skonstruowana, potrafiąca „porwać” czytelnika. Książka duetu Orbi&Urbi to także szansa, by nieco odmienić poglądy w kwestii romantyzmu. By nie spojrzeć na te czasy przez pryzmat słów „Słowacki wielkim poeta był”, lecz wejrzeć w duszę epoki; dostrzec nie nobliwe „portrety”, tylko ludzi targanych przyziemnymi namiętnościami. Gorących patriotów. A także mistyków.

Ocena 8/10
Beata - 2009-01-02, 21:51
:
Marek Baraniecki - "Głowa Kasandry"

„Głowę Kasandry” czytałam po raz pierwszy w 1985 roku. Ponowna lektura przywróciła mojej pamięci niektóre szczegóły, ale ogólne wrażenie pozostało takie samo jak 23 lata temu – to jedna z najlepszych postapokaliptycznych historii, na jaką miałam okazję trafić. Opowieść o zniszczonym świecie, walce nielicznych ocalałych z częściowo zmutowanym środowiskiem, o budowaniu od podstaw nowych społeczności. Tymczasem niewykorzystane podczas III wojny światowej rakiety z głowicami nuklearnymi i chemicznymi nadal pozostają w silosach. Choć ich lokalizacja jest zapomniana, broń ciągle stanowi zagrożenie – trzęsienia ziemi czy korozja naruszyły stabilność niektórych silosów i głowic. Poszukiwaniem i rozbrajaniem pocisków zajmuje się Teodor Hornic, który od lat próbuje odnaleźć i unieszkodliwić legendarną Kasandrę – największą i najgroźniejszą rakietę, jaką kiedykolwiek zbudowano.

Główny bohater nie działa w próżni – autor nie ograniczył się do przedstawienia wątku poszukiwania Głowy Kasandry. W oszczędnych słowach maluje obraz codzienności zwykłych ludzi – i nie jest to jedynie walka o fizyczne przetrwanie. Oczami Hornica obserwujemy zachodzące w niewielkich społecznościach procesy – postępujący regres biologiczny, narodziny kulturowego „tabu”, którym objęte są dawne wytwory techniki, zmianę systemu wartości. Oczywiście, Hornic znajduje Kasandrę – ten fakt jest łatwy do przewidzenia. Ale tylko ten. Bo w zakończeniu autor zaskakuje czytelnika, dostarczając nowych informacji, które zmieniają całkowicie wymowę utworu. Teodor Hornic staje przed dramatycznym wyborem. Jaką opcję wybierze? Autor stawia na daleko posuniętą współpracę z czytelnikiem – nie wyjaśnia szczegółowo wszystkiego, zostawia szeroki margines dla spekulacji. Stawia pytania, na które nie ma łatwych odpowiedzi.

Bohaterowie pozostałych opowiadań(1) zmagają się z entropią, przeznaczeniem, stawiani są wobec filozoficznych dylematów. Wydaje mi się, że dla autora najważniejsza jest społeczna strona rozwoju naszej cywilizacji, potencjał nie-techniczny ludzkości. Jesteśmy całkiem nieźli w technologii, w wymyślaniu najróżniejszych przedmiotów, ułatwiających w mniejszym lub większym stopniu życie. To powód do dumy, owszem. Ale wystarczy jeden niezrównoważony polityk („Wesele dusz”), jedna „interwencja” entropii („Karlgoro, godz. 18.00”) i stajemy na krawędzi. Zbliżamy się niebezpiecznie do świata „Głowy Kasandry”, wręcz ocieramy o granicę. Dzięki nieśpiesznej narracji „Ziarno Kirliana” pozwala na chwilę zadumy, którą autor wykorzystuje, by przekazać, że nie ma nieważnych wydarzeń. Wszystkie – nawet te najmniej ważne, pozornie nieistotne drobiazgi – składają się na naszą rzeczywistość, są ze sobą wzajemnie powiązane. Świat staje się… w każdej chwili. Teraz(2). A jaki on będzie? Zależy od nas samych. Być może wybierzemy rozwiązanie z „Wesela dusz”, kto wie?

Mimo, że poszczególne utwory stanowią odrębne byty i powstawały w różnym czasie, nie potrafię traktować ich rozłącznie. Każde z opowiadań porusza inne zagadnienie, zwraca na co innego uwagę. A jednak tematem każdego jest człowiek, jego psychika i emocje oraz konsekwencje – czasem globalne – podejmowanych decyzji. A ponieważ autor nie tłumaczy wszystkiego, książka prowokuje do zastanowienia. Wiem, że do niej jeszcze wrócę – choćby po to, by w końcu odkryć tajemnicę „Wynajętego człowieka”.

1) Obecne wydanie zawiera – poza tytułową „Głową Kasandry” – cztery inne opowiadania: „Karlgoro, godz. 18.00”, „Wynajęty człowiek”, „Ziarno Kirliana” i „Wesele dusz”.
2) Cytat pochodzi z „Ziarna Kirliana” („Głowa Kasandry”, str. 238).
Tigana - 2009-01-04, 21:58
:
Peter V. Brett - "Malowany człowiek", księga I

W 2008 roku każde liczące się w branży wydawnictwo zaprezentowało nowego, ciekawie zapowiadającego się pisarza fantasy: Rebis – Patricka Rothfussa („Imię wiatru”), Mag – Alana Campbella („Noc blizn”), ISA – Joego Abercrombiego („Samo ostrze”). Swoje trzy grosze postanowiła również dorzucić Fabryka Słów – wydawnictwo, które do tej pory koncentrowało się głównie na naszych rodzimych twórcach. Tak na półkach księgarskich zadebiutował „Malowany człowiek” Petera V. Bretta.

W pierwszej odsłonie cyklu autor zabiera nas do świata, gdzie ludzie bezpieczni są jedynie w słonecznym blasku, a nocą mogą się jedynie modlić, by demony nie przełamały runów chroniących ich domostw. Fabuła rozpisana jest na trzy toczące się równolegle wątki, które, przynajmniej w tym tomie, nie zostały ze sobą połączone. Każdy z nich przedstawia historię jednego z trójki bohaterów – Arlena, Leeshy i Rojera – dzieci, którym przyjdzie odegrać wielką rolę w dziejach świata. Autor ukazuje każdą z wymienionych postaci w przełomowym dla jej życia momencie. Arlen, widząc tchórzostwo własnego ojca, ucieka z domu, by nauczyć się walczyć z demonami; Leesha staje się uczennicą wiejskiej zielarki; Rojer po śmierci rodziców zostaje przygarnięty przez wędrownego minstrela. Jak dokładnie potoczą się ich dalsze losy, trudno powiedzieć, nie trudno było natomiast przewidzieć fabułę „Malowanego człowieka”, na którą składają się klisze znane z innych książek fantasy.

Zacznijmy od bohaterów; otóż są to sieroty tudzież osoby mające nieszczęśliwe dzieciństwo. Ich życie jest nudne, a marzenia dość przyziemne. Dopiero zrządzeniem losu zmuszeni są do porzucenia dotychczasowej, bezpiecznej egzystencji i podjęcia nowych wyzwań. Innymi słowy, standardowy los Wybrańców. Również ich osobiste przymioty są standardowe – prawi, odważni, chętni do poświęceń, służby dla innych. Dodatkowo autor obdarzył ich nadzwyczajnymi zdolnościami np. Rojer pomimo kalectwa pięknie gra na skrzypcach, a Arlen potrafi samodzielnie wykreślać runy. Ten ostatni ma również żyłkę do interesów. Inna sprawa, że jego genialność wynika przede wszystkim z tępoty innych – jakoś nie chce mi się wierzyć, że nikt przed nim nie wpadł na pomysł wymiany runów. Zastanawia także, iż pomimo istnienia sieci specjalnych kurierów, nikt jeszcze nie wybrał się w podróż do odległych osad w celu spisania używanych tam runów, które ponoć są bardzo potężne i rzadkie.

Inne postaci są również stereotypowe i zbudowane na podstawie gatunkowych szablonów – dzielny i prawy rycerz, pozornie wredna zielarka, wyrozumiały mistrz, zła matka, kilku „tępych” drwali. Nic z czym do tej pory nie spotkalibyśmy się w fantasy. Zabrakło mi tylko jakiegoś charakterystycznego czarnego charakteru, który od dzieciństwa prześladowałby naszych bohaterów. No, ale to dopiero pierwszy tom cyklu, nic straconego.

Co do zachwalanych w blurbie przez Jarosława Grzędowicza realiów – moim zdaniem również w tym aspekcie „Malowany człowiek” nie jest zbyt odkrywczy. Nie licząc samej kwestii demonów, które pojawiają się na całym świecie wraz z zachodem słońca, autor nie wprowadził jakichś ciekawych elementów. Quasi historyczne miasta, monarchia stanowa, zwyczajowe zatargi możnowładców – nihil novi sub sole. Zastanawia tylko powszechne używanie włóczni zamiast mieczy, ale to jedyna widoczna różnica.

Na plus zapisałbym za to autorowi samą kreację demonów. Brett nie poszedł na łatwiznę i stworzył na potrzeby książki wiele zróżnicowanych gatunków potworów. Zróżnicowanych zarówno pod względem wyglądu, jak i umiejętności. Mamy zatem mało szkodliwe demony powietrzne, groźne ogniste oraz praktycznie niezniszczalne skalne. Przydałoby się natomiast, aby demony były nieco bardziej inteligentne, umiały porozumiewać się z ludźmi.

Książka jest napisana dobrym i żywym językiem, duża w tym zasługa Marcina Mortki, dla którego jest to chyba debiut w tłumaczeniu książek fantasy. Bohaterowie, chociaż stereotypowi, przyciągają uwagę i szybko zdobywają sympatię czytelnika. Poszczególne wątki są prowadzone bardzo wartko i nie można narzekać na nudę. Przydałoby się jednak więcej zwrotów akcji.

W trakcie czytania „Malowanego człowieka” zastanawiałem się, do kogo książka została skierowana. I tak naprawdę, nawet w trakcie pisania recenzji nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Sądzę, że czytelnik znający literaturę fantasy może się poczuć rozczarowany lekturą powieści Bretta, ponieważ nie znajdzie w niej zbyt wielu nowatorskich pomysłów. Przez chwilę uważałem, że adresatem są miłośnicy cyklu o Harrym Potterze czy „Eragona”. Jednakże wprowadzenie wątku kazirodztwa oraz liczne wzmianki o spędzaniu płodu lub rozdziewiczaniu stawiają moją tezę pod dużym znakiem zapytania.

Podsumowując – pierwsza część „Malowanego człowieka” Petera V. Bretta to powieść, która idealnie wpisuje się w dotychczasowy dorobek Fabryki Słów. Nie znajdziemy tutaj ani nowatorskich pomysłów, ani głębszych przemyśleń – za to możemy przyjemnie spędzić parę godzin. Otrzymujemy sprawnie napisaną książkę, o której, niestety, zapomnimy zaraz po przeczytaniu. Jeśli ktoś tęskni za prawie klasyczną fantasy (prawie, bo bez elfów i krasnoludów), zachęcam do czytania. Pozostałym radziłbym wydać pieniądze na inne, ciekawsze książki.

Ocena 5/10
Beata - 2009-01-05, 19:59
:
antologia - "Białe szepty"

Ponad rok temu Wydawnictwo Replika ogłosiło konkurs na opowiadanie „dotykające w swej treści szeroko rozumianego zagadnienia sztuki i pracy twórczej”. Spośród nadesłanych ponad stu prac wybrano dwadzieścia utworów(1), które składają się na niniejszą antologię. Antologię bardzo ciekawą, bo przede wszystkim różnorodną – opowiadania traktują o malarstwie, rzeźbie, teatrze, muzyce, literaturze i utrzymane są w różnych konwencjach: od baśni, po horror. I – co cieszy mnie najbardziej – niektóre utwory debiutantów dorównują poziomem pracom autorów już znanych.

Jednym z najlepszych opowiadań są w mojej ocenie „Szklane oczy” Tomasza Wróbla – utwór aż gęsty od symboliki, bezlitośnie ośmieszający schematy i tętniący humorem. Czegóż tu nie ma: Galatea i Pigmalion, Alicja z krainy czarów, Pinokio, Mała syrenka… Współczesna Galatea śladem szczura (niegdyś przewodnikiem do innego wymiaru był biały królik) wyrusza na poszukiwanie wiedźmy, mogącej obdarzyć ją człowieczeństwem. Jeszcze niedawno czarownice zaszywały się w niedostępnych leśnych ostępach, teraz mieszkają po drugiej stronie… kałuży, w śmietnikowym blokowisku. Oczywiście, za wszystko trzeba płacić. I lalka-Galatea płaci… silikonem. Autor sprawił mi osobistą przyjemność, wykorzystując do opisu przejścia przez zamknięte drzwi teorię bąka (naukowcy udowodnili, że bąk ma zbyt małą powierzchnię skrzydeł oraz zbyt dużą masę ciała by latać – kłopot w tym, że bąk o tym nie wie i… lata), a nie jakąś tam ograną teleportację.

Zamykające zbiór opowiadanie pt.: „Białe szepty” Piotra Roemera może śmiało rywalizować ze „Szklanymi oczami”, choć jest utrzymane w całkowicie odmiennym klimacie. Nie ma tu drwiny czy parodii – jest raczej atmosfera opowieści niesamowitych Edgara Alana Poe. Wszystkie elementy utworu współgrają ze sobą: pomysł, osoba głównego bohatera, stopniowo i umiejętnie dozowane informacje, tempo akcji, język. Narratorem jest alkoholik i język utworu – początkowo zuchowaty, pełen dygresji i komentarzy na temat nałogu – jest do osoby opowiadającego idealnie dostosowany. W miarę postępu opowieści, gdy aura niesamowitości narasta, a opowiadający trzeźwieje – język zmienia się, współtworząc nastrój.

Zdecydowanie najbardziej pogodnym opowiadaniem w antologii jest utwór Marty Uszyńskiej pt.: „Elfy i artyści tańczą” – emanujący życzliwością i ciepłem. Na uwagę zasługuje „Kościół w Auvers” Roberta Cichowlasa, odsłaniający tajemnicę ostatniego listu Van Gogha, „Witraż Arlety” Joanny Maciejewskiej, przypominający, że w każdej pracy artysta pozostawia cząstkę swojej duszy, czy też „Muza z przypadku” duetu Kyrcz&Radecki, wprowadzająca czytelnika w arkana sztuki tworzenia epitafiów nagrobkowych oraz poruszające – „Jak malowany szpak” Michała Galczaka i „Płaczka” Davida Kaina. Opowiadanie „Arnie i Ash” Joanny Gładysek – choć wydaje się być nieco za długie – jest doskonałe w warstwie psychologicznej i w pełni oddaje znaczenie terminu: ironia losu.

W „Białych szeptach” nie ma tekstów ewidentnie złych – nawet słabsze opowiadania mają co najmniej jeden element postawiony na całkiem niezłym poziomie – albo jest to pomysł, albo język utworu, albo kreacja postaci. Lektura całości zbioru jest ciekawa – nawet dla osób, które – jak ja – nie bardzo odnajdują się w klimatach literatury grozy. Ale najbardziej optymistycznie nastraja obecność aż tylu debiutów.

1) Spis treści:
1. Anna Zgierun - „Il mago del potere”
2. Tomasz Wróbel - „Szklane oczy”
3. Dawid Kain - „Płaczka”
4. Sebastian Szczepan - „Mt 8,17”
5. Małgorzata Brejnak - „Znikające obrazy”
6. Robert Cichowlas - „Kościół w Auvers”
7. Tomasz Gnyś - „Przeznaczenie ukryte w płótnie”
8. Danuta Franczyk - „W poszukiwaniu zagubionego raju”
9. Joanna Maciejewska - „Witraż Arlety”
10. Radosław Scheller - „Koncert wszech czasów”
11. Joanna Gładysek - „Arnie i Ash”
12. Michał Galczak - „Jak malowany szpak”
13. Kazimierz Kyrcz Jr, Łukasz Radecki - „Muza z przypadku”
14. Marta Uszyńska - „Elfy i artyści tańczą”
15. Bogdan Lutnik - „Malarz psów”
16. Barbara Srebro-Fila - „Natalia”
17. Maciej Żytowiecki - „Pole pszenicy numer 7”
18. Anna Szczęsna - „Malarz koszmarów”
19. Maciej Lewandowski - „L’Art des Dames”
20. Piotr Roemer - „Białe szepty”
batou - 2009-01-06, 22:15
:
Orhan Pamuk "Śnieg"

Kiedy w 2006 roku Orhan Pamuk otrzymał literacką nagrodę Nobla wszyscy mówili o tym jak bardzo „na czasie” było wyróżnienie właśnie jego w kontekście starań Turcji o przystąpienie do Unii Europejskiej. Wtedy i dziś sporo słyszy się o obawach związanych z tak dużą integracją islamskiego kraju z, w większości, katolicką lub laicką Europą. Powieść Śnieg we mnie te wątpliwości gruntuje. Nie dlatego, że powinniśmy się w jakiś sposób obawiać Turków, ale dlatego, że dla nich samych mogłoby to chyba przynieść więcej złego niż dobrego.

Pierwsza wydana w Polsce powieść Pamuka opowiada historię Ka, tureckiego poety, który po kilkuletnim pobycie w Niemczech wraca do ojczyzny, żeby napisać dla stambulskiej gazety reportaż o wyborach samorządowych w Karsie i fali samobójstw wśród kobiet w tym mieście. Są to jednak powody drugorzędne, bo tak naprawdę Ka przyjeżdża w to miejsce dla kobiety. Dla Ipek, którą pamięta z czasów studenckich, a która właśnie rozwiodła się z mężem. Ka przyjeżdża w poszukiwaniu natchnienia, miłości i szczęścia.

Pamuk w swojej książce pokazuje stale panujący w Turcji konflikt między laickim systemem sprawowania rządów, a głęboko zakorzenioną w jej obywatelach islamską kulturą. Konflikt ten prowadzi nie tylko do sporów politycznych, ale do wielkich ludzkich tragedii co chyba najbardziej dramatycznie obrazuje zakaz wpuszczania do szkół kobiet w czarczafach skutkujący samobójstwami. W książce mamy też oddany podział społeczeństwa na część wierną ideałom europeizacji, zwróconą w kierunku zachodu i wybierającą ten styl życia i część tradycjonalistyczną, dla której laicyzacja kraju jest wyrzeczeniem się wielowiekowych tradycji. W tej drugiej grupie mamy tu przedstawionych zarówno rozgoryczonych, ale pogodzonych z tym mieszkańców Karsu, jak i fundamentalistów gotowych walczyć ze zdrajcami Koranu. Konflikt między nimi to jeden z głównych wątków powieści, na którego tle opowiedziana jest historia Ka.

Proza Pamuka jest przesycona emocjami. Każdy z bohaterów tej powieści to tak naprawdę odrębna historia, każdy jest ciężko doświadczony przez los, czy to za sprawą miłosnych zawodów, prześladowań za głoszone poglądy, czy z powodu biedy. Ta żywiołowość w wyrażaniu emocji i indywidualizm bohaterów kształtuje relacje między nimi i wymusza niejako na pisarzu dynamiczną narrację. Szczególnie w połączeniu z rozwijającymi się w błyskawicznym tempie wydarzeniami w samym mieście. Książkę czyta się przez to bardzo dobrze i szybko, co jednak nie przeszkadza w skupieniu się nad poruszonymi przez Pamuka problemami. Ten pęd wydarzeń hamują też nieco opisy samego miasta odciętego od świata przez opady śniegu, z przerwami w dostawach energii elektrycznej i pogrążonego chwilami w takiej sennej atmosferze, co też ma wpływ na bohaterów, a szczególnie na Ka.

O Śniegu można na pewno powiedzieć, że jest to powieść na czasie. Powieść poruszająca problemy aktualnie trapiące zarówno Turcję, jak i całą Europę. Pamuk opisuje tu świat, w którym ścierają się cywilizacje wschodu i zachodu. Do nas ten konflikt dociera chyba głównie w postaci wiadomości o zamachach bombowych przygotowanych przez islamistów, ta książka pokazuje to co jest pod spodem. Pokazuje, że problemy związane z przenikaniem się tych dwóch światów nie są spowodowane tylko przez zapóźnienia gospodarcze krajów takich jak Turcja, ale wynikają z mentalności ludzi i ich przywiązania do kultury, która jest nam obca i prawdopodobnie nie do przyjęcia. Jeśli dzisiejsza Turcja wygląda tak jak opisane przez Pamuka miasto Kars to chyba należy się zastanowić, czy ideę europeizacji należy szerzyć w krajach, które stoją ciągle na rozstaju dróg, i w których społeczeństwo pozostaje tak podzielone. Warto przeczytać tę powieść, żeby to wszystko poznać nieco bliżej, ale warto też dlatego, że to niezwykle ciekawa i bardzo dobrze opowiedziana historia.
Tigana - 2009-01-07, 20:26
:
Michael Connoelly "Punkt widokowy"

Czy pisząc trzynastą część cyklu, można jeszcze czymś zaskoczyć czytelnika? „Punkt widokowy” – najnowsza odsłona serii powieściowej Michaela Connelly’ego o detektywie LAPD, Harrym Boschu, udowadnia, że tak. Tym razem autor wikła swego bohatera w śledztwo, od którego powodzenia zależy nie tylko bezpieczeństwo miasta, ale i całego państwa. Pozornie zwykła sprawa zabójstwa pewnego lekarza, z chwilą powiązania jej z kradzieżą materiałów rozszczepialnych, przestaje być bowiem rutynowa. Dochodzenie próbuje przejąć FBI, ale znajduje godnego siebie przeciwnika w postaci Boscha.

Michael Connelly zanim został pisarzem przez wiele lat pracował jako dziennikarz w „Los Angeles Times”. Stąd chyba wzięło się jego publicystyczne zacięcie, nawiązywanie i komentowanie w powieściach spraw polityczno-społecznych współczesnej Ameryki, jak rasizm czy nadużywanie władzy przez polityków. Nie inaczej jest w przypadku „Punktu widokowego”, gdzie autor bierze na warsztat temat zagrożenia terrorystycznego. I jeśli fikcję Connolly’ego uznamy za prawdopodobną, to kwestia bezpieczeństwa Ameryki rysuje się w czarnych barwach. Oficjalnie odpowiedzialne za śledztwo instytucje – policja, FBI, Biuro Bezpieczeństwa Krajowego – współpracują ze sobą. W praktyce, zamiast skoncentrować się na priorytetowym zadaniu, jakim jest odnalezienie skradzionego cezu, więcej czasu marnują na podjazdowe wojenki. Zatajanie kluczowych informacji, ukrywanie świadków czy prowadzanie samodzielnych akcji to tylko czubek góry lodowej. Każda agencja chce być tą, na którą spłynie sława „pogromczyni terrorystów”, ale kiedy w grę wchodzą ludzkie ambicje, o błędy nie jest trudno.

Nie bez winy jest tu też sam Harry Bosch. Nauczony przykrym doświadczeniem, że z FBI się nie współpracuje, woli prowadzić śledztwo na własną ręką. Na jego szczęście autor pozwala mu być tym nieomylnym, który jako jedyny potrafi pójść właściwym tropem. Pytanie, czy w prawdziwym życiu taka samowolka mogłaby mieć miejsce, czy zakończyłaby się sukcesem? Podejrzewam raczej, że zastosowano by prewencyjne aresztowanie na cały czas dochodzenia, a nie tylko na godzinę jak to przedstawiono w powieści. Inna sprawa, że Bosch, niemal w każdej odsłonie cyklu wchodzący w paradę FBI lub przełożonym, wydaje się być osobą mającą rozpostarty nad sobą parasol ochronny. O gigantycznych rozmiarach.

Novum, jak na cykl Connelly’ego, jest szybko prowadzona akcja, która zamyka się równo w dwunastu godzinach. „Punkt widokowy” różni się od pozostałych części serii także objętością – niespełna 200 stron. Niestety traci na tym książka, znacząca cześć jej potencjału nie została wykorzystana. Nie odnajdziemy tu na przykład tak charakterystycznego dla serii skrupulatnego budowania wizerunku ofiary. Bosch nie ma tym razem czasu na zagłębianie się w przeszłość zamordowanego czy skrupulatne wczytywanie się w akta, jego działanie oparte na wieloletnim doświadczeniu jest czysto instynktowne. Zabrakło też miejsca, by rozbudować charakterystyki poszczególnych postaci, przez co występujący w książce bohaterowie są tylko pobieżnie naszkicowani. Nie wygrany do końca został ciekawy motyw współpracy Boscha z nowym partnerem Iggy Ferasem. Owszem znajdziemy dwie czy trzy smakowite scenki, ale taki stary wyga jak Connelly powinien z tego wątku wycisnąć znacznie więcej.

Sam konflikt interesów pomiędzy policją a FBI czy kwestie nadużyć agencji rządowych były już wielokrotnie, i to dużo ciekawiej, przerabiane w wielu książkach. W tym także w poprzednich książkach Connelly’ego, ze znakomitym „Zagubionym blaskiem” na czele. Z uwagi na małą kubaturę książki ucierpiała także sama zagadka kryminalna, której rozwiązania, poza małym „haczykiem”, można się domyślić już po dwudziestu stronach.

Czy „Punkt widokowy” to nieudana książka? Być może po lekturze znakomitej powieści „Echo Park” zbyt wysoko postawiłem poprzeczkę dla kolejnego dzieła Michaela Connelly’ego. Przecież nie każda książka musi być od razu znakomita. Dlatego mimo wszystko zachęcam do zapoznania się z kolejnym śledztwem Harry’ego Boscha. W końcu dwie, trzy godziny poświęcone na przeczytanie „Punktu widokowego” to nie tak dużo, a przyjemność płynąca z lektury, mimo wszystko, całkiem spora.

Ocena 6/10
Ł - 2009-01-11, 21:55
:
Eugeniusz Dębski - Tamta strona świata.

„Tamtą stronę świata” czytam po raz drugi; gdy zacząłem interesować się fantastyką (a w szczególności jej polskim podwórkiem), książki Eugeniusza Dębskiego było jednymi z pierwszych, jakie wpadły mi w ręce. I przyznam, że mało co pamiętałem, oprócz tego, że główny bohater był naprawdę kimś. Blurb zresztą całkiem sensownie osadza go w popkulturowym kontekście, sugerując, iż Owen Yeats to ten sam typ postaci, co Rick Deckard z „Łowcy Androidów” i Joe Hallenbeck z „Ostatniego Skauta”. Jakby ktoś miał jeszcze wątpliwości, okładka (świetne wykonanie, winszuje grafikowi) zręcznie podpina się pod stylistykę rodem z „Blade Runnera”. Po części jest to trafne, po części nie.

Przede wszystkim świat powieści to niedaleka przyszłość (choć w samej książce pada tylko jedna data pozwalająca ustalić, że jest to zaawansowana pierwsza połowa XXI wieku), w której nie spełniły się wizje przeludnionych metropolii czy postapokaliptycznych pustkowi. Autor nie wysila się też, jeśli chodzi o aspekt futurystyczny – nie zobaczymy tu zbyt wielkiej ilości gadżetów czy nowych konstruktów społeczno-politycznych. Gospodarka się kręci, ludziom żyje się lepiej i stać ich na wynajmowanie prywatnych detektywów, bo i zła w tym świecie nie brakuje. A może jego ilość wzrosła proporcjonalnie do rozwoju gospodarczego? Z książki bardziej przebija klimat noir niż fikcji naukowej. Bądź co bądź, Yeats na brak pracy nie narzeka.

Dębskiemu udało się świetnie wykreować postać „cholernego cwanego twardziela” (znowu cytat z okładki) – zbyt cwanego, żeby dać się zabić, i zbyt twardego, by się wycofać. A może zbyt twardego, żeby umrzeć, i zbyt głupiego, by się wycofać – wszystko jedno. Trudno w tym miejscu rozpisywać się, czemu Owen Yeats jest taki kapitalny – musiałbym całą recenzje poświecić na subiektywne zestawienie cytatów. Znalezienie ich nie zajęłoby mi dużo czasu – praktycznie na każdej stronie mamy jakiś rodzynek, jeśli nie kilka, w postaci dowcipnego komentarza autorstwa Yeatsa czy jego kwestii dialogowej. Bo o ile rozmawia on, jak na prawdziwego twardziela przystało, tylko wtedy, gdy jest to niezbędne, i tylko tyle, ile trzeba, to miewa całkiem ciekawe spojrzenie na rzeczywistość. I sporo trafnych przemyśleń, nie odpływających w krainy obłoków i niebieskich migdałów, ale mocno przykuwających do ziemi.

Autor nie daje nam szansy rozwiązać zagadki. Tylko Owen Yeats jest do tego zdolny, a nam pozostaje tylko go podziwiać. Dlatego zamiast typowej kryminalnej łamigłówki, otrzymujemy bardziej powieść akcji, której siła zwrotów akcji opiera się między innymi na naszej niewiedzy. Zaś samo rozwiązanie zagadki, zaskakuje, ale nie wyrywa z fotela. Kryminał ożeniony z fantastyką to dość nieprzewidywalna mieszanka, oferująca sporo możliwości, a z drugiej strony tyle pokus, by pójść na skróty, że mało który autor potrafi ją umiejętnie wykorzystać. Dębski ten problem sprytnie omija, koncentrując się na bohaterze, znajdującym wyjście z każdej sytuacji. Czasami było mi trudno nadążyć zza nim, ponieważ Yeats nie każdą myślą dzieli się z czytelnikiem hojnie.

W podsumowaniu pozwolę sobie podziękować własnej pamięci za jej selektywność. Jak napisałem na początku, zapamiętała to, co w książce było najważniejsze – Owena Yeatsa. Tak naprawdę fabuła i wszystko, co się wokół dzieje, to tylko wymówki, by dać głównemu bohaterowi pole do popisu. Właściwie to nawet nie jest popis; z każdego zachowania Owena bije autentyczność, swoboda – on po prostu już taki jest. Dębskiemu naprawdę w bardzo zręczny sposób udało się na bazie pewnego archetypu powołać do życia postać, ale co ważniejsze, archetyp ten zawiera się w postaci, a nie na odwrót. Yeats posiada własny, charakterystyczny urok; nie ogranicza się do bycia li tylko kulturową emanacją czegoś lepszego. Dlatego ze spokojnym sumieniem mogę tę książkę polecić wszystkim, którzy jeszcze Owena nie spotkali.
Tigana - 2009-01-13, 23:12
:
Rafał Dębski "Serce teściowej"

Powiedzenie „Nie szata zdobi człowieka, lecz człowiek szatę” idealnie odnosi się do okładek książek i ich zawartości. Jakże często w straszącej swoim widokiem obwolucie tkwi wybitna powieść, a jednocześnie za piękną, lakierowaną okładką czai się popis czystej grafomanii. Okładki to także oznaka przemijania. Kto dziś jeszcze pamięta pierwsze książki Fabryki Słów, które swoim wyglądem bardziej zniechęcały niż zachęcały do kupna albo „czarną serię” Maga? Coraz trudniej znaleźć także książkę fantasy reklamującą się roznegliżowaną barbarzynką z wielkim mieczem, co kiedyś było standardem. Dzisiaj rodzimi wydawcy coraz rzadziej kopiują zagraniczne wzorce, a stawiają na nowatorskie projekty, które równie często wabią, co odrzucają. Na pewno nie pozostawiają obojętnym.

Takim eksperymentem jest dla mnie okładka zbioru opowiadań Rafała Dębskiego „Serce teściowej”. Nie będę ukrywał – wyjątkowo paskudna, a na dodatek niemająca nic wspólnego z zawartością książki. Owszem, w tytułowym utworze pojawia się rzeczona teściowa, ale z pewnością nie przypomina ona postaci z kiepskiego kawału. Jeśli Fabryka Słów chciała zaskoczyć, zaszokować, zaciekawić to na pewno jej się udało. Z drugiej strony tego typu bohomaz mógł wpłynąć odstręczająco na część potencjalnych czytelników. Bo jak z taką książką pojawić się w towarzystwie? A i w autobusie dziwnie na człowieka patrzą. Wiem, bo sam tego doświadczyłem. Szkoda, gdyż sama zawartość książki jest jak najbardziej warta uwagi.

„Serce teściowej” to zbiór opowiadań składający się z jedenastu utworów. Nie udało mi się dotrzeć do pełnej bibliografii autora, ale z tego co jest mi wiadomo, przynajmniej część z nich była już wcześniej opublikowana w „Feniksie” czy „SFFiH”.

Pierwsze sześć utworów1) to humoreski fantasy, które przywodzą na myśl „Antybaśnie” Marcina Wolskiego. Obu autorów oprócz mocno ironicznego poczucia humoru łączy zapał do przekształcania znanych motywów z bajek i baśni. Niby mamy klasycznego rycerza walczącego ze smokiem, dżina spełniającego życzenia czy Śpiąca Królewnę – nie liczmy jednak na klasyczną wersją opowieści pióra Andersena czy braci Grimm. U Dębskiego nie każdy dobry uczynek będzie wynagrodzony, a prawda często okazuje się dużo bardziej złożona. Autor bawi i zwodzi czytelnika, ale równocześnie ukazuje ludzkie przywary. I wszystko to, podane lekko, czyta się z przyjemnością.

Jednakże humoreski fantasy to tylko jedno oblicze „Serca teściowej”; pozostałe utwory są już pisane „na serio”, a ich tematyka jest dużo bardziej różnorodna. Dzięki temu czytelnik ma szansę zapoznania się z pełnym wachlarzem możliwości autora. Dębski prezentuje się zarówno jako literat nawiązujący do dzieł rosyjskich klasyków („Kura”), pisarz powieści historycznych („Invidia”, „Cena spokoju”), twórca horrorów („Różaniec z bursztynu”, „Demony starszyzny Gawriłowa”) czy futurystycznych thrillerów szpiegowskich („Festung Oels”). Warto przy tym zaznaczyć, że o ile część pisarzy, jak chociażby Andrzej Pilipiuk, zawsze pozostaje sobą i ich utwory literacko są do siebie podobne to autor „Serca teściowej” w każdym tekście pokazuje inną twarz.

Dużym atutem prozy Dębskiego są również bohaterzy. Celowo używam tutaj słowa „bohaterzy”, ponieważ autorowi udało się w wymyślone postaci tchnąć życie. I obojętnie czy będziemy czytali o średniowiecznym rycerzu czy oficerze NKWD, każda z tych osób ma własną, wyrazistą osobowość. Jest to o tyle istotne, że autor często stawia przed nimi prawdziwe wyzwania i zmusza do podejmowania trudnych decyzji.

Z „Sercem teściowej” Rafała Dębskiego jest podobnie jak z niektórymi owocami, pod mało atrakcyjną powłoką kryje się smakowita zawartość, którą człowiek chce się nacieszyć jak najdłużej. Dostajemy zbiór ciekawych, a równocześnie dobrze napisanych opowiadań, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Oczywiście, można pewne rzeczy autorowi zarzucić. Część utworów, szczególnie z pierwszej części zbioru, jest przewidywalnych, gdzieniegdzie zaś szwankuje fabuła. Są to jednak mało istotne wady, które w żaden sposób nie umniejszają jakości całej książki.

Ocena 7/10
Romulus - 2009-01-16, 11:53
:
BALZAKIANA – Jacek Dehnel.
Najpierw kilka słów o autorze, bo wydaje mi się on postacią niebanalną. Rocznik 1980, poeta, tłumacz (Osipa Mandelsztama i Philipa Larkina), prozaik i malarz. Jest doskonale wykształcony. Laureat konkursów poetyckich. Autor książek poetyckich, powieści i opowiadań. W 2005 r. został laureatem Nagrody Kościelskich a w 2007 r. został laureatem Paszportu Polityki za rok 2006 w kategorii literatura. W listopadzie 2008 r. otrzymał od Rady Języka Polskiego tytuł Honorowego Ambasadora Polszczyzny.

Tenże skrócony, lecz imponujący (także z uwagi na wiek autora) życiorys oraz fakt, iż jest publicystą Wirtualnej Polski (i czytam go do spółki z felietonami Dukaja) – zwróciły moją uwagę. Kiedy przeczytałem, że jest gejem – od razu wpadłem w schemat porównania go z innymi pisarzami – gejami publikującymi współcześnie i czyniącymi ze swej orientacji i talentu broń w sporach światopoglądowych. Przeto, mając także na uwadze Paszport Polityki, nastawiłem się na lekturę, która doprowadzi mnie do frustrującego rozczarowania kolejnym prozaikiem, który pomylił literaturę z manifestem polityczno – światopoglądowym i zamienił ją w broń w bieżącej walce. Skutkiem tego jest, odczuwalny moim zdaniem, brak literatury środka, która jest po prostu... literaturą. Która nie jest konserwatywną, prawicową frustracją z powodu nie dobitego komunizmu, słuszną skądinąd (dla przykładu Wildstein i Ziemkiewicz) lub kolejnym pseudo – artystycznym łkaniem na „dziki” kapitalizm, „masowe prześladowanie” gejów lub „tradycyjny” polski antysemityzm.

Najnowsza książka, wydana w 2008 r. BALZAKIANA, jest zbiorem czterech minipowieści osadzonych w konkretnej, namacalnej polskiej rzeczywistości z rewelacyjnie, niemal epicko (a to tylko minipowieści) nakreślonym tłem historyczno – społecznym. Już tytuł tego zbioru nawiązuje do twórczości Honoriusza Balzaca. Zbiór ten jest bowiem inspirowany balzakowską „Komedią Ludzką”. W tym momencie kłania się mój brak znajomości klasyki, bowiem z cyklu tego znam jedynie „Kobietę Trzydziestoletnią” oraz lekturę z liceum: „Ojca Goriot”. Stąd i sam nie mogę się szczegółowo zanurzyć w odwołania, odniesienia, cytaty z tamtego cyklu. Nie zmienia to jednak faktu, że każdy czytelnik obcujący od czasu do czasu z utworami młodych polskich prozaików i tak samo nimi zniechęcony, jak ja, po zetknięciu się z prozą Dehnela, poczuje coś na kształt radosnej euforii, że oto wysiłek opłacił się i odnalazł skarb.

Motywem przewodnim tych minipowieści, jest żądza sławy, sukcesu i miłości – a przede wszystkim blaski i cienie dążeń bohaterów, którzy zdeterminowani są na osiągnięcie wymarzonych celów. Jak młoda bohaterka pierwszej z minipowieści: córka kupca hołdującego jeszcze przedwojennej tradycji kupiectwa i szczycącego się etosem, tradycjonalisty wychowującego surowo swe córki, z dala od pokus gwałtownej i nieposkromionej współczesności. Upośledzając je przy tym życiem pod kloszem. I kiedy dziewczę młode i niewinne zakocha się w sławnym artyście, który uwiecznił ją w jednym ze swych dzieł, to mimo bezwarunkowego oddania temu, początkowo cynicznie skalkulowanemu uczuciu, jej wychowanie w końcu zemści się na niej samej.

Kolejna z „powieści” to historia głodu rodzinnej miłości, który jedna z bohaterek, tytułowa Tońcia Zarębska pragnie ugasić za pomocą majątku wytrwale zdobywanego, ciułanego w czasach PRL, w typowym, „prywaciarskim”, cwaniackim i nieuczciwym handlu. Za ten majątek kupuje miłość swych, spragnionych pieniędzy i prestiżu, sióstr. Nie na długo jednak, jak łatwo można się domyślić.

Wreszcie, mamy młodego chłopaka, pochodzącego ze zubożonego po II wojnie i czasach „socjalistycznego dobrobytu” rodu szlacheckiego. Bohater jest subtelnym mężczyzną, na swój sposób delikatnym, pełnym zamiłowania do luksusowej sztuki. Żyje z udzielania lekcji specyficznych dobrych manier, ogłady towarzyskiej i jest osaczony przez zaborcze kobiety: lekko niezrównoważoną matkę, wampowatą właścicielkę mieszkania, w którym bytuje, dosyć prostą, jak na niego – dziewczynę i na koniec – przez bogatą córkę prezesa firmy drobiarskiej, której owych manier uczy. Zagubiony, balansujący między różnymi światami, kłamstwem, autokreacją będzie musiał zapłacić rachunek za odtrącenie jednej z nich.

I, na koniec, próżna artystka, o przebrzmiałej sławie, pragnąca znowu wrócić na Olimp sławy, sesje w Vivie, uwielbienie tłumów a w swej próżności wpadająca w łapy cynicznego oszusta, który – ma się rozumieć – ma własny plan.

Autor obnaża słabości swoich bohaterów w ich dążeniach, ale jednocześnie czyni to z pewną dobrodusznością świadczącą o tym, że kocha wykreowane przez siebie postacie. Nie ocenia ich, nie piętnuje, nie faworyzuje i nie czyni z ich losów oczywistych morałów. Tłem ich dążeń jest, jak wspomniałem wcześniej, bogata, panoramiczna rzeczywistość Polski współczesnej, wykreowana z lekkością i maestrią, dowcipem, pełna ciepła i plastycznych obrazów. Jednocześnie sięgająca głębokiego PRL, z łatwością poruszająca się między powojennym, komunistycznym Gdańskiem i zaułkami dzisiejszej, „centralnej” Warszawy. Zachwyciła mnie właśnie ta łatwość operowania słowem – na jednej stronie Dehnel potrafi stworzyć przebogate tło społeczno – historyczne, aby w kolejnej historii większość czasu poświęcić na opowiadaniu historii gromadzenia fortuny przez jedną z postaci, tworząc z niej wielki wstęp do tych kilkunastu stron kulminacji losów głównej bohaterki. Przy tym jest to słowo piękne, niemal poetycko piękne.

Nie są to jednocześnie historie fabularnie wyrafinowane, ale uwodzące niebanalną prostotą i opowiedziane pięknym językiem, z czasami zmieniającą się perspektywą, punktem widzenia. Choć bohaterowie działają na ogół z żądzy zysku, dla sławy (ale też z miłości – niespełnionej i okrutnej), to nie są z gruntu źli, puści, czy miałcy. Chyba że takimi będzie chciał je zobaczyć czytelnik – na przekór intencji autora, mam wrażenie. Są oni przede wszystkim „produktem” swoich czasów i nie można o tym zapominać, chcąc dokonywać ich – nie wymuszanej – oceny. Cztery różne historie, różni bohaterowie, choć często w rolach drugoplanowych przewijają się te same postaci, znaczące z punktu widzenia fabuły i tak samo, ja główni bohaterowie, pysznie narysowane słowem.

Spotkałem się z zarzutem, iż wadą tej powieści jest to, że właśnie pisana jest stylem, czy manierą balzakowską, kosztem zgubienia indywidualnego stylu autora. Ale zarzut to niezrozumiały dla mnie, laika. Skoro taki był zamiar, intencja autora – to z czego tu robić zarzut? Balzak uwspółcześniony w polskiej rzeczywistości XXI wieku – to niemal wartość sama w sobie. Podobnie, jak nie rozumiem zarzutów, iż Dehnel nie uczynił ze swej orientacji seksualnej oręża w swej twórczości, nie zrobił efektownego coming out (np. podczas odbierania nagród, szczególnie Paszportu Polityki). Ten zarzut pokazuje mi miałkość twórców... hmm... z „nurtu” homoseksualnego – którzy właśnie efektownym coming outem, fechtowaniem „tematyką gejowską”, czy „mniejszościową” w ogóle, próbują przykryć miałkość, nijakość swej twórczości literackiej (przykładem tego jest dla mnie, początkowo pozytywnie odbierana, twórczość M. Witkowskiego – nudna, koturnowa, bez treści, szybko tracąca „świeżość” i aktualność).

Jacka Dehnela polubiłem i będę go czytał regularnie. Nawet, jeśli mnie rozczarują jego wcześniejsze, czy późniejsze dzieła. Polecam wszystkim BALZAKIANĘ. Niezależnie od poglądów i preferencji literackich jest to podróż, która nie będzie stratą czasu dla nikogo.
Tigana - 2009-01-16, 22:41
:
Patricia Brigggs "Więzy krwi"

Lektura pierwszej części serii o Mercedes Thompson („Zew księżyca”) pozostawiła poczucie niedosytu. Ciekawie skonstruowany świat, w którym obok siebie żyją ludzie i istoty magiczne, wydawał się posiadać dużo większy potencjał niż zdołała go wykorzystać autorka. Rozpoczynając lekturę „Więzów krwi”, miałem zatem nadzieję, że Patricii Briggs uda się kontynuować to, co było najlepsze w jej debiutanckiej książce, a równocześnie zaskoczy nas kilkoma nowymi pomysłami. I owszem książka zaskakuje – szkoda tylko, że negatywnie.

Pierwszą rzeczą, która należy wytknąć autorce to ociężałe tempo fabuły. Owszem, początek jest obiecujący – główna bohaterka ma towarzyszyć wampirowi Stefanowi w pewnym spotkaniu. Niby nic niebezpiecznego, ale jak to zwykle bywa, sprawy szybko się komplikują. Niestety ów wątek bardzo szybko schodzi na dalszy plan, a o wiele ważniejsze staje się romansowanie Mercedes Thompson z dwoma wilkołakami. Wygląda to mniej więcej tak: około trzydziestu stron wartko prowadzonej akcji, kolejnych siedemdziesiąt poświęconych życiu sercowemu bohaterki, później fabuła lekko przyśpiesza na jeden, dwa rozdziały i ponownie błądzi w meandry uczuć. Nawet końcówka, poprowadzona w nieco żywszym tempie, nie jest w stanie rozwiać oparów nudy unoszących się nad książką. Gdyby chociaż wątek romansowy był nieco ciekawszy.

Ona jedna, ich dwóch; w porywach do trzech, jeśli potraktujemy na serio pewne aluzje Stefana. Z jednej strony władczy macho, z drugiej jej pierwsza, młodzieńcza miłość. Obaj silni, przystojni, gotowi dać się za nią zabić. Ona rozdarta, kiedy już skłania się do jednego, jakieś wydarzenie powoduje, że znów trafia do punktu wyjścia. I pewnie pozostanie w nim jeszcze przez pewien czas (czytaj – kilka tomów), a wątek miłosnego trójkąta będzie stanowił jeden z najważniejszych wątków całego cyklu. Otwartą kwestią jednak pozostaje, czy scenografia fantastyczna jest konieczna przy pisaniu romansów. Z drugiej strony sukces książek Stephenie Meyer sugeruje, że istnieje spore zainteresowanie czytaniem o nietypowych związkach. Szkoda tylko, że w wypadku Briggs wykorzystanie tego tematu odbywa się ze szkodą dla reszty fabuły i całej książki.

Co oprócz miłosnych rozterek Mercedes Thompson oferują nam „Więzy krwi”? Sporo miejsca zajmują opisy chmary, czyli lokalnej społeczności krwiopijców. Wampiry u Briggs klasycznie unikają promieni słonecznych, srebra oraz wszelakich symboli wiary. Posiadają też magiczne zdolności: potrafią czytać w myślach i przywabiać ludzi samym spojrzeniem. Ciekawostką jest utrzymywanie przez każdego z wampirów menażerii – grupy ludzi, która służy im za podręczną jadłodajnię. Jak widać, pisarka nie wprowadza nowej jakości do rozpowszechnionego wizerunku potomków Draculi.

Nie można jej natomiast odmówić braku chęci rozbudowy stworzonego przez siebie świata. Ciekawie zapowiadał się wątek policyjnego śledztwa prowadzonego wśród nieludzi czy dylematy rodziców córki pogryzionej przez wilkołaka. Niestety wszystkie poboczne wątki są traktowane po macoszemu i gubią się między kolejnymi miłosnymi rozterkami głównej bohaterki.

Zarówno „Zew księżyca”, jak i „Więzy krwi” idealnie wpisują się w modę na romanse z wampirem/wilkołakiem w tle. Czy uda im się zdobyć podobną rzeszę czytelników jak „Zmierzch”? Nie wiem. Wszystko będzie zależeć od samej Briggs – czy zdecyduje się postawić na klasyczne urban fantasy, czy też górą będzie nietypowy trójkąt miłosny. Na razie wiele wskazuje, że wybrała drugą opcję.


Ocena: 5/10
Tigana - 2009-01-19, 11:54
:
Paweł Kornew - "Sopel"

„Sopel” to kolejna rosyjskojęzyczna powieść wydana przez „Fabrykę Słów”. Książka co prawda ukazała się w dwóch tomach, ale stanowią one integralną całość .
Tytułowy Sopel to mieszkaniec Przygranicza – krainy położonej, gdzieś koło naszego świata. Biorąc zaś pod uwagę, panujący tam klimat i fakt, że zdecydowana większość przebywających tam ludzi to Rosjanie można pokusić się o umiejscowienie jej w okolicach Syberii.
Większość losób trafiła tam przypadkowo – wystarczyło nieopacznie pomylić drogę czy wyjść z pociągu na nieistniejącej stacji. Nagle nasza rzeczywistość znika i zastępują ją nieprzyjazne Pogranicze. Czy owo przeniesienie to kara, nagroda czy tylko zrządzenie losu tego do końca nie wiadomo. Zresztą autor bardzo oszczędnie wydziela wszelakie informacje o początkach stworzonego przez siebie świecie, co przywodzi na myśl Jacka Piekarę i pierwsze tomy jego cyklu inkwizytorskiego. W obu wypadkach mamy także do czynienia z narracją pierwszoosobową – stąd też wszystkie informacje dotyczące krainy są porozrzucane po całej powieści, ewentualnie otrzymujemy je w sytuacji, gdy Sopel objaśnia jakiś reguły mniej doświadczonym towarzyszom. Ogólnie można odnieść wrażenie, jakby autor nie do końca miał dopracowane wszystkie szczegóły i zamiast jasnych odpowiedzi woli robić uniki. A pytań jest mnóstwo. Mnie na przykład zaintrygowała kwestia skąd wzięły się całe bazy wojskowe wyposażone w ciężarówki i dżipy. Czyżbyśmy mieli do czynienia z czymś na podobieństwo „Trójkąta bermudzkiego”?
Omawiając świat Przygranicza warto zauważyć na wszechobecność magii. Kornew stworzył bowiem krainaę, gdzie magia i ludzie koegzystują ze sobą. Widać w tym aspekcie iście tytaniczną pracę autora, który dzieli osoby posiadające magie na kilka odrębnych kategorii min magowie, czarodzieje, alchemicy, a każdej z nich narzuca specyficzne uwarunkowania. Na przykład magowie są uzależnieni od miejsc mocy i niechętnie zmieniają swoje miejsce zamieszkania; czarodzieje za to są bardziej odporni na zakłócenia pól magii wywołane przez urządzenia elektryczne.
Do tego należy dodać menażerię najróżniejszych potworów począwszy od znanych wszystkich wampirów, zombie po przez topielce aż do lodowych czerwi czy mgielniaki. Zabrakło mi tylko jakiś, stworzeń, które były bardziej przychylne człowiekowi. Inna sprawa, że surowy północny klimat nie sprzyja łagodnemu usposobieniu.
Podobnie jak faunę równie z autor pietyzmem odtwarza warunki życia codziennego na Przygraniczu: system monetarny, sieć zależności pomiędzy poszczególnymi frakcjami, handel wymienny. Warto również zwrócić uwagę, że Kornew w swojej powieści stworzył prawdziwy raj recyklingowy, gdzie każda rzecz jest wielokrotnie przerabiana i modernizowana, ubrania cerowane, a najwartościowsze przedmioty używane, aż do całkowitego wyeksploatowania. Stad też nie dziwią liczne sceny przeszukiwania zwłok zmarłych wrogów, a nawet przyjaciół – wszystko ma swoja wartość : i zapalniczka, i amulet, ale i para butów czy lekko dziurawa kurtka.
Brak odpowiednich surowców i technologii ma swoje wymierne przełożenie na metody walki. Broń palna jest bardzo cenna, a naboje jeszcze cenniejsze. Nie używa się więc rzadkich typów pistoletów czy karabinów stawiając na rodzime , czyli rosyjskie, makarowy i kałasznikowy. Wysokie ceny powodują także, iż coraz powszechniejsze staje się rezygnacja z nowoczesnego uzbrojenia na rzecz łuków, miecze czy magicznych buław.
Nie można także nic zarzucić tempie prowadzonej fabuły. Dzieje się dużo, miejscami nawet za dużo. Sopel jest osobą przyciągającą kłopoty i gdziekolwiek się uda wpada w tarapaty. Obojętnie czy będzie to wypad do baru czy patrol zawsze znajdzie się ktoś z kim ma niewyrównane rachunki. W rezultacie otrzymujemy solidna dawkę strzelanin, bójek i pogoni. Mam natomiast zastrzeżenia co do samej fabuły powieści – przez większą część książki wydaje się ona podążać w niewiadomym kierunku, a główną osią intrygi wydaje się być kolejne próby wyprawienia zabicia Sopla. Dopiero pod sam koniec poszczególne elementy układanki tworzą jedną całość; przy czym samo wyjaśnienie intrygi jest, moim zdaniem, mocno wydumane, a fabuła staje się nielogiczna.
„Sopel” to specyficzna książka. Autor z jednej strony pokazuje, że potrafi zadbać o drobiazgowe wykreowanie świata, a równocześnie sprawia wrażenie zagubionego, gdy ma przejść do ogółu. Jeśli jednak przymkniemy oko na pewne niedostatki fabuły, a wspomniane wyżej niedopowiedzenia uznamy za niewielką wadę to przyjemność płynąca z czytania będzie naprawdę duża. No i zima za oknem, w porównaniu ze skutym mrozem Przygraniczu, nie wyda się już tak straszna.

Ocena 6/10
Beata - 2009-01-21, 21:52
:
Piotr Patykiewicz - "Wąska ścieżka czarownicy"

W Dolinie Kościeliskiej w Tatrach pod wapienną Skałą Pisaną znajduje się jedno z trzech wejść do Jaskini Wodnej pod Pisaną. Jaskinia nie jest udostępniona turystom – aby wejść do wnętrza, trzeba brodzić po pas w zimnej wodzie. Nad wejściem Juliusz Bełtowski w 1896 roku wykuł – dziś już słabo widoczną – płaskorzeźbę rycerza. Dlaczego? Bo to tutaj właśnie – zgodnie z jedną z wersji legendy1) – śpią rycerze króla Bolesława Śmiałego, którzy wciąż oczekują na wezwanie. A raczej spali – do czasu, gdy Marylka, bohaterka „Wąskiej ścieżki czarownicy”, nie zadzwoniła srebrnym dzwoneczkiem…

Pomysł wykorzystania i rozwinięcia legendy o śpiących rycerzach i oparcia na niej całej opowieści bardzo mi się spodobał, szczególnie, że i inne elementy magii ludowej są w książce obecne: kwiat paproci zwodzi na manowce, czarny kot służy do przywoływania demonów... Akcja książki umieszczona została w czasach II wojny światowej, co determinuje pojawienie się w małej górskiej wiosce reprezentantów walczących potęg, rywalizujących o zyskanie kontroli nad mocą rycerzy oraz przedstawiciela tajemniczego kościelnego stowarzyszenia, który nie cofnie się przed niczym, aby temu zapobiec. Marylka, nastoletnia córka leśniczego i czarownicy, zostaje przez los wplątana w tę rozgrywkę. Musi dokonać wyboru między złem i… złem. Balansuje na krawędzi. Każda podjęta przez nią decyzja, każde działanie, wymaga poniesienia konsekwencji, prowadzi do kolejnych dylematów. Faktycznie, czarownice kroczą wąską ścieżką.

Mnogość przeplatających się wątków, ciekawe rozwinięcie, a raczej zakończenie legendy o śpiących rycerzach (skoro już „wytropiłam” jaskinię, to mam ochotę poszukać pozostałości leśniczówki), wiarygodne portrety psychologiczne większości bohaterów, a przy tym urok folkloru ludowego i obecność magii powinny gwarantować dobrą zabawę przy lekturze. Powinny. Niestety, odniosłam wrażenie, że wątki prowadzone i zamykane są nie tyle na siłę, co ze zbyt wielką precyzją, całość fabuły potraktowana jest zbyt analitycznie. W efekcie wydawało mi się, że w książce jest kilka punktów kulminacyjnych, z których każdy mógłby prowadzić do zakończenia. I – gdy już byłam pewna, że to koniec opowieści – ze zdumieniem odkrywałam, że autorowi jeszcze coś zostało do powiedzenia, że jeszcze jakiś kolejny wątek należy domknąć, jeszcze czyjeś losy wyjaśnić. Nie ukrywam, że zmęczyły mnie te quasi-zakończenia, choć z formalnego punktu widzenia nie można ich uznać za błędne.

„Wąska ścieżka czarownicy” jest dobra we fragmentach. Bardzo wiarygodnie i z dużym wyczuciem przedstawione są wzajemne relacje leśniczego Spodziei z córką, groteską pachnie nadanie demonicznemu dziecku wdzięcznego imienia Józio, znakomita jest scena uwolnienia przez Marylkę niewidomych strażników jaskini, z sentymentem odmalowana postać wiejskiego proboszcza – duchowego przewodnika, rozumiejącego swoich parafian, pełnego tolerancji dla lokalnych wierzeń. Natomiast główny wątek książki nieco mnie rozczarował – obudzeni zostali śpiący rycerze, straszliwa potęga mogąca odmienić oblicze świata i… co się wydarzyło? Ano, niewiele… magiczni rycerze odparli jeden szturm, strącili kilka samolotów… i już, koniec misji. Także konstrukcja postaci Marylki budzi moje wątpliwości. Zagubiona psychicznie nastolatka, przed którą ojciec ukrywa, że jej matka była czarownicą, półsierota wychowywana w mieście przez nielubianą ciotkę, w końcu odkrywa, że dysponuje dziedzicznymi zdolnościami magicznymi. I nagle – zupełnie jakby wypiła eliksir mądrości i zdobyła doświadczenie niezłego taktyka – wie, co robić, jak osiągnąć cel, zna zaklęcia, potrafi przewidzieć konsekwencje. A działa w stresie, ze świadomością olbrzymiej odpowiedzialności – nie tylko za siebie, ale i za innych mieszkańców wioski. Zaczyna wprowadzać w życie własne plany i… albo wszystko jej się udaje, albo korzysta z przygotowanego zawczasu rozwiązania alternatywnego.

I na koniec to, czego brak mi najbardziej doskwierał. W opowieści Piotra Patykiewicza brak magii języka, uroku i nastroju ludowej opowieści. Nie chcę przez to powiedzieć, że książka napisana jest niepoprawnym językiem, że styl gdzieś szwankuje. Absolutnie – nie. Język utworu jest jak najbardziej poprawny, w książce nie ma błędów ani literówek. Ale… jest to język zwykły, codzienny, prozaiczny, nieuwodzący czytelnika. I w całej opowieści taki sam2). Tymczasem przy oparciu całej fabuły o legendę o śpiących rycerzach i magię ludową aż się prosi – tak myślę – choć kilka fragmentów nastrojowych, oddających majestat gór i spokój lasu… trochę sentymentu w opisach, odchodzących wszak już w niepamięć, ludowych wierzeń… szczypta folkloru góralskiego…

Podsumowując, „Wąska ścieżka czarownicy” jest oparta na atrakcyjnym pomyśle i oferuje całą galerię postaci obdarzonych najróżniejszymi cechami charakteru. Jednym słowem – ma potencjał. Niestety, nie spełnia w całości oczekiwań, które rozbudza – wobec przedstawionych powyżej zastrzeżeń, nie mogę ocenić tej książki na więcej niż 6/10.

1) W oparciu o informacje z „Tatr polskich” autorstwa Józefa Nyki.
2) Z wyjątkiem jednego dialogu z udziałem Ślązaka.
Ł - 2009-01-23, 17:32
:
Eugeniusz Dębski - Tamta Strona Czasu"

Dębski wybrał bardzo dobrą formułę kontynuacji przygód Owena Yeatsa. Pierwsze strony właściwie z miejsca rzucają nas w wir wydarzeń, nie dając żadnych wskazówek o początku historii. Dopiero później cofamy się i widzimy akcję aż do punktu książkowego prologu. Powieść można spokojnie czytać bez znajomości pierwszej części1), którą „Tamta strona czasu” umiejscawia raczej w dalszej niż bliższej przeszłości. Odwołania naturalnie występują, ale bez pozbawienia „Tamtej strony czasu” autonomiczności fabularnej. W związku z czym brak tu jakiekolwiek tasiemcowatości i jeśli ktoś miałby ochotę zacząć ten cykl od części drugiej – droga wolna. Same odwołania mają jednak często charakter autorskiego mrugnięcia okiem, smakowitych rodzynków. Dlatego choćby po to warto trzymać się chronologii.

Mimo iż druga część bazuje na bardzo podobnym schemacie historii jak pierwsza, czyli detektyw kontra wielki spisek, scenariusz jest tu rozegrany lepiej warsztatowo – spójniejszy, z wyraźnym, unikającym przestojów tempem. Sam wstęp, którego charakter opisałem wyżej, spełnia swą rolę lepiej niż dość leniwy początek części pierwszej. Łatwiej się też utożsamić z bohaterem, który w przeciwieństwie do pierwszej części występuje bardziej w roli atakowanego niż atakującego (który nie z każdego swojego pomysłu spowiadał się przed czytelnikiem). Mimo wszystko i tak w rezultacie otrzymujemy podobnie poprowadzoną i rozwiązaną fabułę. Gdyby opisywana historia była koniem, który ciągnie ten wózek, to tę paralelność uznałbym za wielką wadę. Poza tym cały plan książkowych szwarccharakterów, podobnie jak w przypadku części pierwszej, również sprawia wrażenie nieco zbyt naiwnego. Ale powtarzając za recenzją „Tamtej strony świata” – to na osobistym uroku Owena Yeatsa opiera się książka.

A Yeatsowi z ksiązki na książkę humor się wcale nie stępił – ba, chyba nawet mamy do czynienia z odwrotną tendencją. Jego komentarze, występujące częściej w przemyśleniach niż w dialogach, nieraz wywoływały mój autentyczny uśmiech. Dębski z jeszcze większym dystansem podchodzi do konwencji, w jakiej tworzy. Poprzez usta książkowych postaci, nawet samego Yeatsa, padają słowa na temat tego, jak postać detektywa-twardziela ma się do rzeczywistości. Ma się nijak, przeczy statystyce. Wszystko to jednak podane z wielką swobodą, bez dramatów wewnętrznych za to z lekko cynicznym półuśmiechem. Nic dziwnego, że autor sam mocno utożsamia się z głównym bohaterem2) – zawadiackość, beztroska, upór i poczucie humoru wykazywane także w perspektywie rychłej śmierci to stałe atrybuty chłopięcego wanna-be. I dziewczęcego wanna.

Podsumowując – „Tamta strona czasu” jest książka lepszą od poprzedniej części (którą oceniłem pozytywnie), ale z drugiej strony ów postęp przejawia się w drobnym ulepszeniu poszczególnych elementów książki z osobna, nabraniu dystansu do konwencji, nie ma natomiast żadnych przełomów. Nazwałbym tę powieść na swój sposób niezobowiązującą, ale w innym sensie niż zazwyczaj chrzci się tym przymiotnikiem różnorakie czytadła. Dębski nie zobowiązuje nas wymyślnym światem czy karkołomną fabułą. Od razu pokazuje nam się od najlepszej strony gawędziarza, który stroni od inteligenckich spekulacji, nie szczędząc jednak inteligentnych, życiowych uwag. Snuje gangsterską historię i nie eksperymentując, prezentuje się na każdej stronie jak najlepiej potrafi. W związku z czym jest to książka, do której chce się wrócić, mimo bycia świadomym braku jakiekolwiek innowacyjności z jej strony w stosunku do części pierwszej, i szerzej – całego gatunku kryminałów SF.

1) Co by się nie powtarzać, odsyłam do swojej poprzedniej recenzji.

2) „Owen Yeats” to również pseudonim pisarza, którym sygnowane były jego niektóre wczesne wydawnictwa.
Tigana - 2009-01-25, 23:20
:
Mike Carey „Błędny krąg”

Mike Carey jest znany głównie jako twórca scenariuszy komiksowych, m.in. do tak kultowych pozycji jak „Lucyfer” i „Hellblazer”. I nie zdziwiłbym się, gdyby to właśnie w trakcie prac nad tym ostatnim narodził się pomysł powołania literackiego odpowiednika Constantine’a – Feliksa Castora, egzorcysty i prywatnego detektywa w jednej osobie.

„Błędny krąg” to już druga wizyta we współczesnym Londynie, gdzie obok demonów, wilkołaków i duchów żyją zwykli ludzie. W świecie, gdzie magia nie jest czymś niezwykłym, a w parlamencie toczą się burzliwe debaty na temat praw nieumarłych, zawsze znajdzie się praca dla ludzi pokroju Castora. Wywołanie ducha zabitego przestępcy czy odnalezienie zaginionej osoby to dla niego chleb powszedni. Niestety zgodnie z mottem swojego literackiego przodka Philipa Marlowe’a ("Kłopoty to moja specjalność) kolejne sprawy powodują, że życie egzorcysty raz po raz znajduje się w niebezpieczeństwie. Nie inaczej będzie i tym razem. W ciągu zaledwie kilkunastu godzin Castor staje się „mrocznym obiektem pożądania” dla gangsterów, organizacji fanatycznych katolików i bliżej niesprecyzowanego zła. I jak to zwykle bywa w takich przypadkach to dopiero początek.

Pierwsze strony „Błędnego kręgu” to niejako wprowadzenie do świata, w którym funkcjonuje Feliks Castor. W kilku zdaniach autor przypomina główne założenia stworzonego przez siebie uniwersum, dowiadujemy się kim jest główny bohater i na czym polegają jego umiejętności. Zabieg ten może i jest nieco męczący dla czytelników poprzedniej książki, ale dla osób nieznających „Mojego własnego diabła” – przydatny. W miarę rozwoju akcji autor umiejętnie dodaje nowe elementy („Kolektyw”, Oriflamma), a równocześnie w bardzo ciekawy sposób rozwija znane już motywy (sukub Juliet, Asmodeusz). Mnie najbardziej przypadł do gustu wątek dotyczący reakcji dostojników kościelnych na zachodzące zmiany. Z jednej strony udają, że nic się nie stało, z drugiej – szykują zbrojne ramię Kościoła w oczekiwaniu na nadchodzący Armaggedon.

Jednakże największą zaleta książki jest bez wątpienia Feliks Castor. Cyniczny, niepokorny i nigdy niedający za wygraną. Równocześnie osoba na swój specyficzny sposób wrażliwa i honorowa, a także autor wielu świetnych one-linerów. Oglądanie świata z jego perspektywy (mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową) to prawdziwa przyjemność dla miłośników czarnego humoru. Trudno byłoby mi odnaleźć drugą taką postać, przynajmniej wśród ostatnio przeczytanych książek, która nawet w obliczu śmierci nie marnuje okazji by zabłysnąć błyskotliwą ripostą. Nie oznacza to jednak, że Feliks pokonuje wrogów jedynie sarkazmem – Castor potrafi zrobić użytek z pięści, a i szare komórki działają u niego bez zarzutu.

Szkoda tylko, że w „Błędnym kręgu” zawodzi to, co stanowi, przynajmniej dla mnie, clou całego kryminału – intryga. Po pierwsze wyraźne jest tu przesunięcie pewnych akcentów – w „Moim własnym diable” jej podłoże było bardziej kryminalne, tutaj zdecydowanie metafizyczne. Dla jednych będzie to zaleta, jednak dla mnie było wadą. Świat wymyślony przez Careya daje, w moim odczuciu, o wiele większe możliwości niż snucie kolejnej opowieści o zabawach z siłami nieczystymi.

Idźmy dalej – o ile w pierwszej odsłonie cyklu zagadka kryminalna stała na dobrym poziomie i prawie do końca czytelnik nie był w stanie poskładać wszystkich kawałków układanki, tutaj rozwiązanie staje się jasne po mniej więcej dwóch trzecich objętości książki. Co gorsza, czytelnik jest w stanie domyślić się większości rzeczy już dużo wcześniej. Na minus zapisałbym też formę, w jakiej poznajemy rozwiązanie – monolog jednego z bohaterów.

Mimo to „Błędny krąg” należy zaliczyć do udanych pozycji. Książka powinna przypaść do gustu zarówno wielbicielom urban fantasy, kryminału, a także miłośnikom postaci Constantine’a. Nieszablonowy bohater, magiczny Londyn, mnóstwo czarnego humoru – czy można chcieć coś więcej? Można, ale na to przyjdzie nam poczekać, przynajmniej do trzeciego tomu.

Ocena 7/10
Maeg - 2009-01-26, 00:34
:
Samo Ostrze, Joe Abercrombie

Od dnia gdy Biblionetka uparła się by z fantasy do czytania polecać mi tylko Eirksona i Martina, muszę na własną rękę poszukiwać nowych książek. Tak było z Abercrombim. Wybrałem się któregoś dnia na rekonesans po zachodnich stronach traktujących o fantastyce i na jednym z forów w temacie o debiutantach przewijały się głównie trzy nazwiska. Lynch, Rothfuss i Abercrombie. Lyncha już znałem, Rotfhussa poznałem we wrześniu, a w grudniu po dłuższym oczekiwaniu w moje ręce trafiło Samo Ostrze Abercrombiego.

Pierwszą rzeczą na którą zwróciłem uwagę jeszcze w trakcie lektury to sposób prezentowania czytelnikowi historii. Widać tutaj wyraźny wpływ Martina. Ta sama zasada - krótkie rozdziały poświęcone głównie konkretnemu bohaterowi. Ów sposób opowiadania historii to jeden z tych detali dzięki którym tak dobrze wspominam lekturę Gry o tron. Oczywiście wciąż pozostają detalami, ale często to właśnie dzięki takim smaczkom książka z przeciętnej staje się pozycją ciekawą. Abercrombie nie jest (mam nadzieje, że jeszcze nie jest) wirtuozem pióra jak Martin. Pod tym względem obie pozycje trochę dzieli, choć nie jest to przepaść której młody autor nie miał by szans nigdy przebyć.

Zawsze zastanawia mnie jak w skrócie przedstawić początkowy zarys fabuły i za każdym razem dochodzę do wniosku, że robię krzywdę książce. Sztuką jest w kliku zdaniach tak zarysować wydarzenia z kart powieści aby nie wyrządzić jej krzywdy. Czasem jak czytam recenzje już znanej mi pozycji, wiem że taki opis wydarzeń wcale by mnie nie zachęcił, a na dodatek słabo współgra z tym co naprawdę oferuje nam autor. Ale nie piszę tego by się wykręcić od przedstawienia pokrótce fabuły, ot tylko ostrzegam.

Dobre czasy Unii powoli się kończą, wrogowie rosną w siłę i nie zamierzają żyć z nią w pokojowych warunkach. W samej Unii też sytuacja nie przedstawia się zbyt kolorowo. Król, który niezbyt nadaje się do rządzenia to jedna z bolączek. W tych warunkach poznajemy kapitana Jezala dan Luthara, młodego arystokratę który przygotowuje się do turnieju szermierczego. Nie jest on faworytem do zwycięstwa, choć ma swoich zwolenników. Logen Dziewięcioplacy to barbarzyńca cieszący się sławą wśród swoich pobratymców. Jego niepokorny charakter doprowadził do tego że nie jest jednak zbyt mile widziany w swoich stronach. Na koniec zostawiłem sobie najciekawszą postać jaką Abercrombiemu udało się stworzyć. Inkwizytor Sand dan Glokta gdyż to o niego chodzi, jest taką perełką, czy detalem o którym wspominałem wcześniej. Poza tą trójką bohaterów autor przedstawia nam dość sporą grupę innych postaci. Uniknął on pewnych powieleń, postacie są barwne a nawet pokusił bym się na stwierdzenie, że zostały starannie odmalowane.

To co najważniejsze dla fantasy to akcja. Tutaj też nie można narzekać. Brak przestojów, wszystko w miarę żwawo posuwa się do przodu. Mamy w Samym Ostrzu trochę pojedynków, pościgów czy magii. Nie zabrakło też miejsca dla tajemnic, miłości i szczypty humoru. Czyli wszystko co dobra powieść fantasy powinna w sobie zawierać. Fabuła nie jest też przesłodzona, o co to, to nie. Świat wykreowany przez Abercrombiego jest bezwzględny, brutalny i nie ma tu miejsca na litość. Proszę nie spodziewać się jakiś odkrywczych rozwiązań fabularnych. Autor jednak dobrze radzi sobie z tymi znanymi od lat i szansa na nudę jest znikoma.

Szukasz dobrej powieści fantasy? Przeczytałeś już wszystko co do tej pory napisali Martin i Erikson? Chcesz się dobrze bawić podczas lektury, nie ziewać gdy bohaterowie enty raz biadolą nad swoim losem zamiast działać? Samo Ostrze jest dla Ciebie. A może chcesz się przekonać, że fantasy jednak nie skonało? Ty też jesteś osobą która może sięgnąć po tę pozycję. I zapamiętajcie te nazwiska; Lynch, Abercrombie i Rothfuss. To do nich należy przyszłość tego gatunku.

Komentarze miele widziane w tym miejscu :P
Maeg - 2009-01-27, 23:05
:
Zadra, Krzysztof Piskorski

Zadra Krzysztofa Piskorskiego, w związku z informacjami zawartymi w opisie, wydawała się pozycją, na którą warto zwrócić uwagę. Opis wywołał skojarzenia z Wiekami światła Iana R. MacLeoda. Przez głowę przemknęła nieśmiało myśl, że może oto przede mną polska odpowiedź na książkę brytyjskiego pisarza. W końcu ether od eteru różni się tylko jedną literą, a epoki, w których osadzono fabuły obu książek, nie są zbyt odległe. Dlatego w początkowej fazie lektury wciąż powracały porównania z Wiekami światła. A to, na przykład, podobny sposób wprowadzenia czytelnika w historię opowiedzianą w książce, a to – wspomniany ether, który odmienił bieg historii.

Piskorski przenosi nas do XIX wiecznej Francji, gdzie Napoleon dzięki etherowi i swoim zdolnościom utrzymał się przy władzy i panuje nad częścią Europy. Ether odkrył przed cywilizacją Nową Europę, kopię świata, który znają mieszkańcy tamtej epoki, z tym że kopię dziką i prawie opuszczoną. Świat ten poznawać będziemy głównie dzięki pułkownikowi Stanisławowi Tycowi, polskiemu oficerowi francuskiej armii. Napoleon zaniepokojony pogłoskami o próbach zawładnięcia przez wrogie państwa możliwościami, jakie daje ether, postanawia wysłać armię do Nowej Europy. Przez tę decyzję Tyc wyrwany zostaje ze swego sielskiego codziennego życia. W tym samym czasie Dalmont, młody naukowiec, daje się wplątać w pozornie niewinną sprawę, która jednak po jakimś czasie z uwagi na pewne wydarzenie, zmienia jego spokojne życie.

Mocną stroną Zadry okazała się fabuła. Mamy dwa główne wątki, a gdyby się zastanowić, to może nawet dwa i pół. Najważniejsze dla powieści są historie Stanisława Tyca i Maurice’a Dalmonta. To perypetie tej dwójki najczęściej śledzimy. Do tego dochodzi historia Natalie, jednak w tym przypadku można postawić zarzut, że niewiele wnosi do fabuły. Choć w ramach usprawiedliwienia wypada zauważyć, że prolog daje nadzieję na zmianę tej sytuacji w drugim tomie powieści. Jest jeszcze sporo wątków pobocznych, dzięki którym zyskujemy więcej informacji o intrydze. Wiąże się z tym też pewna obawa, czy autor poradzi sobie w drugiej części z ich sensownym pozamykaniem. Fabule powieści nie mam praktycznie nic do zarzucenia, ponadto czyta się książkę z przyjemnością, nic podczas lektury nie zgrzyta. Wprawdzie zwroty akcji nie zaskakują tak, jak pewnie chciałby tego autor, ale to jeszcze nie powód, by narzekać.

Sprawy mają się jednak inaczej z tym, co mogło okazać się najmocniejszą stroną powieści Piskorskiego, a okazało się tylko dobrze opisanym tłem wydarzeń. Zbyt mało miejsca autor poświęcił etherowi; otrzymaliśmy tylko skrawki informacji, jak wpłynął on na życie ludzi. Nie dowiadujemy się, czy więcej było z niego pożytku, czy wręcz przeciwnie. Nie wiemy, czy wpłynął on w jakikolwiek sposób na system społeczny. Brakło mi też bardziej szczegółowego odmalowania świata przedstawionego. Zwłaszcza Nowej Europy, która otwierała przed autorem możliwości wykreowania żywego, fascynującego świata. Listy Tyca do Natalie, jego narzeczonej i siostry Maurice’a Dalmonta oraz opisy oficera Legii Nadwiślańskiej to trochę za mało. Pochwalić zaś trzeba umiejętną, lekką stylizację na język z epoki i postacie pierwszoplanowe, które autor nakreślił w przekonujący sposób. Nie zlewają się one w jeden typ bohatera, pozostają rozróżnialne. Ponadto można się z nimi solidaryzować, można też czasem przeklinać ich naiwność czy nierozsądne posunięcie. Trochę gorzej jest z bohaterami drugoplanowymi, choć i tutaj uda się wyróżnić ciekawe kreacje – choćby Elenę Rostov, rosyjską arystokratkę mieszkającą w Paryżu, doskonałą dyskutantkę o bystrym umyśle.

W chwili, gdy porzuciłem próby porównania Zadry do Wieków światła, zacząłem dostrzegać więcej pozytywów. Nie pierwszy raz przekonuję się, że oczekiwania, jakie żywi się wobec tekstu przed lekturą, potrafią zaważyć na końcowej ocenie. Pierwsza część Zadry to dobra przygodowa książka, urozmaicona steampunkową konwencją. Bez fajerwerków, ale czas jej poświęcony nie będzie zmarnowany.
Tigana - 2009-01-31, 13:07
:
Graham Masterton „Bazyliszek”

Graham Masterton jest zafascynowany Polską, jej kulturą, historią. Źródeł tego oczarowania upatrywałbym się w dwóch sprawach: polskich korzeniach jego żony oraz wielkiej popularności jaką pisarz cieszy się w naszym kraju. O ile gdzie indziej Masterton to jeden z wielu autorów horrorów, u nas bezapelacyjny nr 1. o czym świadczą kolejne wznowienia jego wcześniejszych utworów, jak i światowe prapremiery najnowszych. Nic dziwnego, że od czasu do czasu pisarz chcąc się odwdzięczyć wiernym czytelnikom, pisze książki, których akcja jest bezpośrednio osadzona w Polsce („Dziecko ciemności”) lub nawiązujące do epizodów z historii naszej ojczyzny („Anioły chaosu”) Tak jest również z „Bazyliszkiem”. Szkoda tylko, że w tym wypadku można odnieść wrażenie, iż Masterton wyświadczył nam iście „niedźwiedzią przysługę”.
Na początek słów parę o wydaniu. Na obwolucie widnieje klimatyczna ilustracja pyska bazyliszka będąca jedną z nielicznych zalet książki. Nie wiele złego można powiedzieć o tłumaczeniu – Masterton pisze prostym językiem i tłumacz nie ma tu wielu możliwości, by wzbudzić kontrowersje. Tym bardziej, że znaków firmowych angielskiego pisarza tj scen łóżkowych, tudzież realistycznych opisów wypruwania flaków w „Bazyliszku” nie znajdziemy.
O wiele gorzej przedstawia się już sprawa z okładkowym blurbem. Wydawcy tak bardzo zależało na podkreśleniu faktu, iż część akcji powieści rozgrywa się w Krakowie, że ujawnia on treść dwóch trzecich utworu. Jeśli zatem ktoś chce dowiedzieć się, jakie książka ma zakończenie, a nie ma za wiele czasu, to proponuję po przeczytaniu blurba otworzyć książkę na stronie 206 i kontynuować lekturę.
Kraków uważany jest przez wiele osób za miasto magiczne, niezwykłe. Szkoda tylko, że nie w „Bazyliszku”. Czytelnik dowiaduje się, że jest tam Wawel, rynek (z przepięknymi Sukiennicami i kościołem Mariackim), kiedyś żył tu smok, u „Wierzynka” serwują raki (i sarni comber), a najlepszym miejscem do zabawy jest nocny klub „Frantic”. Podobnych informacji dostarcza każdy przewodnik po Krakowie i odniosłem nieodparte wrażenie, że właśnie stamtąd Masterton czerpał informacje do książki. Na dobrą sprawę, gdyby akcja „Bazyliszka” rozgrywała się w każdym innym mieście powieść nic by na tym nie straciła, a może i zyskał.
Analizując polskie wątki „Bazyliszka”, zauważyłem jednak pewną zaletę, zmianę na lepsze. We fragmentach rozgrywanych w Krakowie znalazłem tylko jedną wzmiankę o wszechobecnym zapachu gotowanej kapusty, co w poprzedniej „polskiej” książce („Dziecku ciemności”) autor czynił nagminnie.
Polacy zostali ukazani mało interesująco – w książce występuje dwóch przedstawicieli naszego narodu. Jednym z nich jest Rafał Jaślewicz, właściciel pożółkłych od tytoniu zębów, starego (przedwojennego?) prochowca, który z pensji pracownika muzeum urządza mini bankiet u Wierzynka. Jest też znachorka Zofia, ale ona pojawia się w książce tylko na moment, na dodatek nie różni się od innych kobiet obdarzonych zdolnościami parapsychicznymi, które bardzo często występują w książkach Mastertona.
Co do fabuły – historia naukowców pragnących odtworzyć mityczne stworzenia dla ratowania ludzkiego życia (komórki macierzyste itp.) jest strasznie naiwna i mało logiczna. Chociażby kwestia znalezienia odpowiednich funduszy czy miejsca na prowadzenie badań. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że część opisanych w książce eksperymentów jest mocno nieetyczna, ale zawsze znajdą się osoby, które dla pieniędzy zrobią wszystko. Tymczasem autor próbuje przekonać czytelnika, że lepiej „produkować” bazyliszki domowymi metodami w ciągłej obawie przed policją.
Często fabułę książek Mastertona ratowała rozbudowana warstwa legendarna np.: wierzenia Indian Ameryki Północnej (cykl „Manitou”) czy folklor Europy Środkowej („Ciało i krew”).Niestety, autor nie rozbudował wątku genezy bazyliszka i jedynie raz czy dwa wspomniał o fikcyjnej „Czarnej księdze” Wincentego Kadłubka i związanej z nią historią . Można również autorowi zarzucić, że autor nie odrobił dokładnie pracy domowej – w Polsce bazyliszek jest związany raczej z Warszawą, a nie z Krakowem.
Sytuacji nie poprawiają bohaterzy. Naukowiec niewidzący niczego poza własną pracą, dociekliwa dziennikarka, zbuntowany nastolatek – wszyscy są stereotypowi i nie posiadają rozbudowanej osobowości. Jeśli dodamy do tego nudną, rozwlekłą fabułę i wspomnimy, że w trakcie lektury horroru Mastertona odczuwanie lęku jest praktycznie nie możliwe, to dostaniemy pełen obraz nieudanej powieści.

„Bazyliszek” należy do najsłabszych książek w dorobku Mastertona. Szwankuje w nim wszystko, zalet trudno się dopatrzeć. Jeśli angielski pisarz chciał w ten sposób uhonorować Polskę, to nazwałbym jego działania sabotażem. I tylko bazyliszka żal.

Ocena 2/10

Tigana - 2009-02-02, 01:02
:
Jeffery Deaver "Spirale grozy"


„Spirale grozy” to już drugi na naszym rynku zbiór opowiadań amerykańskiego mistrza thrillerów Jeffery’a Deavera. Podobnie, jak w przypadku „Spirali strachu”, i tym razem otrzymujemy szesnaście utworów łączących w sobie cechy kryminału i thrillera.
Cechą charakterystyczna dla twórczości Deavera jest umiejętność zaskakiwania czytelników. Każde z prezentowanych opowiadań pisarz zaczyna dość standardowo , najczęściej mamy do czynienia z policyjnym śledztwem, by pod koniec zrobić woltę o sto osiemdziesiąt stopni i przedstawić dotychczas poznane wydarzenia w zupełnie innym świetle. Zabieg ten powoduje, że pomiędzy autorem a czytelnikiem toczy się swoista gra o to kto będzie górą – zwodzący na manowce pisarz czy starzy „wyjadacze” kryminałów. Wie o tym sam Deaver i świetnie się bawi. W „Dziewczynie z Tunelu” sami bohaterowie opowiadania wymyślają, a następnie obalają kolejne rozwiązania zagadki. Odniosłem wręcz wrażenie, że pisarz chce w pewnym miejscu powiedzieć: „Wiem, czego się spodziewacie, wiem jak myślicie – i dlatego znów was oszukam”. Do najbardziej udanych pod tym względem opowiadań zaliczyłbym „Zepsutą do szpiku kości” (historia matki czekającej na powrót marnotrawnej córki) oraz „Podwójne zaskoczenie” (o procesie w sprawie zabójstwa)
Z drugiej strony te wieczne próby zaskakiwania czytelników w pewnym momencie wydaje się być sztuką dla sztuki. Nie ważne czy fabuła jest logiczna – ważny staje się efekt suspensu. W dodatku pisarz lubi powtarzać swoje tricki i tak finałowa scena ujęcia przestępcy w „Zasadzie Locarda” jest żywcem wyjęta z wcześniejszych powieści „Mag” i „Dwunasta karta”. Oczywiście dla osób, które nie miały jeszcze okazji przeczytać tych książek nie stanowi to większego problemu, ale …
Natomiast mocną stroną „Spirali grozy” są wiarygodne portrety psychologiczne bohaterów. Wystarczy kilka zdań, aby postać znudzonego biznesmena czy nadgorliwego policjanta zyskała własną, niepowtarzalną osobowość. Tak jest chociażby w opowiadaniu „Podglądacz”, gdzie Deaver po mistrzowsku tworzy obraz życiowego nieudacznika, dla którego jedynym sensem życia staje się podglądanie atrakcyjnej sąsiadki. Spodobać może się również otwarte zakończenie kilku utworów, Deaver nie stawia kropki nad „i” dając czytelnikom możliwość dopisania własnego zakończenia.
Na minus zapisałbym z kolei małe zróżnicowanie tematyczne prezentowanych opowiadań. O ile w poprzednim zbiorze najczęściej powtarzającym się motywem była zdrada małżeńska, tym razem autor postawił na przebiegłych przestępców, którzy na różne sposoby unikają kary. O ich sprycie niech świadczy fakt, że nawet legendarny Sherlock Holmes, który pojawia się w jednym z opowiadań, nie jest w stanie wskazać winnego. Ta sztuka udaje się jedynie Lincolnowi Rhym’owi – no, ale wiadomo, to jest po prostu geniusz.
Całemu zbiorowi natomiast do geniuszu dużo brakuje. Owszem, poszczególne utwory czyta się bardzo przyjemnie, ale lektura jednego po drugim prowadzi do lekkiego znudzenia. Niespodzianki przestają zaskakiwać, a intryga wydaje się niekiedy mało logiczna. Czytać? Jak najbardziej, ale w małych dawkach. Nie dość, ze wystarczy na dłużej, to i przyjemność płynąca z lektury będzie większa.

Ocena 6/10
Romulus - 2009-02-03, 09:47
:
Roberto Saviano – Gomorra.
Książka ta jest poruszającym zapisem podróży autora (tej dosłownej i tej mentalnej) przez imperium neapolitańskiej mafii – kamorry. Roberto Saviano stworzył niesamowity fresk współczesnej włoskiej zorganizowanej przestępczości, który nie może pozostawić nikogo obojętnym, choć wielokrotnie – jeśli nie przez cały czas trwania tej podróży – pokazuje właśnie obojętność na mafię. Nie chodzi wcale o obojętność organów ścigania wobec tych zbrodniarzy. Pokazuje on obojętność – nazwijmy to – systemową, wpisaną w mentalność Włochów, która pozwala mafii na funkcjonowanie.

Czytając tą książkę nie można zapominać o perspektywie, z której autor opisuje mafię neapolitańską. Jest to ważne, ponieważ czytając różne opinie, omówienia i recenzje tej książki natknąłem się na jednorodny ton piszących, który wskazywał na przejęcie przez nich perspektywy pisarza. Jest oczywistym, iż będąc neapolitańczykiem, żyjąc a nawet współpracując z ludźmi kamorry, aby poznać ten świat „na dole” mafijnej drabiny – autor pisze ze swej własnej, „miejscowej” perspektywy, która każe mu właśnie kamorrę określać jako najgroźniejszą mafię i Włoch i świata. Ta perspektywa każe mu też bagatelizować znaczenie mafii sycylijskiej. Skrótowo zaznaczę w tym miejscu tylko, że mafia sycylijska przynajmniej do końca lat 80 – tych XX wieku była najgroźniejsza strukturą przestępczą świata. Mało kto wie, że włoska mafia w Ameryce przez wiele lat była po prostu lokalnym „oddziałem” mafii sycylijskiej. Nowojorscy bossowie przyjmowali polecenia z Sycylii, a ci którzy chcieli się usamodzielnić kończyli rychło martwi. Kręgosłup mafii przetrąciły dopiero zorganizowane akcje FBI i Departamentu Sprawiedliwości – to w USA (np. akcja pod kryptonimem „Pizza Connection”), a we Włoszech głośne akcje, które skończyły się pokazowymi procesami w latach 70-tych i 80-tych XX wieku. To dzięki rozbiciu mafii sycylijskiej, a raczej przetrąceniu jej, mafia neapolitańska rozwinęła skrzydła. Z tej perspektywy „Gomorra” tego zjawiska nie ujmuje, ale – jak zorientował się każdy czytający – nie jest to jej żadną wadą. Roberto Saviano nie mianował się bowiem badaczem naukowym, czy kryminologicznym tego zjawiska.

Truizmem jest twierdzenie, że prawdziwa mafia różni się od tej pokazywanej w przeróżnych wielkich filmach. Ojciec Chrzestny, czy Chłopcy Z Ferajny to wielkie dzieła, przedstawiające mafię, jaka nigdy nie istniała (w mniejszym stopniu film M. Scorsese). Jednak, zwrócić należy uwagę, na co wskazuje także i Roberto Saviano, że dzieła te miały wpływ na kształtowanie się różnych postaw mafijnych. A czasami niemal filmy te nieświadomie dotykały rzeczywistości. Od siebie dorzucę tu jeszcze kilka faktów z historii mafii sycylijskiej. Najpotężniejszy jej klan pochodził z Corleone na Sycylii (tego samego uroczego, ale typowego miasteczka, od którego nazwy przyjął swe nazwisko filmowy i książkowy Vito Andolini). To stamtąd pochodził Luciano Liggio – legendarny boss sycylijskiej mafii. To z Corleone pochodzili także jego dwaj zausznicy zwani „wściekłymi psami”, z których jeden Salvatore „Toto” Riina, został ujęty dopiero kilka lat temu, jako ostatni „corleonesi”. Roberto Saviano, w odniesieniu do kamorry dorzuca jeszcze filmy bardziej współczesne: Matrix, Kruk, Pulp Fiction. Mafiosi przejęli nawet nomenklaturę filmową kazali do siebie mówić „padrone”, ubierali się jak Neo, czy – jak Sandokan Schiavone – inscenizowali niemal swoje aresztowanie, kreując się wizerunkowo na postaci z filmów, aby oddziaływać na tych, którzy będą relację z zatrzymania oglądać. Do końca musieli pokazać siłę, niezłomność, dać znak podwładnym, członkom klanu i wrogom.

Roberto Saviano zabiera czytelnika w swoją podróż po każdym istotnym, dającym się zidentyfikować, fragmencie mafijnej rzeczywistości. Pisze wściekły, ale nie traci z oczu rzeczywistości. Tam, gdzie nie sięga jego własna wiedza, jego doświadczenie – posiłkuje się bogatą dokumentacją sądową. Styl tej książki przypomina reportaż, fabularyzowany dokument czasami mieszany z esejem. W zasadzie trudno przypisać ta książkę do jakiegoś konkretnego gatunku. Przy tym w trakcie tej podróży Saviano nie gubi czytelnika, który za nim podąża. We właściwych miejscach zatrzymuje się, aby szczegółowo opisać jakieś zjawisko: dzieci w strukturach kamorry, kobiety u steru władzy w mafii, krwawa wojna klanu DiLauro z „Hiszpanami”, która zakończyła się realizacją jednej z największych operacji anty-mafijnych przeciwko neapolitańskiej kamorze. I znowu wraca motyw obojętności: krwawe porachunki mafijne, w których giną niewinni zabijani dla postrachu przyciągają uwagę mediów. Ale ta skupiona jest na sensacji, powierzchowna i nie niosąca żadnych wymiernych skutków. Czego przykładem było relacjonowanie procesu bossów kamorry, w którym uczestniczyli już tylko lokalni dziennikarze. I Roberto Saviano, który potem go opisał, nadając rozgłos, który zwiększył zainteresowanie mediów kolejnymi rozprawami.

Obojętność mediów, to jedno – gorszym zjawiskiem wydaje się być obojętność władzy. Z jednej strony wprawdzie walczy ona z kamorrą, ale poza konfiskatą ich majątków nie odcina mafii od źródeł dochodów. Dziś skonfiskowana willa nie zmieni tego, że System działa dalej, a – jak pisze Saviano – organizowana co jakiś czas „redukcja” na szczytach mafijnej hierarchii dokonywana przez władze, stała się wliczonym w tą działalność, pożądanym ryzykiem. Droga na szczyt mafijnej hierarchii jest usłana trupami i ktoś kto osiąga szczyt nie może czuć się na nim pewnie, bo to psuje biznes, sprzyja monopolowi a ten z kolei eliminuje mafijny „wolny rynek”, hamuje „konkurencję”, tworzy zastój a ten obniża zysk. A mafia jest jak wolny rynek pozbawiony jakichkolwiek hamulców. Rynek musi się kręcić, interes musi się kręcić, zysk jest wszystkim, człowiek nikim.

I tu właśnie jest clou problemu. Bo ludzie na Południu skazani są na mafię – to ona daje im głodowe, ale pewne pensje wyzyskując ludzi na budowach, w handlu narkotykami, na plantacjach. Panująca bieda nie pozostawia im wyboru. Toteż społeczeństwo nie wystąpi tam przeciwko mafii. Nie tylko ze strachu, ale i dlatego, że straci szansę na 500 euro co miesięcznej pensji. Nawet biznes legalny nie chce rezygnować z mafii. Sprawa Parmalatu (firmy mleczarskiej, znanej także w Polsce) pokazuje to jaskrawo: lepiej było się opłacać mafii, sprzedać jej trochę udziałów, a w zamian otrzymać monopol na lokalnym rynku. Także włoskie firmy odzieżowe, również szyjące pod znanymi, ekskluzywnymi i sławnymi markami wolą wykorzystywać mafijne „firmy” krawieckie organizując dla nich bardzo proste przetargi na szycie odzieży. Krótko mówiąc: działanie mafii to spełnienie snu o liberalnym kapitalizmie bez żadnych ograniczeń. Przy tym Saviano pokazuje działanie i skutki tego systemu także poprzez pryzmat spotykanych ludzi, jak np. bardzo uzdolnionego krawca, który za 500 euro co miesięcznej pensji szyje suknie dla bogatych, nie tylko Włoszek, ale i Angeliny Jolie. I nikt go nigdy za to nie doceni, bo jest nikim, bez przyszłości. Tak jak pozostali „niewolnicy” mafii, uzależnieni od niej ekonomicznie. Żyjący w psychozie strachu. Jest tego rewelacyjnym odbiciem opisywana scena aresztowania jednego z bossów. Kiedy był wyprowadzany z domu przez karabinierów, ci zostali zaatakowani przez mieszkańców miasteczka, wyzwiskami i kamieniami. Ale nie była to obrona bossa, tylko pokaz lojalności wobec niego w strachu, że za aresztowanie bossa na miasteczko spadnie zemsta mafii. A ta jest ślepa i bezwzględna.

Przy tym problem mafii neapolitańskiej nie jest tylko lokalnym problemem Włochów. Kamorra to sieć obecnie najpotężniejsza na świecie, sięgająca swymi mackami każdej sfery życia, czy działalności człowieka począwszy od ulic Neapolu po ulice Moskwy, Los Angeles, Kairu, Sao Paulo. Niszczone macki kamorry w poszczególnych miejscach to tylko chwilowe rozwiązanie problemu, bo nikt nie uderzył i nie wie, jak uderzyć w jądro Systemu. Można najwyżej ogłuszyć mafię na jakiś czas, ale ona się szybko odbudowuje. I ma długą, bezwzględną pamięć. Ofiarą tej pamięci może stać się R. Saviano. Paradoksalnie, póki wokół jego książki panuje rozgłos – może czuć się bezpiecznie, bo kamorra nie będzie chciała robić z niego męczennika. Jednocześnie tenże rozgłos, jaki zyskała „Gomorra”, stał się przyczyną kłopotów autora. Bo interesy mafijne, tak jak interesy legalne, tak jak wielkie pieniądze – lubią ciszę. Zgodzić się trzeba z twierdzeniem, że siła tej książki nie tkwi w wyciągnięciu nazwisk bossów – te wszyscy znali, choćby z procesów. Dopiero ukazanie mechanizmów działania mafii i nagłośnienie tego opisu stało się groźne i dla mafii i dla R. Saviano.

Osobiście czasami nie mogłem uwierzyć w to, co czytałem. Tym bardziej to było przerażające, bo było prawdziwe. Każdy kto miał okazję odwiedzić południowe Włochy i Sycylię wraca oszołomiony pięknem tych biednych regionów. I trudno tym bardziej uwierzyć w opisy rzeczywistości R. Saviano ukazujące degradację tych regionów, pod każdym względem. Po przeczytaniu „Gomorry” nie można także się łudzić, że mafia neapolitańska jest lokalnym problemem Włoch. Ale nie wiem, jak mam nie być wobec niej obojętny.

10/10
Tigana - 2009-02-04, 18:33
:
Jacek Piekara - "Charakternik"

Sukces „easternów” Jacka Komudy spowodował, że wytyczoną przez niego ścieżką zaczęli podążyć inni autorzy. Jednym z nich jest Jacek Piekara autor osadzonego w realiach XVII-wiecznej Polski „Charakternika”. Pisarz z niego bardzo sprawny, więc zapowiadał się ciekawy pojedynek na słowa.

Początek powieści jest zachęcający. Zwykła szlachecka zwada w przydrożnej karczmie staje się początkiem dziwnej znajomości pana Żytowickiego z dwójką charakterników – Szczurowickim i Myszkowskim. Znajomości, która stanie się okazją do podróży przez szlachecką Polskę – miejsce tyleż urokliwe co niebezpieczne.

Niby mamy do czynienia z tym samym co u Komudy – swarliwa szlachta, zajazdy, pojedynki, jednakże pomiędzy słowami zabrakło czegoś – wyczucia, oddania ducha tamtych czasów. Czytając „Bohuna” czy „Czarną szablę”, czułem, że ich autor żyje opisywaną epoką; tymczasem w wypadku Piekary odniosłem wrażenie, że dla niego świat Rzeczypospolitej Obojga Narodów to jedynie dekoracja. Owszem widać przygotowanie do tematu, wystarczy przeczytać sążniste przypisy na końcu książki, ale dla czytelnika to jednak tylko puste słowa. Opisy starć, zresztą bardzo nieliczne, nie porywają, nie pobudzają wyobraźni i bardziej przywodzą na myśl potyczki Mordimera Madderdina niż Jacka Dydyńskiego. Twórca „Charakternika” stara się oddać klimat ówczesnej polszczyzny wstawiając często słowa lub całe zwroty łacińskie, jednocześnie jednak dialogom brakuje kwiecistości, polotu.

Znakiem rozpoznawczym twórczości Jacka Piekary są interesujące postaci, które szybko zyskują sympatię czytelnika. Niestety tym razem autorowi stworzyć takiego bohatera się nie udało. Na pierwszy plan wysuwają się wspomniane już wyżej postaci: panowie Żytowicki, Szczurowicki i Myszkowski. Pierwszy z nich łączy w sobie najlepsze/najgorsze cechy ówczesnej szlachty – obżarstwo, słomiany zapał, ksenofobię, łatwowierność połączoną ze specyficznym sprytem. Innymi słowy prezentuje „klasyczny” wizerunek rodem z sienkiewiczowskiej „Trylogii” i nic ponadto. O pozostałych bohaterach trudno powiedzieć coś konkretnego. Myszkowski to milczek, a Szczurowicki dla odmiany – gaduła, ale ciężko stwierdzić, na ile wypowiadane kwestie to jego prawdziwe poglądy. Obaj są odważni, skorzy do użycia przemocy, ale i do szlachetnych uczynków. Patrząc z perspektywy całej powieści, wydali mi się jednak niedopracowani, tak jakby przeszli obok powieści, której są głównymi bohaterami. Trudno jest mi nawet powiedzieć, czy ich polubiłem, czy nie – zostawili mnie dziwnie obojętnym *.

Spore zastrzeżenia wzbudziły we mnie również opinie wygłaszane przez poszczególnych bohaterów. Peanów na temat bliźniaków, którzy zrobią porządek w państwie, czy ostrej krytyki kościoła katolickiego, w którym upatruje się jednej z głównych przyczyn upadku Polski szlacheckiej, nie mogę zaliczyć w poczet książkowych zalet.

W jednej rzeczy wszelako Jacek Piekara Komudzie nie ustępuje, a wręcz go przewyższa. Jest to zawartość elementu magicznego. O ile u twórcy „Bohuna” magii z książki na książkę ubywa, tutaj mamy pod dostatkiem istot czystych (anioły) i nieczystych (demony, wodnik), a i podróże na „druga stronę” życia się zdarzają. Inna sprawa, że wmieszanie istot nadprzyrodzonych do dziejów naszego państwa nie jest czymś nowym.

Nie ma dla mnie wątpliwości, że z pojedynku Jacek Piekara – Jacek Komuda zwycięsko wychodzi ten drugi. „Charakternik”, chociaż jest nieźle napisaną powieścią, nie spełnia pokładanych w nim nadziei i pokazuje, jak trudno będzie literacko przeskoczyć „Diabła Stadnickiego”. Zobaczymy, może następnym razem ktoś dotrzyma pola.

* Przy okazji postaci warto zwrócić uwagę na pewną manierę Piekary. Autor z uporem godnym lepszej sprawy przy każdym nazwisku szlacheckim używa słówka „pan”.


Ocena: 5/10
Beata - 2009-02-05, 21:31
:
Tom Harper - "Mozaika Cieni"

Schyłek XI wieku. W Bizancjum od piętnastu lat władzę dzierży Aleksy I Komnen. Od piętnastu lat próbuje przywrócić dawną świetność Cesarstwu, zręcznie lawirując pomiędzy zewnętrznymi i wewnętrznymi wrogami, skutecznie posługując się zarówno dyplomacją, jak i prowadząc – tu już ze zmiennym szczęściem – kampanie wojskowe. Jednak zasoby osłabionego państwa nie są nieograniczone – w 1095 roku Aleksy nie ma wyjścia i musi prosić papieża Urbana II o pomoc. I, jak to czasami bywa, otrzymuje znacznie więcej, niż oczekiwał. Pod murami Konstantynopola stają uczestnicy I Krucjaty. W tym samym czasie dochodzi do zamachu na życie cesarza. Zamachu, w którym użyto nietypowej, dawno zapomnianej w Bizancjum broni.

W tym momencie rozpoczyna się akcja „Mozaiki cieni”. Demetrios Askiates – były najemnik, obecnie: tropiciel zagadek – zostaje wezwany do pałacu, gdzie otrzymuje zlecenie odnalezienia niedoszłego zabójcy i wykrycia zleceniodawców zamachu. Zadanie jest wyjątkowo delikatne – w spisek na życie cesarza mogą być zamieszani członkowie jego rodziny. Tymczasem Demetrios nie prowadził jeszcze żadnej sprawy w środowisku wysokich rodów, dworskie życie i pałacowe intrygi są mu obce. Ale czyż można odmówić takiej „prośbie”? I prawdziwie cesarskiemu wynagrodzeniu?

Tom Harper studiował historię średniowieczną i to podczas lektury wyraźnie się czuje – autor odmalowuje bardzo plastyczną i bogatą w szczegóły panoramę XI-wiecznego Bizancjum. Nie ogranicza się jedynie do wątku kryminalnego – z równą swadą opisuje pałacowe mozaiki, klasztory, wyścigi na hipodromie, ówczesne procedury medyczne. Zabiera czytelnika z wizytą do dzielnic nędzy, na targ, przedstawia nie tylko ceremoniał dworski, ale również zwyczaje domowe mieszkańców Konstantynopola. I świetnie kontrastuje obyczajowość i mentalność przedstawicieli różnych kultur. Na podkreślenie zasługuje fakt, że Tom Harper traktuje historię kompleksowo, nie trzyma się kurczowo Bizancjum – nawiązuje do wydarzeń, które miały miejsce w odległym państwie i tam odnajduje ukrytą motywację bohaterów – dla autora dzieje średniowiecznej Europy są całością, a nie sztucznie rozdzielonymi historiami poszczególnych krain czy władców.

Chociaż wątek kryminalny nie jest specjalnie wyszukany i nie dorównuje stopniem komplikacji opowieściom o Sherlocku Holmesie, które są dla mnie wciąż niedoścignionym literackim wzorcem powieści detektywistycznej, to opowieść o perypetiach Demetriosa obfituje w niespodziewane zwroty akcji, mylne tropy i pomniejsze zagadki. Bohaterowie książki (nawet ci drugoplanowi) nie pojawiają się znikąd i nie demonstrują cudem nabytej wiedzy – mają przeszłość, postępują zgodnie z posiadanym doświadczeniem i cechami charakteru. A najważniejsze jest, że rozwiązanie nie pojawia się znienacka, żaden deus ex machina nie uszczęśliwia bohatera prezentując wyjaśnienie.

W bizantyjskiej scenerii rozgrywa się także akcja „Błazna wkraczającego na scenę” Alana Gordona. Książki łączy nie tylko miasto – czas opisywanych wydarzeń dzieli raptem sto lat, okres niedługi w skali trwania imperium. W obu opowieściach tematem przewodnim jest spisek przeciwko cesarstwu. A jednak oba utwory różnią się zasadniczo: punktem widzenia głównego bohatera – błazen Feste jest zewnętrznym obserwatorem, Demetrios – obywatelem Bizancjum. Feste puentuje dostrzeżone różnice obyczajowe zgryźliwymi i nieco powierzchownymi uwagami, dla Demetriosa są one codziennością, której nie poświęca błyskotliwych bon motów – jego komentarze cechuje raczej pobłażliwa rezygnacja, akceptacja dla miasta i kultury, w których żyje. I – mimo że w „Mozaice cieni” mniej jest żartów i dowcipów – to oceniam książkę wyżej, ze względu na szerzej przedstawione i pogłębione tło obyczajowe.

Podsumowując, choć wydaje się, że „Mozaika cieni” Toma Harpera przeznaczona jest głównie dla młodszego czytelnika, to książka zdecydowanie jest warta lektury – jeśli nawet śledztwo tropiciela zagadek nie zadowoli wymagającego odbiorcy, to ewentualne rozczarowanie z pewnością wynagrodzi świetnie odmalowane tło historyczne i obyczajowe. Z czystym sumieniem – 7/10.
Ł - 2009-02-13, 14:22
:
Wadim Panow - Wojny prowokują nieudaniczy" "

„Wojny prowokują nieudacznicy” to mała 500-stronnicowa cegiełka, z okładką kojarzącą się raczej z artworkiem robionym na potrzeby gry komputerowej niż typowo książkową okładką. Wadim Panow był przed lekturą autorem zupełnie mi nieznanym, dlatego nie odpuściłem sobie małej lustracji przez sieć. Na wschodzie podobno odniósł sukces wydawniczy przez cykl o Tajnym Mieście, jaki recenzowana książka rozpoczyna. Jest to kolejny autor w Fabrycznej serii „Obca Krew” – gdzie rosyjscy autorzy raczej nie stanowią mniejszości. Blurb zarysowuje nam realia książki, które od samego początku...
...niezbyt odkrywcze są zresztą. Z pomysłem tajemnego nadnaturalnego półświatka (tutaj zwanego „Tajnym Miastem”), żyjącego obok nas, prowadzącego własną grę, mamy do czynienia w popkulturze od dawna. Najbardziej zinstytucjonalizowane zostało to w grach fabularnych White Wolfa, a w Rosji ze swoimi „Patrolami...” zabłysnął też Łukjanienko. Panow w przeciwieństwie do powyższych przykładów oferuje niewiele poza pomysłem wyjściowym. Należy docenić próbę kreacji własnych realiów, ale co po dobrych chęciach, skoro świat powieści jest mdły w swoich rozwiązaniach. Brak tu jakiegoś definitywnego wyróżnika, pełno za to konstruktów tworzonych na zasadzie „dodajmy im dodatkową parę rąk”, albo „zróbmy trzy wielkie nacje, a każdą przypiszmy do żywiołu” itp. Taka scenografia byłaby całkiem dobrym materiałem na grę komputerową, trzymając się skojarzenia z początku recenzji. Panow dość dobrze akcentuje element rywalizacji, szukania równowagi w układzie sił; ale nie jest to rozwiązanie na 500-stronnicową książkę. Fabuła sprowadza się do gigantycznej zabawy w chowanego czy też berka na terenie Moskwy – cały czas ktoś kogoś szuka, bo ten ktoś uciekł, ale już go ktoś inny przechwycił, ale tak naprawdę to nie jego szukamy, bo to ktoś inny itd., itp. Czasem naturalnym biegiem rzeczy dochodzi do jakiegoś starcia – pyskówki czy walki o średnim poziomie widowiskowości. A że samo genesis świata, – czyli motyw kolejnych ras, których czas przeminął, zajmujących miejsce w Tajnym Mieście, otaczających się czarami, na które moc pochodzi z ekskluzywnych magicznych źródeł skorelowanych z genami danych istot, brzmi nieco... Ok, nie brzmi. Autor na szczęście, nie miesza później i trzyma się wstępnych założeń, a także stara się przekładać je spójnie na chociażby ekonomię czy genealogie świata.
W to wszystko wpleciony jest tak rzadki w fantastyce wątek wybrańca, rozegrany bez zbędnego mieszania – wybraniec owszem, ale zdradzono go, więc postanowił wziąć odwet na wszystkich. W dodatku wybraniec ma wielką traumę i adekwatne kompleksy, które musi rekompensować sobie w podły sposób (a to i tak chyba najbardziej skomplikowany charakter tej powieści...). Główna postać to tymczasem bohater z przypadku – ot, znalazł się w (nie)właściwym miejscu o (nie)właściwym czasie i wciągnięto go w berka toczonego wg zasad, których nie zna. Cały czas się mota, próbując zrozumieć, co się dzieje – pomysł może i niezły, ale z perspektywy czytelnika, który wie, o co chodzi, bohater stwarza wrażenie biednego ciołka. Zresztą nie dałbym sobie ręki uciąć, że to właśnie jest główny bohater – może to major Korniłow wspomniany bezpośrednio w blurbie? Autor serwuje nam wielką masę ludzkich i nieludzkich charakterów, a każdy z nich ma swoje pięć minut współuczestniczenia w narracji. Łatwo się pogubić. Nie jestem przekonany czy to dobry zabieg – spora cześć postaci nawet nie musząc wysilać się dłużej niż pięć minut nie potrafiła interesująco się zaprezentować. Niektóre opisy faktycznie funkcjonują bardziej na zasadzie zapychaczy niż czegoś, co posuwałoby fabułę do przodu lub dawało czytelnikowi cokolwiek w zamian.
Książka, mimo że jest częścią cyklu, stanowi raczej autonomiczną całość, bez syndromu „ciąg dalszy nastąpi”. Wszystkie nitki zbiegają się w jednym miejscu, następuje rozwiązanie akcji a bohaterowie odjeżdżają samochodem w dal. Nie jestem szczególnie chętny zobaczyć, gdzie dojadą. W zasadzie trudno mi sobie wyobrazić kontynuację tego cyklu, jeśli miałaby wyglądać podobnie do tom pierwszy. Choć wiem, że niektórym – zarówno autorom, jak i czytelnikom – takich zabaw w berka na większą skalę, nigdy dość.
Podsumowując, „Wojny prowokują nieudacznicy” to dobra książka-czasowypełniacz. Można ją przerwać w dowolnym momencie, a później wrócić i będziemy mieli do czynienia z tym samym. Czasem fajnie poobserwować sobie taką ganianinę postaci o niezbyt zawiłych charakterach. Niestety, na dłuższą metę jakikolwiek brak oryginalności w warstwach ontologicznej i fabularnej – nudzi. I nie przysłoni tego nawet największy wybuch.
batou - 2009-02-17, 15:33
:
China Mieville - Blizna

Jeden z najciekawszych współczesnych pisarzy fantastycznych - China Mieville zabiera nas znów w podróż po znanym z Dworca Perdido świecie Bas-Lag. Akcja Blizny również toczy się w mieście, ale nie jest nim Nowe Crobuzon. To nowe miasto – Armada jest tworem niepodobnym do czegokolwiek, z czym spotkałem się do tej pory.

Bellis Coldwine ucieka z Nowego Crobuzon okrętując się na statek zmierzający do kolonii Nova Esperium. Na pokładzie podróżują nim ludzie wolni, jak Bellis, pod pokładem zaś upchnięci w nieludzkich warunkach skazańcy, więźniowie, niewolnicy, wśród których jest wielu Prze-Tworzonych, czyli istot poddanych karze transformacji ich ciał w Nowym Crobuzon. Statek nie dociera do kolonii, gdyż po drodze zostaje zaatakowany przez piratów i odholowany do Armady. Tragiczne początkowo wydarzenie okazuje się być dla niektórych z pasażerów statku wybawieniem. Inni, jak Bellis, nie mogą przestać myśleć o ucieczce.

Tak jak Nowe Crobuzon w poprzedniej powieści Mieville’a było czymś więcej niż tylko scenerią dla rozgrywających się w nim wydarzeń tak i Armada staje się jakby jednym z bohaterów powieści w Bliźnie. To miasto, to dryfujące po oceanach świata skupisko statków, miasto zbudowane z kadłubów, masztów i takielunku, podzielone na dzielnice, z wykształconą administracją i własnym językiem, zamieszkane przez wiele ras Bas-Lag i kipiące życiem niczym Nowe Crobuzon.

Wyobraźnia pisarza i rozmach w opisywaniu stworzonego świata, które były wielkimi atutami Dworca Perdido także i tutaj wywierają na czytelniku ogromne wrażenie. Po raz kolejny książkę trudno przypisać jednoznacznie do jakiegokolwiek gatunku literackiego. Mamy tutaj elementy fantasy pod postacią uprawianej na Armadzie specyficznej magii, mamy Sci-Fi w opisach przeróżnych mechanizmów wykorzystywanych w mieście, wampiryczne wątki rodem z horroru, czy marynistykę z racji samego miejsca akcji i słownictwa wykorzystywanego przez Mieville’a. Kolejny raz pisarz czerpie pełnymi garściami z różnych stylów i konwencji podporządkowując je swojej wizji i tworząc tym samym coś na wskroś nowego.

Blizna wydaje się też książką ciekawszą fabularnie niż Dworzec Perdido. Tam w pewnym momencie miałem wrażenie, że pisarz zapędził się tak, że stanął przed dwiema ścieżkami, w które mógł popchnąć powieść: jedną bardziej w klimacie Sci-Fi, a drugą będącą pomieszaniem horroru i kryminału i wybierając drugą z nich z konieczności nieco ograniczył arsenał wypracowanych już pomysłów. Blizna jest książką bardziej spójną i przemyślaną, która pomimo wielu zwrotów akcji od początku prowadzi w określonym kierunku.

Bardzo dobre wrażenie pozostawiają też wykreowani przez pisarza bohaterowie, a Mieville świetnie pokazuje ich wzajemne relacje, w których często iskrzy przez to jak są oni różni, jak różną przeszłość mają za sobą przed Armadą i jak inaczej odczuwają sytuacje, w której się znaleźli. Chyba najlepiej widać to w relacjach Bellis – uprowadzonej, nie przestającej myśleć o ucieczce z miasta i Doula – obywatela Armady z własnej woli, ochroniarza i żołnierza rządzących miastem.

Blizna jest dla mnie krokiem naprzód w twórczości Mieville’a. Nie gubi się tu nic z wcześniej znanych atutów pisarza, a zauważalne są nowe, jak lepsze prowadzenie fabuły powieści. Mimo tego nie jestem w stanie ocenić, czy Blizna to powieść lepsza niż Dworzec Perdido. Wcześniejsza książka autora miała specyficzny klimat, opisy miasta ociekały brudem, a panująca w nim atmosfera strachu tworzyła ten niepowtarzalny nastrój. Tutaj jest tego mniej, klimat powieści jest inny, ale przez wiele innych atutów jest to i tak kawał świetnej fantastyki pochłaniającej bez reszty i dającej ogrom przyjemności z lektury.
Tigana - 2009-02-19, 19:01
:
Marcin Mortka "Miecz i kwiaty”

Krucjaty do Ziemi Świętej zawsze rozpalały wyobraźnię. Tysiące ludzi porzucało dotychczasowe życie, by pod znakiem krzyża i ze słowami „Dieu le veut” na ustach wyruszyć w nieznane. Głód, przemoc, śmierć, ale także bogactwo i sława stawały się ich przeznaczeniem. Był to czas wielkich czynów, ale i zwykłych ludzkich podłości. W tę jakże barwną epokę zabiera nas Marcin Mortka pierwszym tomem najnowszej powieści – „Miecz i kwiaty”.
Jest rok 1188. Kilka miesięcy wcześniej pod Hittinem padł kwiat rycerstwa Królestwa Jerozolimskiego, a samo Święte Miasto wpadło w ręce Saladyna. Jedyną nadzieją na przetrwanie krzyżowców w Ziemi Świętej jest pomóc z Europy. Z całego kontynentu ruszają władcy (Fryderyk Barbarossa, Ryszard Lwie Serce, Filip August), możni, a także setki pielgrzymów marzących o ujrzeniu Jerozolimy oraz rychłym wzbogaceniu się. Są też tacy, którzy pragną odkupić swe złe uczynki. Jednym z nich jest Gaston de Baideaux. Z pozoru kolejny rycerz, który marzy o cudach Orientu, w rzeczywistości osoba skrywająca wiele tajemnic. Niestety nie wie, że w Ziemi Świętej do własnych kłopotów doda kolejne, związane z dawno niewidzianym bratem. Uwikłany w intrygi nieświadomie staje się pionkiem w grze prowadzonej przez ambitnych władców, zdradzieckich możnowładców oraz zagadkowych templariuszy.
W internecie można spotkać się z opiniami, że najnowsza powieść Marcina Mortki przypomina „Narrenturm” Andrzeja Sapkowskiego. I nie sposób tym głosom nie przyznać choć odrobiny racji. W postaci Gastona de Baideaux rzeczywiście łatwo doszukać się wielu cech wspólnych z Reynevanem – zawód miłosny, brat, który staje się źródłem kłopotów, umiejętność wpadania w tarapaty. Nawet kompani podróży wydają się nieco podobni. Włoski rycerz Vittorio niczym Szarlej reprezentuje zdroworozsądkowe podejście do życia, a niemy sługa Bernard niewiele ustępuje siłą Samsonowi Miodkowi. Podobieństwa można także się doszukiwać w samej fabule – Gaston kilkakrotnie popada w niewolę, by niedługo potem odzyskać wolność. Na szczęście Mortka nie przesadził z tym ostatnim elementem i książkę czyta się bez uczucia nieustannej „powtórki z rozrywki”.
Nieco inna jest także konstrukcja głównego bohatera. Chociaż widać, że ma słabość do nadobnych panien i wykazuje się życiową naiwnością, odniosłem wrażenie, że postać Gastona dużo szybciej dojrzewa. Owszem, do końca książki nie wyzbywa się on zapędów godnych „błędnego rycerza”, ale równocześnie widać jak wydarzenia, w których wziął udział, odcisnęły na nim swoje piętno.
Obok postaci głównego bohatera warto zwrócić uwagę na chyba największą zaletę książki Mortki – kreację świata. Pisząc o Ziemi Świętej w czasach krucjat, bardzo łatwo popaść w nadmiar szczegółów i stworzyć coś na kształt bryku z „Dziejów wypraw krzyżowych” Stevena Runcimana. Na szczęście autor „Miecza i kwiatów” potrafił znaleźć „złoty środek” pomiędzy suchą faktografią, a warstwą fabularną. Otrzymujemy sporą dawkę informacji o ówczesnej sytuacji politycznej Ziemi Świętej, ale podanej w bardzo przystępny sposób, dlatego nie odnosi się wrażenia, iż mamy do czynienia z podręcznikiem. Dodatkowym atutem jest fakt, że Mortka potrafił ożywić przedstawiany świat, oddać ducha opisywanej epoki. W trakcie wędrówek po Tyrze czuć zarówno zapach orientalnych przypraw, jak i respekt przed templariuszami, słyszymy głębokie wyznania wiary jak i czystą herezję, widzimy niesamowitą mieszanką kultur, narodów i religii.
Spodobało mi się, iż w historii opowiadanej w „Mieczu i kwiatach”, tak jak w prawdziwym życiu, nie ma miejsca na ideały. Większość postaci występujących w książce to ludzie z krwi i kość, a podział na dobro i zło jest bardzo płynny. Jedyną osobą, co do której nie można mieć zastrzeżeń, jest Balian z Ibelinu – bohaterski dowódca obrony Jerozolimy – rycerz bez skazy, trzeźwo patrzący na otaczający świat, dostrzegający wszystkie odcieni szarości.
Pisząc recenzję z poprzedniej książki Mortki („Ragnarok 1940”), narzekałem na zbyt małą ilość pierwiastka magicznego – tym razem jest inaczej. Magii pojawia się dużo, równocześnie jednak pozostaje ona czynnikiem niedominującym, jedynie kolejnym orężem w walce, fabularną przyprawą.
Do tej pory uważałem Mortkę za specjalistę od powieści osadzonych w mroźnej Skandynawii, tymczasem okazało się, iż pustynny klimat równie dobrze służy temu pisarzowi. W moim prywatnym rankingu pierwszy tom przygód Gastona de Baideaux stawiam na równi z „Ostatnią sagą” i „Wojną runów”, które uważam za najlepsze w dorobku poznańskiego autora. Cóż, teraz czekam na drugą część „Miecza i kwiatów”. Mam tylko nadzieję, że autor nie wystawi mojej cierpliwości na zbyt wielką próbę.

Ocena 8/10

Tigana - 2009-02-25, 13:34
:
„Imię wiatru” Patrick Rothfuss

Kiedy zaczynam czytać książkę z gatunku fantasy, której twórcą jest debiutujący autor, dość często zastanawiam się, czy będę miał do czynienia z oryginalnymi pomysłami, świeżym spojrzeniem na gatunek, czy też z powieścią o fabule opartej na znanych motywach i schematach. W przypadku „Imienia wiatru” Patricka Rothfussa trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie.
Fabuła jest dziwnie znajoma. Raczej trudno doszukiwać się czegoś nowego w historii osieroconego chłopca, który wstępuje do szkoły magii. Sytuacja staje się jeszcze bardziej klasyczna, gdy bohater zostaje ulubieńcem jednej – i obiektem nieżyczliwości drugiej części nauczycieli. Również wątek sielskiego dzieciństwa zakończonego tragicznym wydarzeniem czy złodziejskich praktyk nie jest niczym nowym. A jednak „Imię wiatru” czyta się znacznie lepiej od setek podobnych książek zalegających księgarskie półki.
Bez wątpienia największa w tym zasługa stylu Rothfussa – plastycznego, bogatego, świetnie oddającego stan uczuć, emocji głównego bohatera. Autor dobrze sobie radzi z opisami przyrody, dialogami, nieco słabiej ze scenami akcji (mało dynamiczne). Za to prawdziwe majstersztyki to na przykład opisy gry na lutni czy ciszy zalegającej w gospodzie. Bardzo sugestywne, grające na uczuciach czytelnika, a przy tym – nie wpadające w banał.
Na uwagę zasługuje konstrukcja powieści. Historię życia legendarnego bohatera poznajemy z punktu widzenia dorosłego i doświadczonego już życiem mężczyzny, który potrafi spojrzeć z dystansem na swe dokonania. Widzi czyny wielkie, ale i głupotę, naiwność i dojrzałość. Dzięki temu nie otrzymujemy ckliwej opowieści o kolejnym cudownym dziecku, ale wnikliwy obraz dorastania. Ciekawie wypada także konfrontacja mitów z prawdziwą historią – fakty ulegają zatarciu, pozostaje legenda. I tak wypadek w warsztacie przeistacza się w olbrzymi pożar, a szczęśliwy zbieg okoliczności w cudowną interwencję.
Rothfuss potrafi podtrzymać zainteresowanie czytelnika. Niby wiemy, jak skończy się cała historia, ale dzięki opanowanej prawie do perfekcji sztuce niedomówień – nie możemy oderwać się od książki. Z jednej strony autor psuje nam zabawę, zapowiadając niemal od początku pewne wydarzenia, a jednocześnie osnuwa całość mgiełką tajemnicy, czyniąc opowiadaną historię intrygującą. Szukamy zatem porozrzucanych faktów, zbieramy je, próbujemy zbudować pełen obraz i czekamy na kolejne wydarzenia, które stworzyły człowieka-legendę.
W trakcie czytania „Imienia wiatru” dostrzega się rozmach, z jakim autor wykreował fantastyczny świat. Mimo że większość akcji rozgrywa się w jednym mieście, nie mamy uczucia izolacji. Rothfuss tworzy bardzo złożone uniwersum – pełne legend, starych obyczajów, w którym znalazło się miejsce i na kilka różnorodnych systemów magii, jak i istoty nie z tego świata. Ta różnorodność najbardziej widoczna jest na przykładzie Uniwersytetu – studenci pochodzący z różnych krain mają własny system wartości, specyficzny sposób ubierania, język.
Powyższe zachwyty nie oznaczają oczywiście, że Rothfuss napisał książkę bez wad. Pomimo ciekawej konstrukcji, fabuła nie jest, jak już wspomniałem, oryginalna. Ot, kolejna wersja dobrze znanej historii. Zastrzeżenia budzi również tempo narracji, zbyt powolne, mogące znudzić. W książce, pomimo dużej objętości (prawie 900 stron), nie dzieje się wiele. Wprawdzie znajdziemy w niej kilka scen, które podnoszą poziom adrenaliny, ale ogólnie lektura jest co najwyżej letnia. Zastrzeżenia budzi także postać głównego bohatera – zbyt często popełniającego błędy, jak na osobę z tak dużym bagażem doświadczeń.
„Imię wiatru” to obiecujący debiut, którego wypadałoby życzyć każdemu początkującemu pisarzowi. Rothfuss udowadnia, że ma duży potencjał i w przyszłości może być jedną z gwiazd fantasy. Chociaż fabularnie książka nie odkrywa przed czytelnikiem nowych horyzontów, to sposób, w jaki została napisana, skutecznie wynagradza tę niedogodność.
Beata - 2009-02-26, 21:43
:
Tom Harper - "Rycerze krzyża"

Od wydarzeń opisanych w „Mozaice cieni” minęły dwa lata. Armie krzyżowców przekroczyły Bosfor, cesarz Aleksy I Komnen wynegocjował z nimi układ, na mocy którego zdobyte przez uczestników krucjaty ziemie – pierwotnie własność cesarstwa, miały powrócić pod rządy Bizancjum. Przedstawicielem cesarza, który ma czuwać nad przestrzeganiem układu, jest Tatikios, któremu towarzyszy Demetrios Askiates – znany z pierwszego tomu tropiciel zagadek, tym razem pełniący rolę skryby. Nad ich bezpieczeństwem czuwa trzystuosobowy oddział Waregów.

Krzyżowcy docierają pod Antiochię i rozpoczynają oblężenie twierdzy. I wkrótce zaczynają się kłopoty z dostawami żywności. Pora roku również nie sprzyja działaniom wojennym – właśnie zaczynają się jesienne deszcze i chłody. Na domiar złego armia pozbawiona jest jednolitego dowództwa – poszczególni hrabiowie i książęta nie zamierzają się nikomu podporządkować i wszystkie decyzje podejmują podczas niekończących się sporów na posiedzeniach rady. Te nastroje przenoszą się na żołnierzy – animozje pomiędzy członkami poszczególnych oddziałów ujawniają się coraz częściej. Tymczasem po kilkumiesięcznym oblężeniu, spędzonym przez głodnych żołnierzy w błocie i chłodzie, jeden z wasali księcia Boemunda zostaje zamordowany – książę obawia się, że ta zbrodnia może ostatecznie zniszczyć morale armii i doprowadzić do rozpadu krucjaty. Demetrios zostaje zaangażowany do znalezienia sprawcy.

W powieści na plan pierwszy wybijają się opisy kampanii wojennej, widzianej oczami zwykłego żołnierza – wszechobecny brud, przenikająca wszystko wilgoć, chłód, ciągłe niedojadanie, monotonia stale tych samych obowiązków, przerywana jedynie przez potyczki z Turkami i pogłoski o nadciągającej tureckiej odsieczy. A dodatkowo dzięki postaci Demetriosa czytelnik ma wgląd w posiedzenia protokołowanej przez niego rady i może z bliska obserwować rozgrywki między przywódcami, tworzone ad hoc sojusze i intrygi. Hrabiowie i książęta nie przebierają w środkach i daleko im do chrześcijańskiej miłości bliźniego – wielu z nich przyłączyło się do krucjaty, by coś zyskać, zdobyć dla siebie królestwo.

Zastanawiający dla historyków jest fakt, że oblężenie Antiochii i późniejsza jej obrona przed Turkami w ogóle zostały uwieńczone powodzeniem, szczególnie w zestawieniu z błędami, popełnionymi przez przywódców krucjaty. I nawet nie chodzi o to, że twierdza została zdobyta dzięki pozyskaniu zdrajcy wśród obrońców. Fascynujące jest, że nastąpiło to w ostatnim możliwym momencie (a walki pod miastem trwały ponad pół roku), tuż przed nadejściem tureckiej odsieczy, która – gdyby pojawiła się dwa dni wcześniej – miałaby szansę zakończyć ostatecznie ziemskie dzieje tej wyprawy. Morale uczestników krucjaty zdecydowanie podniosło odnalezienie świętej włóczni, które nastąpiło również w ostatniej chwili, by zmobilizować pielgrzymów – występujących tym razem w roli obrońców Antiochii – do walki ze znacznie przeważającymi tureckimi siłami.

Istotną część książki zajmuje przedstawienie doktryn najróżniejszych sekt i herezji chrześcijańskich. Przyznaję, że poświęciłam tym zagadnieniom szczególną uwagę, gdyż na takie informacje w odniesieniu do krzyżowców nie natrafiłam wcześniej w żadnym opracowaniu naukowym. Na szczęście, zanim wyruszyłam na prywatną krucjatę w tej sprawie, w nocie historycznej znalazłam wyjaśnienie, w którym autor wyraźnie stwierdza, że pozwolił sobie na znaczącą dowolność – książkowe opisy dotyczące heretyckich doktryn religijnych, choć generalnie prawdziwe, nie znajdują historycznego potwierdzenia w odniesieniu do pielgrzymów. Są to po prostu spekulacje, oparte na wiedzy o odłamach religijnych funkcjonujących wówczas na terenie Bliskiego Wschodu. Cóż – licentia poetica.

Na tym tle wątek detektywistyczny nie prezentuje się zbyt imponująco – odniosłam wrażenie, że autor odsunął go na dalszy plan. Być może wrażenie takie wzięło się stąd, że dochodzenie jest przerwane przez udział Demetriosa w potyczkach wojskowych i bitwach, więc prowadzone przez niego śledztwo w sposób naturalny traci tempo. Zresztą wyjaśnienie tajemnicy zabójstwa w miarę postępu opowieści staje się coraz mniej istotne – wojska krzyżowców w końcu zdobywają miasto i książę Boemund – pragmatyk do szpiku kości – ma teraz inne priorytety: jest władcą Antiochii.

Zatem, choć intryga kryminalna nie porywa, to książka zasługuje na uwagę – stanowi swoiste dopełnienie naukowych opracowań historycznych (z zastrzeżeniem dowolności przedstawienia kwestii herezji wspomnianej powyżej) – prezentuje jeden z epizodów I Krucjaty w sfabularyzowanej, łatwo przyswajalnej dla czytelnika formie.
coorchuc - 2009-03-02, 10:34
:
Lon Nie Dyn - China Mieville
Muszę przyznać, że Lonniedyn to dziwna książka. Była dziwna już w zamierzeniu autorskim i to się świetnie sprawdziło. Nie powinno to dziwić. W podziękowaniach i inspiracjach odnajdujemy między innymi Neila Gaimana.

Odwołania do Nigdziebądź są akurat bardzo czytelne. Może to tylko magia Londynu – ale w obu książkach równie łatwo przychodzi uwierzyć w istnienie drugiej warstwy miasta. Strafy, do której trafiają wszyscy zapomnieni, niechciani lub nieprzydatni. Do Lonniedynu trafiają również porzucone i zbędne przedmioty, które dość szybko zaczynają na nowo żyć nowym życiem. Czasem wręcz dosłownie.
Jednakże ustalenie, które z dwóch miast było pierwsze już nie jest aż takie łatwe. Nawet biorąc pod uwagę, że zarówno nazwa jak i surowce Lonniedynu biorą się z jego „zwyczajnego” odpowiednika to i tak mnóstwo rozwiązań i pomysłów, tak praktycznych jak gigantyczny młyn wodny, przedostało się przez granicę właśnie w drugim kierunku.

W samym niemieście wszystko obowiązkowo musi stać na głowie. Oczywiście w metaforycznym sensie. Nie zmienia to jednak faktu, że praktycznie każdy drobny szczegół ma swoją własną nazwę.
To było punktem wyjścia do stworzenia całej masy neologizmów i stworków słownych, które miały oddać dziwaczność tej niemiejscowości. Założę się, że był to również niezły ubaw dla tłumacza – który musiał wykonać podobną robotę przekładając nazwy na język polski. A trzeba przyznać, że nowe słowa pojawiają się niemal na każdym kroku. Jest to niewątpliwy urok tej książki.

W płaszczyźnie bohaterów Lonniedyn jest jednak, w stosunku do utworu Gaimana znacznie złagodzony. Owszem są czarne charaktery, są brutalne bijatyki z wykorzystaniem wielu ostrych i tępych nieprzedmiotów, giną współbohaterowie oraz postronni, ale jednak coś jest nie tak...
Umieszczenie dwóch nastoletnich dziewcząt w roli głównych postaci może jednak sprawić, że książka zostanie odebrana jako młodzieżowy ekothriller. To może być najsłabszy punkt tej historii. Z drugiej jednak strony – od czego jest wyobraźnia – nie jest to pierwsza opowieść o bardzo młodych wojownikach, czy podróżnikach i zazwyczaj udawało im się przyciągnąć uwagę czytelnika. Lonniedyn czyta się bardzo szybko, co sugeruje, że również w tym wypadku bohaterowie dadzą sobie radę i wzbudzą słuszne zainteresowanie.
Jest to tym bardziej prawdopodobne, że tak, jak w większości podobnych historii, również i ta niesie ze sobą niemały ładunek zaskakujących i czasem przezabawnych obserwacji społecznych poczynionych raczej w tym mniej absurdalnym mieście. Niesamowitości tego drugiego zaś pozwalają tylko jeszcze bardziej je podkreślić i, jeśli trzeba, napiętnować.
Beata - 2009-03-03, 20:41
:
"Cień w środku lata" - Daniel Abraham

Do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. To stwierdzenie przypisywane Napoleonowi znają najwyraźniej także mieszkańcy Galtu, bo – dążąc do podboju Saraykeht – przede wszystkim starają się doprowadzić metropolię do ruiny finansowej. Ale nie oblegają miasta, nie próbują blokować połączeń morskich – na takie rozwiązania przyjdzie czas, być może, w następnych tomach tetralogii „Cena ostateczna”. Na początek Galtowie uciekają się do podstępu i intrygi, wymierzonej w podstawy gospodarczego istnienia Saraykeht – handel bawełną i jej odziarnianie.

Wybijającym się atutem powieści jest konstrukcja świata – nie ma w nim inżynierów. Racjonalizacja, wynalazczość, postęp techniczny w naszym rozumieniu nie istnieje – ulepszanie procesów produkcyjnych, podnoszenie wydajności pracy w wybranych dziedzinach dokonuje się przy użyciu specyficznego rodzaju magii, która umożliwia materializację idei i zamknięcie jej w ludzkiej postaci – oto, czym jest andat. Oczywiście, należy zarówno ideę, jak i jej ludzką formę, dokładnie zdefiniować. Precyzja jest bardzo ważna, lecz równie istotna jest unikatowość opisu – każda próba związania musi być inna. Wiązanie idei i utrzymywanie kontroli nad andat to zajęcie poetów. Praca ta – choć prestiżowa – jest jednak bardzo niebezpieczna. Poeci ryzykują życiem przez cały czas – najmniejsza niedokładność, drobne niedookreślenie... i konsekwencje są ostateczne. Uwieńczone powodzeniem związanie nie oznacza końca kłopotów – poeta dokonując personifikacji czerpie z siebie, w pewnym sensie stwarza swoje alter ego, a potem musi żyć w towarzystwie andat, przez cały czas je nadzorować, wymuszać na nim posłuszeństwo. A andat nieustająco walczy o zrzucenie pęt… Poeta patrzy andat w twarz i widzi… siebie?

Istnienie andat liczy się nie w latach, a w pokoleniach – odpowiednio wykształceni uczniowie poetów są w stanie przejąć od starzejących się mistrzów kontrolę nad już związaną ideą. Wrażenie wielopokoleniowości trwania opisywanego społeczeństwa podkreślają kolejne elementy – hierarchiczna struktura społeczna i przekształcenie wielu zwykłych czynności w rytuały, na tyle wszechobecne, że przenikające nawet do języka. Wypowiedzi podkreślane są językiem gestów, w którym każda pozycja ciała i ułożenie rąk ma swoje sformalizowane znaczenie – im wyższy stopień odebranego wykształcenia i pozycja społeczna, tym gestykulacja jest oszczędniejsza, bardziej elegancka, a przez to pełna niuansów. Spodobał mi się ten pomysł – to tak, jakby do wygłaszanej kwestii, wzbogaconej już o ton głosu i mimikę, dodać swoiste analogi emotikonów, współgrających lub zaprzeczających wypowiadanej treści i w ten sposób nadających wypowiedzi dodatkowy, głębszy sens. A dodatkową zaletą tego połączonego języka jest to, że – aby nie stracić niczego z przekazywanych treści – rozmówcy muszą patrzeć na siebie, stale obdarzać się uwagą.

Przedstawiony przez autora system społeczny ma swoje wady. Przede wszystkim zasady, które w nim obowiązują, są bezosobowo bezwzględne i przez to – okrutne. Niewolnictwo za długi jest usankcjonowane prawnie, niewolnikami są także andat. W rodzinach panujących zabójstwo pretendentów do tytułu jest rzeczą powszechną, a o dobrej krwi i prężności rodu ma świadczyć bratobójstwo – najlepiej gdy trzeci syn po trupach starszych braci obejmuje pozycję ojca. Prawidła te są nieakceptowane dla nas w dzisiejszej rzeczywistości, ale dzięki temu, że zostały przedstawione, świat powieści zyskał głębię, nie jest idyllicznie cukierkowy ani powierzchowny.

Kolejną zaletą książki Daniela Abrahama są postaci – wyraziste, prawdziwe, pełne życia. Niektórzy bohaterowie są bardzo młodzi i dojrzewają podczas opowieści, inni – przeciwnie, mają młodość już dawno za sobą. Postawieni przed wyzwaniami, które czasami ich przerastają, muszą dokonywać wyboru, stawić czoło dylematom. Każdy z nich ma inną motywację i inne doświadczenia życiowe, zgodnie z którym postępuje. I żadna z głównych postaci nie jest jednoznacznie dobra ani zła. Muszę przyznać – dają się lubić.

Akcja „Cienia w środku lata” w przeważającej części toczy się w mieście – dzięki czemu autorowi udało się uniknąć schematu dojrzewania bohatera podczas wyprawy, wzbogaconej o zasadzki, galopady i szermiercze popisy obrońców-mimo-woli przypadkowo poznanych na gościńcu. Nie oznacza to, że książka całkowicie pozbawiona jest schematów – oczywiście, że nie – przyjemność ich odkrycia pozostawiam czytelnikom, nie mogę przecież zdradzić wszystkiego. Jednak pozwolę sobie na stwierdzenie, że choć zakończenie nie jest przesadnie zaskakujące, to ma jedną, podstawową zaletę – nie jest hollywoodzko optymistyczne. Pod względem fabularnym opowieść przedstawiona przez Daniela Abrahama jest zamkniętą całością, a zakończenie nie pozostawia żadnych wskazówek, co do tematyki kolejnych tomów cyklu.

Podsumowując, „Cień w środku lata” pozostałby w moich oczach jedynie średniej klasy opowieścią fantasy z bardzo dobrze zarysowanymi postaciami, gdyby nie omówiona wyżej koncepcja andat, która zdecydowanie podnosi ocenę książki. Z ciekawością przeczytam kolejne tomy i mam nadzieję, że wydawnictwo dopilnuje poszerzenia marginesów wewnętrznych, tak by żadne niezamierzone „atrakcje” nie psuły przyjemności, płynącej z lektury.
coorchuc - 2009-03-10, 00:12
:
Co właściwie można powiedzieć o kimś... czymś... kimczymś takim, jak ork. Albo nawet para orków. Przecież wszyscy wiedzą, że tylko elfi albo ludzcy wojownicy i księżniczki zasługują na to, by pisać o nich trylogie, baśnie, pieśni i inne opowiadania. Orkowie zaś nadają się tylko do tego czym pachną.


Dwa zapyziałe Orki nie mogą być przecież bohaterami. A jednak. „Powrót Orków” to książka, gdzie właśnie Orkowie grają pierwsze skrzypce. Może instrument ten nie do końca jest nastrojony, ale to właśnie dwaj Orkowie - bracia - stają się rozwiązaniem zagadki pradawnego elfiego proroctwa.
Czy wspominałem już, że to było ELFIE proroctwo?
Nie chcę tu szerzyć gatunkizmu, ale czy takie orki zdolne są do zrealizowania jakiejkolwiek misji, bez konieczności bycia kontrolowanym przez wielkiego i złego maga na przykład.

Cóż... okazuje się, że tak. Ale też Rammar i Balbok nie są zwykłymi przedstawicielami swojego rodu. Owszem – zachowują większość orczych zwyczajów, bezbłędnie władają, językiem, i mają poszanowanie dla tradycji, ale są te małe szczegóły. Mają instynkt zachowawczy, zamiast pędu ku samozagładzie, zachowali dystans do pewnych konkretnych dań z orczej kuchni i szanują się jak bracia. Albo raczej nie szanują się, ale nie próbują się pozabijać... w każdym razie zachowują się jak bracia – co w świecie istot pozbawionych tradycji rodzinnych jest dość dziwne.

A zaczęło się właśnie od tego instynktu przetrwania. A konkretnie od bitwy - podczas potyczki z goblinami, która wkrótce zamieniła się w regularną rzeź. Wtedy też zginął dowódca oddziału. Co gorsza – zginęła również jego głowa. Zgodnie z tradycją, po bitwie, głowa dowódcy powinna wrócić do wioski. Jeśli nie może uczynić tego sama, powinna zostać tam przyniesiona przez tych, którzy przeżyją. A to byli właśnie ci dwaj. Głowa jednak się zgubiła, więc do wioski wrócili z pustymi rękami. Potem zaczyna się robić zabawniej.

Orkowie... – dla zaspokojenia konwencji nazwijmy ich „bohaterami”, zatem:

Bohaterowie wyruszyli na poszukiwania głowy. Nie zrobili tego z własnej woli – aż tak idealni nie byli. Po prostu stanęli przed koniecznością wyboru między odnalezieniem jednej głowy wodza, a położeniem pod topór dwóch głów innych orków. Sęk w tym, że obaj czuli się do tych głów dość mocno przywiązani.
W tym miejscu historia z sielankowej zmienia się w przygodową. Czasem są to przygody dramatyczne, czasem groteskowe, czasem bohaterowie mają wizje, a do tego cały czas coś wisi w powietrzu...
No dobrze - p o z a zapachem orków, coś jeszcze wisi w powietrzu.

Przygoda i sama podróż już od początku nie zapowiadała się na lekką łatwą i przyjemną. No i taką nie była. Nie można jednak jej było zarzucić monotonii. Nie codziennie przecież wykrada się kapłanki, rozmawia istotami nieżyjącymi od eonów, rozbija szajkę przemytników, czy wreszcie walczy z trollami i spełnia proroctwa. Ale przecież oni chcieli tylko odnaleźć głowę...

Powrót Orków to druga część przygód dwójki bohaterów. Fakt, że jest to kontynuacja niczego nie zmienia – bo nawet bez czytania pierwszej części można wyciągnąć z tej lektury dużo frajdy, a czytelnik nie czuje się „niewprowadzony” w temat. Autor utrzymuje względną równowagę między mrocznością i humorem – nie jest za śmiesznie i jest dość strasznawo i momentami naturalistycznie. Nie można odmówić autorowi znajomości kanonu literatury fantastycznej. Wiele rozwiązań i epizodów da się odnaleźć w klasyce gatunku. Ale nie zmienia to faktu, że książka czyta się bardzo przyjemnie.
Tigana - 2009-03-18, 14:09
:
Alan Campbell - "Żelazny anioł"

Gdybym miał użyć jednego słowa do scharakteryzowania „Żelaznego anioła” Alana Campbella, to wybrałbym: „niespodzianka”. Drugi tom „Kodeksu Deepgate” zaskakuje od samego początku. Już w prologu powieści pojawiają się kolejni bogowie będący, jak się okazuje, braćmi zgładzonego Ulcisa. Co więcej, dowiadujemy się, że świat jest polem bitewnym w wojnie toczonej pomiędzy siłami bogów a mesmerysami. Walka ogarnia całe kontynenty, a zmagające się ze sobą armie liczą setki tysięcy żołnierzy. W starciu tytanów ludzie stanowią jedynie mięso armatnie i tylko nielicznym będzie dane odegrać większą rolą. Kimś takim jest Dell – anioł z Deepgate, który staje się ważnym elementem w niejasnej grze obu stron konfliktu.
Wraz z ewolucją fabularną ulega zmianie także miejsce, w którym rozgrywa się akcja powieści. Tylko przez niespełna połowę książki poruszamy się wraz z bohaterami po okolicach Deepgate, później autor przenosi nas do samego Piekła, a następnie na odlegle kontynenty. Nie można przy tym odmówić Campbellowi wyobraźni – wizja podróży Della przez wciąż zmieniającą swe oblicze Inferno, gdzie napotykamy metamorficzne maszkary, zwodnicze drzwi czy żyjące budowle, jest bardzo sugestywna i plastyczna. Widać w tym elemencie niczym nieskrępowaną fantazję, widać rozmach. Wizja poraża swym ogromem i pewnie wielu czytelników zachwyci, ale ja nie raz i nie dwa zatęskniłem do znacznie bardziej kameralnych uliczek łańcuchowego miasta.
Największe zastrzeżenia budzi u mnie jednak końcówka książki, kiedy akcja przenosi się w realia zbliżone do XIX-wiecznej Europy. O ile byłem w stanie zaakceptować sterowce, którymi poruszali się bohaterowie „Nocy blizn”, to już pędzący po torach pociąg nieco mnie raził – być może jestem purystą gatunkowym, ale ten element mocno mi zgrzytał. Tym bardziej, że perypetie jego podróżnych przypominają pod względem fabuły bardziej „Morderstwo w Orient Ekspresie” Agathy Christie niż książkę fantasy. Zdziwił mnie też finał tego wątku – nie mam pojęcia, jakie były intencje Campbella, ale scena z ujawnieniem tożsamości mordercy to czysta farsa.
„Żelazny anioł” to nowi bohaterzy. Ze „starej gwardii” pozostają jedynie Dell i Rachel, a kilka innych postaci przemyka gdzieś w tle. Niestety los ten spotyka również Carnival, bodajże najciekawszą postać występującą w „Nocy blizn”. Pewnym zadośćuczynieniem staje się kreacja Johna Kotwicy, człowieka, którego głównym zadaniem jest ciągnąć przywiązany do siebie statek. Interesująco wypadają także wojowniczy bóg Hasp oraz młoda inżynier Alice Harper. Szkoda tylko, że, w moim odczuciu, Campbell nie do końca opanował jeszcze umiejętność zarządzania bohaterami. Częstotliwość, z jaką autor nieoczekiwanie porzuca wątki związane z daną postacią, by wrócić do nich dopiero za kilkadziesiąt czy kilkaset stron, jest uderzająca. W rezultacie trudno mocniej związać się z poszczególnymi bohaterami – pojawiają się na zbyt krótko.
I jeszcze zwięźle o zakończeniu książki. Być może jestem staroświecki i nie potrafię należycie docenić nieszablonowych pomysłów, ale po prostu lubię, kiedy wraz z ostatnią stroną domykają się wszystkie wątki. Tymczasem „Żelazny anioł” nie posiada nawet otwartego zakończenia, to raczej urwana w pół zdania akcja.
Ocena drugiego tomu „Kodeksu Deepgate” nie jest sprawa łatwą, otrzymujemy powieść, która w niewielkim stopniu przypomina pierwszy tom cyklu. Mnie osobiście fabularny zabieg polegający na eskalacji konfliktu, wprowadzeniu nowych sił i zmianie miejsca akcji nie przypadł do gustu. Na pewno jednak znajdą się osoby, które ucieszy opuszczenie ciasnych murów Deepgate i poszerzenie pola walki. Dzięki temu manewrowi Campbell może pozyskać nowych czytelników. Tylko co z tymi, którzy woleliby pozostać w łańcuchowym mieście?

Ocena 6/10

Ł - 2009-03-20, 17:48
:
Mort Castle - Księżyc na Wodzie

Książka opatrzona jest aż dwoma przedmowami które anonsują Castle'a jako mistrza krótkiej formy przez duże M. „Księżyc na Wodzie” jest tamże opisany jako zbiorek w którym zawarto jedne z jego najlepszych opowiadań – co dla polskiego czytelnika jest o tyle ważne iż Mort Castle nie jest u nas szczególnie znanym i często wydawanym autorem. Ponadto podkreślono jak trudną sztuką jest właśnie pisanie opowiadań – myślę że można zgodzić się bez dyskusji iż napisanie przyzwoitej powieści jest łatwiejsze niż napisanie podobnej wielkości przyzwoitego zbioru opowiadań. Zbiorek wymaga większego stężenia pomysłów na stronę; nie można tu sobie popłynąć fabularnymi interludiami. Mam na myśli ten czysty rodzaj fabularnego „pomysłu na”, a nie kolejny szkic potwora, czy próżnego pejzażu. Z kolei blurb informuje iż jedno z opowiadań zbiorku - „Jeśli weźmiesz mnie za rękę mój synu” - zostało zaliczone do „Top Terror Tales of all Time” koło takich nazwisk H.G. Lovecraft czy Clive Barker, co nasuwa skojarzenie w środku książki czekają nas zjawiska nie z tej ziemi. Czekają?

Z pewnością nie jest to konwencja horroru w domyślnym słowa tego znaczeniu. U Castle’a często jest to horror codzienności gdzie bohaterowie skonfrontowani są z chorobą, nałogiem, trudnymi relacjami rodzinnymi czy brakiem pracy. Tego rodzaju dramat obyczajowy, występuje obok opowiadań-makabresek, nieco w stylu Rolanda Topora. Elementy fantastyki nie są stałym elementem repertuaru opowiadań - a jeśli już występują to częstokroć w formie niedopowiedzenia (omam czy rzeczywistość?) czy pod postacią realizmu magicznego (opis klubu i jego bywalców w „Bird nie żyje”!). Warto w kontekście tego akapitu zwrócić uwagę na przedostatnie opowiadanie „Historia Dani”. Jeśli ktoś nie ma indukcyjnego zacięcia, to właśnie tutaj, pod sam niemal koniec, autor niejako spowiada się z tego czym dla niego jest HORROR i na pewno nie jest to „trochę wyobraźni, dorzuć wampira i masz!”. Ukazuje jednocześnie napięcie twórcze i emocjonalne w procesie tworzenia takiej historii – napięcie która można poczuć również je czytając. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się oglądając horror klasy B, jak wygląda HORROR klasy A, to już wiecie.

Opowiadania są autonomiczne względem siebie ale daje się zauważyć stałe motywy w jakiś sposób łączące ich większość - muzykę jazzową, środowisko robotnicze-górnicze US, strachy i frustracje dzieci, nałogowców, ludzi wyalienowanych z społeczeństwa. Pod tym względem Castle równie dobrze jak Stephen King potrafi zaprezentować panoramę kultury amerykańskiej z całą jej amerykańskością – od wielkich metropolii do zapadłych mieścin, od problemów ameryki lat dwudziestych, do rock’n’rollowej rewolucji. Czasem w trakcie czytania tego czy innego opowiadania, wydawało mi się że za wiele tu właśnie takiej kulturowej anegdoty, ale w ostateczności puenta z siłą pioruna pokazała mi klarowność i ostrość rozumowania i estetyki autora - to się łączy, to wynika! Z pewnością Castle to mistrz mocnego zakończenia, a zakończeń w tym zbiorku mamy grubo ponad dwie garście.

Warta docenienia jest różnorodność form literackich zbiorku - przez to każdy utwór różni się nie tylko miejscem akcji i fabułą ale i sposobem opowiadania, narracją. Występują kolejno tradycyjne narracje, gawędziarskie stylizacje, literackie przekładańce gdzie proza przeplata się z innymi środkami wyrazu, jak i odważne eksperymenty z formą, przykładowo bardzo liryczna powiastka "FDR: Historia Miłości" czy autoanalityczna wyżej wymieniano „Historia Dani.”. Obcowanie z tego rodzaju wyćwiczonym w rozmaitości piórem to prawdziwa gratka dla koneserów słowa; nie sposób o znużenie. Jeśli chodzi o długość poszczególnych utworów to właściwie mało które przekracza próg trzydziestu stron, sporo jest natomiast miniatur. Nigdy właściwie nie byłem pewien czy autor już na następnej stronie nie zakończy opowiadania – ta to niepewność z rodzaju intrygująco-przyjemnych.

Jak dotąd same superlatywy, prawda? Są i wady, wynikające bezpośrednio z samej konstrukcji zbiorku - to w końcu ponad dwadzieścia autonomicznych opowiadań, więc siłą rzeczy nie wszystkie reprezentują ten sam poziom i zdarzają się odbicia od wysokiej średniej. Szczególnie ostatnie opowiadanie „Stary człowiek i zmarli” wydaje się niesłychanie przeciętne (zwłaszcza że jest jednym z dłuższych). W jednym wypadku uderzała mnie również powtarzalność - opowiadania "Miejsce Hendersona/Dziewczyna o oczach w kolorze lata" i "Nienawiść, miłość i piękne morze złomu" są do siebie uderzająco podobne. Te mankamenty jednak w żadnym razie nie psują ostatecznej, bardzo wysokiej oceny tego zbiorku. Teraz powinienem chyba wymienić te utwory, które wywarły na mnie szczególne wrażenie, ale z drugiej strony, nie chcę przepisywać połowy spisu treści i sugerować czegokolwiek czytelnikowi. Z pewnością ogólny poziom opowiadań jak i ich różnorodność sprawią że każdy doceni ten zbiorek z swojej perspektywy, niekoniecznie w korelacji z moimi typami. Zdecydowanie polecam i czekam na kolejne polskie wydania tego autora.
Sharin - 2009-03-22, 18:11
:
Carlos Ruiz Zafon Cień wiatru

Parafrazując słowa Juliana Caraxa:
Mojej przyjaciółce Carlin, która zwróciła mi głos i pióro.

***

Książka, za którą tęskniłem.
W wieku licealnym pochłaniałem dzieła Wiktora Hugo i Aleksandra Dumasa. Czytając powieści tych pisarzy ciarki przechodziły mi po plecach, oczy piekły od niewyspania a nauka schodziła na dalszy plan. Hrabia Monte Christo mówił mi „dobranoc” a nędzna Francja sprawiała, że historia stawała się jeszcze bardziej interesująca.
Któż nie pragnął wtedy znaleźć się w centrum tajemniczych, niemalże mistycznych wydarzeń? Kogóż nie pociągała romantyczna historia, w której granica pomiędzy miłością a nienawiścią dawno przestała być dostrzegalna? Któż nie tęsknił?

Cień wiatru („La sombra del vento”) ukazał się w 2001 roku. Na polskim rynku pojawił się dzięki warszawskiemu Wydawnictwu Literackiemu MUZA w 2005 roku (2008 r. – wydanie drugie). Jego autorem jest barcelończyk, dziennikarz Carlos Ruiz Zafon, który karierę pisarską zaczynał od książek dla dzieci i młodzieży. Za sprawą Cienia wiatru stał się sławny na całym świecie. W 2008 roku ukazała się jego kolejna powieść Gra anioła.

Bohaterem powieści – Cień wiatru – jest młody chłopak, pracownik jednego z barcelońskich antykwariatów, którego młodość zostaje zdominowana przez pisarza Juliana Caraxa. Daniela Sempere, bo tak nazywa się postać główna, poznajemy, gdy trafia na Cmentarz Zaginionych Książek, do miejsca, gdzie ma przejść przez pewnego rodzaju inicjację. Nasz bohater ma wybrać książkę, tą jedną jedyną, którą musi ocalić od zapomnienia. Właśnie na owym tajemniczym cmentarzysku po raz pierwszy natrafia na Cień wiatru. Wkrótce okazuje się, że z jej autorem (Julianem Caraxem) wiąże się straszna, pogrążona w mrokach przeszłości historia.
Nie chciało mi się spać i nawet nich chciało mi się próbować zasnąć. Podszedłem do balkonu i ujrzałem świetliste opary wydobywające się z latarni na Puerta del Angel. Można się było tylko domyślać obecności stojącej tam nieruchomo postaci. Jej realność potwierdzał jedynie zarys cienia padającego na bruk i bursztynowe drżenie żaru papierosa odbijające się w jej oczach. Stała, ciemno ubrana, z jedną dłonią ukrytą w kieszeni marynarki, drugą przytrzymując papierosa, który prządł niebieskawą pajęczynę dymu wokół głowy. Patrzyła na mnie milcząco, kryjąc twarz za padającym z latarni światłem. Stała tak ponad minutę, paląc niedbale, z utkwionym we mnie spojrzeniem. Gdy o północy rozległy się dzwony katedry, postać leciutko kiwnęła głową w geście pozdrowienia i tylko domyślać się mogłem niewidocznego uśmiechu. Chciałem opowiedzieć, ale byłem sparaliżowany. Ów człowiek odwrócił się i zobaczyłem, jak powoli odchodzi, lekko kulejąc. (...) Opis podobnej sceny przeczytałem w „Cieniu wiatru”. W powieści główny bohater co noc wyglądał o północy przez balkon i spostrzegał, że obserwuje go, skrywając się w cieniu i niedbale paląc papierosa, jakiś dziwny nieznajomy. Jego twarz zawsze kryła się w mroku i tylko domyślać się można było żaru jego spojrzenia. Nieznajomy stał przez jakiś czas, prawą dłoń chowając w kieszeni czarnej marynarki, by następnie oddalić się, lekko kulejąc. W scenie, której właśnie byłem świadkiem, owym nieznajomym mógł być jakikolwiek przechodzień, postać bez twarzy i bez tożsamości. W powieści Caraxa owym nieznajomym był diabeł.
Życie Daniela nabiera niewyobrażalnego tempa. Z dnia na dzień główny bohater coraz bardziej zatraca się w plątaninie wydarzeń z przeszłości. Tajemnica pisarza Caraxa staje się dla niego niemalże obsesją. Daniel poddaje się nowemu hobby z niezwykłą energią. Posiadając znajomości w środowiskach księgarsko-bibliotecznych zaczyna zbierać informacje na temat autora Cienia wiatru. Jak każdy młody chłopak oczarowany cudowną zabawą, nie wie kiedy powiedzieć sobie „dość!”. Niewiedza bardzo szybko okazuje się tragiczna w skutkach.



O czym jest książka?
Powiedziałbym, że o zmaganiach młodego chłopaka z dawno zapomnianą historią ale będzie to kłamstwo. Powiedziałbym, że o Julianie Caraxie ale wtedy także bym skłamał. Książka Carlosa Ruiza Zafona jest bowiem o uczuciach. O tych długowiecznych, najdłużej towarzyszących ludziom. O miłości silniejszej niż śmierć i nienawiści dojrzewającej przez całe życie. Miłości godnej pióra Marqueza i nienawiści zrodzonej przez Dumasa.
Ktoś mógłby jednak zapytać: gdzie tajemnica i tworzący ją bohaterowie? Otóż postacie Cienia wiatru nie stanowią sedna powieści. Są nośnikiem informacji (jakże mogłoby być inaczej?) ale nie są główną osią książki. Nie są też specjalnie oryginalne. Czytając dzieło Zafona spotkamy zbiór charakterystycznych hugowsko-dumasowych marionetek, które sprawnie opowiedzą romantyczną historię ale nic więcej. Poznamy Fermina wesołka wprowadzającego w dobry nastrój, Fumero konspiratora wyjętego żywcem z Nędzników, tragiczną Nurię a także nowe wcielenie hrabiego Monte Christo. Każdy odnajdzie w nich dawno nie widzianych przyjaciół. Bohaterów, którzy kochali, nienawidzili i mścili się.
Postacią, która jest poza powyższymi zarzutami jest Daniel Sempere. W powieści jest łącznikiem pomiędzy dawnymi, romantycznymi uczuciami a życiem każdego z nas. Bohaterem, który odkrywając przeszłość Juliana Caraxa zaczyna rozumieć, że tak naprawdę jest ona wieczna i dotyczy każdego człowieka, bez względu na czas. Daniel pragnie, kocha, tęskni. Można powiedzieć, że jest jak bohater wiersza Juliana Tuwima Romans romantyczny:

Pamiętam ten wieczorny diamentowy mróz,
Śnieżnych iskier w zadymce elektryczne loty,
Przez miasto rozbłyskane samochód mnie niósł
I omdlewałem całą młodością z tęsknoty.

Jasnowłosej mimozy miałem wonny pęk
A w głowie mi parował koniak ciemnozłoty
I śpiewał mi daleki twego głosu dźwięk
I umierałem całą miłością z tęsknoty.

Nie tobie byłem pijany i nie tobiem wiózł
Błędne oczy i kwiaty i śnieżne zawroty,
Pamiętam ten wieczorny diamentowy mróz,
Gdy całym swym szaleństwem skonałem z tęsknoty.

I kiedy z samochodu wysiadł sztywny trup,
Jeszcze go śnieg przysypał popiołem martwoty.
Wtedy z wdzięcznością srogą wziąłem smutny ślub,
Ach, biedny oblubieniec! Ach, upiór tęsknoty!


Carlosa Ruiza Zafona należy uznać za pisarza oczarowanego twórczością Hugo, Dickensa, Dumasa. Autor bez wątpienia czerpał z ich stylu, starał się nawiązywać do ich języka, do ich sposobów pozyskiwania wyobraźni czytelnika. Dlatego też czytając Cień wiatru nie odpędzimy się od emocji. Tajemnica będzie goniła tajemnicę a wątki poboczne dodatkowo będą pobudzać nasz apetyt. Niektórzy krytycy doszukują się wpływów Pedro Almodovara ale według mnie jest to zdecydowana przesada. Jak to się mówi „jedna jaskółka wiosny nie czyni”.
Cień wiatru jest powieścią trzymającą w napięciu, sięgającą do najbardziej trwałych wyobrażeń ludzkich, miotającą czytelnikiem zarówno po sferze czynów jak i ich uczuć. Można powiedzieć, że jest historią samą w sobie.
Beata - 2009-03-22, 21:18
:
Trudi Canavan - "Uczennica maga"

Dawno, dawno temu... setki lat przed wydarzeniami opisanymi w „Trylogii Czarnego Maga”, w Kyralii żyła szesnastoletnia Tessia, córka uzdrowiciela, marząca o kontynuowaniu pracy ojca. Jednak prostą realizację jej planów uniemożliwia los – na skutek pewnego bardzo nieprzyjemnego incydentu dochodzi do niekontrolowanego wyzwolenia posiadanej przez Tessię mocy magicznej. Dziewczyna nie tylko musi zaakceptować zmianę własnego statusu i konieczność rozpoczęcia nauki magii, ale również stawić czoła znacznie poważniejszym wyzwaniom: między Kyralią i Sachaką dochodzi do wojny.

Opowieść przedstawiona przez Trudi Canavan rozpoczyna się w czasach, gdy w Kyralii nie istnieje jeszcze żadna organizacja zrzeszająca magów, nie powołano także uniwersytetu – przekazywanie wiedzy magicznej odbywa się wyłącznie indywidualnie, jedynie w prostej relacji mistrz – uczeń. Również praktyki medyczne realizowane są bez użycia magii. Wprawdzie istnieje gildia uzdrowicieli, ale zrzesza jedynie zwykłych medyków. Oczami głównej bohaterki czytelnik ma możliwość obserwować początki tworzenia się gildii magów i pierwsze – nie zawsze udane – próby użycia magii do ratowania ludzkiego życia.

Fabuła „Uczennicy maga” jest przewidywalna – w zasadzie żadne wydarzenie nie zaskakuje czytelnika. Taki już los prequeli – może gdybym czytała poszczególne tomy cyklu w kolejności zgodnej z wewnętrzną chronologią wydarzeń, moja reakcja byłaby inna. Niestety, książka zrobiła na mnie wrażenie utworu napisanego na zamówienie fanów cyklu, domagających się potwierdzenia ich przypuszczeń na temat wczesnej historii Kyralii i Sachaki. „Uczennica maga” jest pozycją poprawną, trzymającą się zasad – bohaterowie są gładko wprowadzeni do opowieści, przedstawieni, lekko scharakteryzowani, postępują zgodnie z oczekiwanym przez czytelnika schematem, w miarę postępu opowieści ich charakterystyki są pogłębiane, akcja – w końcu – osiąga punkt kulminacyjny, po czym poszczególne wątki zostają stopniowo zamknięte.

A propos – autorka umieściła w książce jeden wątek, opisujący losy Sterii, który nie jest kompozycyjnie połączony z resztą opisywanych wydarzeń. Wątek ten sprawia wrażenie kompletnie niepotrzebnego, rozdymającego jedynie, już i tak dużą objętościowo, książkę. A jednak... gdy potraktuje się „Uczennicę maga” i „Trylogię Czarnego Maga” łącznie, jako jedną opowieść, to okazuje się, że istnienie tego wątku jest niezbędne do zrozumienia, czyim wysłannikiem jest Savara, tajemnicza sojuszniczka Cery’ego z ostatniego tomu trylogii i skąd zna magię klejnotów.

Zwolennicy poszukiwania „drugiego dna” czy jakiegokolwiek ukrytego przesłania mogą sobie takie działania darować – autorka niczego nie ukrywa. Wyraźnie piętnuje niewolnictwo, wskazuje zakłamanie i egoizm członków arystokracji, ich obojętność i zamknięcie na problemy biedaków i chorych, wyśmiewa seksistowskie stereotypy. Na plus należy jej policzyć, że powyższymi wadami obdzieliła równo społeczeństwa obu krajów przedstawione w powieści. I nie proponuje łatwych i pozornie prostych rozwiązań w rodzaju „wystarczy znieść niewolnictwo i wszystko będzie dobrze”.

Oceniając poprawność językową książki, w oczy rzuca się – obecny już w „Trylogii Czarnego Maga” – neologizm „inkal”, użyty w znaczeniu: znaku, herbu, godła, ewentualnie inicjału. Nie mam nic przeciwko neologizmom, ale ten akurat nie wydaje się być trafny – pierwsze, całkowicie automatyczne skojarzenie prowadzi nie w stronę herbarzy i tytulatury, a w kierunku pewnego komiksu…

Podsumowując, „Uczennica maga” to przede wszystkim pozycja dla wielbicieli twórczości Trudi Canavan – oferuje im ciekawe uzupełnienie opowieści o dziejach Sachaki i Kyralii oraz korzeniach utworzenia Gildii Magów.
Brzuzka - 2009-03-23, 16:59
:
Rozpoczynająca nową serię autorstwa Andrzeja Pilipiuka ,,Droga do Nidoras" reklamowana jest jako książka, w której napięcie wciąż rośnie, a strony przewracają się wręcz same. Czy tak jest? Ciężko stwierdzić.

Początek rzeczywiście spada na nas jak grom z jasnego nieba. Jeszcze dobrze nie usiedliśmy w fotelu a naszej kochanej planety już nie ma na mapie wszechświata. W tym momencie książkę mogą odłożyć na półkę fani wielkich jatek, rzeźni i ciągłych zwrotów akcji, sięgnąć po nią mogę jednak miłośnicy przeciągających się w nieskończoność tasiemców.

Głównym bohaterem, ale i również narratorem jest Marek. Młody niespełna trzydziestoletni nauczyciel, informatyk. Jest to postać raczej pozytywna, lecz z początku trudno jest nam to stwierdzić. W czasie opisanej na pierwszych stronach powieści zagłady świata poznaje on licealistę, Staszka który razem z nim, jest świadkiem nietypowego zdarzenia, jeszcze bardziej niecodziennego od końca świata. Tutaj zakończę zdradzać fabule bo w gruncie rzeczy jest ona mało istotna.

Pierwszą z wielu rzeczy które rażą po oczach jest właśnie fabuła, a raczej logika, której miejscami brak w opowiadanej przez Pilipiuka historii.
Marek otrzymuje zlecenie od osoby, która sama mogła by je wykonać , szybciej i lepiej, jest co prawda wyjaśnione w książce czemu to właśnie on został ,,wybrańcem" lecz jest to dość mało wiarygodne.
Kolejną wpadka fabuły jest jej rozwlekłość. To co Pan Andrzej zapisał na 400 stronach można by z łatwością zmieścić na góra 100. Co prawda dzięki takiemu zabiegowi autor obsypuje czytelnika masą historycznych ciekawostek (które są co prawda na plus) i pokazuje jak w czasach XVI wiecznej europy ciężko było o jedzenie i dach nad głową, ale czytanie po raz któryś z kolej jak ociepla sobie gniazdko, lub chodzi na wieś, na jabłka jest bardzo meczące.
Następnym niedociągnięciem a raczej dowodem na brak pomysłowości autora jest zaskakująca wiedza historyczna bohaterów. Po przeczytaniu pierwszej części Oka Jelenia dowiadujemy się, że Marek, informatyk spokojnie mógłby pracować na Uniwersytecie Jagielońskim i wykładać historie ze specjalizacją - XVI wieczna Norwegia. Wykazuje się on wiedzą tak szczegółową, że aż niewiarygodną (niezapomniana łyżka Bony). Są oczywiście sytuacje gdy czegoś nie wie, lecz raczej sporadycznie.
Pilipiuk mógł się chociaż nie ograniczać w tłumaczeniach głównych bohaterów, jeśli chodzi o przeczytane przez nich książki historyczne i zapamiętane skrawki lekcji z podstawówki, internet i telewizja przecież też nas w jakiś sposób edukują.

Jeśli chodzi o zwroty akcji to jest ich możne 3-4 na całe 400 stron, nie są to też zwroty nazbyt zaskakujące, wszystko dzieje się powoli i wręcz nudno. Co nie zmienia faktu ze książkę czyta się jednym tchem. Zapewne dzięki przystępnemu językowi, który raczej stroni od staropolszczyzny. Na dodatek Pilipiuk pisze bez ogródek, co może się podobać, nie straszne mu są sceny wielokrotnych gwałtów, czy prowadzenie postaci szlakiem burdeli. Doskonale opisuje świat do którego trafili bohaterowie, w każdym wersie widać ile czasu poświecił w zgłębianie historii Norwegi i europy u schyłku średniowiecza. Dobrze napisane są także dialogi i przemyślenia. Nie brak w nich humoru i ironii tak typowej dla Pilipiuka.
Paradoksalnie wciągająca jest także fabuła. Mimo ze wlecze się jak flaki z olejem i w większości nie zaskakuje, ma się ochotę zajrzeć na następna stronę, na następną, i jeszcze kolejna, aż do tylnej okładki.

Ciekawe jest tu jeszcze już wcześniej wspomniane prowadzenie narracji. Gdy jesteśmy prowadzeni głównym nurtem fabuły narracje prowadzi Marek, gdy przenosimy się do jego porwanej towarzyszki narracja zamienia się w trzecioosobową lecz dalej prowadzi ją Marek. Dopiero przy trzecim wątku fabuły, zupełnie odrębnym zresztą narracje prowadzi zwykły trzecioosobowy narrator. Jest to zabieg jak najbardziej dobry w odbiorze, i bardzo dobrze wykonany przez Pilipiuka.

Na pochwale zasługuje jeszcze okładka i oprawa graficzna. Jest ona bogato zdobiona i świetnie wykonana, są na niej także prawdopodobnie tłoczony element, co może naprawdę się podobać. Ponadto każda kartka jest w rogu zdobiona wzorkiem, a i pojawiające się co jakiś czas ilustracje są dobrej jakości. tak więc technicznie rzecz biorąc książka jest miła dla oka i świetnie prezentuje się na książkowym regale.

Podsumowując, Droga do Nidoras to naprawdę dobra książka, lecz niedopracowana fabularnie, pozostaje mieć tylko nadzieję że wszystkie minusy nakreślone przeze mnie znikną po przeczytaniu następnego tomu, który na pewno zakupię. Jedno jest pewne Oko jelenia czyta się jednym tchem!
7/10
Uczeń Czarnoksiężnika - 2009-03-24, 07:55
:
Dan Simmons Hyperion

Rozpoczynałem lekturę Hyperiona z uczuciem zaciekawienia, nie nastawiając się na nic konkretnego, gdyż niewiele o książce wiedziałem ponad kilka zdawkowych informacji. Powieść zdobyła kilkanaście lat temu Nagrodę Hugo oraz zaliczana jest przez wielu do kanonu światowej fantastyki, ja jednak kilka tygodni temu usłyszałem o niej po raz pierwszy.

Hyperion to opowieść o siódemce ludzi, wysłanej przez Kościół Chyżwara na pielgrzymkę do Grobowców Czasu, na spotkanie z najbardziej tajemniczą istotą we wszechświecie. Tyle można wyczytać z okładki. Podczas podróży każdy z pielgrzymów opowiada pozostałym historię swojego życia oraz wyjawia powody, które skłoniły go do podróży na Hyperiona. Z każda przeczytaną stroną coraz trudniej było mi odłożyć książkę. Dan Simmons ma niesamowitą wyobraźnię, oczami pielgrzymów opisuje czytelnikom losy ludzkości za kilka stuleci. Wyobraźcie sobie, że ludzie opuścili Ziemię, skolonizowali blisko trzysta planet. Wynaleziono napęd Hawkinga umożliwiający podróże z prędkością wielokrotnie większą od świetlnej. Z takimi podróżami niestety związany jest dług czasowy, czyli różnica między czasem pokładowym a rzeczywistym. Wybierając się w odległe zakątki cywilizacji podróżnik musi liczyć się z utratą kilku lat. Dług czasowy nie dotyczy podróży przez transmitery, które łączą ponad sto pięćdziesiąt planet w tzw. Sieć. Bardzo komfortowo jest mieć duży dom, ale wyobraźcie sobie, że dom taki nie dość, że jest pokaźnych rozmiarów, to jeszcze umieszczony jest na kilku planetach, dzięki transmiterom zastępującym drzwi. Biuro na Pierwszej Tau Ceti, salon na Lususie a sypialnia na Maui-Przymierzu na przykład - ciekawa perspektywa.

Sztuczna inteligencja rozwinęła się tak bardzo, że uniezależniła się od człowieka. Nie spełniła się jednak wizja twórców Terminatora, maszyny i komputery nie wystąpiły przeciwko ludzkości, lecz współistnieją z nią na partnerskich warunkach. TechnoCentrum obsługuje system transmiterów, transakcje finansowe i wspiera radą władze Hegemonii. Wizja Dana Simmonsa jest naprawdę imponująca. Musiał się dużo napracować, by ogarnąć cały ten ogrom świata. Dzięki szkatułkowej kompozycji Hyperiona poznajemy go z różnych perspektyw. Inna jest rzeczywistość żołnierza, inna poety, zaś jeszcze inaczej wygląda z perspektywy konsula Hegemonii. Każda kolejna opowieść jest jakby częścią układanki, a wszystkie razem dają nam kompletny obraz rzeczywistości.
Przeczytałem książkę z prawdziwą przyjemnością. Będę z niecierpliwością czekał na kolejną część cyklu zatytułowaną Zagłada Hyperiona, która ukaże się nakładem wydawnictwa Mag w czerwcu. A najprawdopodobniej to pójdę do biblioteki i przeczytam zanim pojawi się nowe wydanie.

Po skończyłem Hyperiona przez jakiś czas miałem książkę przed oczami, wciąż chodziła mi po głowie. Powieść prowokuje do myślenia i stawia sporo pytań, na które ciekaw jestem odpowiedzi. Ci się stanie z ludźmi, gdy TechnoCentrum wypowie przyjaźń? Czy Hegemonia przetrwa napaść Intruzów, czy zwycięży? I wiele innych. Z pewnością zasługuje na to, by wziąć ją do ręki po raz kolejny.

Co do oceny, książka zrobiła na mnie takie wrażenie, że mogę wystawić jej nawet 10/10.
Tigana - 2009-03-24, 23:15
:
Andrzej Pilipiuk „Pan Wilków”


„Pan Wilków” to już czwarta część powieściowego cyklu Andrzeja Pilipiuka. Co ciekawe, na kolejną odsłonę „Oka Jelenia” przyszło nam czekać prawie pół roku, biorąc pod uwagę tempo wydawania poprzednich tomów (trzy książki w ciągu sześciu miesięcy), mnóstwo czasu. Nie wpłynęło to jednak zasadniczo na samą jakość powieści, która na tle całego cyklu niczym specjalnym się nie wyróżnia.
Oś fabularną książki tworzą dwa główne wątki. Staszek i Hekla po cudownym ocaleniu z pokładu tonącej „Srebrnej Łani” wyruszają do Gdańska. W tym samym czasie kozak Maksym podąża do Szwecji, by samotnie stawić czoła tytułowemu Panu Wilków. Oba wątki prowadzone są równolegle, co mocno uwypukla istniejące między nimi różnice.
Z jednej strony – powtórką z rozrywki: urządzanie przez Staszka i Helę nowego domu, opis XVI-wiecznego Gdańska i obyczajów (tym razem świątecznych) jego ówczesnych mieszkańców. Wątek nużący, a jedyną atrakcją jest nieoczekiwane odkrycie ojcostwa jednego z podróżników w czasie. Kiedy z kolei fabuła przenosi się na terytorium Szwecji, otrzymujemy wciągającą powieść akcji, gdzie trup ściele się gęsto, a czytelnik nie nadąża z przewracaniem kartek. Szkoda tylko, ze kulminacyjny moment opowiadanej historii, rozprawa z Panem Wilków, wypada mniej więcej w dwóch trzecich powieści, potem na dobrą sprawę aż do końca nie dzieje się nic ciekawego. Owszem, zakończenie jest dość zaskakujące, ale należy je traktować przede wszystko jako zachętę do zakupu kolejnego tomu.
Narzekając na nierówne tempo fabuły nie sposób nie pochwalić autora za samą konstrukcje cyklu. Na tle innych pisarzy piszących powieściowe cykle Pilipiuk wyróżnia się in plus. Przede wszystkim stara się nie mnożyć na siłę kolejnych wątków, a wręcz przeciwnie – domyka całe historie, i dopiero wtedy zastępuje je kolejnymi. Podobnie ma się rzecz z bohaterami – na kartach cyklu przewija się ich stosunkowo mało, a autor koncentruje się wyłącznie na tych, którzy są niezbędni dla ciągłości fabularnej. Warto także zwrócić uwagę na pojawiającą się po raz kolejny sugestię, że będziemy mieli do czynienia z historią alternatywną. Czyżby więc pod pozorem poszukiwań kosmicznego artefaktu pisarz szykował nam wizje Rzeczypospolitej od morza do morza? Czas pokaże.
Można natomiast zarzucić Pilipiukowi brak większych umiejętności prowadzenia postaci. Chociaż mamy do czynienia już z czwartym tomem, zachowanie poszczególnych bohaterów nie ulega zmianom. Co prawda przestają snuć sny o imperium mydlarskim czy aptekarskim, ale ich zdolności adaptacyjne do skrajnie różnych warunków nadal są niebywałe. Zresztą pod tym względem niewiele gorzej wychodzą przedstawiciele Hanzy czy kozak Maksym, którzy w epoce, gdzie wynalazki i odkrycia naukowe były często traktowane na równi z czarami, bez mrugnięcia oka akceptują podróże w czasie czy współczesne nam zdobycze techniki, jak noktowizory czy kałasznikowy. Wyjątkowo światli ludzie.
Chyba nie ma sensu zachęcać lub zniechęcać do przeczytania „Pana Wilków”. Wysokie miejsce w rankingu najlepiej sprzedających się książek salonów EMPIK świadczy o sporym gronie wielbicieli „Oka Jelenia”. Z kolei osoby, które zraziły się do poprzednich odsłon cyklu lub są zaciekłymi wrogami wszystkiego, co napisał Wielki Grafoman, mają również już od dawna wyrobione opinie. Recenzowana książka nie sprawi, że jedni lub drudzy zmienią zdanie. Ze swojej strony mogą więc tylko dodać: ciąg dalszy nastąpi.

Ocena: 6/10
Tigana - 2009-03-26, 20:58
:
Peter Brett - "Malowany człowiek 2"

Na początek kilka słów wyjaśnienia. Recenzując kilka miesięcy temu „Malowanego człowieka” Petera Bretta byłem przekonany, że mam do czynienia z całą powieścią. Tymczasem okazało się, iż „Fabryka Słów”, w swoim stylu, po raz kolejny podzieliła pojedynczy utwór na dwie osobne książki. Stąd niniejszy tekst nie jest recenzją kolejnej odsłony cyklu, a jedynie dokończeniem omawiania pierwszej części „Trylogii demonów”.
Książkę otwiera scena pojedynku Arlena z jego nemezis – jednorękim skalnym demonem. Wynik starcia jest łatwy do przewidzenia, podobnie jak reszta fabuły powieści. Zgodnie z oczekiwaniami dochodzi do przecięcia się ścieżek trzech głównych bohaterów: wspomnianego już Arlena, Leeshy i Rojera. Szybko łączy ich nie tylko chęć pomocy bliźnim, ale też rodzące się między nimi uczucie. W trakcie lektury odniosłem nawet wrażenie, że cała fabuła książki stanowi jedynie pretekst dla spotkania bohaterów i opisu pierwszej zwycięskiej bitwy z demonami. Nie oczekujmy zatem żadnych spektakularnych rozwiązań fabularnych czy domknięcia wątków – „Malowany człowiek” to nic innego jak przydługie preludium do kolejnych tomów.
Pewnym novum jest niekorzystne ukazanie gatunku ludzkiego. Czytając o przeżyciach bohaterów można dojść do smutnego wniosku, że to właśnie ludzie są o wiele gorszymi potworami niż demony. Otchłańcami zawiaduje bowiem instynktowna, może wręcz nieświadoma nienawiść, tymczasem człowiek jest zły z wyrachowania i świadomie krzywdzi innych. Potwierdzenia tej tezy nie trzeba szukać daleko – wszystkie nieszczęścia, które spadają na Arlena i jego przyjaciół były spowodowane przez ludzi. Lekkim powiewem świeżości jest również opis kastowego społeczeństwa Krasjanów – jedynego ludu, który podjął walkę z demonami. Nie stanowi to na pewno nowej jakości w fantasy, ale zawsze to miła odmiana od kolejnej podróbki systemu feudalnego. Szkoda tylko, że autor nie poświecił temu wątkowi za dużo miejsca – może w kolejnych tomach.
Zabrakło mi natomiast interesująco zarysowanych postaci drugoplanowych; na dobrą sprawę jedynie wojownik Jardir posiada coś na kształt złożonej osobowości. Z kolei główni bohaterzy w porównaniu z poprzednią książką dorastają, ale jednocześnie ich charaktery nie ulegają specjalnej zmianie. Leesha pozostała dobrą samarytanką gotową dniem i nocą nieść pomoc innym. Rojer, owszem, zmienia się w kochliwego minstrela, ale w głębi serca nadal jest małym, okaleczonym przez Otchłańce chłopcem. Z kolei Arlen, teraz bezwzględny pogromca demonów, nadal marzy o uwolnieniu ludzi od plagi tych istot.
Akcja powieści wciąż toczy się wartko, a czytelnicy nie powinni narzekać na nudę; powiem nawet, że w porównaniu z poprzednią częścią mamy więcej starć z demonami i są one bardziej spektakularne. W pamięci zapadają szczególnie sceny walki Arlena, kiedy pokonuje potwory gołymi rękami.
Druga część „Malowanego człowieka” nie jest ani lepsza, ani gorsza od swej poprzedniczki. Otrzymujemy książkę utrzymaną w identycznym klimacie, powtarzającą wady i zalety wcześniejszego tomu. Komu spodobała się pierwsza odsłona dzieła Petera Bretta, ten również po kolejną sięgnie z przyjemnością.

Ocena 5/10
Tigana - 2009-04-05, 00:42
:
Miroslav Żamboch, - "Mroczny zbawiciel", tom 2

Druga część „Mrocznego zbawiciela” Miroslava Žambocha to kolejna dawka przygód R.C. – człowieka, cyborga i demona w jednej osobie. Choć dostajemy to co zwykle, mnóstwo akcji okraszonej czarnym humorem, z jakiegoś powodu lektura recenzowanej książki stanowiła dla mnie prawdziwe wyzwanie. I nie chodzi tu o to, że nie lubię twórczości czeskiego pisarza. Wręcz przeciwnie, jak do tej pory kolejne utwory Žambocha stanowiły dla mnie solidną dawkę mało wymagającej rozrywki. W czym zatem tkwi problem?
Być może w przesycie. Kolejne trzy opowiadania o R.C. (plus epilog) to nic innego jak powtórka z rozrywki. Główny bohater nadal przemierza postapokaliptyczne Czechy w poszukiwaniu prawdy o swojej tożsamości, a jego droga, jak zwykle, usłana jest stertami trupów. Nieważne, czy to będzie grupa najemników, zawodowy morderca, czy przebiegły mag – nikt nie ma szans w walce z niepokonanym herosem. Szkoda tylko, że ta pewność co do wyników kolejnego starcia szybko się nudzi, a z czasem zaczyna irytować. Jak można traktować poważnie książkę, choćby fantasy, której główny bohater pocięty na dokładnie 226 kawałków zbiera się do kupy i walczy dalej.
Sama fabuła też nie zostawia po sobie najlepszego wrażenia. Opowiadanie „Beskidy – spróbuj jeszcze raz kolego” można streścić w jednym zdaniu – R.C. spotyka oddział najemników, wybija ich do nogi i rusza dalej w podróż. Najlepiej pod względem fabularnym sprawdza się „Ostrawa – zamarznięte piekło”. Najdłuższy ponad 250-stronicowy utwór przynosi miłą odmianę w postaci przeniesienia akcji do dużego miasta. Ekskluzywne domy publiczne, zakazane knajpki, zakurzona biblioteka – a wszystko skute okowami lodu. Plus kilka niezłych pomysłów – jak chociażby ceny siedziby zależne od panującej wewnątrz temperatury. Im niższa, tym nocleg jest tańszy. Szkoda tylko, że zmiana lokalizacji nie wpływa zasadniczo na samą fabułę. Bohater szybko znajduje nowych (oraz starych) wrogów i cała opowieść ponownie sprowadza się do mniej lub bardziej malowniczych opisów bijatyk i strzelanin. Co prawda w międzyczasie R.C. dowiaduje się całej prawdy o sobie i własnym przeznaczeniu, ale rozwiązanie zagadki nie jest zbyt ciekawe i pozostawia czytelnika dziwnie obojętnym.
Nie przekonuje również sama kreacja bohatera. Autor za wszelką cenę stara się ukazać R.C. jako istotę, która resztkami silnej woli broni się przed przeistoczeniem w bestię z piekła rodem. Zamysł dobry, ale efekt mało przekonujący. Zabrakło finezji, kunsztu pisarskiego. W rezultacie osobowość głównego bohatera przypomina typ postaci z wcześniejszych książek Czecha – cynicznego twardziela, który w głębi duszy jest porządnym facetem.
Drugi tom przygód R.C. udowadnia, że Miroslav Žamboch jest więźniem jednego schematu. O ile pierwsza część „Mrocznego zbawiciela” za sprawą odświeżenia scenografii, nowego klimatu mogła się spodobać, to jego kontynuacja zawodzi. Mimo że dostajemy sprawnie napisaną opowieść pełną seksu i przemocy, jest ona dziwnie nudna i mało wciągająca.

Ocena 4/10

Sharin - 2009-04-05, 08:29
:
Philip K. Dick Boża inwazja

- Opowiem Ci coś jeszcze – odezwał się Elias. – Do wielkiego rabina Hillela, który żył w pierwszym wieku, przyszedł człowiek i powiedział: „Nawrócę się pod warunkiem, że nauczysz mnie całej Tory, podczas gdy będę stał na jednej nodze”. Hillel powiedział „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiło. To jest cała Tora. Reszta to komentarz, idź i ucz się”. Uśmiechnął się do Herba Ashera.

Ursula K. Le Guin w jednym z wywiadów nazwała Philipa Dicka „amerykańskim Borgesem”. Sama przyznaje, że do autora zbioru opowiadań zatytułowanego Alef („Fikcje”) porównuje Dicka ze względu na wagę jego eschatologicznych dociekań.
Po przeczytaniu książki zgadzam się w całej rozciągłości z powyższym stwierdzeniem.

Boża inwazja („The Divine Invasion”) została wydana w 1981 roku. Czytelnicy w Polsce mogli się z nią po raz pierwszy zapoznać w 1996 roku dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka oraz pracy Lecha Jęczmyka, który podjął się tłumaczenia. Autorem niniejszej powieści jest Philip Kindred Dick (1928-1982), pisarz amerykański drugiej połowy dwudziestego wieku, który przez wielu współczesnych krytyków jest nazywany Dostojewskim science fiction.
Boża inwazja jest drugą częścią trylogii Valis. W jej skład wchodzą jeszcze Valis (1981 r.) oraz Transmigracja Timothy’ego Archera (1981 r.).

Akcja powieści rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przyszłości. W czasach, gdy podróże kosmiczne nie nastarczają większych problemów. Ba! Nawet kontakty z przedstawicielami obcych ras są czymś zupełnie naturalnym.
Bohaterem Bożej inwazji jest Herb Asher, którego w dzisiejszych czasach nazwalibyśmy pracownikiem międzygwiezdnej rozgłośni radiowej. Jest on czterdziestoparoletnim mężczyzną, który mieszka na jednej z planet spoza Układu Słonecznego i stamtąd nadaje sygnał dźwiękowy. Wiedzie spokojne, ustabilizowane, pozbawione większych wrażeń życie. Wydawać by się mogło, że świat zapomniał o nim całkowicie. I tak de facto było. Społeczeństwo ziemskie zapomniało o Herbie Asherze. Był dziwną, obcą istotą, której sensem istnienia było nadawanie piosenek międzygalaktycznej gwiazdy, Lindy Fox.
Wszystko zmienia się, gdy pewnego dnia poprzez płonącą konsolę przemawia do niego Jah. Bóg Izraela wygnany wieki temu z Ziemi, na której władzę zaczęło sprawować Zło. Jak łatwo się domyślić spotkanie z Bogiem wywraca życie Herba Ashera do góry nogami. W jednej sekundzie bohater Dicka zostaje postawiony przed zdaniem, które będzie wymagało przede wszystkim wiary. Herb Asher zostaje bowiem wybrany nowym Józefem! Przybranym ojcem Boga, pragnącego powrócić do stworzonego przez siebie świata.
Rybys poklepała go po ręce.
- Nic nie szkodzi. Ja też nie rozumiem. Dlaczego właśnie ja? Zadawałam sobie to pytanie, kiedy stwierdzono u mnie SM. Dlaczego, do diabła, ja? Dlaczego, di diabła, ty? Ty też musisz zostawić swoją stację i swoje kasety z Fox. A także bezczynne wylegiwanie się po całych dniach, z aparaturą nastawioną na automat. Jezu Chryste. No cóż, chyba Hiob miał rację. Bóg doświadcza tych, których kocha.
- Polecimy we trójkę na Ziemię – powiedział Elias – i tam urodzisz syna, Emmanuela. Jah zaplanował to na początku czasu, przed upadkiem Masady, przed zburzeniem Świątyni. Przewidział swoją porażkę i przedsięwziął kroki dla naprawy sytuacji. Bóg może przegrywać tylko chwilowo. U Boga lekarstwo jest zawsze silniejsze niż choroba.

Od momentu przybycia Jaha na Ziemię zaczynają się przygotowania Dobra do walki ze Złem. Herb Asher zostaje wciągnięty w grę, której stawki nie rozumie i tak naprawdę nie pragnie pojąć.
Zaczyna się batalia o świadomość Boga. Zaczynają się spełniać proroctwa Eliasza!



O czym jest Boża inwazja?
Mógłbym ograniczyć się do stwierdzenia, że o Bogu. I będzie to święta prawda, gdyż Dick czyni Go przyczyną wszystkiego, co stało się, stanie bądź ma dopiero stać. Kreuje na istotę wszechmogącą, znającą początek i koniec czasu. Pana groźnego, który zamierza batem i ogniem zmienić świat na lepsze. Warto wspomnieć, iż z takim Bogiem spotykamy się między innymi w Starym Testamencie, gdzie miłosierdzie przegrywało w starciach ze srogą sprawiedliwością bożą.
- Ja jestem twórcą światów, ja i tylko ja. Nikt inny nie może stworzyć świata. Ja jestem tym , który powołuje do istnienia, ty nie.
- A jednak...
- Nie rozumiesz – powiedział Emmanuel – Jest wiele możliwości, które nie zostały zrealizowane. Ja wybieram spośród możliwych bytów te, które wolę, i nadaję im realność.

Tak jak już wspomniałem Bóg w niniejszej powieści jest źródłem wszystkiego. Zarówno świata, Herba Ashera, Lindy Fox jak i samego Dobra i Zła. Takim widzi go autor Bożej inwazji. Oczywiście nie jest to oryginalne podejście do wizerunku Boga, gdyż tak naprawdę jest to kreacja czysto biblijna. Różnica polega jedynie na tym, że według Dicka ta wszechmogąca istota zgodziła się kiedyś zostać pokonaną. Poległa pod naporem Zła, które zawładnęło światem ludzi. Ziemią przyszłości.

W powieści możemy doszukać się kilku ważnych zagadnień egzystencjalnych: dokąd zmierza świat, na czym polega prawdziwe zbawienie, itd. Jednak najważniejsze z pytań brzmi: jakie plany ma Bóg w stosunku do ludzkości? Philip K. Dick stara się nie odpowiedzieć nie tylko w Bożej inwazji ale całej trylogii Valis. Zastanawia się nad pierwotną naturą Boga, nad Jego miłosierdziem i sprawiedliwością.

Boża inwazja jest książką napisaną prostym, rzeczowym stylem. Autor nie udziwniał powieści psychologicznymi zwrotami, religijnym bęłkotem. Nie starał się upodobnić jej do traktatu filozoficznego. Moim zdaniem chciał aby była przede wszystkim przystępna w odbiorze a jednocześnie poruszała kwestie trudne do jednoznacznego rozważenia.
Tigana - 2009-04-08, 15:07
:
Nicolas d'Estienne d'Orves, - "Sieroty zła"

Chociaż od zakończenia II wojny światowej minęło już ponad 60 lat wciąż stanowi ona inspirację dla naukowców, literatów czy filmowców. Spektrum poruszanych tematów jest bardzo szerokie – od rekonstrukcji kluczowych bitew, poprzez mało nieznane epizody aż po wymyślone od początku do końca historie. W końcu II wojna światowa stanowi idealny punkt wyjścia do przeróżnych teorii spiskowych.
Pisząc kwietniową zgadywankę zastanawiałem, jakie w tym literackim układzie okażą się "Sieroty zła" francuskiego pisarza Nicolasa d’Estienne’a d’Orvesa. Czy dostaliśmy historię bliższą duchowi prozy Roberta Ludluma, czy też mroczny thriller? Do końca ani jedno, ani drugie. Prawda leży gdzieś pośrodku.
Wątkiem przewodnim opowiadanej przez d’Orvesa historii jest współczesne śledztwo młodej dziennikarki Anais, która na życzenia norweskiego milionera Vidkuna ma mu pomóc w rozwiązaniu tajemnicy czterech zagadkowych samobójstw. Równocześnie w sięgających początku II wojny światowej retrospektywach poznajemy splot wydarzeń, które w konsekwencji doprowadziły do dziennikarskiego śledztwa.
„Sieroty zła” nie są książka akcji, a prowadzone dochodzenie sprowadza się raczej do odwiedzania historycznych miejsc (Monachium, Berlin), rozmów z nielicznymi świadkami, wizyt w archiwach aniżeli pościgów samochodowych czy starć z płatnymi zabójcami. Autor, chyba słusznie, postawił na powolne budowanie napięcia, a sporadyczne zwroty akcji są dobrze przemyślane. Nie oznacza to jednak, że książka nudzi, wręcz przeciwnie. Opowiadana historia jest wciągająca, a poskładanie wszystkich elementów w jedna całość sprawia dużo satysfakcji. Tym niemniej nieco zawiedzeni mogą być miłośnicy „mocnej” literatury. D’Orves unika epatowania przemocą, chociaż bez trudu znajdziemy kilka makabrycznych opisów. Większe przerażenie od opisów eksperymentów genetycznych budzi sama ideologia faszystowska oraz ludzie, którzy bez zastanowienia wykonywali rozkazy przełożonych.
Pewne zastrzeżenia można mieć do końcówki książki, która jest przewidywalna. Niby to właśnie do niej prowadziły wszystkie opisywane w książce wydarzenia, z drugiej strony czytelnik oczekiwałby jakiejś niespodzianki. Jako fabularne minusy zakwalifikowałbym pewne uproszczenia zastosowane przez autora – cudowne tabletki na zapomnienie czy łatwość, z jaką główni bohaterzy uzyskują dostęp do pewnych tajnych informacji. W kilku miejscach mamy też do czynienia z syndromem „Kodu Leonarda da Vinci” – bohaterzy są prawie geniuszami i trochę zbyt łatwo kojarzą pewne wydarzenia czy znajdują ukryte wskazówki. Nie jest to jednak aż tak męczące jak w przypadku prozy Dana Browna, więc można przymknąć oko.
Zresztą pod względem przygotowania historycznego „Sieroty zła” są rzeczą godną pochwały. Widać, że d’Orves solidnie przygotował się do książki – wykorzystuje znane postaci i wydarzenia (Heinrich Himmler, organizacja Lebensborn), a równocześnie tworzy własną wizję II wojny światowej (rozbudowana rola Towarzystwa Thule). W rezultacie otrzymujemy zajmującą książkę z gatunku historical fiction, w której trudno jest odróżnić prawdę od spekulacji pisarza. Pewne fragmenty budzą jednak zdziwienie – raz autor wspomina o Francuzach oswabadzających obozy koncentracyjne na terenie Polski, w drugim przypadku – o panicznej ucieczce Niemców z Francji na początku 1944 roku, na pół roku przed D-Day.
Tym, co wyróżnia książkę Nicolasa d’Estienne’a d’Orvesa od setek podobnych mówiących o eksperymentach genetycznych doktora Mengele czy o ideologicznych potomkach III Rzeszy, jest nienaganny styl, ciekawie prowadzona fabuła, jej nieszablonowa konstrukcja. Zauważalny jest też nieco inny od anglosaskiego punkt widzenia historii. Takim interesującym motywem przewijającym się w książce jest samokrytyka Francuzów za swoją postawę w okresie wojny. Widmo kolaboracji pomimo upływu dziesiątek lat wciąż odciska piętno na ludziach i determinuje ich późniejsze życie. Warto o tym przeczytać.

Ocena 7/10
Tigana - 2009-04-09, 15:00
:
Pierre Bottero „Wyprawa”


Napisanie dobrej książki dla dzieci lub młodzieży nie jest sprawą łatwą. Wbrew obiegowo powtarzanej opinii najmłodsi miłośnicy słowa pisanego są wymagającymi czytelnikami i bezwzględnymi krytykami. Biorąc do ręki książkę oczekują nie tylko ciekawej fabuły i bohaterów, z którymi mogliby się utożsamić, ale również poważnego traktowania ze strony autora. Dzieci bezbłędnie wyczuwają, gdy ktoś próbuje wcisnąć im kit, i odkładają książkę na półkę.
„Wyprawa” Pierre’a Bottero, pierwszy tom serii „Ewilan z dwóch światów”, wpisuje się w nurt książek otwarcie nawiązujących do cyklu o Harrym Potterze (która to już książka?). Główna bohaterka powieści, Camille, to sierota wychowywana przez przybranych rodziców w dużym francuskim mieście. Podobnie jak w powieściach Rowling jej opiekunom wiele brakuje do ideału – są egoistycznymi, zapatrzonymi w siebie snobami, którzy wychowywaną dziewczynkę mają za zło konieczne. Identycznie jak w przypadku Pottera Camille nie wie prawie nic o swojej przeszłości oraz o drzemiącej w niej magii. Dopiero przypadkowe zdarzenie, wypadek na ulicy, powoduje, że dziewczynka przenosi się do magicznej krainy, gdzie odkrywa prawdę o swym pochodzeniu. Tu znów mamy do czynienia ze znanym schematem – okazuje się, że Camille jest dzieckiem przeznaczenia, którego zadaniem będzie ocalenie ludzi przed złowrogą rasą Ts’żerców.
Na szczęście zamierzeniem Pierre’a Bottero nie było stworzenie Harry’ego Pottera bis. Pomimo licznych podobieństw fabularnych „Wyprawa” to książka przynajmniej pod jednym względem – systemu magii – oryginalna. Zamiast machania różdżkami, warzenia eliksirów czy rzucania zaklęć mamy do czynienia z siłą wyobraźni. Dar Rysunków, bo tak nazywa się ta magia, polega na rysowaniu w myślach obrazów, które stają się rzeczywiste. Jeśli czujesz chłód, stwórz obraz płonącego ogniska, zostałeś zaatakowany mieczem – narysuj tarczę. W prostocie systemu tkwi jego siła. Dzieciom będzie o wiele łatwiej zrozumieć magię, której na co dzień same używają malując farbami egzotyczne wyspy czy fantastyczne zamki.
Spodobać mogą się także bohaterzy występujący w książce. Co prawda Camille może nieco drażnić – chwilami przemądrzała, znająca odpowiedzi na wszystkie pytania, zawsze postępująca szlachetnie. Ale miłą odmianę stanowi jej nieodłączny towarzysz, syn emigrantów z Kamerunu, Salim, który reprezentuje bardziej przyziemne podejście do życia. Sporą dozę sympatii zdobywa również u czytelnika rycerz Bjorn – chwalipięta, ale i wyborny wojownik w jednej osobie. Szkoda natomiast, że w powieści zabrakło miejsca na postaci niejednoznaczne. Wszyscy bohaterzy są albo pozytywni, albo negatywni, a przecież sympatia, jaką cieszył się Severus Snape, brała się głównie z jego skomplikowanego charakteru... Należy jednak pamiętać, że mamy do czynienia dopiero z pierwszym tomem cyklu – wszystko jest jeszcze możliwe.
Fabuła książki toczy się wartko. Autor zrezygnował ze szczegółowych opisów świata, być może dlatego nie znajdziemy w „Wyprawie” dłużyzn. Sceny akcji są odpowiednio dramatyczne, ale równocześnie pozbawione nadmiernej brutalności. Książkę napisano przystępnym stylem, który powinien przypaść do gustu czytelnikom. Również tłumaczenie jest bez zarzutu – drażniło mnie jedynie ciągłe używanie przez Selima zwrotu „staruszko” wobec Camille, ale to kwestia gustu.
„Wyprawa” Pierre’a Bottero to kawałek solidnej fantasy skierowanej do młodszych odbiorców. Znajdziemy w nim sporą dawkę akcji, sympatycznych bohaterów i mnóstwo magii. Brakuje ciut rozmachu, epickości, nie jest to jednak specjalnie duży mankament. Czy książka przypadnie do gustu każdemu dziecku? Trudno powiedzieć – jedni wolą przygody Harry’ego Pottera, inni zachwycają się „Eragonem”. Najprostszym rozwiązaniem tej zagadki będzie zakup książki i wspólna lektura z pociechą.
Ł - 2009-04-12, 13:59
:
Witold Jabłoński - Fryne Hetera

Parę pierwszych stron powieści przywodzi na myśl „Wywiad z wampirem”. To moje pierwsze skojarzenie, gdy tylko zacząłem czytać wspomnienia odległych czasów, które tajemnicza nieznajoma wyjawia staremu poecie, w aleksandryjskim dwudziestowiecznym kabarecie. Historię o namiętnościach przekładających się wprost na porządek polityczny antyku. Historię opowiadaną ustami tytułowej hetery. Charakterystyka profesji cór Koryntu została w naszych czasach mocno rozmazana, dlatego już w blurbie znajduje się wytłumaczenie, że chodzi nie o zwykłe prostytutki, tylko o kobiety bliższe gejszom. Moim zdaniem ciekawy dobór tematyki, sposób rozpoczęcia i umieszczenia akcji; to trzy kroki w dobrą stronę już na samym starcie.

Czas i miejsce właściwej akcji – Grecja, zmierzch epoki polis, początek epoki hellenistycznej. Większość postaci występujących w książce to postacie historyczne, zaczynając od poety Kawafisa, powiernika opowieści Fryne, kończąc na plejadzie postaci dramatu sprzed niemal dwóch i pół tysiąca lat. Jeśli chodzi o wierność oddania greckich realiów, od strony czysto historycznej nie czuję się kompetentny oceniać, ale myślę, że nie do końca klarownie zaakcentowano ducha epoki. Z całą pewnością nie jest to sposób projekcji teraźniejszych wyobrażeń na historię jak w przypadku „300”, gdzie Sparta wydawała się leżeć gdzieś miedzy Teksasem a Luizjaną, ale jednak, szczególnie jeśli chodzi o kwestie antycznego rozumienia pojęć takich jak „wolność”, mam wątpliwości. Zwłaszcza w kontekście przełomu epoki, gdzie doszło do znacznych przewartościowań w kulturze Hellenów. Zaś jeśli już mowa o Sparcie, to tu również daje się zauważyć przerysowanie, ale w drugą stronę niż w „300” – tam amerykanizowano ją radośnie, natomiast Jabłoński faszyzuje ją w wypowiedziach postaci, zupełnie ahistorycznie.

Nie jest to w żadnym razie wielka ujma, bo książka koncentruje się na zupełnie innych kwestiach – sednem powieści jest relacja płci z płcią. Książka podważa przyjęty w naszej kulturze wzorzec tradycyjnej pary męsko-damskiej, robi to jednak na modłę antyczną, mającą niewiele wspólnego ze współczesnymi gender – czy queer studies, i robi to z naszej perspektywy, czasem, bardzo niepoprawnie politycznie. Płeć w greckiej wizji Jabłońskiego nie jest uwarunkowana kulturowo; jako dar i wyrok bogów ma wymiar metafizyczny – światy mężczyzny i kobiety dzieli przepaść, której próby przekroczenia grożą upadkiem. Spółkowanie między przedstawicielami tej samej płci nie jest traktowane jako odchylenie od normy, ale jako eksplorowanie swojego żywiołu. Dlatego trochę śmieszne wydaje się posądzanie autora o prowadzenie agitacji homoseksualnej, co wytknięto mu w pewnej politykierskiej recenzji. Faktem jest, że motyw ten w książce występuje bardzo często – ale faktem jest też, że autor bardzo wyraźnie zaznacza, jak bardzo zmieniło się pojmowanie tych zachowań przez stulecia. Nie sądzę, żeby książka stała się kultową pozycją w środowiskach feministek czy LGBT – z wielu względów stanie się wprost przeciwnie – narratorka na każdym polu z iście nietzscheańskim zacięciem gloryfikuje starożytność i nie szczędzi negatywnych uwag na temat naszych czasów – nie tylko ich judeochrześcijańskiej genezy i kontekstu, ale również nowoczesności i ponowoczesności w ogóle.

O sile książki stanowi właśnie główna bohaterka – jest od początku do końca bardzo przekonująca i naturalna w swej inteligencji i dystyngowanym sposobie bycia. Bardzo dobrze daje się wyczuć jej motywacje – Fryne jest heterą a nie heroiną, i miałem wrażenie, że gdyby tylko nie przeznaczony jej piórem Jabłońskiego los, byłaby zdolna żyć niezależnie od książkowej historii. Zresztą jej położenie implikuje wikłanie się w intrygi polityczne i spiski; brak tu jakieś niepotrzebnej gimnastyki typu „jak wrzucić bohatera w fabułę”, albo „jak skonstruować fabułę, by uwiarygodniła mi bohatera”. Pozostałe persony również są sugestywnie przedstawione – chociażby protagonista: Aleksander Macedoński. Kreacja ciekawa, szczególnie z naszej perspektywy, gdy pamiętamy głównie o wielkich czynach, mało uwagi poświęcając codziennemu życiu w cieniu tyrana. Wśród wielu namiętności starego świata, o jakich książka wspomina, namiętność wielkości jest szczególnie akcentowana. Postacią, która zapowiadała się ciekawie, ale jej potencjał się nie rozwinął, okazał się Apolloniom, co wpływa szczególnie na koniec książki, gdzie jego postaci nie brakuje.

Fabuła jest sprzężona z wydarzeniami historycznymi, rozciągnięta na kilkadziesiąt lat (nie licząc klamry kompozycyjnej). Wada tego rozwiązania ujawnia się w tym, iż fabuła jest ograniczona przez historyczne kalendarium – czasami miałem wrażenie, że autor czuł się tym skrępowany i trochę nie bardzo wiedział, co zrobić z główną postacią na przestrzeni lat, dlatego kierował ją to tu, to tam. Czasem trafiają się opisy zapchaj-dziury, dla których ciężko doszukać się uzasadnienia. Im dalej końca historii, tym wprost przeciwnie – więcej przeskoków i lekka chaotyczność. Rośnie również stężenie elementów fantastycznych oraz biblijnej symboliki. Jeśli kogoś wystraszyło przywołanie „Wywiadu z wampirem” na początku recenzji (mam nadzieje, że w tym momencie nie przestał jej czytać), to powiem, że w moim odczuciu koniec książki bliski jest duchowi „Mistrza i Małgorzaty”, choć może nie tak przejmujący. Gdybym miał iść w następne skojarzenie – jeśli chodzi o dobór tematu, sposób używania środków artystycznych i ilość fantastyki w miksturze – proza Witolda Jabłońskiego bardzo przypomina literaturę pisaną przez Szczepana Twardocha, choć daje się wyczuć, że panowie tę samą metodą prezentują skrajnie różne poglądy. Ale poziom podobnie wysoki – dobra książka, do której trzeba troszkę tolerancji. Przy czym: do topornej narracji chyba nawet więcej niż do greckiej obyczajowości.
Beata - 2009-04-14, 21:31
:
Matt Ruff - "Złe Małpy"

Aresztowana na miejscu zbrodni kobieta twierdzi, że jest członkiem Złych Małp – organizacji eliminującej najgorszych przestępców. Osadzona na oddziale psychiatrycznym aresztu, składa obszerne wyjaśnienia, które obejmują nieledwie całe jej życie. Ale czy opowieść Jane Charlotte to rzeczywisty zapis faktów, czy tylko to, co kobieta uważa za prawdę? Kim tak naprawdę jest Jane Charlotte – egzekutorką czy znarkotyzowaną paranoiczką? Co ukrywa i jakim jest człowiekiem?

Autor od samego początku wciąga czytelnika w świat tajnych organizacji, sekretów, inwigilacji, spisków i kontrspisków. Złe Małpy – pion wykonawczy organizacji, która jest tak tajna, że nawet nie ma nazwy – dokonuje eliminacji złych ludzi. Można powiedzieć, że metodą pojedynczych egzekucji organizacja zmniejsza ogólną ilość zła na planecie. Kandydatów do usunięcia wybiera sama, kierując się własnym osądem. Złe Małpy nie dokonują aresztowań, nie udowadniają winy, nie biorą udziału w procesach sądowych, nie są zainteresowani ani zemstą, ani resocjalizowaniem przestępców. Łamanie przepisów prawa nie jest decydującym kryterium – aby znaleźć się na czarnej liście organizacji, trzeba być złym człowiekiem. To nie jest żadna metafora – członkowie organizacji wypełniają misję działania firmy z przerażającą wręcz dosłownością. Niewykrywalność i anonimowość zapewniają im skomplikowane procedury kontaktowe i najnowocześniejsza broń, dzięki której można dokonać egzekucji w sposób wskazujący na przyczyny naturalne: zawał serca, wylew…

W powieści przeważa opis wydarzeń pochodzący od Jane Charlotte i przypuszczam, że dlatego właśnie Matt Ruff wiele miejsca poświęcił jej wizerunkowi psychologicznemu. Na szczęście dla czytelników lubiących własnoręcznie układać literackie puzzle, autor nie oznajmia ex cathedra jakimi cechami charakteru postanowił obdarzyć bohaterkę. Każdą informację na ten temat należy wyławiać osobno z monologu Jane Charlotte – i w tym kontekście sposób wypowiedzi bohaterki jest równie ważny jak treść. W miarę postępu narracji czytelnik ma okazję kilkakrotnie zmienić zdanie na temat stanu zdrowia psychicznego i charakteru Jane Charlotte – lektura zwykłego na pozór, krótkiego zdania powoduje całkowitą zmianę punktu widzenia i konieczność zrewidowania dotychczas wyrobionego poglądu. Na dodatek autor takie zwroty wprowadza absolutnie znienacka, zupełnie bez jakiegokolwiek przygotowania czytelnika. I – mimo że wizerunek głównej bohaterki ulega drastycznej zmianie – wszystkie ujawnione elementy układanki nadal do siebie pasują. Do samego końca nie wiadomo, na ile opowieść Jane Charlotte jest relacją z narkotycznych wizji lub wytworem chorego, zmagającego się z poczuciem winy umysłu – granica między obiektywną, dającą się udokumentować rzeczywistością, a paranoją jest całkowicie zatarta.

W Literackich zgadywankach 03/2009 wyraziłam przekonanie, że inspiracją autora był „Raport mniejszości” Philipa Dicka. Po lekturze nadal uważam, że powieść Matta Ruffa jest solidnie zakorzeniona w twórczości Mistrza. Pierwszą wskazówką jest fakt, że bohaterka „Złych Małp” nosi imiona zmarłej w niemowlęctwie siostry bliźniaczki Philipa Dicka. Siostry, której brak Dick odczuwał boleśnie przez całe życie.

Ponadto obaj twórcy prezentują postać bohatera stosując podobną metodę – cechy charakteru postaci wychodzą na jaw wraz z rozwojem akcji utworu. O osobowości bohatera czytelnik może wnioskować na podstawie jego zachowań, reakcji, wypowiedzi. Postać jest taka, jaka jest, nie dlatego, że autor zdecydował o przypisaniu jej jakiejś cechy i arbitralnie oznajmił to czytelnikowi – ale dlatego, że to czytelnik, na podstawie cząstkowych informacji, sam ukształtował sobie jej obraz.

Kolejnym elementem wspólnym „Raportu mniejszości” i „Złych Małp” jest skrajnie pragmatyczne wykorzystanie technologii – nieważne czy korzysta się z najnowocześniejszych gadżetów w sposób etyczny, z poszanowaniem prawa innych do prywatności, istotne jest jedynie pytanie, czy da się te gadżety wykorzystać skutecznie. Członkowie organizacji nie zastanawiają się w ogóle nad moralną stroną swojego postępowania – to już obaj autorzy pozostawiają czytelnikowi. Zupełnie na marginesie, zastanawiam się, na ile „syndrom 9/11” miał wpływ na decyzję Matta Ruffa o ponownym postawieniu pytania o granice wykorzystania zdobyczy nauki. Bo nie ma co ukrywać – od czasów publikacji „Raportu mniejszości” odpowiedź na to pytanie się zmieniła. Jak wiele z naszej prywatności jesteśmy gotowi dzisiaj poświęcić w zamian za wyeliminowanie z otoczenia złych ludzi?

„Złe Małpy” warto przeczytać. Poza sprawnie poprowadzonym wątkiem sensacyjnym, który ma szansę przypaść do gustu szczególnie miłośnikom gatunku, wartość powieści podnoszą niuanse i subtelności, przy użyciu których został przedstawiony wizerunek psychologiczny głównej bohaterki. Odniosłam wrażenie, że autor szczególnie zadbał o to, aby praktycznie każdą informację można było interpretować dwojako, tak, aby czytelnik do ostatniej strony był utrzymywany w napięciu. I wobec tak wielu wyzwań postawionych przede mną przez Matta Ruffa – w ogóle nie zastanawiałam się, jaką technologię da się wykorzystać do skonstruowania opisanej w książce broni lub jak powinien być skonfigurowany system selekcjonowania i dostępu do danych zgromadzonych przez wszechobecne systemy inwigilacyjne. Bo, moim zdaniem, właściwe pytanie nie brzmi „jak?”, ale „czy?”.
Beata - 2009-04-16, 07:38
:
Karina Pjankowa - "Prawa i powinności"

Ratowanie świata powinno przebiegać według schematu. To ważne, każdy powinien znać swoje miejsce, swoje prawa i powinności. Powinna obowiązywać jakaś procedura, żeby czytelnik nie czuł się zagubiony. Przede wszystkim – musi powstać drużyna, która dzielnie będzie wspierać głównego ratownika w jego wysiłkach. W skład drużyny powinni wejść przedstawiciele wszystkich ras, aby potem nie okazało się, że o kimś zapomniano lub złośliwie pominięto czyjeś zasługi. Następnie drużyna wyrusza w podróż, aby w warunkach polowych hartować charaktery. Podczas wyprawy poszczególni członkowie zespołu uczą się trudnej sztuki współdziałania. Mogą też przełamywać stereotypy. A na koniec nadejdzie czas ostatecznej próby…

Taki jest od czasów Tolkiena kanon fantasy. Oczywiście, kanon ów podlega modyfikacjom – czasem bohaterowie nie zdają sobie sprawy, jak ważne zadanie mają wypełnić, czasem drużyna formuje się pozornie mimochodem lub wbrew woli zainteresowanych, czasem czarny charakter przeżywa duchową przemianę podczas misji… wybrany wariant zależy jedynie od wyobraźni autora. Jednak integralną częścią kanonicznych opowieści fantasy pozostaje etap wyprawy – alegorii dojrzewania głównego bohatera, psychicznego dorastania do wypełnienia zadania. Do tego miejsca wszystko w „Prawach i powinnościach” jest w zasadzie zgodne z kanonem – w zasadzie, bo główny bohater akurat nie dojrzewania psychicznego potrzebuje… Zatem, jest wyprawa, są przedstawiciele (najlepsi z najlepszych) wszystkich ras: elfy, rycerz-specjalista od walki ze smokami, demon górski, dwupostaciowa, krasnolud, demonessa, ork. I tu następuje definitywne pożegnanie ze zgodnością – już przy kreacji postaci autorka zaczyna grę z czytelnikiem: sposób przedstawienia poszczególnych członków drużyny bliższy jest satyrze niż kanonicznemu utworowi. Całość wieńczy obraz kandydata na głównego ratownika – nie dość, że wygląda na zagłodzonego małolata, to jeszcze ma niewyparzony język i zdecydowanie prezentuje niewłaściwą postawę. Na domiar złego stoi po niewłaściwej stronie mocy… a w ogóle, to traktującej bardzo poważnie swoje obowiązki drużynie został wciśnięty na siłę, nikt go nie chce polubić, ba – nawet o skromnej dozie tolerancji nie ma mowy.

Oczywiście, czytelnik od początku podejrzewa, że za tak odmalowanym wizerunkiem postaci coś się kryje. I słusznie. Wszak każdy ma swoje tajemnice. I w miarę lektury różne sekrety wychodzą na jaw – i te małe, prywatne, i te duże, dotyczące Początku Świata. Bo przecież każdy świat ma jakiś Początek, prawda? I każda z ras miała w Nim jakiś udział, z którego może być dumna. Tak przynajmniej uważają członkowie drużyny, w końcu w takim przekonaniu ich wychowano. I wszystko jest w porządku, dla dobra wyprawy gotowi są chwilowo akceptować nieco odmienne wersje Początku, prezentowane przez towarzyszy. Ale nagle ich złudzenia zostają rozwiane, mit odarty z kulturowych naleciałości, zakwestionowany dwubiegunowy obraz świata, rzekomo odwieczny podział na to, co przywykli uznawać za Dobro i Zło. I odtąd spoglądają na świat z zupełnie innego poziomu – poziomu, z którego zwycięstwo którejkolwiek ze stron jest zupełnie bez znaczenia. Bo ważne jest, aby świat jako całość przetrwał. W końcu nowe linie podziału można wytyczyć potem, po zwycięstwie... albo stworzyć nową wersję mitu… albo może bajki…?

Karinie Pjankowej udała się sztuka – czerpiąc obficie z kanonu fantasy stworzyła utrzymaną w bardzo dobrym tempie i pozbawioną dłużyzn opowieść. Nie przeszarżowała ani z wykorzystaniem i przewrotnym przekształceniem literackich schematów, ani z dowcipem. Autorka przez cały czas przymruża oko do czytelnika – czy to przedstawiając słabości charakterologiczne poszczególnych postaci, czy ich motywacje. W żadnym wypadku nie można stwierdzić, że wyśmiewa kanon, że szydzi – nic podobnego. Raczej go odbrązawia, traktuje z dystansem, przypomina, że nawet bohaterowie mitów miewają jakieś wady, śmieszne nawyki. A i powody ich działania nieczęsto należą do „posągowych” – czasem herosi po prostu się nudzą…
Sharin - 2009-04-18, 19:08
:
Roger Zelazny Dziewięciu książąt Amberu

Naprawdę zazdroszczę tym, którzy jeszcze nie doświadczyli przygody spotkania z Rogerem Żelaznym
[Theodore Sturgeon]

Książka polecona przez Smoka. Świetna.

Dziewięciu książąt Amberu (ang. Nine Princes in Amber 1970) ukazało się w Polsce w 1989 roku. Autorem wspomnianej książki jest Roger Żelazny, amerykański pisarz SF i fantasy. Powieść Dziewięciu książąt Amberu jest pierwszą częścią dziesięciotomowego cyklu o tytułowym świecie.



Bohaterem powieści jest Corwin, jeden z książąt Amberu, prawdziwego miasta. Niniejszą postać poznajemy w momencie gdy opuszcza szpital, w którym znalazła się na skutek poważnego wypadku samochodowego. Wypada zaznaczyć, iż wówczas Corwin choć czuje się dobrze pod względem fizycznym nie jest w pełni sprawny. Dlaczego? Odpowiedź kryje się w słowie: amnezja. Nasz bohater zanim na nowo odkryje kim jest musi odzyskać swoją przeszłość. Od razu powiem, że nie będzie to łatwe gdyż wrogowie nie śpią. Co więcej, zbliżają się, okrążają go, spiskują i planują jak pozbyć się go na zawsze.
A Amber wabi!
Amber!
Teraz, kiedy przypomniałem sobie Amber, droga znów była wolna. Amber to największe miasto, jakie kiedykolwiek istniało lub będzie istnieć. Od zawsze było i zawsze będzie, a wszelkie inne miasta są tylko odbiciem cienia którejś z faz Amberu. Amber, Amber, Amber... Pamiętam cię i już nigdy cię nie zapomnę. Myślę, że gdzieś w głębi serca zawsze cię pamiętałem, przez wszystkie te wieki, które spędziłem na Cieniu-Ziemi, gdyż często w nocy widziałem w snach twoje zielone i złote iglice i rozległe tarasy. Pamiętam twoje szerokie promenady i kolorowe, żółto-czerwone klomby kwiatów. Pamiętam wonne powietrze, świątynie, pałace i niewysłowiony urok, który cię otacza, otaczał i zawsze będzie otaczać. Amber, nieśmiertelne miasto dające początek wszystkim innym miastom. Nigdy cię nie zapomnę, podobnie jak i dnia, w którym znów ujrzałem twój obraz na Wzorcu w Rebmie, pośród twoich odbitych ścian. I choć byłem przyjemnie syty po uczcie i miłości z Moire, nic nie mogło się równać rozkoszy, jaką poczułem na to wspomnienie! Nawet teraz, kiedy stoję kontemplując Dworce Chaosu i opowiadając tę historię jedynemu obecnemu świadkowi, żeby mógł ją powtórzyć po mojej śmierci, nawet teraz przepełnia mnie miłość na myśl o tym mieście, do rządzenia którym zostałem stworzony...


Czy książka zrobiła na mnie wrażenie? Tak. W jaki sposób?
Zacznijmy od początku.
Jeżeli zapytalibyście o czym powieść Rogera Żelaznego opowiada, powiedziałbym, że jest to historia rycerza – księcia, który pragnie odzyskać tron, prawnie do niego należący. Brzmi znajomo? Na pewno. Przecież nie raz spotykaliście się z podobną fabułą. Wystarczy wspomnieć przygody Conana, Aragona czy wielu, wielu innych herosów świata fantasy.
Zatem. Dlaczego zostałem oczarowany przygodami Corwina? Odpowiedź jest prosta. Przygoda. Książka pana Zaleznego jest nią przesiąknięta od pierwszej do ostatniej strony. Czytając ją nie uświadczyłem ani przez sekundę znużenia akcją. Oczywiście możecie powiedzieć, że fabuły przeładowane emocjami bardzo szybko męczą. Zwykle zgadzam się z tym stwierdzeniem ale nie tym razem. Książka Dziewięciu książąt Amberu jest napisania świetny stylem. Autor bez uciekania do wyszukanych, pseudo filozoficznych, momentami tandetnych i żenujących zwrotów buduje niezwykle ciekawą fabułę. Prostymi (nie mam w tym miejscu na myśli prostoty charakterystycznej dla grafomanów) środkami prezentuje nie tylko świat, w który rozgrywają się wydarzenia ale także myśli głównego bohatera. Stopniowo, nie śpiesząc się zaznajamia czytelnika z księciem Corwinem, postacią kluczową dla całego cyklu.

Gorąco polecam!
Beata - 2009-04-20, 22:24
:
Alan Gordon - "Śmierć w weneckiej dzielnicy"

Nastało lato roku 1203, a wraz z nim wojska IV krucjaty obległy Konstantynopol. Sytuacja polityczna jest nad wyraz skomplikowana – miastem rządzi Aleksy III Angelos, który obalił swego brata, Izaaka. Oślepiony Izaak przetrzymywany jest w lochu, zaś jego syn – Aleksy IV, przez krzyżowców uznany za prawowitego cesarza, domaga się tronu Bizancjum dla siebie. Całą krucjatą manipuluje doża wenecki, Enrico Dandolo, który żywi do cesarstwa wieloletnią urazę. Choć jego poprzednie knowania zostały udaremnione, tym razem Dandolo nie zamierza się ugiąć nawet przed ekskomuniką…

Tymczasem w Konstantynopolu popełniono morderstwo w dzielnicy, oddanej w zarząd Wenecjanom. I pewnie sam fakt niewyjaśnionej śmierci cudzoziemca nie wzbudziłby zainteresowania cesarskich urzędników, gdyby nie to, że cudzoziemiec ów był ich informatorem. Wobec weneckiej floty za murami, uzasadnione staje się podejrzenie, że mieszkający w Bizancjum Wenecjanie planują dywersję i dlatego szpieg został usunięty. Ale, zgodnie z odwiecznymi zasadami gier wywiadowczych, urzędnicy cesarscy nie mogą się w sprawę angażować wprost, dlatego do przeprowadzenia śledztwa delegują Feste.

Osią fabularną książki jest śledztwo kryminalne w sprawie morderstwa, oplecione skomplikowaną siecią wywiadowczych domniemań, których istnienia żadna ze stron oficjalnie nie potwierdza; Bizantyjczycy wiedzą, że Wenecjanie coś knują, ale nie wiedzą – co, Wenecjanie wiedzą, że zwrócili na siebie uwagę, ale nie wiedzą – w jakim stopniu, Feste zaś wie, że Bizantyjczycy odkryli jego podwójną grę. Na szczęście chwilowo cele Feste są zbieżne z planami cesarskich urzędników – obu stronom zależy na oddaleniu widma wojny, tym bardziej, że na wojskowe talenty panującego cesarza raczej nie mogą liczyć. Feste ma również prywatną motywację – jego żona, Viola, jest w ciąży i pobyt w szturmowanym mieście z pewnością nie wyszedłby jej na zdrowie.

Tym razem autor nie ogranicza się do jednoosobowej narracji – poza relacją pochodzącą z ust Feste, czytelnik otrzymuje kilka rozdziałów opowiedzianych przez Violę. Ta zmiana ożywczo wpłynęła na książkę. Dzięki niej mamy okazję spojrzeć na wydarzenia z dwóch różnych punktów widzenia: część wypadków poznajemy dzięki relacji zuchowatego i buńczucznego Feste, a część oglądamy oczami Violi – zaniepokojonej żony i partnerki w błazeńskim rzemiośle.

Przyznaję, że trzeci tom Gildii błaznów pozytywnie mnie zaskoczył. Po bardzo dobrej pierwszej części, która urzekła mnie głównie szekspirowskimi odniesieniami oraz znacząco gorszym drugim tomie cyklu, z przewidywalnym rozwiązaniem i nieco wymuszonym humorem, trochę się martwiłam o jakość kontynuacji. Jak się okazało – zupełnie niesłusznie. Wątek śledztwa jest poprowadzony bardzo dobrze, a rozwiązanie naprawdę zaskakuje. Ponadto autor zręcznie wykorzystał historyczny przebieg wypadków do podbudowania wersji, na której oparł konstrukcję całego cyklu: za kształt dziejów średniowiecznej Europy w znaczącym stopniu odpowiadają członkowie gildii błaznów, którzy zza kulis pociągali za odpowiednie sznurki. W Konstantynopolu prawdziwym architektem wydarzeń był Feste, który nie dość, że wymyślił polityczny plan opóźnienia weneckiej inwazji i sprawił, że wprowadzono go w życie, to jeszcze – manipulując głównymi uczestnikami – zdołał ukryć swoją rolę w tym przedsięwzięciu. Lubię takie przewrotne zabawy z Historią.

Podsumowując, w moim prywatnym rankingu książka Alana Gordona plasuje się na drugiej pozycji, zaraz po „Trzynastej nocy” – tomie otwierającym serię.
Tigana - 2009-04-23, 00:02
:
Antologia „Krwawe powroty”

Gdyby oceniać po okładce, „Krwawe powroty”, antologia anglojęzycznych opowiadań grozy, bez trudu zdystansowałyby konkurencję w plebiscycie na najgorszą książkę. To pewnie kwestia smaku, być może zbyt wrażliwy jestem, ale widok odciętego palca wystającego z zakrwawionego tortu działa na mnie dziwnie odstręczająco. Na całe szczęście od okładki o wiele ważniejsza jest zawartość książki. Na „Krwawe powroty” składa się trzynaście opowiadań, które łączy wątek przewodni: wampir i dzień urodzin. Połączenie wydawałoby się karkołomne, ale równocześnie dające autorom spore pole do popisu. Szkoda tylko, ze nie wszyscy postanowili z tej szansy skorzystać.
Zaprezentowane opowiadania można podzielić na dwie kategorie: osadzone w realiach dłuższej serii (m.in. teksty Tani Huff, Jima Butchera czy P.N. Elrod) i niepowiązane z żadnym cyklem. Tu uwaga: w trakcie lektury tekstów z pierwszej kategorii można poczuć się nieco zagubionym, ponadto zawierają one mnóstwo spoilerów (zwłaszcza tekst pani Huff).
Mimo wyżej wymienionych wad muszę przyznać, że „Krwawe powroty” mile mnie zaskoczyły. Owszem, może i nie znajdziemy wśród nich jakichś perełek, ale jednocześnie nie znajdziemy kompletnych knotów. Warto przede wszystkim zwrócić uwagę na różnorodność tematyczną. Chociaż w każdym z utworów obligatoryjnie występują wampiry oraz poruszana jest kwestia obchodzenia dnia urodzin autorzy starali się rozegrać te wątki po swojemu. Dla jednych twórców była to okazja do snucia rozważań o nieśmiertelności i przemijaniu („Zmierzch”), dla innych o dorastaniu („Smutna pieśń sów”). Mamy również teksty, które można gatunkowo zaliczyć do kryminałów („Jak Stella odzyskała swój grób”) czy parodii („Jak zostałem nastoletnim wampirem”). Rozrzut duży, ale dzięki temu czytelnik nie powinien się nudzić. Do najbardziej udanych zaliczyłbym „Fałszywe medium” P.N. Elrod (cykl „Akta Wampirów”) oraz „Jak Stella odzyskała swój grób” Toni L.P. Kelner. Oba są dobrze napisane, mają ciekawą fabułę i przykuwających uwagę bohaterów.
Pomimo różnorodnej tematyki poszczególne opowiadania raczej mało różnią się pod względem wyobrażeń dotyczących wampirów. Krwiopijca poluje na ludzi, unika światła słonecznego, trzyma się z daleka od wody święconej i osikowych kołków. Od czasu do czasu trafi się jakiś wyróżnik – spożywanie sztucznej krwi, częstotliwość „posiłków” czy posiadane umiejętności – niemniej prawie zawsze mamy do czynienia z klasyczną wersją wampira. Warto natomiast zwrócić uwagę, że większość występujących w utworach krwiopijców to w gruncie rzeczy bohaterzy pozytywni – piją krew w ostateczności – i zazwyczaj wybierają na swoje ofiary ludzi mających coś na sumieniu lub już umierających. Często też „nie dopijają” do końca. Bronią ludzi, walczą z demonami. Bodajże tylko w „Zemście Drulindy” Jima Butchera wampiry są wyjątkowo wredne.
„Krwawe powroty” można traktować jako klasyczny przykład tematycznej antologii z Zachodu. Stanowią też dobrą okazję, by sprawdzić, jakie trendy aktualnie są w horrorze modne. Z kolei polscy wydawcy dzięki niej być może wysondują, książki którego autora warto sprowadzić do Polski. I dobrze. W końcu usatysfakcjonowani powinni być miłośnicy horroru. Dobrych opowieści o wampirach nigdy za wiele.

Ocena 6/10
Beata - 2009-04-25, 22:05
:
Kazuo Ishiguro - "Nie opuszczaj mnie"

Na pierwszy rzut oka „Nie opuszczaj mnie” to wspomnienia dzieciństwa i młodości Kathy H., kronika pierwszych miłości i konfliktów z rówieśnikami, nota bene bardzo wiarygodnie przedstawiona, bogata w niuanse, dygresje, świetnie oddająca nastrój nastoletnich rozmów. Narratorka, zagłębiając się we własnej przeszłości, bardzo dokładnie analizuje wydarzenia, koncentruje się na szczegółach, próbuje dociec przyczyn, które determinowały jej ówczesne postępowanie. Zatem, na pierwszy rzut oka, można by sądzić, że to książka obyczajowa, poświęcona dorastaniu w elitarnej szkole z internatem, szkole, w której najważniejsze jest zdrowie uczniów i wykazywana przez nich kreatywność.

Wydawałoby się, że absolwenci tej szkoły to naprawdę przyszła elita społeczna, że przy takim modelu kształcenia mają ogromną szansę wyrosnąć na znanych sportowców lub artystów. Najlepsze prace plastyczne są eksponowane „na zewnątrz”, w Galerii prowadzonej przez tajemniczą Madame. Ale ich dalszy los jest nieznany – do uczniów nie docierają żadne recenzje. Żaden ekscentryczny bogacz nie składa ofert kupna, żaden mecenas sztuki nie proponuje stypendium, choć wystawiane prace „mają duszę”. Hierarchia szkolnych przedmiotów wydaje się być co najmniej dziwna – najlepszy piłkarz wcale nie jest obdarzany przez rówieśników podziwem. Przeciwnie, jako uczeń obdarzony silnym temperamentem i nie stroniący od rywalizacji, a jednocześnie słaby w „kreatywności”, ma wyraźne kłopoty z odnalezieniem swojego miejsca w grupie. Takich zaskakujących drobiazgów, przedziwnych karykatur naszej rzeczywistości, wreszcie niedopowiedzeń jest w książce znacznie więcej, a ich obecność prowokuje do snucia domysłów: w jakim świecie toczy akcja tej opowieści?

Ponadto zastanawiające stają się braki, tematy, których się nie porusza. Uczniowie nie jeżdżą do domu na wakacje, do nikogo nie przyjeżdżają w odwiedziny rodzice. W żadnym momencie narracji nie pojawia się list – ani od rodziny, ani od przyjaciół. Szkoła sprawia wrażenie enklawy, wyspy odizolowanej od świata zewnętrznego. Czytelnik zaintrygowany kolejnymi zaskakującymi, pozornie sprzecznymi szczegółami, zaczyna dociekać prawdy, z maleńkich okruchów informacji mozolnie buduje spójny obraz. I im bardziej zagłębia się w tekst, tym bardziej krąg szkolnej „dziwności” wydaje się rozszerzać, powieściowa rzeczywistość staje się mniej idylliczna, a zewnętrzny świat, w który wkrótce mają wkroczyć uczniowie opuszczający szkołę – bardziej okrutny.

Uczniowie Hailsham wiedzą, że są inni. Zdają sobie sprawę, że ich życie potoczy się inaczej niż życie innych dzieci, dzieci „z zewnątrz”. Ale całej prawdy nie znają, zresztą ta jest im przedstawiana w małych dawkach. Teoretycznie nauczyciele odpowiadają na każde zadane pytanie. Teoretycznie. Tyle tylko, że udzielane odpowiedzi są niepełne, często pozbawione kontekstu, obfitujące w dygresje zręcznie omijające sedno sprawy. A wszystko w trosce o młode umysły. Uczniowie nie mają szans poznania prawdy – omotani są bowiem subtelną siecią półprawd, niedomówień, informacji o odwróconej hierarchii ważności. W efekcie powstają szkolne legendy, krążą najfantastyczniejsze plotki, których nikt nie dementuje. Wieloletnia indoktrynacja eliminuje bunt wychowanków. Uczniowie akceptują swój los, ba – nawet są wdzięczni za wszystko, co otrzymali.

Jedynie Kathy i jej partner, Tommy, próbują zmienić przeznaczenie. Ale, o ironio, ich bunt nie jest tak naprawdę buntem – w głębi duszy Kathy i Tommy akceptują narzucone im konieczności, jedynie próbują negocjować odroczenie. Spośród wielu szkolnych mitów decydują się przetestować ten, w którym wielka miłość odsuwa w czasie wyrok losu. Wierzą, że mają szansę na kilka lat wspólnego życia, jeśli udowodnią ogrom łączącego ich uczucia. Ale jak udowodnić osobom postronnym, że jest się zdolnym do odczuwania miłości? I cóż to za społeczeństwo, które takiego dowodu wymaga?

Ryszard Kapuściński pisał, że żądając od „innych” potwierdzenia posiadania uczuć wyższych, de facto odbiera się im człowieczeństwo, kwestionuje możliwość posiadania duszy, zamienia się „innego” w nie-człowieka. I wtedy łatwo już można traktować „innych” przedmiotowo, czuć do nich odrazę i pogardę, wykorzystywać bez cienia wątpliwości, bez wahania, bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia. To już się w historii zdarzało – wystarczy wspomnieć wojny religijne, niewolnictwo, Holokaust… Wprawdzie w „Nie opuszczaj mnie” przyczyny klasyfikacji bohaterów jako „innych” nie mają natury stricte rasowej, kulturowej, finansowej czy religijnej, ale skutki upowszechnienia takiego podziału wcale nie są przez to mniej przerażające.

Chociaż słodka różowo-biała okładka oraz książkowa notka wydania kieszonkowego sugerują, że „Nie opuszczaj mnie” jest opowieścią o miłości, nie należy dać się zwieść. Nie uważam, aby można było uznać powieść Kazuo Ishiguro za romans czy melodramat – moim zdaniem to antyutopia, tym bardziej poruszająca, że tylko nieznacznie różniąca się od świata, w którym żyjemy. Warto ją przeczytać, zanurzyć się w alternatywnej rzeczywistości, utożsamić z bohaterami. Warto rozważyć przedstawiony problem, aby pewnego dnia nie obudzić się w samym środku powieściowej wizji autora. A przecież tak łatwo przekroczyć granicę…
Ł - 2009-04-26, 09:41
:
Marek Baraniecki - "Głowa Kasandry"

Mam wrażenie, że głównym zamysłem tego wydawnictwa było zaprezentowanie/przypomnienie sylwetki autora nowemu pokoleniu czytelników. Jest to nawet bardzo wskazane, jeśli powraca się po długim czasie „uśpienia”, jak w przypadku Baranieckiego. Już słowem wstępu pojawia się informacja, że autor „uznawany jest za jednego z najwybitniejszych obok Wellsa, Zelazny’ego i Kinga twórców wizjonerskiej fantastyki o końcu świata”. Słowo „uznawany” jest wygodne i ogólne; chodzi tu o ranking dzieł (a nie autorów) postapokaliptycznych Gazety Wyborczej z roku 2004 – marketingowcy Supernowej mogliby spokojnie dodać tę informację, zamiast stwarzać średnio przekonującą presję anonimowych autorytetów. Mój egzemplarz nie miał ostatniej strony 334, czyli posłowia od wydawcy. Znalazłem ją dołączoną w postaci złożonej kartki a4; z ważnych informacji można tam znaleźć tę o nadal aktualnych zamiarach ekranizacji „Głowy Kasandry” i tę, że do opowiadania zostały wprowadzone drobne poprawki. Sam zbiorek jest hybrydą dawnej i nowej twórczości Marka Baranieckiego – w jego skład wchodzą następujące opowiadania: „Karlgoro, godzina 18.00”, „Wynajęty człowiek”, „Ziarno Kirliana”, „Wesele dusz”. Oraz oczywiście tytułowa, zajmująca prawie pół całego zbiorku, mikropowieść „Głowa Kasandry”, której poświęcę większą część recenzji.

Świat po globalnej wojnie z użyciem broni jądrowej i chemicznej. W wyniku działań wojennych zmieniły się parametry astrofizyczne świata, co przełożyło się na zmiany klimatu i funkcjonowanie biosfery. Właściwie określenie „po wojnie” nie jest szczególne fortunne, ponieważ planeta wciąż jest sparaliżowana przez automatyczne stanowiska broni masowego rażenia, które są ciągle aktywne i gotowe do działania mimo śmierci swoich twórców. Nie każdy „postnuklear” ma podobne, uwiarygodniające świat założenia. Hornic jest łowcą – wyszukuje i unieszkodliwia niebezpieczne silosy rakietowe. Jego nemezis jest „Kasandra” – na poły legendarna broń zdolna do zniszczenia życia na całej planecie.

Krzysztof Pochmara w swojej recenzji napisał o tytułowym opowiadaniu: „to proza skondensowana, o wysokim stężeniu oryginalnych pomysłów, zwrotów akcji, detali i ciekawych technicznych koncepcji” – zaczynając od końca, osobiście „ciekawe techniczne koncepcje” postrzegałbym raczej jako swego rodzaju macgyveryzm, którego w książce jest wiele. Z pewnością autor nie szczędził wspomnianych detali na opisanie kwestii inżyniersko-technicznych i zdołał przekonać mnie, że nie znam się na rozbrajaniu silosów rakietowych. Ale przekonywanie się o tym za sprawą takiej ilości opisów nie było zajmujące. Czasami „wynudzenie” czytelnika jest całkiem przydatnym, zamierzonym bądź nie, środkiem artystycznym. Tutaj jednak nie działa w ten sposób; zwłaszcza, że kwestie technicznie przetykane są relacjami między niestety przeciętnymi, nieprzekonującymi postaciami.

Grubo po połowie opowiadania byłem znużony, bo zwroty akcji, o których wspomniał Krzysiek Pochmara, nie są w opowiadaniu rozłożone równomiernie. Z drugiej strony może właśnie tak wyglądałby świat po katastrofie – nudny, wymagający żmudnej pracy i pełen zrezygnowanych szarych ludzi? Tak różny od amerykańskiej wizji świata postatomowego, jaką przedstawiono choćby w „Mad Maksie”; tam mieliśmy do czynienia z westernowym przerysowaniem, u Baranieckiego udziela się raczej klimat, jaki panował w Europie Środkowej po II wojnie światowej. Można zaryzykować tezę, że ową „skondensowaną prozę” dałoby się – z pożytkiem dla niej – jeszcze trochę bardziej skondensować. Jednakże dla samego końca utworu opłaca się przeczytać to, co w nim przeciętne i co stanowi większość objętości tekstu. Część finałowa ujawnia bowiem naprawdę świetny, oryginalny i zaskakujący pomysł, który rzeczywiście klasyfikuje „Głowę Kasandry” jako opowiadanie, obok którego trudno przejść obojętnie.
Natomiast „Karlgoro...” „Ziarno...” i „Wesele...” posiadają wspólny pień – wizja Baranieckiego wychodzi daleko poza pojmowanie naukowe, przebija z niej przekonanie o istnieniu metafizycznej równowagi wszechświata. Tutaj właśnie w pełnej krasie objawia się, w „Głowie Kasandry” jedynie lekko zarysowane, zafascynowanie buddyzmem. Autorowi niech to będzie na zdrowie, ale ja jako czytelnik odczułem przesyt. Tym bardziej że motyw występuje we wszystkich trzech opowiadaniach, stanowiących niemal połowę książki. Baraniecki niebezpiecznie blisko ociera się o kaznodziejski ton newage’owego żyj-zgodnie-z-rytmem-wszechświata. W dodatku „Karlgoro...” i „Wesele...” wykazują spore podobieństwa, jeśli chodzi o konstrukcję fabularną (operacja prowadzona na odległość z tajnej kwatery), co moim zdaniem jest rozwiązaniem niekoniecznie na korzyść „Wesela...”, napisanego przecież dwadzieścia lat później. Natomiast za perełkę zbiorku uważam „Ziarno Kirliana” – próżno szukać w fantastyce opowiadania tak jak to niezmąconego agresją, pościgami czy szwarccharakterami, a jednocześnie posiadającego pewien magnes, ciężar przykuwający do lektury. Szkoda tylko, że podobny pomysł (intuicyjna jednostka jako arbiter sprawy wszechświatowego znaczenia), wykorzystał wcześniej Asimov kończąc cykl o Fundacji.

Natomiast „Wynajęty człowiek” jest dla odmiany krótkim thrillerem z akcją osadzoną na statku kosmicznym daleko w próżni. Skrótowość utworu przewyższa tylko jego intensywność. Umieszczenie tekstu w zbiorku było dobrym ruchem; stanowi ciekawy przerywnik, pozbawiony ciężaru charakterystycznego dla pozostałych utworów, a w zamian oferuje kryminalną zagadkę i adrenalinowy upust.

Trudno jednoznacznie ocenić ten zbiorek jako całość, zwłaszcza mając na uwadze jego mieszaną budowę. Przedstawił mi on Marka Baranieckiego jako pisarza który zasługuje na wspomnienie w kontekście literatury postnuklearnej; trudno mi sobie przypomnieć lepsze, bardziej nowatorskie dzieło na ten temat w Polsce. Jednocześnie, co tyczy się również reszty opowiadań, wyłonił się z książki obraz autora nierównego, częstokroć powtarzającego się, wygrywające jeszcze raz swoje ulubione motywy. Trudno wyznaczyć precyzyjnie granicę chronologiczną dla tych nierówności (zwłaszcza, że potrafią występować w jednym tytule – patrz „Głowa Kasandry”). Wydaje się, że starsze tytuły są nieco bardziej ułomne od strony stricte literackiej, potrafią jednak zaskoczyć niesamowitym pomysłem. Tymczasem te nowsze, choć pod względem stylu oraz konstrukcji bohaterów nieporównanie lepsze, są znacznie mniej oryginalne. Nie żałuję czasu, który poświęciłem na lekturę. Polecam wszystkim zmierzenie się z tym nierównym zbiorkiem, szczególnie tym, którzy jeszcze Baranieckiego nie znają.
Ł - 2009-04-28, 22:00
:
Joel Rose - "Kruk"

Po książkę sięgnąłem z dwóch przyczyn – skusiły mnie XIX-wieczne realia i postać Edgara Allana Poe. Trochę na zasadzie „wielkim pisarzem był”, ale również dlatego, że trudno w jakikolwiek sposób całościowo ujmować dzisiejsze popularne gatunki literackie, jak fantastyka i kryminał, nie uwzględniając dorobku, innowacyjności tego pana. Nie wiedziałem natomiast, kim jest Joel Rose – dopiero z książki dowiedziałem się, że to dziennikarz, pisarz i autor scenariuszy do „Kojaka”, „Miami Vice” czy komiksów DC: „Batmana” i „Supermana”. To krótkie CV z pewnością stanowi świetną rekomendację, ale z drugiej strony trudno mi było ożenić w głowie te wszystkie tytuły z pomysłem XIX wiecznego kryminału. Jednak już na samym początku...

Autor zastosował ciekawy chwyt – jako że Poe częstokroć zawierał w swoich utworach wątki biograficzne, przyjął on, że jedno z takowych opowiadań „Tajemnica Marii Roget” było inspirowane czymś więcej niźli tylko zasłyszaną historią (notabene – autentyczną). W dodatku główną figurą, zza pleców której (narracja trzeciosobowa) obserwujemy akcję, jest podstarzały naczelnik sił porządkowych Hays, postać, wedle Rose’a służącą za wzór samego C. Auguste Dupina. Fabuła (a zarazem blurb) zaczyna się od sceny, w której anonimowa postać żegna się z ciałem ofiary, oddając je nurtowi rzeki. Skandal wybucha wraz ze znalezieniem tegoż ciała. Jednocześnie nie ma mowy o szybkim rozwiązaniu tajemnicy zbrodni. Hays to człowiek prostych reguł i wielkiej konsekwencji, schludny, spostrzegawczy i opanowany – stąd jego śledztwo polega raczej na spacerach, zapowiedzianych wizytach i czytaniu gazet niż na włamaniach, spektakularnych misjach i ucieczkach. Tym samym kontrastuje on z Poem, z jego artystycznym rozgorączkowaniem i krzywdą niezrozumiałego geniuszu. Sylwetka artysty została bardzo sugestywnie przedstawiona, a to, że pojawia się w książce od czasu do czasu jeszcze ten efekt potęguje.

Wiernie przedstawiono epokę – na tyle wiernie, że lekkim nieporozumieniem wydaje mi się hasło z okładki „Gotham City XIX wieku”. Metafora o tyle śmieszna, że przecież komiksowe Gotham to właśnie wariacja na temat głównie Nowego Jorku (zwanego nieraz w tamtejszym żargonie – Gotham) – popkultura zatacza w tym momencie koło. Rzecz jednak w tym, że brak książce Rose’a tego komiksowego przerysowania, które dawałoby podstawy pod tego typu slogany. Zabieg czysto marketingowy. Co naturalnie samo w sobie nie jest żadną wadą – wręcz przeciwnie. Realizm powieści świetnie pasuje do rozpisanego na lata scenariusza i postaci naczelnika Haysa. Współczesny czytelnik przyzwyczajony do dużo większej, komiksowej właśnie, efektowności może odebrać „Kruka” jako nijakiego. Świadczyłoby to jednak o niezrozumieniu książki, w której formuła retro realizuje się w całości – a nie tylko w warstwie wymówki dla fabuły. Stąd całkiem duży akcent położony na obyczajowość epoki (zwłaszcza że motyw zabójstwa z miłości rozważany jest od samego początku) i ludzi, dla których jedno brutalne morderstwo było czymś dużo bardziej szokującym niż dla człowieka współczesnego słyszącego codziennie o podobnych przypadkach. Autor świetnie to przedstawił – w owych czasach ludzie byli w dalece większym stopniu oswojeni z śmiercią jako taką, ale nie z psychozami naszych czasów. Nie znając okoliczności wydanie książki, można by zaryzykować twierdzenie, iż faktycznie jest to proza sprzed wieku.

Miłymi wydawniczymi gestami są zwięzłe oddzielenie w posłowiu fikcji od prawdy oraz podanie krótkiej bibliografii, którą autor wykorzystał przy tworzeniu świata książki – zarówno opracowania o Poem, jak i scenerii Nowego Jorku. Rose’owi trudno odmówić profesjonalizmu, bowiem stworzył książkę dobrą, a jednocześnie zarzucić mu można, że do owego profesjonalizmu się ograniczył i stworzył książkę tylko dobrą. Być może „Kruk” będzie miał największą wartość dla fanów postaci E. A. Poe, którzy postawią go obok jego biografii/bibliografii na półce. Dla pozostałych będzie to dobry, ale w żadnym razie nie porywający kryminał retro w oszczędnej, schludnej formie.
Romulus - 2009-04-30, 13:01
:
Dennis Lehane MIASTO NIEPOKOJU

Nowa powieść autora świetnej "Mystic River", rewelacyjnej "Wyspy Skazańców", czy równie dobrych powieści o parze bostońskich detektywów Patricku Kenzie i Angeli Gennaro zabiera czytelników ponownie do Bostonu, tym razem jednak akcja osadzona jest w latach 1918 – 1919. Dennis Lehane porwał się na literackie namalowanie panoramicznego fresku społeczno – polityczno – obyczajowego Bostonu na początku XX wieku. Mimo że powieść to udana, to jednak zagubiła gdzieś pod drodze (celowo lub nie) to, co było najlepsze w dotychczasowych powieściach Dennisa Lehane.

Akcja nieprzypadkowo osadzona jest właśnie w latach 1918 – 1919. Spinają ją, jak klamry, dwa wydarzenia: epidemia grypy „hiszpanki” i strajk bostońskiej policji. To czas gwałtownych przemian społecznych. Kończy się pierwsza wojna światowa, w kraju zbliża się kryzys i rośnie niezadowolenie społeczne z powodu kapitalistycznego wyzysku. Pozbawieni jakiejkolwiek ochrony ze strony prawa, traktowani nie gorzej niż zwierzęta robotnicy, podnoszą głowę. Aktywizują się przeróżne anarchistyczne grupy, rośnie terror, wzmaga się fala socjalizmu we wszelkich jego odmianach. Ta wzbierająca tama jest nieudolnie hamowana przez rozgrywających własne gry polityków, ulegających naciskom biznesu i niemal zagłodzoną policję będącą narzędziem represji, niż pilnowania porządku i chronienia obywateli. Dodajmy do tego jeszcze segregację rasową oraz surowy i w pewien sposób pełen hipokryzji patriarchalizm społeczny (reprezentowany głównie przez Włochów i Irlandczyków) a będziemy mieli w pełni wybuchową mieszankę, która narasta stopniowo aż do nieuniknionego wstrząsu.

Zawartość tego wrzącego garnka konfliktów, sprzecznych interesów, niesprawiedliwości i przemocy czytelnik obserwuje oczyma dwójki bohaterów. Pochodzącego z tradycyjnej irlandzkiej, policyjnej rodziny Aidena Coughlina (nazywanego Dannym) starającego się zasłużyć na złotą odznakę detektywa oraz czarnoskórego Luthera Laurenca, podwórkowego gracza w baseball, robotnika, drobnego przestępcy, w końcu służącego. A obok nich pojawia się epizodycznie legendarny amerykański gracz w baseball, Babe Ruth, który spotyka bohaterów na różnych etapach ich życia. W pewnym momencie los skrzyżuje ich ścieżki wiążąc ze sobą dwójkę głównych bohaterów w dziwnej przyjaźni kolorowego i białego policjanta. Przyjaźni, która wydaje się oczywista zważywszy, że obydwaj są tak naprawdę przyzwoitymi ludźmi, którzy w pogrążającym się szaleństwie otaczającego ich mikro – świata próbują ocalić to, co dla nich najważniejsze.

Wydawałoby się zatem, że przy tak zarysowanym tle fabularnym, powieść tak skazana jest na etykietkę genialnej. Szczególnie zważywszy na poprzednie osiągnięcia tego autora. Znany jest on z oszczędnego stylu w rysunku swoich postaci. Ale oszczędność ta nie oznacza ubogości, bo bohaterowie Dennisa Lehane są zazwyczaj przy tym fenomenalnie sportretowani psychologicznie. Jednocześnie osadzeni są zazwyczaj w rzeczywistości, która skazuje ich na cierpienie, z czego sami, już wcześniej poranieni i „po przejściach” zdają sobie sprawę. Ten pociągający fatalizm postaci, brak łatwych zakończeń i naprawdę mocne ciosy wymierzane w związku z tym czytelnikowi – przesądzał zawsze o sile powieści tego autora.

Niektóre z nich zostały przeniesione z sukcesem na ekran. Wystarczy wspomnieć rewelacyjną "Rzekę Tajemnic" w reżyserii Clinta Eastwooda (ze świetnymi rolami Seana Penna i Tima Robbinsa), "Gone Baby Gone" w zaskakująco dobrej reżyserii Bena Afflecka (ze znakomitą rolą jego brata, Caseya). Spodziewać się należy także, że zbliżająca się premiera "Wyspy Skazańców" w reżyserii Martina Scorsese również nie przyniesie zawodu.

"Miasto Niepokoju" zawiodło mnie nieco właśnie z powodu braku powyższych atutów. Albo przysłoniła je przedstawiona przez autora panorama społeczno – polityczna, w którą bohaterowie wtopili się być może odrobinę za mocno, właśnie na tyle, aby zatracić ten zawsze poruszający czytelnika psychologiczny tragizm. Nawet wybory, których dokonują wydają się oczywiste i kwestią czasu pozostaje tylko, kiedy do nich dojdzie. Przy tym Dennis Lehane pilnuje się, aby żaden z nich nie opowiadał się po żadnej ze stron – nawet udział Aidena Coughlina w strajku nie może być odbierany jako opowiedzenie sie bohatera po stronie socjalistów, czy komunistów. Wybory, których dokonują podyktowane są ich wewnętrznym kompasem moralnym, nie są efektem jakiegoś przemyślanego, ukształtowanego światopoglądu. Jak pisałem, starają się po prostu być przyzwoici. Czytelnik zostaje zatem obdarowany przemyślaną, dopieszczoną, nadzwyczaj poprawną, mainstreamową (dla tego gatunku) fabułą, która zapewni mu długie godziny doskonałej rozrywki. Ale nie wstrząśnie nim, nie pozostawi w niepokoju (jak „Ciemności, weź mnie za rękę” lub „Gone Baby Gone” – polski tytuł „Gdzie jesteś, Amando?”), ani w zadumie („Wyspa Skazańców”).

Możliwe – i to jestem skłonny zaakceptować – że autor postanowił się zmienić. Nie chce stać w miejscu pisząc kolejne tomy o przygodach swoich bohaterów, lub eksploatować wciąż te same niepokoje. Tym razem zaserwował czytelnikowi świetną, trochę epicką, powieść z dobrze, odrobinę przejmująco skonstruowaną fabułą kryminalną, doskonale osadzoną w realiach Bostonu początku XX wieku. A pisanie „krwią i napalmem” zostawił innemu mistrzowi czarnego kryminału, Jamesowi Ellroyowi, który nie waha się przed egzorcyzmowaniem każdego możliwego demona tkwiącego w nim lub tylko w jego bohaterach, rozpaczliwie unurzanych w nieprawości i zbrodni a jednocześnie tęskniących do „łąk umajonych”.

Czy zatem po serii znakomitych powieści, którymi zyskał Lehane miano odnowiciela czarnego kryminału, przyszedł czas na nowy rozdział literackiej twórczości? Nie śmiem na to pytanie odpowiadać. Zważywszy, że jest on nie tylko cenionym pisarzem (dorzucę tu jeszcze kultowe opowiadanie „Until Gwen”), ale i scenarzystą (3 epizody jednego z sezonów serialu HBO „The Wire”) oraz dramaturgiem, można się spodziewać, że nie będzie zamieniał się w sztampowego wyrobnika.

Powieść to godna polecenia. Ktoś, kto nie czytał innych utworów tego pisarza, z pewnością nie będzie zawiedziony. Napisana jest doskonałym stylem, pochłania i nie pozwala się oderwać. Przeczytałem 648 stron w trzy wieczory z zaskoczeniem, że to już koniec. Fani pisarza mogą czuć się trochę zawiedzeni, ale bez wątpienia powieść ta może przysporzyć autorowi nowych czytelników, bo jest i znakomita i fabuła jest przystępna w percepcji. W Polsce nie jest on tak szeroko znany i doceniany, a naprawdę na to zasługuje. Myślę, że z przyjemnością do niej wrócę, już pozbawiony oczekiwań. Na razie, w skali od 1 do 10, nie waham się ocenić na 8.
Beata - 2009-05-06, 07:54
:
Antoni Libera - "Madame"

Zamiar podzielenia się wrażeniami po lekturze „Madame” powzięłam już dawno temu – książka mnie urzekła. A jednak gdy zabierałam się do pisania, zawsze coś mnie powstrzymywało, pozornie składne zdania rozpadały się na nieprzyjaźnie nastawione słowa i nic mi nie wychodziło. Coś było nie tak, okazałam się niezdolna do popełnienia recenzji, choćby tylko quasi-profesjonalnej. A jednak nie jestem w stanie o powieści milczeć – treści z „Madame” wciąż krążą mi w głowie, najróżniejsze drobiazgi wciąż się kojarzą... zatem poniższy tekst to nie recenzja, a raczej garść osobistych wrażeń i nieco wspomnień.

„Madame” to powieść o pierwszej, młodzieńczej i platonicznej fascynacji nastolatka nauczycielką francuskiego. Niby prosta i przewidywalna. A jednak... Bohater jest erudytą – wywodzi się z domu, w którym miłość do słowa pisanego jest tradycją, opoką, na której zbudowano całą rodzinną codzienność. Przeczytał tak wiele lektur, że aż momentami przeraża (w pozytywnym sensie). Zawiesza niezwykle wysoko poprzeczkę – nie zadowala się szkolnym poziomem interpretacji literatury, sam poszukuje drugiego dna, tworzy własne wyjaśnienia, rozważa celowość użycia pojedynczych słów, odnajduje paralele pomiędzy pozornie niepowiązanymi pozycjami. I w taki sam sposób przeżywa swoje uczucie – bardzo głęboko je analizując. Konstruuje w myślach kolejne scenariusze własnych zachowań, usiłuje przewidzieć reakcje obiektu westchnień i przygotowuje najróżniejsze warianty odpowiedzi. Jest nastolatkiem i jego młodzieńcza duma nie pozwala przyznać się do uczucia przed otoczeniem, a nawet, początkowo, przed sobą – stąd w powieści mnóstwo dwuznaczników, gry słów, aluzji...

Wszystkie powieściowe wydarzenia rozgrywają się w latach 60. w Polsce – w czasach szarych, siermiężnych, przesiąkniętych jedynie słuszną ideologią. W czasach, w których wypowiedzenie głośno własnej – a, co gorsza, niepokornie odmiennej – opinii mogło skończyć się relegowaniem z uczelni, wyrzuceniem z pracy, szykanami dla członków rodziny. Zresztą czasem tak się właśnie kończyło… W czasach, w których w szkołach uczono jednej wersji historii, a w niektórych domach przedstawiano – inną, diametralnie różną, o której należało milczeć. W czasach, gdy przekraczanie granic kraju było wyjątkowym przywilejem, dostępnym dla „zasłużonych”, a wśród pozostałych – oszczędnie reglamentowanym. Brzmi jak scenariusz antyutopii, prawda? Ale niestety, to nie wariacja na temat „Roku 1984”, taka naprawdę była rzeczywistość. Choć jestem młodsza od bohatera książki i do szkół chodziłam nieco później, to pamiętam koszmarne akademie „ku czci”, na których pod niebiosa wychwalano bohaterstwo i odwagę Natchnionego Przywódcy Ho Chi Minha, prowadzącego (nawet pośmiertnie) dzielny Naród Wietnamski do walki z bezprecedensową burżuazyjną amerykańską napaścią. W „Madame” dyżurnym tematem nachalnej propagandy jest wojna domowa w Hiszpanii. Tematyka różna, matryca przebiegu uroczystości – taka sama.

Cóż za kontrast – pierwsze, najpiękniejsze, najbardziej twórczo stymulujące uczucie rozkwita na socrealistycznym ugorze. Właśnie tak, na ugorze, bo w tamtych czasach na porządku dziennym była nawet reglamentacja sztuki – zamknięte dla ogółu wystawy malarstwa, pokazy filmowe, dystrybucja niektórych książek jedynie dla wybranych. Cóż za kontrast: od święta świat francuskiej kultury i konwersacji – ulotnej i zwiewnej, pełnej niuansów i uwodzącej magią niedostępnej zagranicy, świeżym artystycznym powiewem, a na co dzień – zamknięta, szara, zgrzebna rzeczywistość i wszechobecna pogarda dla człowieka.

Parafrazując Shreka, powieść Antoniego Libery jest jak cebula – ma warstwy. Aspekty poruszone powyżej to jedynie najbardziej zewnętrzne z nich. Największe bogactwo kryje się jednak głębiej – w omówieniach sztuk teatralnych, w opisie wystawy grafik Picassa, analizach utworów literackich, cytatach i ukrytych w tekście trawestacjach. Żałuję, że nie odebrałam klasycznego wykształcenia i posiadana wiedza nie pozwala mi cieszyć się pełnią zamieszczonych nawiązań, ale przede wszystkim żałuję, że nie rozpoznałam wielu z nich. Skąd zatem wiem, że tam są? Och, są z pewnością, ich obecność z łatwością się wyczuwa. To taka denerwująca świadomość – całkiem jak wrażenie posiadania na końcu języka zapomnianego nazwiska czy daty – drażniąca, ale i pobudzająca do wysiłku. I ponieważ przez znaczną część książki towarzyszyło mi uczucie, że właśnie coś mnie omija, że coś gubię – uważam, że umknęło mi sporo. Lecz wyłapałam kilka odniesień i traktuję to jako prywatny sukces.

Autor uczynił z głównego bohatera erudytę, przyszłego twórcę, wrażliwego znawcę historii, muzyka i poliglotę, nieledwie ideał. Denerwujący zabieg? Owszem. Mogący złościć? Tak. Mogący spowodować, że zniechęcony czytelnik odłoży „Madame”, by nigdy do niej nie wrócić? Możliwe. Zatem dlaczego autor się nim posłużył? Jeśli powieściowy czas akcji skonfrontuje się ze słowami: „Widzicie? Można w ten sposób żyć! Szybować! (…) wasz szary, ubogi świat stanie się barwny… barwniejszy. Bo wszystko pochodzi z języka. Bo wszystko od niego zależy. Bo (…) na początku jest Słowo.”, otrzyma się jedno z prawdopodobnych wyjaśnień. Nie wolno się poddawać, nie należy rezygnować z aspiracji. Można oderwać się od codzienności, porzucić wszechobecne slogany, można inaczej: pełniej, bardziej świadomie, piękniej – można… latać. Oto rzecz prawdziwie ku pokrzepieniu serc napisana. Główny bohater jest taki, jaki jest, by zmobilizować czytelnika, a nie – pognębić.

W recenzji z prawdziwego zdarzenia powinien znaleźć się tutaj akapit krytyczny lub choćby jedno zdanie wytykające autorowi prawdziwe lub rzekome przewiny, bezosobowo lokujące książkę w odpowiedniej grupie lektur, przyporządkowujące ją konkretnemu czytelnikowi, porównujące z innymi – mniej lub bardziej szczęśliwie dobranymi – pozycjami, reprezentatywnymi dla gatunku. Tutaj tego nie będzie. Nie tylko dlatego, że nie czuję się wystarczająco kompetentna, żeby na taki zabieg się poważyć. Również dlatego, że dałam się uwieść urokowi tej historii, pozwoliłam się autorowi poprowadzić, wróciłam do przeszłości. I nadal pozostaję pod urokiem – jakże może być inaczej, skoro magia opowieści działa od pierwszych słów: „Przez wiele lat nie opuszczało mnie wrażenie, że urodziłem się za późno. (…) Moje poczucie spóźnienia dawało o sobie znać w najprzeróżniejszych kontekstach i wymiarach. Nie ograniczało się tylko do sfery dziejowej, pojawiało się również przy innych okazjach, w skalach o wiele mniejszych, wręcz miniaturowych”. Poczułam się tak, jakby autor mnie znał i napisał to specjalnie dla mnie. I właśnie tak bardzo osobistego odbioru tej książki życzę wszystkim czytelnikom.
Sharin - 2009-05-14, 15:03
:
Jose Saramago Miasto ślepców

Skoro nie możemy żyć jak ludzie, postarajmy się przynajmniej nie żyć jak zwierzęta



Jose Saramago, prozaik portugalski, opublikował Miasto Ślepców (Ensaio sobre a Cegueira) w roku 1994. W 2009 r. wydawnictwo Rebis wznowiło niniejszą powieść w Polsce. Pierwsze wydanie w naszym kraju ukazało się 1999 r. dzięki Muzie.

Bohaterami powieści są ślepcy, jednak narrator postanowił przyjrzeć się bliżej jedynie ludziom, którzy mieli bezpośredni kontakt z pierwszą osobą dotkniętą „białą chorobą”. Część z nich poznajemy gdy ich codzienny cykl życia zostaje sterroryzowany przez krótkie stwierdzenie: „Jestem ślepy”. W jednej sekundzie reguły rządzące światem przestają dla nich obowiązywać. Zdezorientowani, zostają odcięci od widzącej części społeczeństwa. Ich nowym domem zostaje dawny szpital psychiatryczny, który szybko przekształca się w więzienie.

Miasto ślepców jest książką smutną. Jose Saramago ukazuje człowieka upodlonego. Człowieka, który w obliczu niebezpieczeństwa zapomina o podstawowych wartościach humanitarnych i moralnych. Na uwagę zasługuje jednak fakt, że pomimo okropności kwarantanny bohaterowie podejmują próby wykrzesania z siebie dobra. Dążą do przezwyciężenia samych siebie, do normalności. Jak to wszystko się kończy? Niektóre procesy są po prostu nieodwracalne a czynniki zewnętrzne zbyt silne.

Śledząc losy ślepców niejednokrotnie odnosiłem wrażenie, że gdzieś już o tym czytałem. Olśnienie przyszło w momencie gdy usłyszałem strzały. Zofia Nałkowska napisała: „Ludzie, ludziom zgotowali ten los”. Zgadzam się.

Polecam.
Ł - 2009-05-22, 11:03
:
Terry Pratchett - "Złodziej czasu"

Pratchett jest autorem, do którego ciągle się powraca, a długością przerw między lekturami jego kolejnych książek można mierzyć stosunek danego czytelnika do twórczości angielskiego pisarza. Sam plasuję się chyba w kategorii umiarkowanych entuzjastów – co jakiś czas przeczytam coś, przeważnie ze Świata Dysku, ale nie więcej niż dwie książki pod rząd. A za jakiś rok, pół roku – wracam. Sądzę, że przy takiej cykliczności czytania, będę mógł się cieszyć kolejnymi książkami Pratchetta przez długi, długi czas.

W tym wypadku na warsztat zostało wzięte właśnie zagadnienie czasu. Temat autor potraktował przekrojowo, ze wszystkimi tego konsekwencjami – od percepcji czasu, przez kwanty, do historiozofii. Pratchett kontynuuje więc swoją szczytną tradycję, w myśl której świat dysku stanowi nośnik dla coraz to nowych parodii elementów naszego świata; prawdę mówiąc, to przy takim założeniu Świat Dysku może być faktycznie potencjalnie nieskończony, bo nigdy nie zabraknie czegoś, czego nie dałoby się wykpić, sparodiować czy w inny sposób przerysować. W kwestii czasu autorytetami w świecie dysku są mnisi historii, stąd duża część książki osadzona jest w quasi-azjatyckich klimatach zakonu (choć i fani Ankh-Morpork będą usatysfakcjonowani). Ciekawym i ciągle obecnym wątkiem jest kwestia antropomorficznej personifikacji. Autor lubi wpychać pewne abstrakcyjne pojęcia, jak śmierć czy czas, w ludzkie formy i robić z nich ku uciesze czytelników: Śmierć i Czas. W tej książce autor nie tylko to robi, ale i uzasadnia ten proces i jego konsekwencje w głębszym stopniu niż w innych znanych mi książkach ze Świata Dysku.

Trudno pisać o stylu Pratchetta – wszyscy, którzy czytali jakąkolwiek jego powieść, wiedzą, że one na dobrą sprawę czytają się same. A ci, którzy nie mieli z nim styczności, powinni jak najszybciej naprawić ten błąd. Nie jestem tylko przekonany, czy „Złodziej czasu” nadaje się do tego najlepiej. Pratchett, wraz z rozrostem całego cyklu, jednocześnie wychowuje sobie czytelników i dla kogoś, kto zacząłby czytać „Złodzieja...”, choć ten nie byłby pewnie bardzo niezrozumiały, to jednak okazałby się pozbawiony uroku pewnych niuansów, nabierających wartości w szerszym kontekście. Zwłaszcza, że autor korzysta z pewnego żelaznego repertuaru postaci, które w różnych konfiguracjach pojawiają się w większości jego książek. Na przykład byłoby trudno zrozumieć postać Susan bez znajomości wcześniejszych książek opisujących jej specyficzne dziedzictwo. Oczywiście to tylko jeden z gatunków rodzynków w smacznym Pratchettowym cieście i chociażby odwołania do kultury popularnej, takie jak aluzje do Jamesa Bonda, rozpozna każdy, kto tylko nie urwał się z choinki.

Największą wadą książki jest ekonomia poszczególnych wątków. Rozpoczynająca się w kilku miejscach równocześnie powieść czasem zdaje się sobie nie radzić ze wszystkimi fabularnymi nićmi – przykładowo równoległy do całości wątek jeźdźców apokalipsy występuje w tej książce trochę „na doczepkę”. Trudno znaleźć powody uzasadniające jego obszerność, jeśli weźmie się pod uwagę to, na ile łączy się on z głównym wątkiem. Naturalnie fani Śmierci i jego zespołu będą zachwyceni, ale chyba należałoby sobie odpowiedzieć na pytanie, czy gdyby nie poświęcić dla tej historii oddzielnej książki, to i ten potencjalny byt i „Złodziej czasu” nie wyszłyby na tym lepiej? Trochę inaczej to wygląda z wątkiem Igora (notabene jeden z najzabawniejszych w książce) czy historyjkami o Wenie Wiecznie Zaskoczonym – tutaj wydaje się, że istnieje nierównowaga polegająca na tym, że jedną część książki autor wypełnił nimi, a drugą nie, jakby zupełnie o nich zapomniał.

Pratchett nieco przesadził również, jeśli chodzi o „głównych złych” całej historii – są po prostu przerysowani znacznie bardziej niż wymagałaby tego konwencja parodii. Bodajże w „Kosiarzu”, gdzie również występował Śmierć i audytorzy, rozegrano to zręczniej, nie odsłonięto ni rąbka tajemnicy – tutaj to zrobiono i wyszło trochę dziwnie. W rezultacie Pratchett próbował połączyć „śmieszność” ze „złowieszczą obcością” i wyszła mu „żałosność”. Nie ma porównania, jeśli tylko wspomni się przykładowo Vorbisa z „Pomniejszych bóstw”, który mimo swobodnego klimatu powieści, jednak spełniał wszystkie wymagania, jakie stawiam solidnemu szwarccharakterowi.

Sporą część recenzji poświęciłem z pełną premedytacją narzekaniu, mając przekonanie, że większość czytelników, podobnie jak ja, w sposób naturalny odczuwa do książek Pratchetta sympatię, i w ten sposób się to wyrówna. Fani doskonale wiedzą, czego się spodziewać, więc próbowałem nakreślić to, czego spodziewać się nie można. Z całą pewnością jest to książka momentami błyskotliwa, pełna dobrego humoru, której przeczytanie, a później napisanie o niej recenzji sprawiło mi żywą przyjemność – a jednak poprzez wymienione wyżej wady, nie plasuje się w moim osobistym dyskowym topie. Za rok czy pół znów sięgnę po którąś z książek Pratchetta, to w końcu autor, do którego wciąż się powraca...
Beata - 2009-05-25, 06:06
:
Grzegorz Kopaczewski - "Huta"

Czy rewitalizacja terenów poprzemysłowych w dawnych skupiskach przemysłu ciężkiego może być tematem ciekawej książki? Grzegorz Kopaczewski pokazał, że tak. Na terenach upadłej Huty Baildon w Katowicach umieścił nową, prężną dzielnicę, zamieszkałą przez młodych, dynamicznych, żądnych sukcesów zawodowych ludzi, nieakceptujących marazmu i bylejakości. Huta jest czymś więcej niż parkiem technologicznym – to enklawa kreatywnych ludzi sukcesu, którzy nie ograniczają się jedynie do działalności przemysłowo-usługowej czy artystycznej – na terenie Huty powołano Instytut Historyczny, który odnosi sukcesy w konkurencji z Uniwersytetem Śląskim. Huta to dzielnica-utopia, magnes dla wielu, prawdziwa wyspa szczęśliwa.

Tomasz, doktorant Uniwersytetu Śląskiego, z racji uczestnictwa w projekcie badawczym, ma okazję spojrzeć na Hutę od środka i zweryfikować obiegowe opinie na jej temat. Bo dla wszystkich patrzących z zewnątrz to unikatowy projekt, projekt dyskutowany szeroko nie tylko w kraju, ale i za granicą. Huta to miejsce międzynarodowych konferencji, a jednocześnie urzeczywistnienie społecznych marzeń. I na dodatek stworzone w Polsce. I działa. Na ulicach Huty jest czysto, nic nie jest byle jakie, a ludzie częściej się uśmiechają. Decyzje dotyczące ogółu podejmowane są w referendach, przestępczość praktycznie nie istnieje, a mieszkańcy nie są zainteresowani gromadzeniem dóbr materialnych.

Przyznam, że wszelkie wizje społeczeństw doskonałych, w których wszyscy pławią się w powszechnej szczęśliwości, traktuję z najwyższą podejrzliwością. Tak też potraktowałam i tę lekturę. Ale nie było łatwo – autor ze swadą przedstawia naukowe dokonania Kaspara Kuhna, rywala Hegla, na których oparta została koncepcja Huty. Zarówno życiorys naukowy, jak i życie prywatne myśliciela jest przedstawione na tyle wiarygodnie i spójnie, że bardzo łatwo można uwierzyć w jego istnienie, szczególnie gdy nie jest się specjalistą. Przyznaję, połknęłam haczyk i gdy zaczęłam szukać informacji na temat naukowca, okazało się, że to postać całkowicie fikcyjna. Jedyną pociechę stanowi fakt, że środowisko naukowe sportretowane w książce, też uwierzyło.

Paradoksalnie sam fakt istnienia (lub nieistnienia) Kuhna traci na znaczeniu, idea przypisywana Kuhnowi okrzepła i funkcjonuje jako samodzielny byt, zaś jego nazwisko stanowi tylko rodzaj wygodnej zasłony dymnej dla twórców Huty – dwóch młodych i zdolnych doktorów, na tyle niepokornych, że usuniętych z Uniwersytetu Śląskiego. Pelc i Nowak wcielają w życie swoje naukowe marzenia, a ich celem jest stworzenie bezbłędnego algorytmu badań prognostycznych, czyli – naukowe przepowiadanie przyszłości. Na razie Instytut Historyczny stara się przewidzieć wyniki wyborów lub określić stopień wzrostu sprzedaży lizaków, ale w przyszłości – kto wie? Być może po zgromadzeniu odpowiedniej liczby danych i udoskonaleniu algorytmu wiedza o przyszłości awansuje do rangi nauki? Tak jak psychohistoria, wymyślona na potrzeby Fundacji przez Isaaca Asimova. Jednak Pelc i Nowak idą o krok dalej – skrycie marzą nie tylko o przewidywaniu, chcą świadomie kształtować przyszłość innych ludzi, tworzyć Historię. Chcą być Kreatorami.

W powieści wiele miejsca zajmują, w anegdotycznej formie podane, wyniki badań statystycznych. Niektóre z nich nie budzą wątpliwości, inne – mogą być zaskakujące. Na szczęście te ostatnie opatrzone są komentarzem autora, włożonym w usta bohaterów. W ogóle bohaterowie „Huty” wygłaszają bardzo wiele komentarzy: na temat naszej historii, stosunków społecznych, języka, środowiska naukowego, polskiego katolicyzmu, politycznych ideologów… I gdyby nie to, że uwagi te czynione są z humorem i niekiedy bezlitośnie obnażają zakorzenione na mur absurdy, uznałabym je za nachalną propagandę.

„Huta” nie jest pozbawiona wad. Niektóre postaci są ledwie zarysowane, a Tomasz – główna osoba dramatu – to pod względem psychologicznym ledwie kontur, oczekujący na wypełnienie. Zabrakło mi emocji – młodzi bohaterowie książki są pełni dystansu do siebie nawzajem i do wydarzeń, prezentują swoim zachowaniem coś, co nazywam chłodną postawą badacza. Nie kłócą się – a jedynie argumentują; nie machają rękami – a tylko oszczędną gestykulacją podkreślają wagę swoich słów. Nie mają przeszłości, na kartach powieści pojawiają się znikąd, wyjątkiem w tym względzie jest ksiądz Winkler – jedyna pełnowymiarowa postać z wyraźnym śląskim rodowodem. To trochę za mało, żeby przekonać czytelnika, że akcja książki naprawdę toczy się na Śląsku. Bo Śląsk to nie tylko wielkomiejskie Katowice…

Ale mimo powyższych zastrzeżeń, książka jest ciekawa. O jej wartości stanowi pomysł, logicznie i konsekwentnie doprowadzona do końca główna linia fabularna, otwarte zakończenie. Choć od początku podejrzewałam, że piękna, utopijna wizja Huty kryje odstręczające drugie dno, to skala manipulacji twórców dzielnicy naprawdę robi wrażenie. Tak samo jak ich determinacja – Pelc i Nowak nie cofną się przed niczym, żadna cena nie jest za wysoka, aby zdobyć niezbędne dane statystyczne. Książka zachęca do przemyśleń, a dla mnie ma dodatkowy walor – zaprezentowana przez autora podbudowa naukowa stanowi swoiste dopełnienie psychohistorii Isaaca Asimova. „Huta” jest warta lektury.
Ł - 2009-05-27, 17:23
:
Pope, Barbara Corrado - "Kamieniołom Cézanne’a"

Kryminał zaczyna się bardzo typowo. Latem 1885 w Aix-en-Provence zamordowano kobietę. Dla małego miasteczka zabójstwo staje się zarzewiem wielkich kontrowersji. Tymczasem inspektor Franc i młody sędzia Martin postanawiają rozwiązać sprawę nim z wakacji wrócą inni przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości (postanowienie nie jest bez związku z troską o rozwój karier obu panów). Zapowiada się to o tyle interesująco, że Franc i Martin mają skrajnie różne temperamenty i stosują skrajnie różne metody. Szybko jednak fabularny punkt ciężkości książki zaczyna się przesuwać w inne rejony...

Autorka pod pretekstem kryminału przemyciła znaczną dozę refleksji obyczajowych. Osią problemu, wokół którego obraca się fabuła, jest zagadnienie roli kobiety w drugiej połowie XIX wieku, gdy emancypacja była jeszcze w powijakach. Jak wiadomo, kobiety we Francji prawa wyborcze uzyskały dopiero po II wojnie światowej, w dodatku to właśnie francuskie „siły postępowe” opóźniały ten proces, uważając, że kobiety przejawiają większą skłonność do zachowań dewocyjnych. Zachowania te ładnie nakreślono w książce na przykładzie szeregu postaci kobiecych – dając w opozycji dramaty konkubiny (skandal!) i kobiety próbującej udzielać się społecznie oraz kulturalnie (niewiarygodne!). Autorka nie kryje swoich poglądów – postacie postępowe są w książce pokazane jako te pozytywne, zaś postacie zachowawcze przedstawia się gdzieś na drugim planie, najczęściej w niekorzystnym świetle, bez zagłębiania się w ich sposoby widzenia świata.

Na plusa zasługuje kreacja głównego bohatera, sędziego Martina, postaci znajdującej się pod presją obu środowisk, pozostającej w niepewności, ciągłym wahaniu. Postaci tej z pewnością nie „kupi” żaden z fanów twardzieli prowadzących ciężkie śledztwa – zachowanie młodego sędziego zostało jednak na tyle dobrze umotywowane, że czytając kolejne rozdziały, można je zrozumieć, a z Martinem nawet utożsamić. Naturalną przeciwwagę stanowi dla niego wspomniany inspektor Franc. Ponadto w książce pojawia się także dwóch historycznych VIP’ów: Paul Cézanne i Émil Zola, z naciskiem na tego pierwszego (podejrzenie o morderstwo zobowiązuje). Przy okazji autorka próbuje przekonać o specyficę i przełomowości twórczości Cézanne’a. Inny podejrzany, „profesor” Wasterbury (postać fikcyjna), wiąże się z wątkiem postrzegania XIX-wiecznej nauki, której znaczna część z dzisiejszego punktu widzenia jest już pseudonauką. Jeśli przyjrzymy się bohaterom drugoplanowym, zyskamy pojęcie o ówczesnych często rywalizujących ze sobą elitach; bo właśnie wśród elit toczy się akcja, nie schodząc do poziomu potu, brudu i krwi. W połączeniu ze wspominaną sylwetką głównego bohatera czyni to kryminał bardzo „koronkowym”, co nie jest w żadnym wypadku wadą – raczej jego specyfiką.

Świetnie oddano wakacyjność czasu powieści – ustawiczne, ale nie nachalne opisy gorąca tworzą bardzo sugestywny obraz śródziemnomorskiego lata. Język powieści generalnie stoi na bardzo wysokim poziomie; zwłaszcza przy opisach niuansów takich jak widziany obraz, elementy stroju czy jedzenia; czasem jednak mamy do czynienia z pewną topornością formułowania myśli. Nie jestem jednak w stanie stwierdzić, w jakim stopniu odpowiada za to autorka, a w jakim tłumacz. Zdarzają się jednak zwroty, których konstrukcja wskazywałaby raczej na translatora.

Choć fabuła w przypadku kryminalnej sprawy znajduje swe rozwiązanie (zresztą trochę „samo przez się”), pozostają wątki tyczące się głównego bohatera, które zapewne będą kontynuowane w kolejnych książkach z sędzią Martinem w roli głównej. Raczej nie będę rwał się do ich lektury, choć gdyby gdzieś kiedyś jakoś wpadły mi w ręce, to przeczytam bez oporów. „Kamieniołom…” to książka na pewno nie olśniewająca, ale dobra, a przez swoje skrupulatne wykonanie mająca również walor edukacyjny. To debiut, który dobrze wróży autorce. Mam tylko nadzieję, że w następnych książkach Barbara Pope doda bohaterowi więcej werwy, a i na samą zagadkę położy nieco większy nacisk.
Sharin - 2009-05-30, 10:29
:
Stephen King Stephen King na wielkim ekranie

Tak, można powiedzieć, że od razu polubiłem Andy’ego.
[Red]

W 2009 roku ukazał się kolejny zbiór tekstów nie koronowanego króla horroru. Stephen King na wielkim ekranie to pięć opowiadań, których ekranizacje zostały docenione przez krytyków i grono fanów.

Pierwszym tekstem prezentowanym czytelnikowi jest opowiadanie 1408 (zbiór opowiadań Wszystko jest względne, 2002), którego fragmenty powstały w 2002 roku, w momencie gdy pisarz przebywał wraz z rodziną na wakacjach na Sannibel Island. King wspomina, że początkowo przygodę Mike’a Enslina (główny bohater) traktował jako tekst warsztatowy. Miała być zamieszczona w książce Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika. Stało się jednak inaczej. Zainteresowanie cynicznym pisarzyną, który musi stanąć twarzą w twarz ze złem w czystej postaci, wygrało.
Główny motyw opowiadania może wydawać się banalny. Nawiedzony hotel czy pokój to historia wykorzystywana w powieściach czy filmach od lat. Żeby nie szukać daleko wspomnę, że Stephen King wykorzystał go chociażby w fenomenalnym Lśnieniu. Jednak czy ten oklepany motyw nie zrobił wtedy wrażenia na czytelnikach, widzach? Kto nie pamięta dzieciaka mamroczącego: redrum, redrum, redrum...
1408 to tekst zasługujący na uwagę. Nie znajdziemy w nim psychodelicznych maniaków latających z siekierą czy demonów z piekła rodem. Nic z tych rzeczy. Odnajdziemy niewielki pokój niczym nie różniący się od ogółu hotelowych pomieszczeń tego typu. Zwyczajny, przeciętny, codzienny.
Czym zatem straszy King? Nastrojem, oczekiwaniem na nadchodzące, niewiadomą.

Maglownica (zbiór opowiadań Nocna zmiana, 1978) jest chyba tekstem najbardziej charakterystycznym dla stylu Kinga. Pachnie tandetą, brakiem pomysłów i banalnym schematem fabularnym. I doskonale widać to w filmie, którego reżyserem jest Tobe Hooper, twórcy między innymi Teksańskiej masakry piłą mechaniczną czy Miasteczka Salem.
Jak wskazuje tytuł opowiadania, stajemy oko w oko z prasowarko-składarką automatyczną, która potocznie nazywana jest właśnie – maglownicą. W tekście urasta ona do rozmiarów urządzenia z piekła rodem. Jedynie czego jej brakuje to głosu szatana z filmu Egzorcyzmy Emily Rose. Autor wspomina, że pomysł na opowiadanie narodził się z młodzieńczych wspomnień. Jako chłopiec pracował w pralni!
Fabuła surrealistyczna. Policjant, pralnia i maglownica, która zabija. Oczywiście na to wszystko nałożona otoczka detektywistyczna ale nie jest ona zbyt wyrafinowana. Domysły, pomysły i do dzieła. Opowiadanie zawodzi jeżeli chodzi o poziom straszności. Z powodu banalnego wręcz „potwora” momentami staje się śmieszne. Podobnie odczucia mam oglądając Koszmary z ulicy Wiązów.
Swoją drogą Robert Englund pojawia się w filmie. Oczywiście bez nożyc.



Mali ludzie w żółtych płaszczach to nowela z 1960 roku (zbiór nowel Serca Atlantyków, 1999). W filmie, o tym samym tytule, wystąpił Anthony Hopkins.
Bohaterem jest chłopczyk imieniem Bobby. Pewnego dnia poznaje on Teda Brautigana, tajemniczego staruszka, ukrywającego się przed małymi ludźmi w żółtych płaszczach. Od tego momentu wszystkie wydarzenia nieuchronnie zmierzają ku katastrofie.
Niniejszy tekst podobał mi się najbardziej. Stephen King po raz kolejny udowodnił, że jest mistrzem budowania napięcia. Jednak w historii nie ma miejsca na skrzypiące drzwi, zakradających się ludzi czy trupie twarze. Nie! To wszystko można znaleźć w filmie Inni ale nie w tej noweli. King buduje napięcie oczami dziecka. Poprzez nie ukazuje z pozoru niewinne zdarzenia, które z biegiem czasu nabierają ogromnego znaczenia. Odkrywa przed dzieckiem (nami samymi) świat dorosłych, świat pełen kłamstw, zbrodni, okrucieństwa. Świat pozbawiony zasad moralnych.
Mali ludzie w żółtych płaszczach nie przerażają. Stanowią rodzaj tekstu, który wzbudza napięcie, oczekiwanie na nieuniknione. W noweli nie ma miejsca na wampiry, ufoludki czy demoniczne maglownice. Spotykamy za to złych ludzi. Uwierzcie mi, że są straszni!

Skazanych na Shawszank (zbiór nowel Cztery pory roku, 1982) chyba nikomu nie trzeba przedstawiać, prawda? Historia Andy’ego Dufresne jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych na świecie. Film, który początkowo pachniał porażką, urósł do rangi filmu wszechczasów. Sprawcą szczęścia stał się Frank Darabont, któremu King zadedykował właśnie zbiór opowiadań Stephen King na wielkim ekranie.
Opowiadanie napisane idealnie. Ciekawi bohaterowie oraz wciągająca historia to wielkie zalety tekstu. King wspomina, że miał wielkie obawy co do tego czy fabuła tekstu zachwyci czytelników. Przecież historia jest oklepana, mówiąc kolokwialnie. Okazało się jednak inaczej.
I bardzo dobrze!

Przybyszu, mamy twoją kobietę!
Dzieci kukurydzy (zbiór opowiadań Nocna zmiana, 1978) są bodajże tekstem, który doczekał się najwięcej nawiązań filmowych. Stephen King otwarcie przyznaje, że nie potrafi ich zliczyć. Co sprawia, że opowiadanie cieszy się takim powodzeniem? Według mnie bohaterowie. Horror, w którym główne skrzypce grają dzieci przeważnie jest straszny. Mali chłopcy i małe dziewczynki z zimnymi oczami, z przedmiotami codziennego użytku zamienionymi w ohydne narzędzia zbrodni. Dzieci, którym towarzyszy radość z mordowania. Czytając opowiadanie wyobrażałem sobie film i muszę go obejrzeć!
Przemierzając wraz z Burtem Robesonem miasteczko Gatline miałem nieodparte wrażenie, że ktoś nas obserwuje. Oczekiwałem, że wejdziemy do baru, wyskoczy zoombie i zacznie nas gonić, charcząc: brain, braiinnn... Na szczęście takiej tandety nie otrzymaliśmy. Jestem przekonany, że dzieci, które stworzyły własną kukurydzianą sektę wypadły zdecydowanie lepiej.
Po prostu spełniły swoją rolę w iście kingowski sposób.
Ł - 2009-06-03, 19:30
:
Kres, Feliks, W. - "Północna granica"

Otwieram po raz pierwszy „Północną Granicę” i już ze wstępu stylizowanego na list wynika jedna, niesłychanie ważna dla mnie rzecz – autor ma konkretną, całościową wizję swojego świata. Oczywiście żadnych szczegółów owo preludium nie zawiera (czytelnik dostaje raczej więcej pytań), ale daje pewne wyobrażenie o fundamentach książkowej rzeczywistości. Osobiście nie przepadam za dorabianiem świata „po kawałku”, co swego czasu czynił Sapkowski w opowiadaniach i książkach o Wiedźminie i z czego zresztą całkiem zręcznie wybrnął. Demiurgia jest sprawą pierwszorzędną w przypadku fantastyki, dlatego budzi niesmak tak częsty, szczególnie w fantasy, grzech, jakim jest mnożenie bytów ponad potrzebę. Kres będący w tej kwestii schludnym minimalistą, z miejsca wpasował się w moją normę estetyczną. Kwestia Bezmiarów zmusza czytelnika do przyjęcia perspektywy własnego praszczura, któremu o antypodach się nie śniło. Jeśli dołożymy do tego istnienie takich potęg jak Szerń1) czy Aler, które określają rzeczywistość w granicach swoich wpływów, musimy porzucić kryteria myślenia o świecie/światach, do jakich przywykliśmy.
Książka jednak jest wyraźnie umiejscowiona w miejscu i czasie, stąd zasygnalizowana „globalna” problematyka przejawia się tylko w jednym ze swoich aspektów. Surowość świata wynika nie tylko z książkowej scenografii, na którą składają się stepy i lasy; przede wszystkim mam na myśli perspektywę oglądających ten świat, nie filozofów czy uczonych w piśmie, tylko twardych ludzi północy. Jeśli miałbym przyrównać klimat tej książki do czegoś szeroko rozpoznawalnego w popkulturze, byłby to film „Trzynasty wojownik”, na podstawie książki „Zjadacze umarłych” Michaela Crichtona. W „Północnej Granicy” mamy podobny klimat srogiej krainy z rzadka naznaczonej drewnianymi zabudowaniami, które stają się celem wojennych pielgrzymek nieludzkich stworów, dokonujących przy okazji spontanicznej prywatyzacji wieśniaczych dóbr. Byłoby im wspaniale, gdyby nie Legia Armektańska i jej dowódcy oraz nasi bohaterowie, którym takie rozpasanie obcych stworów spod alerskiego nieba wybitnie nie jest w smak.
Kwestia postaci – blurb sugeruje, że głównym bohaterem jest Rawat. W istocie Kres potraktował ten aspekt nieco sztafetowo – fabuła kolejno koncentruje się na innym bohaterze, w rezultacie dając nam trzech głównych bohaterów ex aequo. Wszyscy oni są przekonujący w swoim charakterze i motywacjach; wszyscy w swych przeciwieństwach dopełniają się, ukazując archetyp dowódcy. Jest to w istocie sedno książki – nie jest to literatura heroiczna, ale – zaryzykuję to określenie – trepowa za wszystkimi tego konsekwencjami: od marznięcia na patrolu, przez stosunek do cywilów, po kwestię awansu społecznego. Przykładowo z początku zaskoczył mnie nieco pomysł funkcjonowania kobiet w armii i narosły we mnie wątpliwości, które autor dużo później, gdy już o nich zapomniałem, nagle i bez ostrzeżenia rozwiał w rozmowie dwóch bohaterów. Zabieg literacki o tyle wyborny, że faktycznie z perspektywy jednego z bohaterów tego problemu nie było i gdy ja już również nawykłem do tej sytuacji, pisarz mnie zaskoczył. Wizja służby w armii nie jest tu pokazana ani po szwejkowemu, ani jako „wspaniała męska przygoda” – jest przedstawiona realistycznie, ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Miejscami ten realizm nieco nuży, ale autor dysponuje świetnym wyczuciem literackim i zaraz po tym, gdy wydaje się, że napięcie zaczyna spadać, utwór nabiera dynamiki. W połączeniu z przeskokami czasowymi i zmieniającymi się (w określonym acz miękkim porządku) bohaterami, daje to podstawy do bardzo pozytywnego ocenienia całości kompozycji. Tego wrażenia nie zmienia zejście do skali mikro, to jest języka powieści – książkę czyta się bez zgrzytów, a opisy dostarczają wyobraźni wszystkiego co potrzebne do należytej plastyki treści. Jeśli do czegoś miałbym się przyczepić, to takim zagadnieniem będzie kwestia „ras” (jak ja nie lubię tego wyrażenia) innych niż ludzkie – chodzi zarówno o szererskie koty, jak i o alerskie antagonistyczne plemiona. Kres stara się akcentować ich odmienność z ludzkiej perspektywy, ale często zatrzymuje się na poziomie bardzo suchego opisu, nie wykorzystując sugestywnych środków artystycznych, które pasowałyby tu jak ulał. W rezultacie trudno mi było uchwycić kocią specyfikę – w moim odczuciu bardziej przypominały one, mimo wszystko, ludzi w kocich formach, niż przekonujące, inteligentne kocie istoty. Szerń i Aler obdarzając inteligencją podległe sobie stworzenia, nie zaszalały z różnorodnością, a szkoda.
Podsumowując, „Północna Granica” to profesjonalnie napisana książka fantasy, posiadająca treść nieopierającą się jedynie o schemat ganiania bohaterów za magicznym mieczem czy innym cudem na kiju. Jednocześnie brak łopatologicznej wykładni tej treści sprawia, że promieniuje ona z masy książkowych szczegółów (co zwykło się nazywać „klimatem”). Żołnierska dola nie jest tu tematem zrealizowanym odkrywczo czy olśniewająco – jest zrealizowana solidnie i na tyle interesująco, żeby zająć czytelnika nie-militarystę. Wszystko to ujęte w bardzo – nie mam się do czego przyczepić – zgrabną formę. Mój niedosyt wynika z tego, nad czym rozwodziłem się w pierwszym akapicie – jeśli ktoś chciałby poznać szerzej konstrukcje Szereru, to musi wyglądać następnych części „Księgi Całości”, bowiem „Północna Granica” tylko skromnie sygnalizuje pewien potencjał. Z pewnością książka spełnia większość wyjściowych wymagań, jakie stawiam fantastyce oraz, szerzej, literaturze – i nie jestem pewien, czy mogę jej wytykać fakt, że daleko poza zasięg spełnienia tych standardów nie wyszła. Innymi słowy „Północna Granica” to genialnie zrealizowane nic nadzwyczajnego.



1) Pisząc gdzie indziej o Łozińskim, wyszło już, że jestem entuzjastą niewykluczania z dyskursu fantasy słówek o genealogii słowiańskiej, jak robi to spora część polskiego fandomu, stąd swojska nazwa „Szerń” to dla mnie taka mała radość.
Beata - 2009-06-10, 20:23
:
V.A Richardson - Czarna Perła

Przełom XVI i XVII wieku w historii Holandii zapisał się jako czas rozwoju. Wprawdzie Republika Zjednoczonych Prowincji toczyła wojnę o niepodległość, ale jednocześnie budowała zręby swej późniejszej gospodarczej potęgi. Stocznie nie nadążały z budową statków, porty tętniły życiem, holenderskie kompanie handlowe prowadziły interesy z niemal całym światem. Gwałtownie wzrosła ilość transakcji handlowych, a szybko bogacące się rody kupieckie zaczęły bezwzględnie ze sobą rywalizować. Pieniądze krążyły coraz szybciej, fortunę można było zdobyć nie tylko dzięki międzykontynentalnym operacjom handlowym – kraj opanowała tulipomania. I choć początkowo spekulacyjny handel cebulkami tulipanów był uznawany przez przedstawicieli starych rodów za niegodny i wstydliwy proceder, to wkrótce wszyscy znaczący gracze aktywnie w nim uczestniczyli. Aż do 1637 roku, kiedy nastąpiło załamanie rynku.

Akcja „Czarnej Perły” rozpoczyna się rok przed nadejściem kryzysu. Adam Windjammer, piętnastoletni bohater opowieści V.A. Richardsona, jedyny syn ostatniego pokolenia bogatego i wpływowego holenderskiego rodu kupieckiego, w jednej chwili traci grunt pod nogami – na morzu przepada rodzinna fortuna, a on sam zostaje przedwcześnie obarczony obowiązkami głowy rodu. Adam musi stawić czoła wierzycielom, nielojalnym krewniakom, kaznodziei podburzającemu rodziny poległych marynarzy, ale przede wszystkim – walczyć o utrzymanie reputacji rodziny. Ogrom zadania wydaje się go przerastać – ojcowski sygnet jest dla niego zdecydowanie za duży. A jednak Adam się nie poddaje… przeżywa niebezpieczne przygody, odkrywa kolejne tajemnice, jest o włos od zdobycia skarbu… i przegrywa. Ale traci tylko pieniądze.

Warto podkreślić, że postać głównego bohatera została odmalowana wiarygodnie pod względem psychologicznym – Adam jest typowym nastolatkiem: z jednej strony buntuje się przeciwko odpowiedzialności, z drugiej – bardzo pragnie podołać nowym obowiązkom i stać się godnym następcą ojca. Kolejną zaletą opowieści jest stosunkowo wysoki stopień prawdopodobieństwa wydarzeń – autor „pozwala” bohaterowi pakować się w tarapaty i wcale nie próbuje za wszelką cenę go ratować. W zasadzie od samego początku czytelnik nie spodziewa się, że nieprzygotowany do prowadzenia interesów i pozbawiony środków finansowych Adam zwycięży w konfrontacji z bogatym bankierem – na to, być może, przyjdzie czas w kolejnych tomach trylogii. Ale od finansowej wygranej ważniejszy jest styl rozgrywki…

Autor umieścił akcję powieści w XVII-wiecznym Amsterdamie, jednak potraktował holenderskie tło nieco powierzchownie. Gdyby nie wzmianka o Rembrandcie i oparcie fabuły o tulipomanię, przygody Adama mogłoby rozgrywać się w dowolnym portowym mieście świata. Wprawdzie książka przeznaczona jest dla młodego czytelnika (wiek: 11+) i można spodziewać się pewnych uproszczeń, to jednak anturaż jest w niej zdecydowanie bledszy niż na przykład w relacjach z przygód Tomka Wilmowskiego czy Stasia i Nel. Choć z drugiej strony, skoro kulturowe tło Amsterdamu stanowi dla Adama codzienność, w której dorasta, zrozumiała staje się jego obojętność na szczegóły – wszak stałe elementy otoczenia są niemal niedostrzegalne.

A teraz czas na wyjaśnienie, dlaczego tak swobodnie opowiadam o tulipanach – czyli zdradzam sekrety fabuły. Cóż… zarzut taki byłby zasadny, gdyby sam wydawca ich nie ujawnił. Mianowicie polskie wydanie pierwszego tomu Sagi Rodu Windjammerów ma zmieniony tytuł i inną okładkę niż wydanie oryginalne . Gdyby jedynie o kwestię tłumaczenia tytułu chodziło, pewnie nie zgłaszałabym pretensji – niestety wydawca poszedł o krok dalej: do zmienionego tytułu dodał inną, nową okładkę. Rzecz nie w tym, czy nowa okładka jest ładna, czy nie – chodzi o to, że nowa okładka sama w sobie jest spoilerem, zdradza puentę, ujawnia rozwiązanie zagadki. A w połączeniu ze zmienionym tytułem jest prawdziwą niedźwiedzią przysługą wyrządzoną czytelnikowi – dominującym elementem graficznym okładki jest bowiem ów tytułowy tulipan, Czarna Perła, która jest stawką w powieściowej grze. Tym sposobem wyrobiony – nawet jeśli młody jedynie wiekiem – czytelnik, zanim rozpocznie lekturę, już zna rozwiązanie, wie, że nie o rzadki i bardzo cenny klejnot chodzi (choć autor w prowadzeniu akcji niemal do ostatniej chwili zwodzi, kierując bohatera na mylny trop). W efekcie polska wersja okładki nie dość, że niweczy autorski zamysł, to na dodatek może wywołać zniecierpliwienie sugerując, że główny bohater jest wyjątkowo niedomyślny.

Podsumowując, wprawdzie „Czarna Perła” nie jest pozycją wybitną, ale stanowi całkiem ciekawe otwarcie cyklu przygód Adama Windjammera, opowieść napisaną lekkim stylem, pozbawioną moralizatorstwa i dłużyzn, która ma szansę spodobać się młodemu czytelnikowi. Podoba mi się pomysł osadzenia akcji książki dla młodzieży w historycznych realiach europejskich, bo przecież aż nadto jest oferowanych opowieści o Indianach i kowbojach czy o amerykańskich koledżach dla panienek – opowieści, w których starsze pokolenia (łącznie ze mną) się zaczytywały, mimowolnie ucząc się Historii, wcale nam – Europejczykom, nie najbliższej.
Beata - 2009-06-22, 07:55
:
Trudi Canavan - Kapłanka w bieli

Pierwszy tom trylogii „Era Pięciorga” oferuje czytelnikowi historię spod znaku klasycznego fantasy, z całą plejadą ciekawych bohaterów, mnogością wątków (w tym jednym romansowym), wartką akcją umieszczoną w świecie na wskroś przesiąkniętym magią, a jednocześnie – z bardzo oszczędnie dawkowanymi informacjami o historii i ontologicznych korzeniach tego świata oraz z przewidywalną fabułą momentami opartą na irytująco uproszczonych schematach. Ale po kolei.

Główną bohaterką książki jest Auraya, najmłodsza z grona boskich wybrańców, poprzez których bogowie oznajmiają swoją wolę mieszkańcom Ithanii Północnej. Bowiem bogowie świata, w którym rozgrywa się akcja „Kapłanki w bieli” – choć nie mogą interweniować osobiście i działać bezpośrednio – stale sprawują nadzór nad swoimi podopiecznymi i wyznaczają im kolejne zadania. Biali – pięcioro ludzkich przedstawicieli, obdarzonych potężnymi magicznymi mocami i praktycznie nieśmiertelnych – poza obrzędami typowo kapłańskimi, mają mnóstwo innych obowiązków: sprawują sądy, negocjują umowy, zajmują się dyplomacją i wywiadem. Część tych zadań spada na Aurayę, a dzięki relacji z jej kolejnych misji autorka w naturalny sposób przedstawia społeczności i rasy zamieszkujące kontynent: Tkaczy Snów, Dzikich Czarodziejów, ludzi-ryby czy ludzi-ptaki.

Generalnie fabuła powieści nie zaskakuje – przynajmniej na poziomie głównego wątku, który oparty jest na schemacie: młoda dziewczyna z maleńkiej wioski robi niespodziewaną karierę. Również niektóre poboczne wątki skonstruowane są standardowo: premiowana jest prawość charakteru, chęć pomocy innym, poświęcenie dla dobra grupy czy rodziny. Nihil novi. Ale jest jeden wątek, na razie lekko tylko powiązany z główną narracją, poświęcony naprawdę nietuzinkowej postaci – Emerahl. Nie dość, że bohaterka została obdarzona przez autorkę zdecydowanie niejednoznacznym zespołem cech charakteru, to dodatkowo jej poczynania są nieprzewidywalne i z łatwością zapisują się w pamięci. Opowieść o Emerahl dodaje książce kolorytu, pozwala ukazać czytelnikowi mieszkańców Ithanii z poziomu ulicy, a nie z wysokości kapłańskiej wieży.

Wykreowany świat jest zdecydowanie dwubiegunowy: jeden kontynent zamieszkały przez pacyfistów, którymi opiekują się Biali, drugi – poddany rządom złych i agresywnych czarnych magów. Jednym słowem: Dobro przeciwko Złu, Biel przeciw Czerni. Na szczęście autorka nie przesadziła z idealizowaniem charakterów poszczególnych postaci – Auraya jest niezależnie myślącą osóbką, która nie waha się przed nieakceptowanymi ze względów religijnych kontaktami, a nawet – wdaje się w romans, inna wybranka prowadzi bogate, choć nieuporządkowane życie seksualne. Niektórzy z drugoplanowych bohaterów, również potrafią postąpić wbrew obyczajowym czy społecznym nakazom. Ale w kwestiach religijnych jest już trochę gorzej – niektórych czytelników może drażnić brak wątpliwości i absolutne posłuszeństwo, z jakim powieściowe postaci wypełniają polecenia bogów. Nikt nie kwestionuje celowości poszczególnych działań, ba – nawet nie zadaje pytań.

A jest o co pytać... z narracji wynika, że znaczący wpływ na aktualną sytuację ma dawny konflikt między bogami, w wyniku którego przy życiu pozostało ich tylko pięcioro. Czy w ogóle można zabić boga? I kto może tego dokonać? Jeśli inny bóg, to czy można uznać, że nadal jest reprezentantem Dobra? A może ów nieśmiertelny byt, rzekomo pozbawiony życia, nie jest martwy, a jedynie odebrano mu możliwość manifestowania się wyznawcom? I z drugiej strony, czy człowieka o nieograniczonych praktycznie magicznych atrybutach i obdarzonego nieśmiertelnością można uznać za boga? Przecież skutki jego działań nie różnią się niczym od boskich interwencji… Gdzie przebiega granica? Takie wątpliwości i pytania pojawiają się w sposób naturalny, tym bardziej, że autorka ledwie zarysowuje historię i tło boskiego konfliktu.

Trudi Canavan umieściła akcję trylogii w świecie stworzonym od postaw – zwierzęta, rośliny, przedstawiciele najróżniejszych ludów i społeczności, ich wiara, obyczaje, kodeksy etyczne i nakazy honorowe – to wszystko na pierwszy rzut oka wydaje się całkowicie nowe. Ale uwaga – pomiędzy pomysłami oryginalnymi błyskają perełki aluzji do klasyki gatunku – ot, choćby straszliwe i krwiożercze vorny, wykorzystywane przez złych czarowników jako wierzchowce, kojarzą się nieodparcie z vargami, znakomicie sportretowanymi przez Petera Jacksona w ekranizacji trylogii Tolkiena. Przyjemność odnalezienia pozostałych nawiązań pozostawiam czytelnikom.

„Kapłanka w bieli” to książka, w której dobre portrety psychologiczne niektórych postaci i kompleksowość kreacji powieściowego świata zmieszane są ze schematyczną fabułą i irytująco stereotypowym podziałem na Czerń i Biel. W sumie – książka, oceniana jako pojedynczy wolumin, jest średnia. Ale traktowana jako początek trylogii, swoisty wstęp do właściwej opowieści – pozostawia nadzieję, bo autorka udowodniła dotychczasową twórczością, że planuje z dużym wyprzedzeniem. Tym razem również pozostawiła w obrazie historii opisywanego świata pewne luki i niedopowiedzenia, które dają szansę na wprowadzenie odrobiny szarości (a może nawet na odwrócenie proporcji) w kolejnych tomach. Ponadto, efekt zaskoczenia czytelnika nagłym zwrotem fabularnym będzie tym większy, im dłużej uda się utrzymać pozory przewidywalności akcji. Oby tylko Trudi Canavan nie czekała z tym zbyt długo – cierpliwość czytelników nie jest niewyczerpana.
Sharin - 2009-06-27, 20:33
:
Jacek Sobota Padlina

Łukasz Orbitowski napisał: „język Jacka Soboty odurza bardziej niż wszystkie używki Philipa K. Dicka, nastroje które tworzy, są tyleż posępne co potępieńczo cudowne”.
Trudno z tym stwierdzeniem polemizować choć z narkotykami amerykańskiego pisarza nie miałem do czynienia. Opublikowany przez Wydawnictwo Dolnośląskie zbiór opowiadań Padlina potwierdza jednak moje przypuszczenia, że Jackowi warto poświęcać swój wolny czas. Proza olsztynianina faktycznie oszałamia. Wpływ na narodziny wspomnianego stanu ducha i ciała ma nie tylko styl ale i tematyka tekstów. Autor nie zadowala się nic nie znaczącymi opowiastkami i opowiadania, tą jakże popularną dziś formę literacką, traktuje z najwyższą powagą. Jacek Sobota, warmińsko-mazurski filozof, porusza w nich całą gamę różnorakich zagadnień. Od najbardziej błahych po wybitnie eschatologiczne.



Inwestując w Padlinę miałem pewne obawy. Tyle pochlebnych głosów, krocie pozytywnych recenzji, słowa uznania od wielkich tego świata. Pochwały za postawienie na tematykę filozoficzną. Z drugiej strony, twórczość Jacka kojarzyłem z literaturą luźną, sensacyjną. W mojej głowie zrodziło się pytanie: czy problemy filozoficzne i sensacja to rzeczywiście dobre połączenie? Bałem się, iż będę miał styczność z kolejnym Owenem Yeatsem, odsmażanym Chandlerem (przy całym szacunku dla tego pana). Martwiłem się, że ostatecznie w starciu dwóch tendencji wartka akcja wygra z przesłaniem.
W tym miejscu proszę o zatrzymanie się i posłuchanie. Nie żebym nie cenił książek pisanych „dla rozrywki”. Niezaprzeczalnie pełnią one ważną funkcję w społeczeństwie. Odprężają, rozluźniają, pomagają zapomnieć. Niech będzie im chwała i cześć i uwielbienie. Są jednak „wartości”, w mniejszy lub większy sposób przewyższający „pisanie dla rozrywki”. Są pisarze, którzy dla tych „wartości” piszą. Na podstawie zasłyszanych uwag doszedłem do wniosku, że autor Padliny zalicza się do tego drugiego grona.
Zanim zasiadłem do lektury, postawiałem poprzeczkę bardzo wysoko.

Zbiory opowiadań bardzo rzadko prezentują jednolity poziom. Nie chciałbym jednak ograniczać się do stwierdzania, że teksty Padliny są gorsze i lepsze. Każdy może postrzegać je inaczej. Opowiadania Jacka Soboty są różne. Przepraszam za kolokwializm ale przy omawianiu pewnych kwestii jest on wręcz niezbędny. „Różne”, to chyba najwłaściwsze słowo gdyż pozwala na ustanowienie remisu w starciu filozofia-sensacja. Tym samym uznaję, iż Jacek Sobota dobrym pisarzem jest.

Zacznijmy od początku. A właściwie od końca.
Tytułowa Padlina (ostatnie opowiadanie ze zbioru) nie rozczarowuje. Klimat rodem ze Strefy Mroku przysparza dodatkowych plusów. Fabuła kręci się wokół historii policjanta (nic z Kojaka albo Monka) z miasta O., zmagającego się z jedną z tych spraw, które nie kończą się szczęśliwie. Filozofii w tekście jest jak na lekarstwo ale sensacja pierwsza klasa.
Z Czterema porami roku miałem przyjemność zapoznać się w 1993 roku. Fantastyka rules! Tekst z przesłaniem jasnym, klarownym: świat to borze igrzysko z kukiełkami, poruszanymi sprawnymi ruchami lalkarza. Dodatkowo pisarz znakomicie nakreślił bohatera. Każde uczucie, emocja zostało odmalowane a w iście mistrzowskim stylu. Na zakończenie powiem, że w opowiadaniu można doszukać się aluzji do sytuacji politycznej w naszym kraju. Jest to wątek bardzo krótki ale moim skromnym zdaniem doskonale obrazuje realia początku lat dziewięćdziesiątych.
Anioł tkwi w szczegółach. Oglądaliście film Ch. Nolana Memento? Polecam. Po raz kolejny Jacek serwuje nam nastrój ze Strefy Mroku, tyle że tym razem wzbogaca go o szczyptę grozy. Bohater, niczym marionetka voodoo, podąża ku z góry określonemu przeznaczeniu.
Tekstem zasługującym według mnie na największe uznanie jest Żona cenzora. Napisany stylem prostym, otwartym na czytelnika, niezbyt dziwacznym i filozoficznym choć aż się roi w opowiadaniu od przemyśleń. Obfitujący w odniesienia do współczesnej sytuacji literackiej co sprawiło, że z coraz większą uwagą śledzę walkę różnych szkół, frakcji, kuźni pisarskich w Polsce. Opowiadanie ze smaczkiem, pełne kpiny i rozpaczy.
W zbiorze znajdziemy jeszcze trzy teksty: Ósmy dzień, Rzekę, Dwie krople deszczu. O ile to ostatnie dość bogato charakteryzuje walkę dobra ze złem (brawa!) to dwa wcześniejsze można spokojnie nazwać zapychaczami. Albo są nudne albo tak rozgadane, że powstaje jeden, wielki miszmasz.

Pierwsze spotkanie z twórczością Jacka Soboty mogę uznać za udane. Padlina okazała się zbiorem ciekawie skonstruowanym, po prostu interesującym. Być może wpływ na ten stan rzeczy miało właśnie równomierne wymieszanie wartkiej akcji i ciekawych przemyśleń na temat funkcjonującego świata. Być może Jacek jest po prostu prawdziwym filozofem-pisarzem. Być może faktycznie należy do grupy autorów, którzy tekstami chcą nieść przesłanie.
Ł - 2009-06-28, 12:35
:
Eugeniusz Dębski - Ostatnia Przygoda

Mimo iż wielu próbowało, a jeszcze więcej miało ochotę usunąć Owena Yeatsa z ziemskiego padołu, to sam fakt powstania aż ośmiu książek z nim w roli głównej, świadczy o tym, że plany spaliły na panewce. Prywatnego detektywa rozbijającego spiski (a w międzyczasie publikującego na ich podstawie książki) w końcu jednak zaczął nadgryzać ząb czasu. O tym właśnie, wydawało mi się, traktuje „Ostatnia przygoda”. Przyznam szczerze, że mimo przeczytania na dobrą sprawę połowy cyklu, nie orientuje się w pełni w chronologii, co chyba zresztą nie jest wielkim problemem z uwagi na autonomiczność fabularną poszczególnych części. Do „Ostatniej przygody” zabierałem się z ciekawością – bo skoro ostatnia, to powinna być wyjątkowa. Na pewno nieco grubsza (464 strony). A czemu ostatnia? Może Yeats ginie?

Z pewnością główny bohater się zmienił – niewiele ma już ze zgorzkniałej figury a la Marlowe – i widać to już od samego początku, mającego niewiele wspólnego z cokolwiek mocnymi wstępami pierwszych książek o jego przygodach. Tutaj mamy do czynienia z lżejszym klimatem, miejscami atmosferą nieomal familijną. Yeats musi się uporać nie tylko z morderczymi sprawami, ale i z dorastaniem swojego syna. Zawodowo też nie jest ciekawie – w związku z tym, że nie tylko Owen starzeje się, jego plecy w instytucjach rządowych (tak ważne, jeśli chodzi o wsparcie i swobodę śledztwa) również marnieją. Nasz bohater dostaje w ramach nagrody pocieszenia propozycję prowadzenia własnej komórki, co wydaje mu się odstawieniem na półkę... zaintrygowało mnie jak główny bohater – „cholerny cwany twardziel” – sprawdzi się w takich warunkach.

Jednak ten ciekawy pomysł zostaje zaniechany. Mimo iż pierwsza część książki sugeruje taki rozwój historii, to już w następnej otrzymujemy standardową linię fabularną, czyli Yeats kontra spisek grubych ryb. Problem przedstawia się następująco: każdy element tego standardu, zarówno sam spisek, jak i grube ryby, jest ewidentnie drugiej jakości, zwłaszcza, jeśli porównamy to z „Tamtą stroną czasu” czy „Tamtą stroną świata”. Niby ten sam schemat, a jednak w każdym swoim aspekcie „Ostatnia przygoda” jest słabsza. Dębski nigdy nie starał się wykreować świata, który zawróciłby czytelnikowi w głowie swoją niewiarygodnością – jest on raczej sceptykiem i ostrożnie podchodzi do kwestii futurologii1). A jednak taka przykładowa „druga strona czasu” (instytut naukowy umieszczony w strefie szybszego płynięcia czasu) była pomysłem, który łechtał wyobraźnię. A tutaj? Wątek masowych samobójstw był już męczony w „Czarnych oceanach” Dukaja z dużo ciekawszą konkluzją. Wydaje mi się, że powieść jest słabsza nawet z geograficznego punktu widzenia – Yeats odwiedza mniej charakterystyczne, mniej atrakcyjne miejsca – brakuje czegoś równie ciekawego jak futurystyczna Szwecja czy chociażby miasto grubasów znane z poprzednich części. W dodatku w fabule przewija się dziwaczny paranormalny wątek, nieco – jak to mawiają najstarsi górale – „od czapy”. Właściwie się nie przewija – jest on strategiczny dla fabuły i działa na zasadzie deus ex machina. Nie pochwalam.

Kolejnym krokiem wstecz jest kwestia książkowego humoru – jedyne słowo, jakie oddaje charakter tego zarzutu to inflacja – żartów jest więcej, ale i są one zdecydowanie pośledniejszej jakości. Yeats nie przepuści też żadnej okazji, by wygłosić jakąś półstronnicową anegdotkę, często o wojskowym rodowodzie, zachowując się nieco jak podchmielony wujek u cioci na imieninach. Mimo wszystko – to właśnie gawędziarski humor Dębskiego jest walorem tej książki, zaletą, która sprawiała, że wznawiałem lekturę mimo przeświadczenia, że fabuła już niczym mnie nie zaskoczy.

W tej recenzji było bardzo dużo sarkania, że słabsze; jednak nie sugerujcie się tym za mocno – „Ostatnia przygoda” nie jest totalną klapą. Z drugiej strony faktycznie jest ona słabsza w niemal wszystkich aspektach od wcześniejszych tytułów, a novum, jakim jest starzenie się Yeatsa, uznaję za eksperyment odważny, ale jednak – nieudany. Dębski chciał się nieco zabawić z własną konwencją, ale wygląda na to, że w połowie porzucił plany i zdecydował się odsmażyć rozwiązania poprzednich części. Taki kompromis oceniam negatywnie, już zdecydowane samo odsmażenie bez eksperymentów byłoby zjadliwsze, a przede wszystkim czyniłoby całą książkę krótszą. Myślę, że kto nie polubił Owena na podstawie wcześniejszych pozycji, tym bardziej nie kupi go po „Ostatniej przygodzie”. Ci zaś, którzy go polubili, wybaczą mu wiele i przy „Ostatniej przygodzie” będą się dobrze bawić.
Beata - 2009-07-04, 20:38
:
Jose Saramago - Miasto ślepców

„Miasto ślepców” Jose Saramago to powieść, w której zastosowane środki literackiego wyrazu podporządkowane są jednemu celowi – uwypukleniu odautorskiego przesłania. Służy temu przede wszystkim forma utworu – w narracji nie ma wyodrębnionych dialogów, a kwestie wypowiedziane przez bohaterów są podane w tekście w taki sposób, w jaki zapisuje się myśli. W pierwszej chwili może to powodować dezorientację, ale już po lekturze krótkiego fragmentu okazuje się, że tak naprawdę problem autorstwa konkretnej wypowiedzi staje się drugorzędny, wręcz marginalny. Ważniejszy jest nastrój, myśli przebiegające przez głowę; jednostajny ciąg narracji ułatwia czytelnikowi utożsamienie się z sytuacją tych, którzy nagle utracili wzrok – nie wiadomo, czy na skutek zakaźnej choroby, czy jakiegoś urazu, nie wiadomo, czy ślepota kiedyś ustąpi – ta niepewność potęguje wymiar ich osobistej tragedii. Na dodatek chorzy zostali przewiezieni na czas kwarantanny do całkowicie obcego im miejsca i w ten sposób całkowicie wykorzenieni. Dla wielu z nich wokół nie ma nic znajomego, żadnej kotwicy dla zmysłów, której mogliby się uchwycić. Może dlatego autor nie podaje ich personaliów, ani nie lokalizuje akcji w konkretnym mieście.

I gdyby tylko Jose Saramago ograniczył się do zapisu przeżyć bohaterów... gdyby pozostawił wolne pole dla czytelniczej interpretacji... gdyby nie próbował za wszelką cenę narzucić czytelnikowi wyjaśnień... ta powieść mogłaby być Powieścią. Niestety, wszechwiedzący i momentami irytująco przemądrzały narrator, wygłaszając w najprzeróżniejszych momentach truizmy („Jak widać, nie każdemu można dać broń do ręki.”) lub też katując nieuprawnionymi wnioskami („Od razu widać, że to ludzie wykształceni, bo zawsze mieli sobie coś do powiedzenia, nie tak jak inne małżeństwa, (…)”), odebrał mi połowę przyjemności płynącej z lektury. Szkoda.
Beata - 2009-07-06, 08:00
:
Terry Pratchett - Łups!

Sam Vimes, komendant Straży Miejskiej w Ankh-Morpok, nie ma łatwego życia i chyba wolałby cofnąć się do czasów, gdy wraz z Fredem Colonem, Nobbym Nobbsem i rekrutem Marchewą patrolowali ulice, do czasów, gdy przestrzeganie Prawa i Porządku w mieście mógł egzekwować osobiście. A teraz Vimes już tylko zarządza… zarządza i musi sobie radzić z rosnącymi w astronomicznym tempie stosami papierów, z napadami poprawnej politycznie multikulturowości lorda Vetinariego, z kontrolerem finansowym i jego pytaniami uszczegóławiającymi… a jakby tego było mało, wszyscy uparli się go tytułować „Jego Łaskawością”. Tymczasem zbliża się rocznica bitwy w dolinie Koom, starcia między krasnoludami i trollami stoczonego tak daleko od Ankh-Morpok i tak dawno temu, że nikt nie pamięta rzeczywistego przebiegu wypadków. Jednak bitwa w dolinie Koom jest stale obecna w pamięci potomków uczestników, a tegoroczne obchody rocznicy zapowiadają się szczególnie spektakularnie – trolle i krasnoludy zamierzają rozstrzygnąć wieloletnie animozje poprzez… kryterium uliczne.

Ale jest jedno zobowiązanie, które Sam Vimes podjął i które jest dla niego bardziej wiążące niż czyjekolwiek nakazy: codziennie o szóstej po południu, nie – pięć po szóstej, nie o szóstej dziesięć, zatem codziennie dokładnie o szóstej Sam czyta swojemu synkowi książeczkę. Codziennie o szóstej po południu z pokoju dziecinnego dobiega głos Vimesa, który kolejny raz odgrywa przed synem historię poszukiwań zaginionej krówki, uporczywie mylonej przez autora opowieści a to z owieczką, a to z konikiem, a to z hipopotamem… Determinacja Vimesa jest tak silna, że zdaje się zdolna unieruchomić cały Świat Dysku w oczekiwaniu na dopełnienie codziennego rytuału.

Cykl dyskowych opowieści Terry’ego Pratchetta ewoluuje – pierwsze proste prześmiewcze historyjki, będące w zasadzie tylko zbiorem dowcipów połączonych nieskomplikowaną fabułą, przekształciły się w pełne, rozbudowane historie, ukazujące – czasami jedynie lekko zniekształcone – odbicie znanej nam rzeczywistości. Powieściowe postaci również nie są wykreowane raz na zawsze – autor nie zaniedbuje pogłębiania ich portretów psychologicznych. Najbardziej jest to widoczne na przykładzie Vimesa – z przegranego i nadużywającego alkoholu gliny, jakby żywcem skopiowanego z chandlerowskiego Philipa Marlowe’a, komendant Straży Miejskiej przeistacza się w odpowiedzialnego ojca i świadomego istnienia niuansów gracza politycznego. Jedynie Nobby Nobbs pozostaje niezmiennie sobą – osobnikiem, który nie jest w stanie opanować chęci zaopiekowania się każdym przedmiotem, który nie jest solidnie przytwierdzony do podłoża.

I ta stałość charakterologiczna Nobby’ego zostaje bardzo zręcznie wykorzystana fabularnie przez autora, podobnie jak codzienny rytuał Vimesa. Wszystkie rekwizyty wprowadzone do utworu są niezbędne (jak choćby wielofunkcyjny De-Terminarz Mark Pięć, GooseberyTM) – nic się nie marnuje, bohaterowie w pełni wykorzystują atrybuty, którymi zostali obdarzeni. Przy tym akcja powieści ani na moment nie zwalnia, a poszczególne sceny skrzą się charakterystycznym dla Pratchetta ironicznym humorem, o gorzkiej niekiedy wymowie. Mimo, że tym razem autor porusza poważniejszą tematykę, okazji do śmiechu nie brakuje. Ale i do refleksji. Tym bardziej, że nie sposób doszukać się w książce nadętego moralizowania – jak zwykle autor z wprawą posługuje się alegorią.

Tak naprawdę "Łups!" to książka o manipulowaniu faktami i o tolerancji. I o tym, jak łatwo pomylić poszanowanie tradycji z zacofaniem, fanatyzmem i ksenofobią. I o znaczeniu słów: odpowiedzialność, poczucie obowiązku, lojalność. I o więziach, jakie wykształcają się pomiędzy towarzyszami broni… Ale zamiast podtykać czytelnikowi transparenty z szumnie brzmiącymi hasłami: „Szowinizm to Zło!” czy „Rodzina – Naszą Opoką!”, Terry Pratchett przemawia nie wprost – ironią, absurdem i satyrą maskuje poważne sedno, przemyca edukacyjne treści. Taka konwencja czyni lekturę opowieści strawnym daniem, ba – co tam daniem – smakowitą ucztą. A na deser autor serwuje aluzje i przeróżne „smaczki” kulturowe. Scena rozmowy Sama Vimesa z trollem Chryzoprazem jest tak napisana, że skojarzenie może być tylko jedno: Chryzopraz to don Vito Corleone Ankh-Morpok. Podczas lektury prawie słyszałam charakterystyczny, zachrypnięty głos Marlona Brando, narzekającego na dzisiejszą młodzież.

Zupełnie lokalnym smaczkiem, którym się wręcz rozkoszowałam, są kurczaki w roli prześladowców malarza Rascala. Nie jestem w stanie nic poradzić na to, że nieszczęsny twórca – mimo, że jego aparycja nie jest opisana w książce – dla mnie już zawsze będzie wyglądał jak lustrzane odbicie Grzegorza Halamy, przedstawiającego drobiowe perypetie pana Józka z Chociul. Nie umiem przeciwstawić się sile tego skojarzenia, choć w pełni zdaję sobie sprawę, że akurat w tym punkcie dokonuję nieuprawnionej nadinterpretacji – wszak nie sposób poważnie traktować twierdzenia, że Terry Pratchett zna i twórczo wykorzystuje repertuar polskich kabaretów. Ale czyż dobra opowieść nie rezonuje w umyśle czytelnika indywidualnymi skojarzeniami, nawet jeśli są one niezamierzone przez autora?
Beata - 2009-07-06, 21:42
:
Bernard Cornwell - Wagabunda

Wszyscy szukają Graala - w zasadzie tak można podsumować główną linię fabularną „Wagabundy”, drugiego tomu „Trylogii świętego Graala”, Bernarda Cornwella. Główny bohater cyklu – Thomas z Hookton, wraca do Anglii, aby poznać rodzinne sekrety i ewentualnie odnaleźć wskazówki dotyczące miejsca ukrycia cennego kielicha. Ewentualnie – gdyż Thomas nie ma żadnej pewności, że jego nieżyjącemu ojcu powierzono kiedyś pieczę nad relikwią. Takich poszukiwań nie sposób prowadzić w tajemnicy – pogłoska zatacza coraz szersze kręgi i niebawem do starych wrogów Thomasa dołączają kolejni – a wśród nich przedstawiciel budzącej grozę Inkwizycji. Wprawdzie niektórzy rywale nie wiedzą nawet, czego szukają – jednak wizja zdobycia skarbu przyciąga jak magnes niemal wszystkich, którzy usłyszeli na ten temat choć słowo.

Legenda o świętym Graalu jest tak samo stara jak chrześcijaństwo, na jej podstawie osnuto wiele opowieści – że jedynie wspomnę relacje z poszukiwań prowadzonych przez Rycerzy Okrągłego Stołu, czy też filmową krucjatę Indiany Jonesa. Trudno zatem wymyślić na ten temat całkiem nową, zaskakującą historię. I, na szczęście, Bernard Cornwell nie próbuje tego robić – odniosłam wrażenie, że autor potrzebował jedynie dobrego pretekstu, aby Thomasa wyprawić w podróż po Europie wstrząsanej wojną stuletnią i umożliwić mu bezpośredni udział w kluczowych bitwach. Zresztą wśród wszystkich poszukiwaczy, Thomas jest najbardziej sceptyczny i wykazuje najmniej zapału. I nawet odnalezienie księgi z notatkami ojca (ha! po notesie Henry’ego Jonesa Seniora to już druga taka księga!) nie wpływa na intensywność jego działań.

Zatem – jeśli o główną linię fabularną chodzi – nie ma co liczyć na zaskoczenie, choć opowieść obfituje w nagłe zwroty akcji i dramatyczne, a nawet tragiczne wydarzenia. Niektóre poboczne wątki rozpoczęte w pierwszym tomie zostają zamknięte i choć nadal przygoda goni przygodę, to tempo akcji całości jest nieco wolniejsze, a nastrój opowieści – mroczniejszy. Nie jest niespodzianką również fakt, że autor nie przedstawił ostatecznego rozstrzygnięcia konfliktu między członkami rodu Vexille oraz że nie zakończył opowieści o Graalu – mam nadzieję, że ostatnia część trylogii wyjaśni przynajmniej losy głównego bohatera. Jednak prawdziwa wartość „Wagabundy” leży, moim zdaniem, w szalenie plastycznie opisanym tle historycznym i barwnie nakreślonym obrazie obyczajowym średniowiecznej Europy.

Na kartach książki autor prezentuje dokładny, bogaty w realistyczne szczegóły, opis dwóch – znaczących z punktu widzenia historii – starć, które dzieli niespełna rok. Pierwsze z nich to bitwa pod Neville Cross (nieopodal Durham), gdzie wielotysięczna najeźdźcza armia szkocka została powstrzymana przez naprędce zwołane, niewielkie oddziały angielskie. Drugie – to porażka Karola z Blois, pretendenta do tytułu księcia Bretanii, którego znacznie liczniejsza armia idąca na odsiecz oblężonemu Calais została pokonana przez angielskich obrońców La Roche-Derrien. Oba starcia miały poważne konsekwencje polityczne – król szkocki, David II Bruce został wzięty do niewoli, a wkrótce dołączył do niego w Tower niedoszły książę Bretanii. Przedstawione w książce relacje z przebiegu obu bitew są bardzo obszerne (opis starcia pod Durham zajmuje ponad 50 stron), ale tak napisane, że czytelnik w żadnym momencie nie odczuwa znużenia. Bernard Cornwell słusznie cieszy się sławą znakomitego militarysty – nawet niebędący pasjonatem czy ekspertem historii wojskowości czytelnik (jak niżej podpisana), ani na moment nie gubi się w narracji, z łatwością nadąża za bohaterami poszczególnych scen i nie ma kłopotów z ogarnięciem przebiegu całego starcia mimo, że autor sporo miejsca poświęca opisowi indywidualnych poczynań uczestników starć.

Bohaterowie „Wagabundy” nie poruszają się w próżni – autor, często w anegdotycznej formie, przedstawia ówczesne tradycje bożonarodzeniowe, opisuje procedury medyczne, techniki uszczelniania kadłubów statków, odmalowuje pełen kontrastów (według dzisiejszych standardów) obraz średniowiecznej wiary, która bezproblemowo łączyła ze sobą elementy chrześcijańskie i pogańskie, dogmaty kościelne i zabobony. I tak, obwiązanie się w pasie poświęconym skrawkiem zdobytej na wrogu chorągwi gwarantowało zwycięstwo w pojedynku, takie samo działanie miał włos świętego Andrzeja Apostoła wprawiony w rękojeść miecza, a wzmocnienie kobiecymi włosami cięciwy łuku zapewniało jej trwałość. Takie drobiazgi przybliżają czytelnikowi obraz życia w średniowiecznej Europie, skutecznie zapisują się w pamięci.

Coraz bardziej przekonuję się do książek Bernarda Cornwella – historyczna rzetelność autora, bogactwo szczegółów etnograficzno-obyczajowych oraz narracja pozbawiona dłużyzn i moralizowania w pełni wynagradzają mi pewną pretekstowość i przewidywalność fabuły. Dlaczego podręczniki nie są pisane takim stylem?
Beata - 2009-07-07, 21:51
:
Martha Grimes - Pod Anodynowym Naszyjnikiem

W spokojnej podlondyńskiej miejscowości Littlebourne bezpański pies uszczęśliwia jedną z mieszkanek znalezionym przez siebie skarbem – odciętym ludzkim palcem. Makabryczne znalezisko stawia na nogi miejscową policję, a Scotland Yard deleguje do pomocy w śledztwie nadinspektora Jury’ego. Bardzo szybko okazuje się, że stoi przed nim trudne zadanie – aby znaleźć sprawcę morderstwa musi połączyć ze sobą pozornie odległe sprawy: od anonimowych listów napisanych dziecięcymi kredkami, poprzez mapę poszukiwaczy skarbów, aż po napad w londyńskim metrze. I musi się śpieszyć, bo morderca jest zdeterminowany i nie cofnie się przed niczym.

„Pod Anodynowym Naszyjnikiem” to klasyczny kryminał. Autorka przedstawia czytelnikowi pojedyncze kawałki układanki, prezentuje w oderwanych scenach wszystkie dramatis personae i w sam środek tego pozornego bałaganu wprowadza głównego bohatera, oczywiście wraz z przyjacielem – schemat żywcem zaczerpnięty od największych mistrzów gatunku. Niemniej postać Richarda Jury’ego została wykreowana pod względem charakterologicznym odmiennie – w przeciwieństwie do Sherlocka Holmesa i Herkulesa Poirot – Jury nie domaga się na każdym kroku pochwał i doceniania zalet swojego umysłu, nie traktuje swojego przyjaciela protekcjonalnie i z wyższością. Zresztą nie ma ku temu podstaw – Melrose Plant w pełni mu dorównuje pod względem intelektualnym i sam rozwiązuje część zagadki.

Książka jest całkowicie niezależna fabularnie, opisuje historię konkretnego śledztwa. I choć troszkę brakowało mi informacji na temat korzeni znajomości nadinspektora Jury’ego z Melrosem Plantem – bogatym i ekscentrycznym arystokratą, który postanowił zrzec się tytułu – to muszę przyznać, że nie przeszkadza to w lekturze. Przeciwnie, zaostrza tylko apetyt i prowokuje do zapoznania się z poprzednimi tomami cyklu. A na plus autorce należy poczytać, że nie powtarza się i nie przywołuje szczegółów, które (jak przypuszczam) umieściła w poprzednich książkach.

Akcja powieści toczy się w czasach przed upowszechnieniem telefonii komórkowej, co nadaje jej swego rodzaju historyczny charakter – wszak epoka, w której nikt nie miał przy sobie telefonu i nie mógł natychmiast zaalarmować policji, bezpowrotnie minęła. W książce jest również jeszcze jeden „historyczny” smaczek, który może być potraktowany z sentymentem przez wielbicieli gier komputerowych – stali goście lokalu „Pod Anodynowym Naszyjnikiem”, poza standardową konsumpcją, z zapałem oddają się grze w „Magów i Wojowników” w wersji 0.0 – na papierze milimetrowym i z ołówkiem w ręku.

Mocną stroną powieści jest kreacja bohaterów – mieszkańcy Littlebourne i bywalcy pubu „Pod Anodynowym Naszyjnikiem” to cała plejada barwnych typów ludzkich, od małej, upartej dziewczynki, która zawsze potrafi postawić na swoim, poprzez pełną niegasnącego zapału prezeskę lokalnego koła obserwatorów ptaków, aż do rodziny Bodenheimów, wysoko dzierżących sztandar własnego szlachectwa – na tyle wysoko, by pozostawać nieustającymi ofiarami morderstwa we wprawkach literackich lokalnej autorki kryminałów. Uwypuklenie aż do granic przerysowania jednej cechy charakteru postaci pozwala autorce na satyryczne potraktowanie niektórych bohaterów. Nawiasem mówiąc, charakterystyki postaci dziecięcych wychodzą Marcie Grimes bardzo dobrze – powieściowe dzieci, choć czasem nieznośne, są opisywane z sympatią, pełne naturalnego wdzięku, a sceny z ich udziałem sprawiają wrażenie żywcem przeniesionych z rzeczywistości.

Czytając notę wydawniczą zastanawiałam się, co kryje się pod określeniem „angielska atmosfera”. Nie jestem ekspertem władnym ocenić stopień angielskości książki, mogę jedynie dokonywać porównań na podstawie własnych wyobrażeń i stereotypowych przekonań na temat czynników, które o angielskim nastroju miałyby świadczyć. I przy takim założeniu – książka faktycznie pełna jest elementów składających się na jej angielskość: ekscentryczne hobby jednej z mieszkanek Littlebourne, wyraźnie eastendowa atmosfera pubu „Pod Anodynowym Naszyjnikiem”, arystokratyczny dystans lady Kennington, zamiłowanie do chwil spędzonych na delektowaniu się herbatą i muffinką, powszechność udziału w kiermaszu parafialnym. No i humor – w przeważającej części sarkazm i ironia, posunięta aż do „dowcipnych” uwag na poziomie Benny’ego Hilla, które czyni jeden z bywalców pubu.

Podsumowując, „Pod Anodynowym Naszyjnikiem” jest kryminałem, który wytrzymuje porównanie z klasycznymi utworami gatunku – rozpoczyna się od znalezienia anonimowych zwłok, a zadaniem prowadzącego śledztwo jest wyłowienie spośród gąszczu pozornie nieistotnych szczegółów tych, które doprowadzą do wykrycia tożsamości ofiary, motywu zabójstwa i osoby mordercy. Przyznam, że próbowałam wspólnie z nadinspektorem Jury prowadzić własne dochodzenie – nic z tego, nie udało mi się połączyć wszystkich elementów w całość, rozwiązanie zagadki było dla mnie pełnym zaskoczeniem. Akcja utworu nigdzie nie utyka, a dzięki temu, że główny bohater nie dzieli się z przyjacielem cząstkowymi przemyśleniami i nie objaśnia mu oczywistości, czytelnik ma pełną swobodę w popełnianiu błędów „śledczych”. I w przeciwieństwie do Herkulesa Poirot, nadinspektora Jury z łatwością można polubić.
Ł - 2009-07-22, 12:05
:
Feliks W. Kres - Król Bezmiarów. (ponoć kontrowersyjna recenzja :-> )

Gdybym szukał słowa, które dobrze scharakteryzuje tę część "Księgi Całości" to znajduje jedno – rozmach. Przejawiający się właściwie we wszystkich aspektach książki. Recenzję oprę na przyrównywaniu "Króla Bezmiarów" z poprzednio recenzowaną przeze mnie "Północną granicą". Myślę, że będzie to zasadne – obie powieści łączy ściśle tylko uniwersum, w jakim rozgrywają się wydarzenia, jednakże zupełnie inni bohaterowie, miejsca i sposób prowadzenia fabuły sprawia wrażenie „innej bajki”. To nie jedyny kontekst – jako nagrodzona Zajdlem w roku 1992, książka stawia recenzentowi spore wymagania. A jednocześnie pojawia się pytanie – czy dzisiaj, po siedemnastu latach, „Król Bezmiarów” miałby szanse na podobne wyróżnienie?

Już forma gatunku jest tutaj zdecydowanie bardziej kwiecista. Surowość „Północnej granicy” przejawiała się nie tylko w charakterystyce miejsca akcji, ale przede wszystkim w tym, co z angielska określa się „low fantasy”. „Króla Bezmiarów” trudno byłoby tak sklasyfikować, skoro od pierwszej strony, a zarazem pierwszej części książki (zatytułowanej „Demon walki”), towarzyszą nam potężne artefakty i związane z nimi nadprzyrodzone zdolności. Bez fantastycznych monstrów też się nie obejdzie. Oceniam taki rozwój i bez entuzjazmu, i bez zgorszenia – te bardziej fantastyczne elementy nie są wtrącone na siłę, ale same z siebie również nie olśniewają. Bo historię o zaklętym przedmiocie rzucającym się na umysł jego posiadaczowi, trudno odebrać z wielkim zaskoczeniem.

Dużo lepiej wspomniany rozmach prezentuje się w innych aspektach. Jeśli równolegle z lekturą będziemy zerkali na mapkę Szereru umieszczoną na końcu książki, to zyskamy pojęcie jak dużą część świata książki odwiedzą bohaterowie. A więcej miejsc przekłada się na różnorodność, na większą ilość bohaterów i większą skalę intryg. Ta panorama daje duże pojęcie o ekonomii, kulturze i polityce świata książki – wszystkie przedstawione przez Kresa nad wyraz wiarygodnie, co cieszy kogokolwiek, kto wymaga od świata fantasy minimum realistycznej przyzwoitości. Duża część akcji toczy się na morzu, jednak osoby nie zainteresowane żywo marynistyką nie powinny mieć z terminologią żadnych problemów.

Jednym z najmocniejszych punktów książki jest jej dynamiczna natura – bohaterowie zarówno walczą, jak i współpracują ze sobą na zasadzie „kto kogo”. Poprzez wolty i roszady zaskakują siebie nawzajem i czytelnika, trudno w jakikolwiek sposób przewidzieć co stanie się na następnej stronie. W „Północnej...” zwróciłem uwagę na swego rodzaju narracyjną sztafetę – w „Królu Bezmiarów” widać to jeszcze lepiej. Wraz z upływem akcji pojawiają się nowi bohaterowie, początkowo tylko opisywani, następnie podejmujący narrację samodzielnie. I tak zapowiedziane w blurbie rywalizujące siostry poznajemy dopiero grubo po dwusetnej stronie – wtedy już, w drugiej części książki (pod tytułem właśnie „Siostry”) sytuacja się stabilizuje ze względnie stałym repertuarem postaci. Co bynajmniej nie oznacza straty na dynamice – wręcz przeciwnie.

Może nazbyt niecierpliwie, ale już w tym tomie wypatrywałem, tego, co sygnalizowałem jako brak (acz usprawiedliwiony) w „Północnej granicy” – przybliżenia fenomenu Szerni. Tam uczciwie stwierdzono, że wojakom nic do tajemnic tego świata. Tutaj już nieco się zawiodłem – rozumiem, że pisarz nie mógł wyłożyć wszystkich kart na stół, ale to, co wyłożył rozczarowało mnie swoim brakiem klarowności. A było omawiane z perspektywy Przyjętego, czyli człowieka zgłębiającego arkana funkcjonowania Szereru – wszystko nadal krąży na poziomie nad wyraz ogólnikowym. Być może nie odebrałbym tego aż tak negatywnie, gdyby nie to, że owe elementy wiedzy o konstrukcji świata skorelowane są bezpośrednio z posunięciami bohaterów – dla autora wygodnie stwierdzić, że już taka niezbadana natura rzeczy. Dla czytelnika, który chciałby zrozumieć pełniej motywacje postaci – już mniej. W ten sposób trudno zrozumieć postacie zmieniające się pod wpływem odkrycia własnej natury – co rzutuje na ocenę zakończenia.

„Północna granica”, mimo iż uboższa, była w swoim zamyśle bardziej spójna i kiedy się kończyła, było wyczuwalne, że historia ładnie się zamyka – tutaj tego nie uświadczyłem, zabrakło w mojej ocenie jakiegoś silnego związania. Cała zresztą trzecia część książki, „Rubin córki Błyskawic”, również mnie nie usatysfakcjonowała – mam wrażenie, że Kres stracił panowanie nad postaciami i zakończył książkę już nieco bez wizji. A jednak pisząc „Króla...” dał wyraz różnorodności swojego świata fantasy, przejawiającej się nie tylko w dosadnych różnicach typu – tu wielkie morze, a tam straszne góry, ale w czymś dalece mniej uchwytnym – mentalności jego mieszkańców. Stąd ocena końcowa nie jest łatwa – książkę przez większość czasu czytałem chyba z większym zawzięciem niż „Północną...”; dostarcza ona też więcej informacji o prezentowanym świecie, choć bez wnikania w istotę rzeczy. A jednak fabularnie jest gorsza – najlepiej widać to dopiero z większej perspektywy, po przewróceniu ostatniej strony. Dlatego, mimo iż powieść jest wciągająca, to formalną polecankę przyznam właśnie „Północnej...”. Myślę, że na początku lat 90. polskich czytelników uwiódł wspominany na początku rozmach i kwiecistość gatunku, jakim było fantasy – dzisiaj jednak trudno czynić z tego główne kryterium oceny.
MrSpellu - 2009-07-23, 10:08
:
Mitch Cullin, Kraina traw
 
Po śmierci znienawidzonej matki narkomanki jedenastoletnia Jeliza-Rose opuszcza Los Angeles i wraz z ojcem, światowego formatu podstarzałym ex rockmanem, wyrusza do What Rocks, rodzinnej farmy gdzieś w sercu Teksasu. Rose ma trudne dzieciństwo, ojciec nie puścił jej do szkoły i edukował w domu, gdyż szkoła według niego tylko ogłupia. Domowa edukacja zazwyczaj polegała na oglądaniu telewizji i przygotowywaniu działki heroiny dla rodziców. Na farmie dziecko odkrywa drugi świat, w którym jednymi przyjaciółmi są urwane główki lalek Barbie (dolar za pięć sztuk) oraz upośledzony umysłowo chłopak imieniem Dickens. W tym świecie samotna dziewczynka kreuje sobie swoją własną rzeczywistość, rzeczywistość samotnego dziecka, pełną magii i fantazji gdzie wiewiórki są groźnymi potworami, a człowiek z bagien budzi się o zmierzchu by kogoś porwać i zabić. Pozornie zwykłe wydarzenia zamieniają się w tym wyimaginowanym świecie w sytuacje pełne niebezpieczeństwa. Autor sugestywnie zderza opisy tej prawdziwej rzeczywistości skonfrontowanej z imaginowaną w sposób, który przyprawia o ciarki na plecach.

Czym jest ta książka? Do czego ją porównać? Bystry czytelnik od razu zauważy, że jest to wariacja „Alicji w Krainie Czarów” (jest sporo odniesień intertekstualnych do tej książki, jak sytuacje fabularne, motywy, cytaty, etc.) oraz książek takich jak „Zabić drozda” czy „Chłopak rzeźnika”. Jeżeli mowa jest o onirycznych motywach, to tutaj mamy je podane w gotyckiej oprawie w połączeniu z niezłą psychodelą. Świat przedstawiony, mimo że opisywany z punktu widzenia dziecka jest bardzo mroczny, jakby utopiony w lepkich narkotycznych wizjach, momentami nie szczędzący naturalistycznych opisów choć cała konwencja książki, opis zdarzeń fabularnych to czysty surrealizm. Rzeczywistość tej powieści to bardzo niebezpieczne miejsce, pełne przyczajonego zła ukrytego w ograniczonej zdolności percepcyjnej bohaterki. Założę się, że Gaiman pisząc Koralinę inspirował się tą książką. Czy warto przeczytać Krainę Traw? Zdecydowanie warto.

Z ciekawostek podam jeszcze, że zachwycony nią Terry Gilliam nakręcił film na podstawie tej książki, a David Firth inspirował się nią przy tworzeniu Salad Fingers.
MrSpellu - 2009-07-26, 01:29
:
Kurt Vonnegut, Śniadanie mistrzów, czyli żegnaj czarny poniedziałku.

To będzie trochę dziwna recenzja, bo tą książkę czytam już trzeci raz. Akurat dziś w przypływie weny czytelniczej, kaca i kilku innych czynników przeczytałem ją od jednego posiedzenia (kac plus Tom Waits w tle świetnie się sprawdza przy czytaniu tego autora). Uwielbiam twórczość Vonneguta i mimo, że nie przeczytałem wszystkich jego dzieł to pochłonąłem ich dość sporo. A ta należy do moich ulubionych. Tak jak sam Vonnegut należy do moich ulubionych pisarzy.

O czym jest ta książka? Na jej stronicach przedstawione są losy trzech postaci, znanego z poprzednich dzieł, autora powieści sf i literackie alter ego Vonneguta - Kilgore’a Trouta, tracącego zmysły sprzedawcę pontiaków Dwayne’a Hoovera oraz w roli aktywnego kreatora świata przedstawionego, samego Kurta Vonneguta. Jednak tak naprawdę, jak w większości jego dzieł jest to satyra na amerykański styl życia oraz punktowanie przywar współczesnej cywilizacji. Czyli degradację środowiska naturalnego, proces zdehumanizowania jednostki i szeroko pojęte zdegenerowanie rodzaju ludzkiego. Twórczość Vonneguta jest mocno surrealistyczna. Powieści jego są i ta bez wyjątku także, pełne dziwacznych postaci oraz makabrycznych, wręcz groteskowych wydarzeń. Sam Vonnegut, jak zwykle wprowadza wątki autobiograficzne głównie na temat rodziców lub swoich losów wojennych, w sposób dość gawędziarski, bo jego powieści to jedna wielka gawęda przerywana ciekawymi, dygresyjnymi anegdotami, które wprowadzają chaos w porządek literacki. To nie jest powieść o ludziach, tylko o Człowieku, jego współczesnej kondycji czy raczej jej braku. Vonnegut poprzez satyrę i ironię momentami ocierającymi się o cynizm szmugluje pesymistyczny obraz obecnej rzeczywistości i co najgorsze, tej rzeczywistości, która ma dopiero nadejść. Powieść ta została napisana w 1973 roku i w zasadzie od tamtych czasów nie zmieniło się nic, wszystko jest dalej aktualne. Wietnam się skończył ale trwa Irak i Afganistan. Są dalej ludzie fantastycznie bogaci oraz Ci, którzy mają tylko guzik z pętelką. Groźba kryzysu stała się nagle faktem, a i tak najbardziej odczuli to ci z owym guzikiem. Gatunki zwierząt dalej wymierają. Rasizm i ksenofobia nadal mają się całkiem dobrze. Człowiek dalej niszczy środowisko, a proces dehumanizowania jednostki przybiera tylko na sile. Degenerujemy się, kisimy się w własnym sosie, toniemy w własnym gównie. I tak dalej.

Szkoda, że Vonnegut zmarł. Jego powieści, mimo że wydają się infantylne to doskonale bawią i stanowią ostrzeżenie. Na szczęście zostało mi kilka jego dzieł do zdobycia i do przyswojenia. Czy warto czytać Vonneguta? Warto. Może nawet trzeba. Wiem, że warto za ten wspaniały, czarny humor. No i zawsze można pooglądać obrazki bobrów lub dziur w zadku.
Sharin - 2009-07-28, 22:21
:
Jeff VanderMeer Podziemia Veniss

"Pozwólcie, że opowiem wam o mieście"* a dokładnie o jego, niezwykłościach. Do 20 lipca 2009 roku były dla mnie jedną, wielką tajemnicą. Nie czytałem Miasta szaleńców i świętych ani opowiadań i Podziemia Veniss stanowiły mój chrzest bojowy odnośnie twórczość pana VanderMeera. Nie zawiodłem się. Powieść, wchodząca w skład serii Uczta Wyobraźni, okazała się literackim rarytasem.

Jeff VanderMeer w podsumowaniu książki – Veniss zdemaskowanie. Prekursorzy i objawienia – zdradza, że wykreowany przez niego świat powstawał w bólach i zwątpieniu. Rozterki towarzyszące pisaniu książki dotyczyły głównie jej punktów przełomowych. Momentów mających uwypuklić, jak najsilniej podkreślić, podsumować istotę świata widzianego oczyma pisarza oraz bohaterów w nim funkcjonujących. Autor wspomina opowiadania, opowiastki stanowiące niejako zalążek uniwersum Podziemi... Początek czegoś, co być może nigdy nie powstałoby gdyby nie katedra w Yorku, impuls, którego skutki można podziwiać w niniejszej książce. "Poczułem, jak jeżą mi się włoski na rękach, przeszedł mnie dreszcz. Kolumny przypominające snopy powiązanych ze sobą rur wydały mi się czymś zupełnie obcym, czymś nie z tego świata. Nigdy przedtem czegoś takiego nie widziałem. Czułem przebiegające mi po skórze ciarki. Coś zaczęło we mnie rosnąć, dojrzewać".** Podobnych wrażeń można doznać pochłaniając Podziemia... kartka po kartce. VanderMeer już po kilku wersach udowodnia, że drzemie w nim niezauważalny do tej pory potencjał pisarki. To, co zaserwował w historii, o Veniss sprawiło, że z niecierpliwością będę wyczekiwał kolejnych jego dokonań.



Podziemia Veniss zszokowały mnie urzekającym klimatem. Niecodzienne mam przyjemność czytać książki wprowadzające oprócz nastroju mroku, koszmarności wydarzeń, elementy chociażby romantyczne. Ale o tym za chwilę. Zatrzymajmy się przy atmosferze powieści. Jeff VanderMeer przekonał mnie, że nauka operowaniem słowem nigdy nie ma końca. Że ostateczna granica literackiej doskonałości nie istnieje. Autor Podziemi... zaskoczył właśnie takim podejściem, uwidoczniającym niemalże w każdym zdaniu o Veniss. Nie spoczywa na laurach, nie poprzestaje na zaciekawieniu czytelnika kilkoma dziwnymi, frazeologicznymi zwrotami, ale brnie coraz głębiej. Stara się w iście malarskim stylu przybliżyć odbiorcy to, czego sam doświadcza. Zagłębiając się we wspomnianą historię, w opisy miasta nasunęło mi się porównanie twórczości pana VanderMeera z Philipem Dickiem. Zapoznając się z osiągnięciami tego wielkiego, amerykańskiego pisarza nie dało się nie zauważyć jego specyficznego języka, charakteryzującego się nie tylko filozoficznymi porównaniami i abstrakcyjnymi opisami świata bohaterów, ale także stylem zawierającym ciekawe przemyślenia odnośnie przyszłości rodzaju ludzkiego, jego wiary i przeznaczenia. Każdy, kto słyszał o narkotycznych wizjach Dicka z pewnością nie będzie dziwił się akurat taką a nie inną tematyką jego książek. Mają specyficzny klimat, choć niekoniecznie musi on odpowiadać wszystkim czytelnikom. Wracając do Podziemi... Jeff VanderMeer kreacją psychodelicznego miasta, przedstawieniem losów postaci na wzór koszmaru poszerzającego się stale o kolejne poziomy rzeczywistości, zaciekawił mnie. Przypominam: niecodziennie mam przyjemność czytać tak pięknie dopracowane książki pod względem panującej w nich atmosfery. Jeżeli dodamy do tego widoczne zafascynowanie pisarza dokonaniami Hieronima Boscha uzyskamy iście oryginalną mieszankę literacką.

Odnośnie romantyzmu. Historia uczucia Shadracha do Nicoli urzeka. Może jestem starym, sentymentalnym głupcem, ale według mnie miłość, będąca czynnikiem sprawczym wszystkich wydarzeń w powieści jest opisania perfekcyjnie. Tragizm losów dwojga młodych, przywiązanych do siebie ludzi zawsze zniewalał, ale VanderMeer stworzył prawdziwie emocjonalną powieść. Z drugiej strony motyw ratowania ukochanej z rąk Złego należy do zbioru tych z napisem „oklepane”. Pojawia się w większości książek fantasy i w wybranych pozycjach o charakterze science fiction. Jeff VanderMeer nie przejmuje się jednak oryginalnością fabuły. Mam wrażenie, że postawił na coś zupełnie innego. Trafnie nazwał to zjawisko Tymoteusz Wronka, „żonglerka gatunkowa”. Trudno się z nim nie zgodzić. Autor Podziemi... zawarł w nich całą, różnorodną fantastykę i nie tylko. Nie od dziś wiadomo, że łączenie stylów jest w modzie. Jeżeli wystarczająco silnie przejrzelibyśmy się konstrukcji niniejszej ksiązki doszukalibyśmy się nawet zapożyczeń z powieści gothic story. Podejrzewam, że Jeff VanderMeer sam nie spodziewał się stworzyć takiej literackiej hybrydy. Wszak działał pod wpływem impulsu. Chwała dla katedry w Yorku.

Podziemia Veniss choć nie są powieścią „długą” to jednak bardzo rozbudowaną. Nie odczujemy braku kolejnej, wielkiej epopei. Nie będziemy żałować, że Jeff VanderMeer ograniczył powieść do 175 stron.* Wystarczyły one na wykreowanie Veniss, zdegenerowanego miasta przyszłości, bohaterów obleczonych wielką gamą emocji. Co więcej, autor Podziemi... nie zapomniał zmusić odbiorcę do przemyśleń odnośnie granic ludzkich możliwości, świata zdeformowanego przez źle funkcjonujący aparat władzy i wiele, wiele innych tematów. Po raz kolejny potwierdza się, że nie zawsze ilość przekłada się na jakość.

Na zakończenie chciałbym zatrzymać się przy niedopowiedzeniach, które w moim mniemaniu źle wpłynęły na fabułę powieści. Choć nie jest to regułą to jednak wysoko cenię książki zawierające elementy tajemnicy, zagadki. Mówiąc kolokwialnie lubię, gdy pisarz nie mówi wszystkiego, wprost ale krąży wokół danego zagadnienia coraz bardziej odsłaniając kolejne, interesujące aspekty. Jeff VanderMeer, genialnie tworzący senne, koszmarne wizje świata przyszłości nie wprawia w nastrój tajemniczości. Otwarcie przyznaje, że rasa ludzka jest taka a nie inna. Można wyczytać to już z pierwszych akapitów Podziemi Veniss. Degeneracja jest wręcz sztandarowym hasłem niniejszej powieści. W książce niedopowiedzenia praktycznie nie występują i to jest ich największa wada. Poczynając od części poświęconej Nicoli, przyszłość bohaterów staje się do przewidzenia. Także to, że żywe dzieła Quina będą prawdopodobnie czymś w rodzaju zwierzaków z wyspy doktora Moreau. Jeżeli dodamy do tego wielką krucjatę Shadrach to powieść przestaje mieć praktycznie inne zalety niż te związane z klimatem i nieprzeciętnym stylem pisarskim. Oceniając Podziemia... wyłącznie przez pryzmat fabuły, rozwiązań w niej zawartych i wyobrażeń postaci, dochodzę do wniosku, że książka jest kolejną historią fantasy.

Na szczęście nie ocenia się książek wyłącznie pod jednym tylko kątem. Stanowi, bowiem ona organizm złożony, wielobarwny. Dobrego pisarza poznajemy między innymi po tym, że umie sprawić, aby jasne aspekty dzieła literackiego przesłoniły jego ciemną stronę.


* Jeff VanderMeer Podziemia Veniss; Wydawnictwo MAG, Warszawa 2009
** Jeff VanderMeer Veniss zdemaskowanie. Prekursorzy i objawienia, w: Podziemia Veniss, Warszawa 2009, s.189.
Ł - 2009-07-30, 01:17
:
Jelinek, Elfriede - "jesteśmy przynętą kochanie!"

pełen dysonansu siada za biurkiem ruszając recenzje całkiem nowej (nowej) & niezwykłej (niezwykłej) książki. nie wie jak zacząć john paul george ringo nie pomagają w tym wcale. może odłożyć to na jutro poczytać trochę fantastyki rosyjsko niemieckiej polskiej kosmicznej albo nawet TV. przecież się nie roz3roje. muzyka gra ptaki śpiewają ślicznie ok right now siadam pisze recenzje ptaki śpiewają. ucisz je za pomocą nowych cudownych dźwiękoszczelnych szyb. dopada mnie wielka ochota by je stłuc ptaki śpiewają. już.

Nie regulujcie odbiorników, powyżej to taka moja recenzencka wariacja na temat stylu Jelinek. Jeśli kogoś próbka takiej narracji odrzuca, to wyjaśnię – książka ma ponad trzysta stron takiej narracji. "jesteśmy przynętą kochanie!" odstaje mocno i wyraźnie od umownego przykładu standardowego fantastycznego wydawnictwa. W największym stopniu, jeśli chodzi o formę, ale również o treść – Jelinek uwzględnia fantastykę w takim stopniu, w jakim występuje ona w rzeczywistości – jako jeden z elementów kultury popularnej, nie więcej, nie mniej. Pierwszymi słowami, na jakie trafia czytający, jest instrukcja obsługi1), która jest zarazem prowokacją i ostrzeżeniem. Podobną funkcję spełnia okładka – w swojej pstrokatej, krzykliwej kiczowatości jest najlepszym anonsem tego, co znajdziecie w środku.

Czytanie „jesteśmy przynętą kochanie!” daje podobną panoramę świata, jaką zyskuje człowiek siedzący non stop przed telewizorem, skacząc sobie bezmyślnie po kanałach. Tu film obyczajowy, tam klip muzyczny, kiczowaty sitcom albo film wojenny, kreskówka, pornos, batman, pornos, batman, batman. Gorączka, sensacja, wojna, frustracje rodzinne i seksualne, ikony popkultury i wreszcie – telenowele. O tym wszystkim – i jeszcze wielu innych rzeczach – traktuje książka. Uwzględniono nawet coś, co wszyscy kochamy – reklamy (czasem przerywane przez te nudne filmy). Bywa że książka zaczyna niemal przypominać tradycyjną prozę, by znowu nagle popaść w epileptyczny kalejdoskop. Wydaje się, że gdzieś tam znajduje się jakaś całościowa historia, ale życzę powodzenia temu, który ją odnajdzie. To raczej zbiór galopujących obrazów, z których niektóre mają tendencję do powtarzania się, inne to jednorazówki. „jesteśmy przynętą kochanie!” można by czytać w zupełnej przypadkowości wyboru kolejnych rozdziałów i książka nie straciłaby nic ze swej wartości.

Proza Jelinek odznacza się bardzo dużą plastycznością języka, ocierając się o lingwistyczny anarchizm. W tym miejscu składam ukłony osobom odpowiedzialnym za przekład – nawet jeśli błędy w tłumaczeniu mogą się maskować pod pretekstem stylu Jelinek, to w żaden sposób nie zmniejsza to zasług dla sensownego oddania olbrzymiej ilości neologizmów, oksymoronów i gier słownych, którymi książka epatuje. Oprócz najbardziej rzucającego się w oczy braku przecinków i wielkich liter na początkach zdań, daje się wyłowić prawdziwe perełki słowne, a nawet zdania-tasiemce, które mogłyby aspirować do miana autonomicznych wierszy. Język powieści dominuje tutaj nad treścią i samo skoncentrowanie się na nim ekscytuje bardziej niż śledzenie linii fabularnej (której jako takiej nie ma).

Z pewnością Jelinek wywiązuje się z zapowiedzi wyrażonych tytułem wstępu – zmusza czytelnika, by ustosunkował się do elementów tej kalejdoskopowej wizji, wywołując odczucia, których codziennie unikamy. Zachodzi tu podobny mechanizm jak w horrorach – strach to przykre uczucie, a jednak gatunek ten swą nieprzemijająca popularność zawdzięcza temu, że ludzie czasem lubią się owym strachem brandzlować. „jesteśmy przynętą kochanie!” to książka, której „horroryczność” realizuje się nie na płaszczyźnie ontologicznej, ale estetycznej. Jej forma sugeruje, żeby nie przywiązywać się do poszczególnych postaci, treści czy wydarzeń, a skoncentrować na estetyce ich przedstawienia.

W podsumowaniu nie oświadczę, że książkę polecam. Po przeczytaniu kilkunastu stron zwątpiłem w sensowność patronatu Katedry nad tą pozycją. Nie dlatego, że ta książka nie jest warta polecenia – pytanie nie brzmi „czy” polecać, tylko „komu”. Na pewno nie wszem i wobec, a tylko i wyłącznie konkretnym osobom, których upodobania literackie i granice tolerancji dla książkowych eksperymentów się zna. Inaczej próba lektury może się skończyć jak dawanie sześciolatkowi żyletki, dodając: „masz, pobaw się”. Początkowo, po pierwszych stronach, miałem przeświadczenie, że książka okrutnie mnie wymęczy, tymczasem okazała się bardzo łatwo przyswajalna – wystarczyło nieco zmienić podejście i „popłynąć” wraz z nią. Gdy już jednak skończyłem – chyba nawet z przeświadczeniem, że jeszcze do niej kiedyś wrócę – zawahałem przed odłożeniem jej na półkę z fantastyką.


1) tę książkę należy samowolnie zmieniać. należy wymienić podtytuły. należy dać się ponieść & w ogóle porwać na ZMIANY wykraczające poza granice legalności. nie stworzę żadnych sztucznych ograniczeń których nie potrafisz przezwyciężyć. zbliżę się do ciebie & pokażę jeszcze niewidoczne próżnie w twoim ciele całkowicie gotowe do zupełnie nowego zaprogramowania. nie musisz tego wszystkiego czytać jeśli tylko jesteś zdania że nie nadajesz się do żadnej lepszej przeciwprzemocy. a jeśli akurat pracujesz nad tym by podkopać zniszczyć ową ścisłą oficjalną kontrolę & jej organy wówczas bezsensowne & bezcelowe jest tracenie czasu na lekturę tej książki.
MrSpellu - 2009-07-30, 15:07
:
Sergio Kokis, Mistrz gry

Dla Iwana Sierowa – młodego, zdolnego teologa, którego tematem badań naukowych była istota pojęcia zła – świat jednego dnia wywinął kozła i obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni. Zanim to się jednak stało Iwan utracił wiarę, a co za tym idzie, postanowił rzucić w diabły teologię i zająć się czymś innym, chociażby pisaniem artykułów do gazet czy też podrywaniem chętnych kobiet. Nagle w jego życiu pojawiają się trzy osoby, które wraz z nim są podmiotem pewnej gry. Prócz Iwana bezwiednie w grze uczestniczy Tiago Cruz, pochodzący z ameryki łacińskiej, torturowany uchodźca polityczny; Sonia zakochana w Iwanie kelnerka oraz jegomość, który każe siebie nazywać Lucjanem. Owego feralnego wieczoru Lucjan przedstawia się Iwanowi jako Bóg, czyniąc cuda daje temu dowód i składa propozycję naszemu bohaterowi by ten podjął z nim pewną grę. Bóg bowiem zanim stworzył świat okropnie się nudził, trwał w swojej egzystencji i bawiąc się doskonałością odkrył w niej niedoskonałość. Z niedoskonałości wyłonił się świat, a na tym świecie pojawił się człowiek. Bóg wymyślił pewną grę, która od zarania nie zmieniła zasad i która nigdy mu się nie nudzi – igranie z ludzkim losem.

Koncepcja Boga u Kokisa jest dość interesująca. Jest to istota niezwykle próżna, neutralna i po prostu ludzka. Dobro i zło to pojęcia wymyślone przez człowieka. Bóg nie ingeruje w ludzkie życie, nawet nie nagina losu na potrzeby swojej gry, aczkolwiek czasem oszukuje. Bóg to duże dziecko, którego bawi ludzkie nieszczęście. Nieszczęście, którego nie jest autorem tylko jego obserwatorem – bo zło, jak wcześniej wspomniałem, zostało stworzone przez człowieka. *Gdzie byłeś gdy Hitler tworzył obozy zagłady? *A gdzie byliście wy?! Nie ma nieba i piekła, nie ma nagrody nie ma też kary. Nie ma reinkarnacji, nie ma nic. Ludzie muszą tak ułożyć sobie życie by umierali spełnieni. W boskich oczach wszystko nam wolno bo i tak ma nas gdzieś.

Ta książka jest w pewnym sensie pretekstem do wyłożenia teologicznej koncepcji opierającej się na istnieniu Boga – stwórcy, który nie interweniuje w stworzony przez siebie świat. Jest obserwatorem ludzi, którzy nie chcą uwierzyć, że są obdarzeni prawdziwą wolną wolą oraz przez to rezygnują z próby stworzenia lepszego świata. Bóg tak to skonstruował więc musi to być dobre, musi to mieć swój cel. Jak się okazuje, wybrani gracze nie potrafią uwierzyć w tak przyziemną inkarnację Boga, która czasem próbuje zbadać granice ludzkiej wytrzymałości na tortury psychiczne i wytyczyć momentu, od którego następuje rozkład osobowości. Czasem Bóg, tak jak w wypadku naszego głównego bohatera, chce tylko sprawdzić reakcję człowieka na objawioną prawdę. Co z nią zrobi, jak ją spożytkuje?

Czy z Bogiem można wygrać? Dostojewskiemu się ta sztuka udała, gdyż na złość Stwórcy zamiast dokończyć Żywot Wielkiego Grzesznika popełnił Braci Karamazow, gdzie ponoć w książce tej parodiuje Boga pod postacią starego Karamazowa. I to jest jeden z największych plusów Mistrza Gry, gdyż książka ta nakłoniła mnie do sięgnięcia po dzieło Dostojewskiego by móc mieć jakieś odniesienie do tego intertekstu.

Kokis pisze bardzo intertekstualnie, jego powieść to niespecjalnie ukryta powiastka filozoficzna raczej traktująca o samej filozofii i o religii. Na dodatek pełna rubasznego humoru. Można tu odnaleźć sporo odniesień do literatury pięknej oraz do traktatów, myśli filozoficznych, a także do motywów biograficznych wielkich myślicieli. Prócz dyskursu o wkładzie św. Augustyna i św. Tomasza do chrześcijańskiej filozofii można znaleźć ciekawe perełki, jak opis kluczowego momentu życia Nietschego, gdy ten pozorne wybierając zdrowie i witalność dziewczyny płatnego afektu zaraża się od niej syfilisem. W innym momencie autor pod płaszczykiem postaci Boga wyraźnie demonstruje pogardę dla zmyślonego kolegi po fachu, czyli sadystycznego Boga Żydów – Jahwe i jego masochistycznych wyznawców. Tym samym wyjaśnia dlaczego bóg starotestamentowy jest potworem – dużym, sadystycznym dzieckiem, który co chwila łamie dane przez siebie słowo – gdyż jest odzwierciedleniem natury ludzkiej, którzy go przecież wymyślili. Ponadto dowiadujemy się dlaczego Hiob wygrał grę ze swoim Bogiem, dlaczego Lot ofiarował tłumowi swe córki do zgwałcenia per rectum i dlaczego żona Lota się obróciła. Książka ta obfituje w tego typu anegdoty. Bo postać Boga u Kokisa to gawędziarz, na dodatek alkoholik. A raczej stworzenie, które odgrywa. Każda jego inkarnacja jest ludzka aż do bólu, wulgarna wręcz.

Co mi się w tej książce podoba? Podoba mi się pomysł i jego realizacja, bardzo lubię książki nadziewane ciekawymi gawędami oraz metatekstualnymi odniesieniami do litertatury i innych tekstów kultury. Takie zboczenie związane z moimi zainteresowaniami. Książka pod tym względem jest świetna i godna polecenia, mi tam przyjemnie się czyta wyłuskując tego typu odniesienia. Kokis opisując grę Boga z Iwanem w pewnym sensie opisuje grę autora z czytelnikiem. W końcu, jak się z powieści dowiadujemy, postacie książkowe żyją naprawdę.

Co mi się nie podoba? Nie podoba mi się momentami styl wypowiedzi głownie w wypadku postaci Lucjana. Rozumiem, że Bóg odgrywa inkarnację ale jego język momentami jest żałośnie wulgarny, bez głębszego polotu. Lucjan bywa wręcz obleśny. To nie jest do końca wada książki, powiem nawet, że zaleta. Postać wywołała u mnie jakąś reakcję, negatywną co prawda ale to świadczy o tym, że nie jest ona „papierowa”. Widać też momentami, że książka była pisana przez francuskojęzycznego Kanadyjczyka. Wiem, że to kwestia tłumaczenia ale pewnych manier językowych nie da się wytrzebić (na przykład denerwujące zdrobnienia nieadekwatne do sytuacji). Ponadto momentami widać, że książkę pisał psycholog. Bywa to irytujące gdy motywy zachowań biblijnych lub historycznych postaci na siłę się analizuje pod kątem psychologii właśnie. Większych grzechów nie zauważyłem. Może jeszcze finał od pewnego momentu książki był przewidywalny aczkolwiek nie do końca. W przypadku Soni dałem się nabrać, a Tiago jak się okazało wcale nie był takim niewinnym człowiekiem. Co do jednak roli Iwana, dało się to całkiem trafnie przewidzieć.

Co do mojej oceny tej powieści, nie jest ona doskonała, ma swoje wady ale naprawdę przyjemnie się czyta. Dlatego z czystym sercem mogę ją polecić każdemu kto lubi tego rodzaju „moralitety”. Ciekawa lektura.
MrSpellu - 2009-08-02, 00:23
:
Sebastian Uznański, Żałując za jutro

Z literaturą tego typu, czyli połączenia fantasy z zaawansowaną technologią nie miałem zbyt często do czynienia. Nie liczę steam punka ale to zupełnie inna bajka. Jednak w wypadku tej książki kontakt ten był dla mnie dość egzotycznym przeżyciem, takim trochę nietypowym. I całkiem przyjemnym. Uznański w swojej powieści w ciekawy sposób zderza dwa wszechświaty. Jeden ludzki. Pełen mrocznej, zaawansowanej technologii, trochę w stylu gotyckiego, Warhammera 40k. Surowego w formie, pełnego przepychu w treści. Trochę w nim też ducha Diuny. Drugi – no właśnie czyj? Jest to wszechświat odmiennych praw fizyki, prawdziwej krainy dziwów, gdzie wojska piekieł walczą z zastępami niebieskimi, elfy – z braku lepszej nazwy – budują swe wspaniałe miasta, a orki służą swym demonicznym władcom. Największym plusem tej książki jest wyobraźnia jej autora. Upchane w niej motywy momentami aż zachwycają swoim pomysłem. Nawet nie fabuła, choć ta jest całkiem niezła, ale samo nagromadzenie całkiem przednich konceptów. Opis Otchłani należy do moich ulubionych, a tylko ta część książki, która dzieje się w kolizyjnym wszechświecie zdecydowanie jest najlepsza.

Prócz wspomnianych pomysłów, podobał mi się motyw rozwoju głównego bohatera. Dość klasyczny, od smarkacza w zasmrodzonej beczce do potężnego czarnoksiężnika. Rozwój ten przypominał mi trochę dzieje Paula Atrydy z Diuny (nie sam motyw ale sposób rozwoju). To bardzo dobrze, bo Diuna jest jedną z moich ulubionych powieści i może mi się wydaje ale chyba dostrzegłem kilka innych zaczerpniętych z niej inspiracji. Jak chociażby motyw „zwierzęcego” strachu w komnacie z lustrem i próbie stawienia mu czoła. Aczkolwiek równie dobrze to mogły być Gwiezdne Wojny i Skywalker próbujący się zmierzyć z Darth Vaderem. Zauważyłem chyba jeszcze kilka inspiracji zaczerpniętych z gier komputerowych i innych tekstów kultury. Na przykład pancerz Kahisa wydaje się skonstruowany na kanwie pancerza z zapomnianej dziś gry MDK, zaś sama walka o Ars Whole Demoniac przypominała trochę potyczki z Heroes of Might & Magic. Bardzo lubię tego typu świadome nawiązania (nawet jeżeli to nadinterpretacja z mojej strony). Dowodzi szacunku autora dla czytelnika, z którym podejmuje intertekstualną grę. Cóż, takie małe zboczenie związane z moimi zainteresowaniami.

Silną stroną książki są także konstruowane opisy prób poruszania się głównego bohatera, początkowo nieporadnego, w świecie polityki. Próby budowania sojuszy, knucie intryg. Niepewność jutra. W pewnym momencie wydawało mi się, że autor wplata w przemyślenia bohatera słowa samego Machaviellego, jego wykładnię amoralnej władzy zawartą w Księciu. I tak z zupełnie innej beczki - zdecydowanie nie przeszkadzały mi szczegółowe opisy aktów płciowych ale o tym za chwilę.

Co mi się nie podobało? Częściowo nie podobały mi się opisy walk. Głównie pojedynków, jednak rozumiem, że autor wybrał (przynajmniej w moim odczuciu), mangową konwencję i jej się wiernie trzymał. Dialogi w walce były wręcz zbędne, momentami nużące. Zaraz Cię zabiję moim superhiperduperczymśtam. Giń. Nie, Ty giń. Pożałujesz księżniczko! I tak dalej. O ile sam dobór słownictwa mnie nie raził, o czym za chwilę, to ta konwencja po prostu nie jest w moim stylu. Taka mocno przebajerowana. Inną rzeczą, która początkowo wywoływała u mnie ataki śmiechu to stylistyka. Autor ma ten sam problem co autor tej recenzji. Daje w zdaniach dużo za dużo przymiotników i często używa nieadekwatnych słów należących raczej do słownika akademickiego. Niektórych denerwuje taka maniera. Jakby napisał Roman Jakobson co do wcześniejszego zarzutu: autor zostawia mało dla wyobraźni czytelnika. No i czuć, że książkę pisał psycholog. Co niekoniecznie jest wadą. Innym grzechem są momentami ocierające się o naturalizm opisy niektórych wydarzeń fabularnych. I nie mówię tu o wszechobecnym seksie, gwałtach, rżnięciach tudzież innych aluzji do wymyślnych perwersji. To mi jakoś nigdy nie przeszkadzało. Tylko jak autor raz błyska wspaniałym humorem w sytuacji gdy na przykład kobieta głównego bohatera przerywa mu patetyczny monolog wewnętrzny twierdząc, że pewnie prowadzi jakiś wewnętrzny patetyczny monolog - to zaraz mi się przypomina beczka z rzygowinami i innymi ingrediencjami. Nie no, już chyba Uniłowski jako pierwszy w polskiej literaturze twierdził, że kackupa to podstawa. Jednak w wypadku Żałując za jutro tego typu teksty to małe nieporozumienie. Więcej grzechów nie pamiętam. A jak były to i o nich zapomniałem, czyli niegodne były wzmianki.

By nie kończyć akcentem, że coś mi się nie podobało napiszę na koniec co mi się podobało tak bardzo bardzo. Neologizmy. Autor momentami tak wspaniale bawi się słowem, że aż serce roście. Jestem pod naprawdę wielkim wrażeniem plastyczności języka autora. To nie jest ironia tylko szczery zachwyt. Niektóre konstrukcje zdaniowe też wymagają wzmianki, zwłaszcza ta o superpancernym okręcie gwiezdnym w kształcie fallusa, który defloruje dziewiczy kosmos. Zdanie to prawie pobiło moje ulubione „miodowonne melony jej zadu” u Joyce’a. Coś pięknego. Inną rzeczą godną uwagi jest zakończenie. Podobało mi się bo mnie zaskoczyło, zwłaszcza ten całkiem ostatni motyw. O ile od pewnego momentu było wiadomo kim jest Szekra, o tyle... no, dobra robota.

Podsumowując. Jak na początku lektury miałem mieszane uczucia, tak nie zauważyłem jak książka mnie wciągnęła i czterysta szesnaście stron łyknąłem jednego tylko dnia. Z przerwą na posiłek. Mimo kilku niedociągnięć i stylistycznych manier, które z czasem autorowi mam nadzieję przejdą, książka ta jest bardzo solidnym czytadłem. Jeżeli jest prawdą stwierdzenie, że autor im jest starszy, tym lepszy – to ta książka zdecydowanie mogła powstać dopiero za jakieś dziesięć lat. Jednak tak jak jest, też jest dobrze. Nie czuję bym przy lekturze tej powieści tracił czas. A to już naprawdę spory plus
Beata - 2009-08-10, 21:26
:
Sean McMullen - trylogia Lunaświatów (Podróż Mrocznego Księżyca, Szklane smoki, Próżniowędrowiec)

Akcja trylogii Lunaświatów osadzona je